środa, 22 sierpnia 2018

CCXLIX



       Stałam na przeciwko niego, jak już nieraz miało to miejsce i czułam się tak, jakbym jednocześnie była tu, gdzie być powinna, a jednak pierwszy raz tak przed nim trwała. Było w tej sytuacji coś znajomego i całkiem nowego, bo jeszcze nigdy nie patrzyłam na niego wiedząc, że niebawem nie będę mogła tego powtórzyć. Starałam się zapamiętać wszystko, każdy szczegół, który wcześniej być może mi umykał. Tą maleńką bliznę, przy samej linii włosów, nieco po lewej, wyblakłą już, więc pewnie starą. Dlaczego nigdy nie zapytałam skąd ją miał? Czy będę miała okazje zapytać? Teraz marzyłam, by ją dotknąć, odsunąć ciemne kosmyki i pokazać mu, że widzę ją, dostrzegam, że nic nigdy mi nie umknie, nic co jest z nim związane, ale to nie było prawdą. Umknie mi wszystko... nie zobaczę kolejnych blizn, w chwili ich powstawania, kolejnych zmarszczek, które pogłębiają się z każdym surowym spojrzeniem, ominie mnie tak wiele, a co jeśli kiedyś pośród czarnych włosów pojawi się pierwszy, jaśniejszy, co jeśli i tego nie wyłapię? Panika, dojrzała we mnie z miejsca, ścisnęła trzewia. Nie miałam pewności, kiedy znów siebie ujrzymy, nie mogłam być pewna, że to w ogóle nastąpi. Co jeśli mój przyszły mąż miał być despotą? Nagle, podobnie, jak panika uderzyła we mnie złość. Mogłam go nie słuchać! Mogłam uciec, gdy była okazja, chciałam wykrzyczeć mu w twarz żale, winy za to, że nie pozwolił mi na takie tchórzostwo. Tylko, że to nie mój głos przerwał ciszę, a jego własny. 
       W uszach rozbrzmiało mi to jedno słowo. Nie zrozumiałam go od razu, a przecież odpowiadał na moje pytanie. Poczułam, jak gardle rośnie mi gula, jak równocześnie chcę się roześmiać, objąć go, ale nie mogłam tego zrobić. Mogłam jedynie skinąć głową, jak wypadało, wierząc, że zrozumie, ile we mnie jest emocji, jak bardzo pragnę się nimi podzielić ze światem, jak wiele mi daje to, że wbrew temu, co myślałam, to nie miało być nasze pożegnanie, jeszcze nie. Jeszcze skradniemy dla siebie kilka chwil, kilka momentów. 
       Ruszyłam się z miejsca dopiero, gdy i on to zrobił, świadoma tego, że wcześniej bym się na to nie zdobyła. Nie byłam nigdy choćby w połowie tak silna, jak Nevan i najpewniej nigdy już nie będę. Podeszłam powoli do swojego wierzchowca, niechętnie stawiając nogi, jednak na pewno łatwiej teraz, gdy wiedziałam, że oficer będzie podążał ze mną. 
       Patrzyłam na jego plecy, a chociaż byłam pewna, że moje wczorajsze zniknięcie nie przypadło mu do gustu, poczułam, jak się uspokajam. Nie mogłam tu mówić o całkowitym wyciszeniu, ale emocje nie targały mną już na wszystkie strony. Jego głos, chociaż nieco wyprany z emocji, jakie chciałabym w nim usłyszeć otulał moje uszy i już za samo to mogłam być wdzięczna. Doceniałam jego obecność, nawet gdy mówił o irytacji. Zdawało mi się, że na podobny gest tego dnia nie będzie mnie stać, ale kącik moich ust zadrżał niepewnie, aby ostatecznie unieść się delikatnie w uśmiechu, którego oficer miał nigdy nie zobaczyć. 
       - Nie zamierzasz, ale słowa komentarza odpuścić sobie nie mogłeś - zauważyłam, podobnie, jak on używając tonu, który miał dotrzeć do jego uszu i do żadnych innych. - To dobrze Nevanie, wolę cię irytować, niż pozwolić o sobie zapomnieć - dodałam po chwili, zawieszając na nim spojrzenie, które oderwałam dopiero w chwili, w której Amaltea prychnęła cicho. 
       Dookoła panowało poruszenie, wszyscy się szykowali, mnie brzuch ponownie zabolał na myśl o tym, że już nigdy tego miejsca nie zobaczę. Gdzieś tam przy wozie Mila coś pakowała, układając wszystko bardzo dokładnie. To naprawdę się stało, oto nastał dzień mojego wyjazdu... nadal trudno było mi w to uwierzyć. Opuściłam spojrzenie na piasek, świadoma tego, że pustyni również moge już nie uświadczyć. Miałam szczęście, ile innych kapłanek zwiedziło tyle świata? Chciałabym skupić się na pozytywach, ale nie było to tak łatwe, jak mogłam się tym spodziewać. 
       Sama na pewno nie byłabym w stanie odgonić od siebie negatywnych myśli, ale kiedy uniosłam spojrzenie, czując, że ktoś na mnie patrzy, moja twarz z miejsca się rozpromieniła. 
       - Chyba nie wyjechałabyś bez pożegnania, pani - donośny głos Girven rozniósł się między nami, a ja niewiele myśląc ruszyłam do małego komitetu pożegnalnego. Kiedy tylko się zatrzymałam, rudowłosa, wysoka kobieta skłoniła się dość pokracznie, a Ithrick splunął za plecy. 
       - No, zawsze mówiłem, że obóz to nie miejsce dla takich świętych panienek... - warknął, po czym skinął głową z wyraźnym wahaniem, co bardzo do niego pasowało. Dopiero Lance machnął na nich ręką, wystąpił do przodu z uśmiechem i niewiele chyba się nad tym zastanawiając porwał mnie w objęcia. 
       - Nie słuchaj tego parszywego grzyba! - zawołał, a ja pisnęłam cicho, kiedy okręcił mnie z impetem dookoła. Nie było to szczególnie wygodne, ale jakoś się tym nie przejmowałam. Chyba właśnie takiej swobody potrzebowałam teraz, dlatego, kiedy już mnie odstawił, zamiast się odsunąć, zarzuciłam mu ręce na ramiona. 
       - Będę do was pisać! - oznajmiłam gorliwie. - Girven, ćwicz czytanie - wychyliłam się przez blondyna. - Ale nie proś o pomoc żadnego z nich, będziemy sobie pisać, jak dama z damą - zaśmiałam się, widząc jej nieco skołowany wyraz twarzy i poczułam, jak oczy zachodzą mi łzami. 
       - Dama z damą kurwa, może jeszcze sukienkę jej wyślij - ponowne warknięcie Ithricka wywołało u mnie ciche prychnięcie rozbawienia. Przetarłam polik patrząc na niego z góry. 
       - Mi też będzie ciebie brakowało - powiedziałam przekornie. - Dlatego jeśli będziecie w stolicy, musicie mnie odwiedzić - dodałam jeszcze, a potem odsunęłam się od Lance'a, bo mój wzrok zatrzymał się na Eliahu. Wzięłam głębszy wdech, niepewnie podeszłam do niego i podobnie, jak do młodszego mężczyzny, tak i do niego przytuliłam się. To chyba było już dla mnie za wiele. Schowałam twarz w jego torsie, czując, jak trzęsę się delikatnie. Poczułam, że się waha, a potem jego dłoń spoczęła na mojej głowie, drugą ręką objął mnie ostrożnie. 
       - Cicho, Esjo... 
       - Dziękuję - powiedziałam szeptem, który z trudem przeszedł mi przez gardło. - Gdybyś mnie wtedy nie znalazł, byłabym teraz martwa... Do końca swoich dni będę twoją dłużniczką i mam nadzieję, oddaną przyjaciółką - ostrożnie odkleiłam czoło od jego ciała. Spojrzałam w dół, w te jego czarne oczy, otoczone zmarszczkami. Jakby znał mnie na wylot. Okazał mi tyle ciepła, które gdzieś po drodze pomyliłam z głębszym uczuciem, aż nie poznałam tego, które przyszło mi dzielić z Nevanem. Broda mi zadrżała. - Opiekuj się nimi - te słowa miały dotrzeć tylko do jego uszu. Otarłam zapłakane oczy, kiedy już stałam przed nimi w bezpiecznej odległości, takiej która nie zachęcała do tego, abym znów miała rzucić się na każdego z osobna, nawet jeśli bardzo tego chciałam. 
       - Obiecuję, że jak żyję, będę się o was modlić do bogów, gorliwiej niż o samą siebie - starałam się zapanować już nad głosem, ale było mi ciężko. - Więc wy też o mnie nie zapomnijcie, bo w moim sercu bliżej wam do rodziny, niż obcego oddziału. Dzięki wam, najpewniej jestem jedyną kapłanką, która nie jest już dłużej sierotą - i mówiąc to nie mogłam się powstrzymać przed tym, aby nie skłonić się przed nimi, nawet jeśli widziałam, w jakie osłupienie ich to wprawiło. - Do zobaczenia, bo wiem, że to nie jest nasze ostatnie pożegnanie - właśnie z tymi słowami odwróciłam się, wyłapując spojrzenie Nevana. 
       Patrząc prosto w te czerwone oczy, przełknęłam ślinę i ruszyłam w jego kierunku. Trzęsłam się delikatnie, gdy wymijałam go z lewej, podchodząc do czekającej już w gotowości Amaltei. Złapałam jej wodzę, poklepałam po szyi, pod koniec przejeżdżając dłonią po jej jasnej sierści. Wzięłam głębszy wdech, jakby ostatni, jako Esja, która była częścią tego obozu, każdy kolejny miał już być inny. Jeszcze kilka uderzeń serca, by mieć pewność, że głos mi nie zadrży, że nie uderzy mnie kolejna fala wzruszenia, a oczy od tego momentu będą już tylko schnąć. Dopiero po tym odwróciłam się przez ramię, prosto na Nevana. 
       - Jeśli o mnie chodzi, jestem gotowa oficerze - powiedziałam spokojnie, a na pewno spokojniej, niż mogłam się spodziewać. Chociaż nie mogłam zdobyć się na nic bardziej osobistego, to liczyłam na to, że z moich oczu wyczyta więcej. Że wiem, iż będzie dobrze. Że potrzebuję wiedzieć, iż o mnie nie zapomni. Że nigdy nie wymażę go ze swojego życia, zawsze będzie najważniejszy... ostatecznie, że bardzo go kocham i nikt tej szczególnej roli w moim życiu mu nie zajmie, nawet mój mąż, kimkolwiek był. - Chyba, że teraz to ja mam na ciebie czekać - dodałam, a w głowie narodziła mi się jedna myśl, której tutaj nikt źle nie odczyta. Nikt poza nim. - Ostrzegam, że to mnie nie zniechęci. Potrafię być cierpliwa, mój panie - skinęłam delikatnie głową uśmiechając się uprzejmie. 
       Nie miało to nic wspólnego z wyjazdem. To było zapewnienie, że damy sobie radę. Przynajmniej teraz, gdy była we mnie chociaż odrobina pewności siebie, determinacji, chciałam ją wykorzystać, bo zdałam sobie sprawę, że nie tylko mnie łamie to wszystko. Być może i on cierpiał, ale duma nie pozwalała mu tego pokazać, albo nie tyle duma, co rozsądek. Zatem i ja muszę być jego siłą, źródłem, z którego mógłby czerpać, byśmy oboje wspierali siebie nawzajem, byli oparciem. 

piątek, 17 sierpnia 2018

CCXLVIII


        W końcu odrzuciłem nerwowe zerkanie w bok na rzecz gapienia się w ujście uliczki pomiędzy dwoma płachtami namiotów. Była szeroka, w dodatku o tej porze raczej pusta. Właśnie. Do kurwy. Zupełnie pusta. Nie było w niej nikogo.
        Z gniewnym warknięciem w końcu odwróciłem się plecami od tego miejsca i przeszedłem do miejsca, gdzie uwiązane były konie. Zwierzęta były już w całości oporządzone, stały pod ciężarem podróżnych siodeł i wielkich sakw przypiętych do ich boków, niemal równie niecierpliwie jak ja przechodząc z nogi na nogę. Helikaon parsknął gniewnie, kiedy pojawiłem się obok. Po raz trzeci sprawdziłem, czy list z królewską pieczęcią i dołączony do nich państwowy dokument znajdują się w bezpiecznym miejscu. Głupi kawałem pergaminu znacznie ułatwi nam podróż po kraju objętym wojną.
        Wszyscy zaczynali się niecierpliwić. Ale tylko ja i zwierzęta w zaistniałej sytuacji odważyliśmy się to okazać. Minęło dużo czasu, zanim w obozie zaczęło podnosić się życie, a my nadal staliśmy na suchym, zakurzonym dziedzińcu i wdychaliśmy pierwsze powiewy wiatru zapowiadające przyszłą zmianę pogody. Obszedłem wszystkie sprzęty ponownie, skupiając swoją uwagę na dodatkowych bzdurach, które miały odwrócić moją uwagę od faktu, że kapłanka każe nam czekać. Że w tak jawnie królewski sposób wykorzystuje swoją pozycję i fakt, że nie mogę wysłać nikogo, kto byłby w stanie ją pospieszyć. Musiałem przełknąć to gorzkie ziarno. Nie było to jednak zadanie łatwe.
        Zauważyłem, że moja jasnowłosa skryba również pojawiła się na dziedzińcu, w cieniu drewnianych krużganków ustawiła się tak, żeby spojrzenia żołnierzy przepełnionych ciekawością nie padały w jej stronę. Moje również nie padało. Nie ważne, w jakim celu się tutaj pojawiła, co chciała mi albo sobie tym udowodnić. Zdążyłem zapomnieć o jej istnieniu, kiedy w kierunku, w którym za często kierował się mój wzrok w końcu pojawiła się pożądana osoba. Oczy zapłonęły mi gniewem, a na twarzy nie ukrywałem tego grymasu, choć był tylko chwilowy.
        Wyprostowałem się, kiedy podeszła. Dla postronnego oka mógł być to wyraz pewnego szacunku z mojej strony, ale prawda była inna. I o ile bardziej trudna.
        Wewnątrz mnie starły się dwie siły, dwa wielkie uczucia, targnęła chęć przełamania dystansu, chęć… Ucieczki. Spalenia rozkazów. Wyjazdu daleko w głąb terenów wroga i odepchnięciu od siebie tego, co wydawało się nieuniknione. Z drugiej strony było jednak nie mniej silne poczucie obowiązku i narastająca odległość, która miała mnie od niej odsunąć. Długo patrzyłem bez słowa w jasne, błagające oczy, długo stałem prosto, pozwalając wiatrowi targać moje ciemne włosy, a usta były zaciśnięte w wąską linię. Spojrzenie twarde. Myśli galopujące tak daleko, że aż wzdrygnęła mną perspektywa, że naprawdę mam czelność rozważać pierwszą opcję. Wierzyć, że coś w tej dziewczynie naprawdę należy do mnie. I tylko do mnie. Czułem się jak głupiec, który z łatwością nowicjusza dał się omamić.
        Na końcu jednak… Była wielka pustka. Czarna dziura wewnątrz mnie, która pożerała każdą myśl, każde uczucie, która sprawiała, że wszystko ostatecznie ginęło. Przywiązanie, kołatające serce, chęć wzięcia jej w ramiona, krzyk, płacz, szept. Wszystko.
        — Ja — odpowiedziałem w końcu krótko, przerywając narastające milczenie. Po chwili zdobyłem się też na dodanie drugiego słowa: — najświętsza.
        Ze świadomością, że jeśli będziemy tak stać jeszcze chociaż sekundę dłużej, to któreś z nas nie wytrzyma, któreś weźmie to drugie w ramiona obróciłem się powoli przez ramię na pięcie i podbródkiem wskazałem przygotowane konie, a kiedy dziewczyna ruszyła w ich stronę, dotrzymałem jej kroku. Żołnierze dookoła zaczęli żwawiej podejmować się do opuszczenia obozu, a na ich twarzach malowała się niecodzienna ulga. Może nasze napięcie również im się udzieliło. Podszedłem do swojego siodła i mocno szarpnąłem za puślisko, na którym kołysało się stalowe strzemię, a skórzany pasek wydał charakterystyczny odgłos uderzenia.
        — Nikt nie poinformował cię o tym, kiedy wyjeżdżamy, bo i nikt nie mógł cię wczoraj znaleźć — mruknąłem, ale zrobiłem to wystarczająco głośno, żeby Esja znajdująca się przy swojej klaczy mnie usłyszała. I tylko ona. Na dziedzińcu w jednej chwili zrobiło się tłoczno jak w ulu. Ktoś krzyczał, ktoś rzucał rozkazy. Wyciągnęli wóz zaprzężony w dwa osły i wymanewrowali nim tak, żeby był gotowy do drogi. Nie odwróciłem się w kierunku klaczy i stojącej obok niej jasnowłosej kapłanki. Poprawiając popręg i dopinając go cmoknąłem cicho pod nosem. W moich słowach nie było złośliwości. Nie było w nich w ogóle żadnych emocji. Wydawało mi się, że będzie ich tak wiele, ale kiedy przyszło do tej konkretnej chwili, byłem jedynie skorupą prawdziwego człowieka. Może ktoś lepszy na moim miejscu wiedziałby, co należy teraz powiedzieć. Może ktoś inny umiałby się odnaleźć w tej pozycji. Ja nie. — A nawet, jeśli to przeszkadzałoby moim ludziom, twoje spóźnienie — dodałem z roztargnieniem zadzierając spojrzenie ponad grzbietem konia. — To nie ważyli by ci się na to skarżyć. Ja też nie zamierzam, chociaż faktycznie, było to w pewnym stopniu irytujące.
        Patrzyłem przed siebie, na boksy wypełnione słomą. Kilka koni wystawiło łby, zaciekawionych sytuacją dziejącą się na placu. Amaltea była za moimi plecami, ale nie potrafiłem ocenić, czy stała pomiędzy mną a Esją, czy też stanowiła teraz dla nas pewnego rodzaju zaporę.
        Obawiałem się odwrócić przez ramię.
        Mogłaby zawładnąć mną trudna do opanowania chęć wzięcia jej w ramiona i obiecania, że ten wyjazd niczego nie zmieni, podczas gdy on właśnie wszystko, co jest i było między nami stawiał na głowie.
SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/