piątek, 25 stycznia 2019

CCLXXI



       Przecież doskonale wiedziałam, że się nie ze mną nie zgodzi, że nawet ten jeden raz nie ulegnie mojej woli, nie pozwoli, abym to ja podjęła za nas decyzje. Czy mogłam go za to nienawidzić? Wiedziałam, jakim jest człowiekiem, wiedziałam od początku, od pierwszych dni, na długo przed tym, zanim go pokochałam, bo on nigdy nie udawał lepszego, niż był w rzeczywistości. Czasami nawet miałam wrażenie, że działał w drugą stronę, pokazywał się światu od najgorszych stron, jakby nie chciał się przed nim przyznać, że ma te dobre. Ja je dostrzegłam, mimo wad, mimo groźnych min, chłodnych spojrzeń, wiedziałam, jak o mnie dba. Wiedziałam, że właśnie też z uwagi na to nie zgodzi się teraz ze mną, nawet jakbym miała go za to znienawidzić. Pewna tego byłam, że poświęciłby moją miłość do niego, jeśli tym samym mógłby ocalić mój los. Ta myśli w jednej chwili była słodka, piękna i poetycka, ale w drugiej... pozostawiała gorycz, która przypominała o tym, że dla nas nie ma szczęśliwego zakończenia. A mimo to pozwalaliśmy tej historii trwać. 
       Kiedy spojrzał mi w oczy, robiąc to tak przenikliwe, wystraszyłam się nieco, zastanawiając się jednocześnie czego też tam szuka, ale przede wszystkim ile tam znajduje. Czy zbyt wiele, czy może zbyt mało? Dotyk na udzie nie zmniejszył mojej czujności, ta już po chwili w całości skupiała się na jego słowach. Na ostrym pytaniu, której nie miało być rzucone, by spotkać się z odpowiedzią. O nie, było jak pouczenie, ganił mnie w ten sposób, pokazywał, jak błędne były moje słowa. Nie lubiłam gdy to robił. W chwilach takich jak ta nieco wyraźniej czułam wszystkie różnice między nami. Od tych najbardziej trywialnych, jak wiek, po te istotniejsze, jak doświadczenie życiowe, jak role, które nam przypisano, sposób wychowania. 
       Mimo wszystko, mimo, że w tym układzie on powinien mówić, ja powinnam kulić uszy pokornie, to jednak słysząc jak wypowiada "twoją przyszłość" zagotowało się we mnie i chciałam wykrzyczeć, że o czym on mówi, o jakiej przyszłości! Bo też jaka przyszłość ma mnie czekać, jeśli jego nie będzie obok? Myślał, że o to dbałam? Że w ogóle interesuje mnie kim będzie mój mąż? Teraz to się nie liczyło, nie czułam ekscytacji, nie czułam, że wypełniam powinność. Czy będzie to książę, czy żebrak, nieistotne! Zarówno w przepychu, jak i w biedzie będę nieszczęśliwa, więc jaką przyszłość mam stawiać na szali, skoro dla mnie nie ma już przyszłości? 
       Chociaż wzburzenie było wielkie, nigdy nie pozwoliłam mu zawładnąć mną w tej chwili. Chociaż chciałam krzyczeń, moja głowa została delikatnie zwieszona, jakby godząc się z jego decyzją, bo wiedziałam doskonale, czego bym powiedziała, nie miałam siły, aby przeforsować swoje zdanie. Jeśli Nevan się uparł, jeśli on już podjął decyzję, to mi było dane albo zgodzić się z miejsca, albo siłą, w przenośni, bądź dosłownie, zrobić tak, jak mężczyzna uważał za słuszne. 
       Z niemałym żalem przyjęłam do wiadomości fakt, że oto końca dobiegło to zbliżenie przy murku i znów uderzyło we mnie uczucie niedosytu. Przynajmniej nadal był przy mnie, a ja odkryłam, że stara się wygładzić wszystkie ostre krawędzie, jakimi jeszcze przed chwilą straszyły jego słowa. To wystarczyło, bym poczuła przyjemne ciepło. Bo chociaż nie miałam za grosz doświadczenia poza tym, czego on już mnie nauczył, to zdawało mi się, że wymuszony psotny uśmiech w przypadku Tealvasha wart jest tuzina nocy, w które inny mężczyzna śpiewałby serenady pod balkonem, zasypując wybrankę kwiatami. Przynajmniej lubiłam wierzyć, że tak jest i dlatego, mimo żalu, na mojej twarzy zamajaczył uśmieszek, a wraz z nim delikatny rumieniec. 
       - Ja... - zaczęłam, ale z jakiegoś powodu przed moimi oczami nagle pojawił się obraz Nariyi. Zaskoczyło mnie to na tyle, bym zacięła się po jednym słowie. Czy chciałabym mu powiedzieć, że boję się, iż tego, czego ja mu nie mogę dać, chętnie użyczy mu inna kobieta. Najpewniej niejedna, ale jedna chętna jest całkiem blisko. Dobrze więc, że oficer mówił dalej. 
       No tak, łaźnie. Bardziej skupiłam się jednak na tym, jak jego dłoń muskała moją twarz. Przez to z pewnym opóźnieniem dotarł do mnie sens jego słów. Otworzyłam szerzej oczy dodając dwa do dwóch i w tej jednej chwili zapomniałam o złości, którą poczułam jeszcze chwilę temu. O wszystkim w zasadzie, bo poczułam, jak gorąco mi się robi, jak moja twarz na nowo nabiera żywych kolorów. Przez to nawet nie zauważyłam kiedy on się oddalił, a ja stałam tak jeszcze, dłonie kładąc na rozgrzane poliki. 
       Jak miałam to rozumieć? Będziemy się kąpać? Możemy? Razem? Osobno? Będzie tylko patrzył? Na mnie? W głowie mi się kotłowało i nagle poczułam, że się denerwuję. Może nawet bardzo. Dużo czasu minęło odkąd ostatni raz... widział mnie nago. A może źle coś zrozumiałam? Albo żartuje sobie ze mnie? Powinnam się uspokoić, przed chwilą chciałam go przekonać do tego, byśmy... zrobili znacznie więcej, a teraz nie mogę się ruszyć na myśl o nagości. Wzięłam głębszy wdech i w tej samej chwili dotarło do mnie, że zostałam tu sama. Zamrugałam zdezorientowana, a widząc, że Nevan jest już prawie u szczytu schodków ruszyłam za nim, szybko pokonując kolejne stopnie. 
       Dogoniłam go niebawem, ale nie byłam gotowa na to, że odwróci się tak szybko, więc podskoczyłam nieco wystraszona. W pierwszej chwili nie zrozumiałam o czym mówi, dopiero po kilku słowach... zmarszczyłam czoło, delikatnie rozchylając usta. 
       - Te słowa powinny mnie cieszyć - powiedziałam spokojnie, próbując wytrzymać to chłodne spojrzenie, którym teraz wypalał mi dziurę w głowie. Zacisnęłam dłonie w pięści. W mojej głowie pojawiło się tyle pytań, ale nie byłam pewna, które z nich powinno paść, a które lepiej ominąć. - Więc dlaczego mam wrażenie, że ta obietnica kryje w sobie coś niedobrego? - a jednak zapytałam, nie mniej jednak gorsze pytania cisnęły się mi na usta. Chciałam wiedzieć, skąd w nim ta pewność. Czy znał mojego przyszłego męża? Obawiałam się, że tak, ale przecie chyba by mi o tym powiedział, z drugiej strony Nevan był szlachcicem, więc na pewno słyszał coś o moim mężu. - Znasz go? Wiesz kim jest? Jaki on jest? Dobry? - tak jak przypuszczałam, pozwalając sobie na jedno pytanie, wypowiedziałam też kolejne i dodatkowo skróciłam nieco dystans między nami. Bezwiednie. Gdy to do mnie dotarło, w jednej chwili odsunęłam się do boku, moje spojrzenie także wlepiłam gdzieś przed siebie. - To i tak nieważne, prawda? - dodałam nieco ciszej, na pewno nie taka zaaferowana, po czym splotłam dłonie za plecami. - Kim by nie był, nie pokocham go, więc równie dobrze nie muszę dbać o to, jakie cechy sobą reprezentuje. Jeśli mówisz, że to nie będzie nasze ostatnie spotkanie... uspokoiłeś mnie trochę. Ostatnio stale się martwię, nawet gdy znikasz na moment sprzed moich oczu, że mi się wymkniesz. Nawet gdy mrugam, nie mówiąc o tym, co się dzieje, gdy zasypiam. Boję się, że rano obudzę się już na miejscu, bez ciebie... - mój głos był tak spokojny, jakbym mówiła przez sen. Kącik ust uniósł się delikatnie, ale nie dosięgnęło to oczu. 
       - Chodźmy do łaźni - ukróciłam tamten temat i ruszyłam, ale zatrzymałam się po dwóch krokach i odwróciłam na niego przez ramię. - I jeszcze jedno. Nie jestem bezwstydna, mój panie. Co najwyżej przebywanie w twym oddziale ma na mnie taki gorszący wpływ - rzuciłam bez zawahania i zarzuciłam włosami znów wznawiając marsz. Tym razem iście po kapłańsku, z głową wysoko wzniesioną, dłońmi splecionymi za plecami, sunąc, nie idąc. Oczywiście trwało to tak długo, jak z mojego gardła nie wyrwało się nagłe pisknięcie, kiedy coś przebiegło mi przed oczami, aż podskoczyłam. Dopiero potem, widząc co było sprawcą zamieszania, zaśmiałam się wesoło. 
       - Jaszczurka! Spójrz jaka ładna - zawołałam podbiegając za gadem w intensywnym zielonym kolorze. Ten nie był zadowolony, ale jakoś mi to nie przeszkadzało. W tej chwili, w której moje włosy wraz z szatą wprawione w ruch powiewały na wietrze, niosącym ze sobą mój śmiech. Było mi dobrze, nawet jeśli przez krótką chwilę, więc zbiegłam fragment ścieżki sama, zatrzymując się nieco niżej, aż zwierzątko nie zniknęło między kamieniami. Dopiero potem się odwróciłam, z lekką zadyszką po niedużym wysiłku i nie wiedząc, co zrobić, pomachałam do niego, uśmiechając się szerzej. Kiedy tak patrzyłam, jak zmierza w moim kierunku, na tle mając swoją willę, pozwoliłam sobie marzyć nazbyt śmiało. O tym, że kiedyś mógłby tak do mnie wracać i znajdywać mnie w tym miejscu. Moglibyśmy biec do siebie, może nie biegłabym sama, może byłoby nas więcej, może stanowilibyśmy szczęśliwą rodzinę. Może... 
       - Kim jest Nariya? - mężczyzna podszedł do mnie, a pytanie to padło tak nagle, tak nieplanowane, że nie byłam pewna, czy aby na pewno moje usta opuściło. Fakty były jednak dość jednoznaczne. Zacisnęłam usta w wąską linię, wlepiając wzrok kamienie pod moimi stopami. - Nie mówiłeś mi, że... mieszkasz z jakąś kobietą - dodałam po chwili, tym razem już dokładniej ważąc te słowa, dość cierpkie na języku. 

czwartek, 24 stycznia 2019

CCLXX


        Jej zawstydzenie było… Urocze. Było czymś zupełnie innym, niż zwykłem widywać w sytuacjach takich jak ta i chociaż mogłem jej przerwać, urwać ten temat i to wyznanie wpół, odsunąć się i kazać nam obojgu wracać do willi, to nie zrobiłem nic z tych rzeczy. Zamiast tego uparcie przyglądałem się jej twarzy, obserwowałem jak nabiera kolorów i z pewnością nie były one spowodowane zbyt dużą ilością słońca na jej jasnej cerze. Czerwone policzki zdradzały to, co chciała powiedzieć i chociaż nigdy nie należałem do ludzi cierpliwych, to teraz zebrałem w sobie wszystkie jej pokłady.
        Myśli o cierpliwości zostały wyparte natychmiast za pomocą jej ust i zębów na płatku mojego ucha, westchnąłem cicho. Czy może to był tylko podmuch wiatru, który poruszył koroną rozłożystego drzewa wyrastającego po tej stronie ściany? Tak, na pewno… Ja przecież nie wzdychałbym tak od zaledwie niewinnej pieszczoty. A jednak, zakręciło mi się w głowie i dobrze, że jedną rękę miałem wspartą na ciepłym, szorstkim murze, bo teraz pomogła mi stać niezachwianie na nogach. Druga dłoń już dawno była zaszyta gdzieś w materiale sukni, zaciśnięta na kości biodrowej, później na talii, aż w końcu wsunięta pomiędzy lędźwie Esji a płaszczyznę za jej plecami. Nachyliłem się bardziej do przodu, dając wygodniejszy dostęp do skóry. Ona pachniała słońcem, kąpielą, wiosną… Miłością. Nie tą fizyczną, nie pożądaniem, chociaż ono nadal było rozszalałą burzą ognia kotłującą się wewnątrz mnie. To był jednak zupełnie inny zapach. Inne uczucie.
        Kiedy przestała i otworzyła usta, jej słowa dotarły do mnie jak zza grubej zasłony i początkowo w ogóle nie zrozumiałem, o czym mówi. Dlaczego wspomina mojego brata w tej sytuacji?... Niemal otworzyłem usta, niemal palnąłem coś, czego przyszłoby mi żałować.
        Odsunąłem głowę i spojrzałem w jej oczy, głęboko w błękit tych tęczówek.
        Musiałem jej powiedzieć. Zatrzymywanie informacji dla siebie już nie raz ściągnęło na mnie jej gniew, a jednak za każdym razem, kiedy zaczynałem myśleć o tym, jak to zrobić natrafiałem na naturalną blokadę. Przecież jest jeszcze tyle czasu. Będę miał tyle możliwości podczas podróży. Kiedyś to zrobię. Kiedyś… Nie teraz, nie chcę psuć tej atmosfery. A jednak, ta już wydawała się pęknięta. Ściągnąłem brwi i przeniosłem dłoń nagrzaną od kontaktu z murem na zewnętrzną stronę jej uda tak, żeby łatwiej móc ją podtrzymać w tej pozycji.
        Sugerujesz, że powinniśmy ryzykować najwyższą stawkę dla tej chwili przyjemności, którą możemy ukraść tutaj? — zapytałem ostrzej, choć moja twarz już się wygładziła. — Postawić na szali moje żyje, twój los, twoją przyszłość… Wszystko, co jeszcze nam zostało? Nie, Esjo. Pragnę cię, ale nie zapłacę za taką chwilę zbliżenia ceny, która zawiśnie nad nami jak katowski topór.
        Przymknąłem oczy i z kolejnym westchnieniem odsunąłem się odrobinę, poluźniając uścisk naszych ciał, przez co kapłanka na moment była wsparta na moich ramionach. Mięśnie zapracowały natychmiast, powodując przyjemny, ciepły skurcz. Brakowało mi treningów. Brakowało mi piasków pustyni. Brakowało mi samotności. Braku kontroli. Nigdy nie przypuszczałem, że dotrę do takiego stadium w swoim życiu, kiedy przyjdzie mi to docenić. Odsunąłem się jeszcze o krok, powoli opuszczając jej ciało w dół, aż jej stopy opadły na kamienną posadzkę niewielkiego balkoniku, a ona sama oparła na nich ciężar własnego ciała. Wyprostowałem się chwilę później, ale nie postawiłem już ani jednego kroku w tył.
        Naprawdę cię nie poznaję. Skąd ta bezwstydność? — rzuciłem, unosząc brew, niemal uśmiechając się psotnie. Mimo wszystko, taki wysiłek był zdecydowanie ponad moje siły w tej sytuacji. — Powinniśmy wracać do willi. Możemy udać się ścieżką przez zachodnie ogrody, zaprowadzi nas na krużganki, gdzie jest zewnętrzny kompleks łaźni nieco oddalony od willi. Będziesz mogła cieszyć się swoją prywatnością.
        Przechyliłem głowę na bok i podniosłem dłoń, żeby odgarnąć kosmyk włosów z jej twarzy. Ostatni czuły gest przed tym, jak wrócimy do oficjalnego świata, do miejsca, w którym nie łączy nas nic więcej niż wspólny cel podróży.
        — Tak jak obiecałem — przypomniałem, podejmując temat po krótkiej chwili zastanowienia. — Prywatność. Tylko nigdy nie powiedziałem, że ochronię ją przed sobą samym.
        Mógłbym powiedzieć jeszcze tak wiele. Że chcę patrzeć, jak zrzuca z siebie szaty, jak wchodzi do ciepłej kąpieli, jak woda otula jej ciało. Że przypomnę jej jak to jest zaznać cielesnej przyjemności i podzielę się z nią grzechem, którego być może nigdy miała w swoim życiu nie zasmakować. Wyjątkowo dużo słów pchało mi się na język. Dlatego też obróciłem się czym prędzej i skierowałem w stronę schodków, żeby zacząć wspinać się na górę. Całą drogę pokonałem pogrążony w myślach o tym, co czeka nas u celu tej wędrówki przez całe królestwo. Nie mogłem oprzeć się potrzebie, żeby przygotować ją na to, co tam zobaczy, na to, czego doświadczy, a jednocześnie nie mogłem wcale myśleć o zrobieniu czegoś takiego. Może dlatego nawet nie zauważyłem, kiedy znalazłem się na górze znacznie szybciej niż ona, nawet nie zdążyłem złapać zadyszki. Mięśnie błagały wręcz o więcej. O trochę truchtu… Biegu w dół tego zbocza, po jego miękkiej stronie, przekroczeniu rzeki, wpadnięciu w zacieniony las. Mógłbym biec przed siebie, biec tak daleko, aż moje nogi nie miałyby siły utrzymać mnie dłużej w pionie, aż opadłbym na miękkie poszycie lasu.
        Ale problemy dopadłyby mnie nawet tam. Zawsze byłem realistą, który chodził twardo po ziemi. Dlatego kiedy tylko Esja pojawiła się obok, obróciłem głowę w jej stronę.
        — Twój mąż nie będzie okrutnym człowiekiem i nie zamknie cię pod kluczem. Cóż, ludzie potrafią się zmieniać w zależności od tego, ile dostają władzy, ale możesz mi ufać. Kiedy zostawię cię w stolicy… To nie będzie nasze ostatnie spotkanie — powiedziałem, świdrując ją spojrzeniem, a mój wzrok był twardy. Lodowaty. Pełny frustracji, ale i pewności co do wypowiadanych słów. — Mogę ci to obiecać.
        Obietnic, podobnie jak słów, nienawidziłem rzucać na wiatr. Ceniłem sobie swoją słowność.

niedziela, 20 stycznia 2019

CCLXIX


       Wiedziałam, że postępujemy źle, że nie powinniśmy sobie na to pozwalać, głos rozsądku dawał o sobie znać, ale uciszałam go niedojrzałą wymówką, która na pewno nie była na miejscu, wmawiając sobie, że to jego rolą zawsze było przypominanie o zasadach, to on był jak kubeł ziemnej wody, to on nie wyraził zgody na ucieczkę, więc i on powinien teraz postawić granicę. Skoro ta się jeszcze nie pojawiła, tłumaczyłam sobie, że najwyraźniej nie jest to takie złe, że możemy sobie pozwolić na tą odrobinę bliskości, chociaż doskonale wiedziałam, że oto przyszedł moment zatracenia dla Tealvasha, ta chwila w której to ja miałam być mądrzejsza. Wiedziałam doskonale i nigdy nie miałam nic z tą wiedzą zrobić. 
       Paliło mnie nieznane uczucie, rozpalające tak dosadnie każdy fragment ciała i pragnące, jak nigdy,  aby Nevan był blisko, bliżej, jeszcze bliżej, nie tylko przylegając do mnie, ale pochłaniając mnie. Czy to było możliwe? Oby, bo perspektywa, w której to uczucie miałoby nie być zaspokojone było okrutne, niewyobrażalne. 
       Czułam jak dłońmi przesuwa po moim ciele, ale nie przywiązywałam większej wagi do tego, gdzie się nimi kieruje. Po prostu czerpałam garściami z jego bliskości, a każdy pocałunek był niewystarczający, stale pozostawiając mnie z uczuciem, że to jeszcze dalekie jest od nasycenia. Nie byłam najlepsza w temacie pożądania, ale bez wątpienia właśnie to mną teraz kierowało, takie to było ludzkie, a może nawet zwierzęce, bezwstydne, jak na kogoś o mojej pozycji, moim wychowaniu. Kobieta taka jak ja nie powinna tak pragnąć mężczyzny, żadnego, a już na pewno nie tego, któremu nie została przypisana. To łamało wszelkie zasady, ja teraz byłam bezwstydna, ciesząc się tak z tego, że mogę go całować, chłonąć jego zapach, smak, obecność. Wypuściłam porcję powietrza prosto w jego usta, brakowało mi tlenu, kręciło się w głowie, ale w przyjemny sposób. Nie docierało do mnie to, jak rozpiął guziczki mojej sukni, być może nawet gdyby cała jej górna część opadła, wcale bym nie zauważyła, nie teraz, gdy upajałam się jego bliskością. 
       Dopiero sposób w jaki uniósł moje udo nieco mnie otrzeźwił, ale tylko na sekundę, w której można zmarszczyć czoło w wyrazie paniki, utraty kontroli, tylko po to, by zaraz zrozumieć, że wcale nie chce się jej odzyskiwać, że chce się poddawać tej sile, którą stanowił znajdujący się przy mnie mężczyzna. 
        Kiedy się odsunął, zachłysnęłam się boleśnie powietrzem, przez co nieprzyjemny skurcz przeszedł wzdłuż moich pleców, docierając do mnie wraz z sensem jego słów. Zmarszczyłam czoło, chociaż w moich oczach odbiło się zagubienie, jakbym nie rozumiała do końca, dlaczego przerwał, może nawet wyrzut, że to zrobił. Nie może przerywać, nadal mi mało, chciałam więcej. Może miał racje, byłam zachłanna, bezwstydna... o tym drugim zdałam sobie sprawę dopiero przy jego kolejnej wypowiedzi i gdyby nie przysunął się natychmiast, zauważyłby jak oblewam się gorącym rumieńcem. Może nawet mimo bliskości był w stanie to dostrzec. Faktycznie, ta chwila daleka była od mego zwykłego kanonu zachowań. Nie chodziło o to, że wyzbyłam się wstydu... och nie. Raczej... była we mnie panika. Panika, że kiedyś, gdy jego nie będzie, będę nienawidziła siebie samą za każdą zmarnowaną chwilę, gdy był obok, a ja pozwoliłam by wstyd, czy wychowanie wzięły górę. 
       Wzięłam głębszy wdech, kiedy ścierał łzę z mojej twarzy. Potem kolejny, potem jeszcze kilka, kiedy widziałam, jak na mnie patrzy i miałam wrażenie, że każde miejsce na moim ciele, które omiótł spojrzeniem pali żywym ogniem. Czułam, że pierwsza fala, w której skupiałam się tylko na pocałunkach minęła i teraz nieco więcej z tego wszystkiego rozumiałam, unosząc nierówno klatkę piersiową w której z niezwykłą mocą biło moje serce. 
       Przełknęłam ślinę, nie będąc gotową na kolejny pocałunek, a mimo to oddałam go bez reszty. Mruknęłam cicho prosto w jego usta, nie wiedząc czy rozumiem sens jego wypowiedzi. Moje ciało natomiast zrozumieć musiało, bo te trzy słowa wywołały silny dreszcz, kumulujący się w okolicach podbrzusza. Kolejne słowa zaowocowały tym samym, wywołując przyjemność i torturę równocześnie. 
       Zestresowałam się na moment, gdy sięgnął po drugą z moich nóg, czułam, jak materiał sukni osuwa się bezwstydnie, ale bardziej byłam skupiona na tym, by go objąć. Zrobiłam to instynktownie, teraz przylegając do niego jeszcze ściślej. W tym wszystkim naprawdę nie chciałam myśleć o stolicy! Byłam wręcz zła, że teraz o tym wspomina, że mówi o jakimkolwiek przyspieszaniu. Nawet jeśli jego ton głosu był lżejszy, to moje oczy zmrużyły się niebezpiecznie, chociaż było to słabe w wydźwięku, szczególnie w połączeniu z czerwoną twarzyczką i załzawionymi oczami o nieprzytomnym wyrazie, z rozchylonymi usteczkami, które walczyły o oddech.
       - Mów za siebie - mruknęłam, nie tak bezpośrednio jakbym chciała, mój oddech był zbyt nierówny, jak po niewysłowionym wysiłku fizycznym. 
       Przynajmniej jego kolejne słowa były już przyjemniejsze, wywołały uśmiech, kolejne dreszcze. Cała w zasadzie drżałam, kiedy był tak blisko, a jednocześnie daleko. Drugą stroną medalu było jednak to, że jego słowa przywołały mi na myśl Nariyę, która miała nie mieć tutaj przecież wstępu. W dodatku okoliczności porwały moją wyobraźnię w okrutne rejony. Nie chciałam myśleć o tym, że się z nią kochał, jak to robił, a już na pewno nie o tym, że przy niej nie musiał się powstrzymywać. Z nią było mu łatwiej, ale nie chciałam, aby to sprawiło, że wybierze rudowłosą. 
       Spojrzałam mu w oczy, korzystając z chwili, w której oboje zbieraliśmy siły. Oparłam czoło o jego własne, czując jak jego dłonie sunąc po moich plecach, jak mój biust napiera na jego tors. Miałam ochotę tak wiele mu powiedzieć. Pozwolić na wszystko, ale co z tego, skoro on tego nie przyjmie? Miał na uwadze moje bezpieczeństwo, podczas gdy ja chciałam kierować się pragnieniami. Wiedziałam, że to ona ma rację, ale nie mogłam się z tym pogodzić mimo to. 
       -  Ja też... - zaczęłam, jednak takie tematy nawet w tym stanie uniesienia nie były dla mnie łatwe. Przeniosłam wzrok na bok, szukając wsparcia w kamiennych schodkach. Nie odnalazłam go ani tam, ani w posadce przy naszych nogach. Krew we mnie szalała. Zacisnęłam mocniej dłonie na jego włosach i spróbowałam spojrzeć mu w oczy. Udawałam, że speszenie, jakie miało mnie w swoich ramionach wcale nie jest tutaj obecne. Przynajmniej mogłam udawać. - Ja też jestem dojrzałą kobietą. Ja też ciebie pożądam. Chcę... - speszyłam się, jednak to było zbyt wiele. Musiałam się przysunąć, schować twarz w zagłębieniu w jego szyi. Przesunęłam po niej nosem, składając dwa maleńkie pocałunki. - Chcę, żebyś mnie dotykał. Tylko ty - przejechałam ustami nieco wyżej, szepcąc mu to teraz do ucha, które potem delikatnie musnęłam wargami, przypominając sobie teraz coś, co tak dawno widziałam. Bardzo dawno,  jeszcze w głównym obozie, w namiocie Freyi. Wtedy było to tylko anegdotą między naszymi naukami tańca, taką, która wówczas wydawała mi się całkowicie bezwstydna i niegodna zapamiętania. Miała mnie zawstydzić, zrobiła to, ale teraz chciałam z niej skorzystać. Nawet jeśli gryzienie wydawało mi się czymś nieprzyjemnym i groźnym, to teraz ostrożnie rozchyliłam wargi, przejechałam niepewnie zębami po płatku jego ucha i ostrożnie, delikatnie je nadgryzłam, czując jak wali mi serce. 
       Odchyliłam się, spojrzałam mu w oczy. Bezwstydna i zawstydzona równocześnie, przeciągając chwilę milczenia. 
       - A co jeśli mój mąż będzie jakimś okrutnikiem, bądź człowiekiem tak nieufnym, że nie wypuści mnie nigdy z komnaty? Tacy też są, słyszałam o nich. Co jeśli ostatni raz się zobaczymy, gdy mnie tam zawieziesz, gdy mnie oddasz? - panika przedostała się do tych słów, chociaż bardzo nie chciałam na to pozwolić. Natychmiast przybliżyłam się i wpiłam w jego wargi, ale pocałunek, chociaż namiętny, nie był aż tak długi. - Na pewno... - nie odsunęłam się, stale składałam kolejne pocałunki, bo chciałam mieć go blisko, chciałam go kusić i równocześnie nie chciałam, by zobaczył, jak mi wstyd za te słowa. Nie wypadały one damie, a już na pewno nie kapłance. - Na pewno są sposoby... Ten człowiek... wystarczy mu twoje potwierdzenie, że byłam czysta... ludzie się ciebie boją, Nevanie... - drżałam, chyba sama nie wiedziałam o czym mówię, ale nie chciałam dać tego po sobie poznać. Bardzo chciałam pokazać, że jestem na to gotowa, że dla niego jestem gotowa na wszystko, nawet jeśli budziło to we mnie lęk, to byłam gotowa go zignorować. Byleby tylko zmienić los, byleby kiedyś, gdy nadejdzie czas nie oddać się w ręce obcego mężczyzny. Bo wówczas strach będzie o stokroć większy, niżby teraz.  
       Nadal go całowałam, raz po raz, jakby bojąc się dać mu dojść do głosu. 
       - Potem... potem już sobie poradzę. Splamię krwią prześcieradło... coś wymyślę, coś na pewno... - szeptałam nadal, prosto w jego usta, ale dopiero teraz dotarło do mnie, że zacisnęłam mocno powieki, bojąc się patrzeć mu w oczy.  - Nie musisz się wszystkim martwić... - bo nawet jeśli mi się nie uda, nigdy cię nie wydam. Wezmę za to odpowiedzialność, przyjmę każdą karę z godnością, bo jaki ból na tym świecie miałby być większy, niż wizja życia bez ciebie?  
       

CCLXVIII


        Gorąco i pragnienie, któremu musiałem się przecież przeciwstawić. Ponownie. Wybudować tą barykadę, która nie pozwoli mi się zapędzić zanim nie będzie za późno na odwrót. Esja miała należeć w całości do swojego męża. O ile nikt nie sprawdzi tego, co kryje się w jej sercu, to istniały metody, żeby przekonać się co do stanu czystości jej ciała. Ale jeszcze chwila. Jeszcze trochę tego ciepła wywołanego subtelnym dotykiem, intymną bliskością, choć tak przecież oficjalną i powściągliwą. Jeszcze jeden moment. Jeszcze mogę to przeciągnąć… Jeszcze nad sobą zapanuję…
          Jej głos złamał się tak szybko, jak wydostał się z jej ust. To był pierwszy impuls, odsunąłem nieco głowę do tyłu i w końcu moje usta przestały dotykać skóry jej dłoni. Drugim było polecenie. Nie od razu posłuchałem jej słów, ale kiedy podniosłem głowę, na mojej twarzy nadal błąkał się ten smutny uśmiech. Jej policzki mokre od łez i błyszczące nimi oczy były tak bardzo wymowne, że po prostu pozwoliłem jej się prowadzić i naraz nasze role się zamieniły. Mieliśmy zniknąć z pola widzenia i lepiej, niech tak będzie, bo żar zrodzony w tej atmosferze zamieniał się w parę wodną, która wypierała całą logiczną świadomość. Wszystko zostało daleko za nami; i willa i piękny ogród, a także ścieżka, która rozwidlała się na lewo na schody wbudowane w kamienną ścianę i na prawo, gdzie płynnie prowadziła w dół zbocza do dalszych części ogrodu, już nie ściśle przylegającego do domostwa. Tutaj nikt się nie zapuszczał. Nawet ja nie schodziłem na niewielki tarasik przyozdobiony rzeźbą, ten zawsze wydawał się tak mało atrakcyjny, bo to z góry rozciągał się najpiękniejszy widok, a nie stąd.
        Teraz jednak ten kawałek skały był czymś bardziej pożądanym i bezpiecznym niż każde inne miejsce na całym tym padole. Tutaj byliśmy ukryci przed niepowołanymi spojrzeniami i również tutaj mogliśmy być sobą, dla siebie.
        Słowa Esji były słodkie, ale miały swój gorzki posmak. Nie były kłamstwem, ale przecież nie były też całą prawdą – kapłanka nigdy nie będzie tak naprawdę moja. Nikt nie zaakceptuje tego, że należy do mnie, bo w świetle ludzkiego prawa należała do mojego brata. Ale odepchnąłem od siebie tą myśl, strzepnąłem jak coś paskudnego ze swoich ramion. Esja znalazła się w moich objęciach, tak bardzo blisko, wypierając wątpliwości. Jej gorące usta odnalazły moje, a ciało zareagowało bez ułamka wahania. Zrobiłem krok naprzód, przyciskając ją do siebie, nawet nie zwracając uwagi na to, że ściana rośnie w perspektywie za jej plecami, że zaraz znajdzie się zamknięta pomiędzy mną a kamieniem. Moje usta odpowiadały na każdy jej pocałunek, a gorący język splatał się z tym należącym do niej. Tutaj i teraz logika ani myśli nie miały miejsca. Działał pierwotny instynkt i fakt, że czekałem na nią już tak długo. Że tak długo już chciałem ją mieć.
        Nawet nie zauważyłem, że wyraz mojej twarzy stężał, a brwi ściągnęły się znacznie, moje dłonie bowiem zajęte były szukaniem rozpięcia jej sukni, rozgorączkowane, zniecierpliwione do tych obrazów i uczuć, które podpowiadała wyobraźnia i które chciałem wprowadzić w życie. Kiedy znalazłem guziczek na samym szczycie, palce natychmiast go rozpięły, a za nim jeszcze jeden kolejny. Równie bez zastanowienia. Złapałem jej udo i podciągnąłem wyżej, energicznie. Kilka szwów w jej sukni zerwało się z głośnym trzaskiem, ale  w tej chwili do żadnego z nas nie dotarło to, co się stało.
        Dziewczyna nadal wyczuwalnie drżała pod moimi dłońmi, płakała, a jej usta miały słony posmak łez, które przecież sam w niej wywołałem. Może gdybym wiedział, że tak się to skończy, nie zrobiłbym niczego, nie powiedział nawet słowa. Może…
        Czas na powstrzymywanie i powściągliwość przy niej minął już dawno, jeszcze w bazie wojskowej, do której ją sprowadzono.
        W tym zbliżeniu był ogień, który nie mógł znaleźć ujścia.
        Esja należała do Ylvarena.
        Ta myśl dopiero poraziła mnie niczym wysoko naładowane elektrycznością powietrze. Iskry przeskakiwały między nami, w zdyszanych oddechach mieszających się w gorącym powietrzu. Dopiero wtedy podniosłem powieki, a moja twarz wygładziła się nieco, chociaż nie zniknął z niej trud podjęty, żeby opanować swoje zapędy.
        Uważaj, księżniczko, bo robisz się coraz bardziej zachłanna — zacząłem, nie zastanawiając się długo nad tymi słowami. Były pierwszym, co przyszło mi na myśl. Na moich ustach równocześnie zamajaczył dwuznaczny uśmiech pasujący do tych słów. — I to nie tylko w słowach ta zachłanność zaczyna się przejawiać… Niemal cię nie poznaję — dodałem tym razem szeptem, pochylając się nad nią ponownie.
        Choć w tych słowach brzmiało rozbawienie, to sytuacja do której zeszliśmy z pełną premedytacją nie była wcale zabawna. Na moją twarz wróciła powaga i uniosłem dłoń, żeby zetrzeć ścieżki łez znaczące jeden z jej policzków, a jednocześnie jeszcze odrobinę wyżej pociągnąłem jej nogę, napierając całym ciężarem ciała na nią. Moje spojrzenie intensyfikowało się, kiedy patrzyłem w jej oczy, na szczupły nos, usta, złotą obrożę na szyi, fragment dekoltu, którego nie zasłaniała spódnica, a w moich oczach płonął ogień pragnień. Nie musiałem ich nazywać, żeby wiedziała, co mam na myśli, ale jednak to zrobiłem.
        Chcę cię mieć — wyszeptałem w jej usta, ponownie zatracając się w pocałunkach, nie pozwalając jej nabrać powietrza, usytuowany pomiędzy jej nogami. — Chcę, żebyś była moja, tutaj i teraz.
        Ale nie mogę.
        Wbrew głosowi rozsądku pochyliłem się lekko i sięgnąłem po jej drugą nogę, jej suknia podciągnęła się w sposób, któremu zdecydowanie nie wypada, ale dzięki sile mięśni moich ramion szarpnąłem ją wyżej tak, żeby nogami mogła opleść moje biodra i znaleźć w nich oparcie. Teraz jej twarz znajdowała się nieco wyżej i musiałem zadrzeć głowę, żeby ponownie na nią spojrzeć.
        — I coraz trudniej mi się opanować — wyznałem szczerze, nabierając łapczywie oddech. Krew krążyła we mnie z takim impetem, szumiała w ustach, a ciepło spływało do podbrzusza, gdzie tak przyjemnie się kumulowało. Westchnąłem cicho, jakby to miało pomóc mi opanować swój zachrypnięty od pożądania głos. Chwile spędzone z Nariyą i wszystko, co kiedyś mnie z nią łączyło teraz wydawało się całkowicie pozbawione znaczenia, zupełnie wyblakłe. Myśl, że będzie tam na mnie czekała, w swojej komnacie, że będzie liczyła na noc, którą zawsze spędzaliśmy razem była mi zupełnie obca. — Może powinniśmy przyspieszyć naszą podróż do stolicy. Zanim kiedyś naprawdę się nie powstrzymam, zanim zrobię coś, czego oboje będziemy musieli żałować.
        Przechyliłem głowę lekko w bok, a ton mojego głosu był lekki, lżejszy niż faktycznie w tej sytuacji wypadało. Ale prawda była taka, że miałem tylko ochotę przedłużyć tą chwilę, całować ją, błądzić dłońmi po jej ciele, zapamiętywać każdy fragment tatuażu, który zdobił jej plecy, każdą równość i najmniejszą skazę.
        Ale jak na razie myślę, że nikt się nie poskarży, jeśli spędzimy tutaj trochę więcej czasu, niż wypada — powiedziałem, znowu mocniej przyciskając ją do ściany. Pod materiałem swojego ubrania czułem na sobie doskonale jej piersi, płaski brzuch, smukłe uda, chłodne dłonie na moim karku, tuż na granicy włosów. Chłodny zazwyczaj kamień był ciepły od wygrzewania się w prażącym od tej strony cały dzień słońcu, a woda szumiała przyjemnie, ochlapując nas chłodnymi drobinkami, ale nawet to nie ostudziło mojego entuzjazmu.

CCLXVII



       Więc nie było żadnych wiadomości? Powinnam poczuć z tego powodu ukłucie zawodu? Być może tak, ale bardziej skupiłam się na tym, jak imię tej kobiety brzmiało w jego ustach, a może raczej na tym, że chciałam usłyszeć swoje własne, wypowiadane przez niego. Ani drgnęłam, kiedy dotknął mojego ramienia. Miałam ochotę powiedzieć, że nie musi mówić, widzę przecież, że to żadna przelotna znajomość. Ugryzłam się jednak w język, w ciszy pozwalając mu zająć się moimi włosami. Nawet nie patrzyłam na jego ręce, tylko gdzieś w okolice mostka, panując nad oddechem, tak jakbym mogła go oszukać, że jestem spokojna. To było niemożliwe. Doskonale wiedziałam, a mimo to nie zniechęcało mnie to do podejmowania dalszych prób. 
       Ocknęłam się, jak z jakiegoś transu wraz z chwilą, w której zabrał swoje dłonie. Zamrugałam dwa razy i ruszyłam z miejsca, chcąc go jak najszybciej dogonić, bo zostałam nieco w tyle. Zrównaliśmy się już po chwili, a ja nie wiedziałam na co patrzeć, na przyrodę, która zachwycała, czy na niego, bo i on wiele uczuć we mnie budził. Miałam mu zrobić awanturę, sądziłam, że tą zrobię od razu, jak tylko znajdziemy się we dwoje. Tym czasem nic podobnego nie miało miejsca. Stale powtarzałam sobie, że to może poczekać, że nie chcę psuć tej sielskiej atmosfery. 
      W końcu się odezwał, a ja kierowana jego oceną, sama rozejrzałam się uważniej. Miał miejsce. Było tutaj pięknie, zauważyłam to od pierwszej chwili, w której się tutaj znalazłam. Wszystko zdawało się urzekać swoją urodą, jakby te ziemie nigdy nie miały zaznać cierpienia, jakby sami bogowie dbali o atmosferę, jaka tutaj panowała. Nic nie zdawało się być kwestią przypadku, niczego nie było za wiele i za mało, zapachy tworzyły idealną mieszankę, a cień i miejsca w pełnym słońcu przeplatały się ze sobą. Słowem czułam, że jeśli ktoś miałby za zadanie namalować harmonię, to winien tu przybyć i malować każdy, losowy element krajobrazu. Każdy bowiem po równo nadawał się na reprezentanta tego słowa. 
       Nie wiem w którym momencie krajobraz poruszył mnie na tyle, by wymusić na mojej twarzy uśmiech, ale czułam, że właśnie ten wyraz zszedł z niej, gdy dotarły do mnie słowa... a raczej wyznanie Nevana. Miałam unikać jego spojrzenia, ale nie byłam w stanie. Natychmiast odnalazłam jego oczy. Czerwone, znajome, ale słowa... och te słowa do znajomych nie należały. Krew zaczęła szumieć mi w głowie, w dziwnym, tak nagłym wyrazie wzruszenia. Gdy przymknęłam powieki, pod nimi widziałam wszystko co nas otacza, dokładnie. Widziałam, jak budzę się i zasypiam w tym miejscu. Przy nim. Jak te piękne krainy stanowią mój mały świat. Nasz świat. Świat, w którym moglibyśmy być sami sobie panami własnego losu. 
       Mówił dalej, a ja ponownie otworzyłam oczy, nie wiedząc jeszcze jakie emocje we mnie zostaną, gdy już zamilknie. Zdawał się być inny, niż zwykle, bardziej roztargniony, targany czymś sprzecznym, a może niezrozumiałym. W tej chwili, och pierwszy raz wydawał mi się wręcz młodzieńczy. Było to takie nowe i przejmujące, przyjemne i niepokojące, bo nie wiedziałam jeszcze do czego to prowadzi. 
       Miał racje, nie mógł mi tego dać. Po prostu nie mógł. Skrzywiłam się delikatnie, coś we mnie się szarpnęło, ale to on wykonał ruch pierwszy. Poczułam jego palce na swoich, zaskoczona sapnęłam bezgłośnie, a potem kolejny raz, już wydychając powietrze ze świstem, gdy przede mną klęknął, a serce mocniej zerwało się w piersi. 
       Patrzyłam na niego z góry, na dobre zapominając o awanturze dotyczącej Nariyi. Tej która miała nadejść i być może nigdy już nie nadejdzie. teraz byłam tylko ja i o i nic więcej na tym boskim świecie. Nic więcej. Tylko my. Tylko on. 
       Wcześniej chciałam mu przerywać, teraz pozostawałam w milczeniu. Patrzyłam na niego, za sobą, nieco po skosie mając jego willę. Nie myślałam o niej w tej chwili, wiele do mnie nie docierało, jak i myśl, że w oczach wzbierają mi łzy wzruszenia, że to przez nie obraz klęczącego mężczyzny się rozmywa. O ich obecności zdałam sobie dopiero w chwili, w której zaczęły spływać po polikach. Nie starłam ich. 
       - To nic - odezwałam się w końcu, sądząc, że zapanuję nad głosem, że te słowa będą odnosiły się do tych łez i do niczego innego. Pomyliłam się w obu tych kwestiach. - To nic, że nie możesz mi tego dać... - dodałam i wzruszenie nieco mocniej ścisnęło mnie za gardło. Miałam ochotę paść na kolana przy nim. Wtulić się w niego i nie puszczać, ale byliśmy przecież na widoku. Spanikowałam nieco, rozejrzałam się dookoła. Byliśmy sami, a ostrożność miała być jego gestią. Tym razem czułam jednak, że muszę wziąć się w garść, muszę go chronić, muszę stać się bardziej odpowiedzialna, ale nade wszystko, nie mogę w niego wątpić. Nigdy. Nagle poczułam wstręt do siebie, że podobne myśli towarzyszyły mi jeszcze nie tak dawno. 
       - Wstań... wstań szybko - pociągnęłam go nieco gorączkowo. Nie znałam przecież tego otoczenia, nie wiedziałam co gdzie się znajduje, ale to się nie liczyło. Musiał się podnieść, musiał natychmiast i pójść za mną, ciągnęłam go, zerwałam się, jak tylko za rzędem krzewów dostrzegłam kamienne schodki w dół. Strome. Zbyt strome by pokonywać je w pędzie, ale na szczęście nic złego się nie stało. Więc ciągnęłam go za sobą, by dotrzeć do jednego z półokrągłych tarasików. Małego. Zaledwie starczało tu miejsca na rzeźbę po środku i nieco przestrzeni dookoła niej, pod kamienną poręczą na całej długości również w kształcie okręgu znajdowała się kamienna ława, a przy murze, który piętrzył się w górę, aż do poziomu na którym znajdowaliśmy się jeszcze niedawno było małe źródełko skalne, Zatrzymałam się więc obok, odwróciłam z impetem. Po prawej kamienna ściana, po lewej te cudowne ziemie, na których moglibyśmy żyć dostatnie i szczęśliwie. Przede mną mężczyzna, którego kocham. Za nim schody do świata, gdzie nie wolno nam nic. Teraz jednak byliśmy tutaj i jedynym świadkiem tej bliskości, tego grzechu była kamienna postać, zastygła w bezruchu. I drzewa padające na nas baldachimem, więc nawet w góry niełatwo byłoby nas dostrzec. Bo nie znałam tego miejsca wcale, a jednak zrozumiałam, że oto nie może dać mi tych ziem, nie może dać mi tego wszystkiego, ale ten mały balkonik, ten mały może zapomniany przez strome schody balkonik miał być tylko mój. Dla nas. 
       - Dziękuję - odezwałam się, czując, że wilgoć jedynie wzbiera na sile, że łzy nieprzyjemnie ciekną po szyi. Ignorowałam je, tym razem będąc tą, która odnalazła jego dłonie pierwsza. Zadarłam głowę wysoko, aby patrzeć w jego oczy. - Tak długo, jak mam ciebie, tak długo mam wszystko, czego mi trzeba. Mam więcej, niż kiedykolwiek pragnęłam, więcej, niż wypada chcieć - wyrzuciłam z siebie marszcząc brwi. - Na bogów, kocham cię ponad wszystko, ponad wszystko Nevanie - broda mi zadrżała, podobnie, jak całe ciało. - Ty także mnie masz, będę twoja, będę tylko twoja. Obiecuję, obiecuję, że na tym świecie nie ma siły, która wydrze ci mnie z twoich rąk, więc i ty bądź mój. Tylko mój - dodałam i nie czekając dłużej, stanęłam na samych czubkach palców, niemalże czując w nich ból, po czym wpiłam się w jego usta, namiętnie, bez cienia zawahania, jakie zwykło mi towarzyszyć w takich chwila. - Tylko mój... - powtórzyłam między jednym pocałunkiem, a drugim, przywierając do niego ciałem. 
       Było mi mało, naprawdę mało  pierwszy raz czułam taką potrzebę bliskości, aż taką, przejmującą i niepohamowaną. Mruknęłam, czując jak po moim ciele rozlewa się dziwna fala gorąca, najpierw jednak, potem druga. Oplotłam dłonie dookoła jego głowy, palce wplątując w miękkie, czarne włosy, nogi drżały z bólu, więc spróbowałam zmusić go do tego, aby się do mnie przybliżył, aby się pochylił. 
       Zaczerpnęłam powietrza, odruchowo ciągnąc go nieco na bok, znajdując równowagę na murze, który znajdował się za mną, nie dbając o to, jak nieodpowiednio się teraz zachowywałam. Wypite w pośpiechu wino, gorące powietrze, ale przede wszystkim jego wyznanie sprawiło, że nie chciałam ten jeden raz odsuwać się od niego przedwcześnie, jakbym miała się naładować jego bliskością. Nadal płacząc, cały czas, bez przerwy, pozwalając bym drżała w jego ramionach, mieszała nasze oddechy, splatała języki, masowała dłońmi jego kark i potylicę. 
       - Karm mnie tymi słowami - szepnęłam, jak w jakimś transie, schodząc ustami na linię jego szczeki, obdarowując każdy jej fragment drobnymi pocałunkami. Czułam się, jak spragniony człowiek, który w końcu uzyskał dostęp do wody. Jak więc miałam czerpać ze źródła z umiarem, kiedy każdy milimetr mojej świadomości krzyczał o więcej? - Że to do mnie należysz. Że mnie pragniesz, że kochasz, że tylko mnie... - jęknęłam mu do ucha, nie zauważając chwili, w której jedno z moich ud uniosło się nieco, przejechało po zewnętrznej stronie jego własnego, jakbym chciała go nim objąć, przylgnąć do niego jeszcze mocniej, jeszcze silniej. 
        
       
       



              

CCLXVI


        I faktycznie. Zamknąłem oczy, pozwoliłem ramionom luźno wisieć po obu stronach ciała i szedłem przed siebie, z małą rozwagą stawiając kroki. Znałem to miejsce tak dobrze, że z łatwością opuszczałem gardę nie licząc się z żadnym niebezpieczeństwem. Bo tutaj… Tutaj żadne miało mnie nie dosięgnąć. Nie w tej oazie spokoju, we fragmencie życia i tygodnia, które często po powrocie do obozów wydawały się jedynie snem. Fatamorganą człowieka pragnącego spokoju. Ale ja taki nie byłem. Owszem, łaknienie ciszy i relaksu było moją częścią, ale znacznie mniejszą niż wszystkie inne. Niż prowadzenie wojny, walka, agresja i brutalność. Dlatego wracając do wojska zapominałem o wszystkim, co znałem tutaj, na tych ziemiach ogarniętych pokojem, na ziemiach, do których wojna nie dotarła. Jeszcze. W głębi siebie wiedziałem, że to tylko kwestia czasu. W końcu będziemy musieli sięgnąć głębiej, do zapasów żywności, lekarstw i miejsca, a pagórki pokryte łąkami i lasami, żyzne ziemie rodzące obfite plony były idealnym strategicznie miejscem do bazy zapasowej.
        Do nosa wdzierały się nowe zapachy kwitnących kwiatów i krzewów, uszy zalewał dźwięk rozbudzonej do życia w ten gorący dzień natury, a w tym wszystkim nie było innego człowieka. Stąpałem ostrożnie po trawie, wyczuwając wszelkie zmiany w nawierzchni. Specjalnie założyłem buty o miękkiej podeszwie. W niektórych miejscach trawa ustępowała niedużym, płaskim kamieniom ułożonym w ścieżki, a odstępy między ich płaszczyznami wypełniała zieleń. Gdy przeszedłem dalej, za rabaty kwiatowe, zapachy zmieniły się diametralnie i właśnie wtedy uchyliłem lekko oczy, zgadując, że znalazłem się wystarczająco daleko.
         W oazie spokoju bardzo łatwo było odnaleźć coś, co zupełnie do niej nie pasuje. Nadstawiłem uszy, ale Esję zdradziły nie szybkie kroki, ani nie nerwowe nabieranie powietrza w płuca. Dopiero jej krzyk naprawdę naprowadził mnie na miejsce, w którym się znajdowała i nadal miękko, bezszelestnie stawiając kroki poszedłem bez pudła w kierunku, gdzie się znajdowała. Na ułamek sekundy zatrzymałem się o kilka kroków za jej plecami, przyglądając nerwowym ruchom, mógłbym nawet przysiąc, że widzę wzburzenie w całym jej ciele, nie tylko na twarzy, której nie widziałem pod tym kątem. Pokonałem dzielący nas dystans i mniej więcej kiedy byłem już za nią, ona również się odwróciła, zapominając przy tym o odczepieniu jeszcze jednego kosmyka włosów wplątanego w starą, suchą gałązkę, która musiała umrzeć wiele zim wcześniej, wiszącą nisko przy ziemi.
        Kiedy spojrzałem na jej twarz, widziałem na niej prawie wszystko z tego, czego spodziewałem się zobaczyć. I może nawet trochę więcej.
        Nie mylisz się — odpowiedziałem krótko, ale nie groźnie. Nawet nie ze złością, na którą z pewnością było tutaj miejsce po tak otwartej uwadze. — Tym razem nie jest inaczej. Nie ma żadnych wiadomości, ale wolałem, żeby Nariya nie towarzyszyła nam w tym spacerze. Z pewnością szukała sposobu, żeby to zrobić — zapewniłem, kładąc dłoń na jej ramieniu. A później dodałem, głosem wyjątkowo informacyjnym, wypranym z emocji, bo nie szukałem kolejnego argumentu do kłótni: — Znam ją wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że szukała.
        Był to dotyk tak delikatny i tak niepodobny do wszystkiego, co mnie cechowało. Obróciłem ją wokół własnej osi, a później wyciągnąłem rękę tuż nad jej ramieniem i sięgnąłem dalej, do suchej gałązki, palcami sprawnie uwalniając z jej uścisku ostatni kosmyk blond włosów. Trwałem tak przez chwilę, wdychając nowy zapach. Zapach, który nie pasował do tego miejsca, który był tu zupełnie nowy i nieznany, chociaż jedynie metaforycznie. Przymknąłem oczy i pozwoliłem temu dziwnemu, ciepłemu uczuciu wypełnić moje ciało. Promienie słoneczne prześlizgiwały się pomiędzy liśćmi wprawianymi w ruch przez wiatr, tworząc na nas, na trawie i na całym otoczeniu poruszające się płynnie wzory światła i cienia. Nieustannie zmieniające się, dostrzegalne nawet na zamkniętych powiekach. A mimo tego wydawało mi się, że na moment czas zamarł, w chwili, w której pierwszy raz od dawna byliśmy po prostu tak blisko siebie, bez żadnego słowa. Bez wyrzutów. Bez problemów, które ciążyły na każdym kroku. Bez złości. Bez ukrywania się.
        Jak piękne byłoby takie życie, gdyby było nam dane.
        Odsunąłem się i zabrałem swoje dłonie z jej ciała, a później skinąłem na ścieżkę, która wspinała się na niewielki pagórek pomiędzy swobodnie rosnącą roślinnością.
        Pozwolisz? Mam ci coś do pokazania.
         Nie czekając, aż kapłanka zareaguje ruszyłem przed siebie, z nadal tak samo luźnym ciałem, z krokami, których dźwięki tłumiła trawa, z twarzą, która była równie spokojna, co głos. Równie opanowana. Dotarliśmy na szczyt niewielkiego wzniesienia i chociaż widok stąd rozciągał się na dolinę wyznaczoną wstęgą rzeki, w której teraz odbijały się promienie słoneczne, to nie poświęciłem mu nawet chwili. I tak znałem to wszystko na pamięć. Zamiast tego zatrzymałem się na kraju ścieżki, tuż przed skarpą prowadzącą stromo w dół, a później powoli odwróciłem przodem do Esji. Spojrzenie prześlizgnęło się po jej twarzy, a później w lewo, gdzie rozciągał się ogród, a nie tak daleko także sylweta budynku, jej najwyższe piętra, strzeliste okna i mur częściowo porośnięty bluszczem. Dom był wystarczająco daleko, żeby nikt nie mógł nas usłyszeć, a służba rzadko o tej porze przechadzała się po ogrodzie. Było zbyt ciepło, żeby ktokolwiek opuszczał dom. Poza mną.
        — Piękne miejsce — powiedziałem w końcu, kiedy wzrok znowu przeniosłem na twarz kapłanki, ale wcale się nie rozglądnąłem, żeby to powiedzieć. Cisza się przedłużyła, aż w końcu nabrałem powietrze w płuca, a ten jeden oddech zabarwił moje oczy nowymi emocjami. — Gdyby to tylko było możliwe, wszystko, co tu widzisz należałoby do ciebie.
        Nie pozwoliłem jej nic powiedzieć.
        Wbrew pozorom i wszystkiemu, czego się już o mnie dowiedziałaś, doskonale wiem, jak należy oddawać szacunek nie tylko bogom, ale i świętym, którzy chodzą po tej ziemi — zacząłem z niejakim roztargnieniem, które mi nie pasowało. Te słowa mi nie pasowały. Przywoływały wspomnienie lat spędzonych na naukach w czarnym, zimnym zamku. Przywoływały gesty, które miałem wpojone w ciało nawet silniej niż odruchy bitewne. — Ale nie mogę ci tego dać.
        Matka zawsze powtarzała, że jej dzieci muszą umieć poprawnie oddawać należny szacunek. Nawet jeśli to nie sprawiało, że kochała któreś z nas bardziej, to cała trójka nauczyła się tego zanim potrafiliśmy chociażby biegać po ostrych, postrzępionych skałach za północną galerią domu.
        Sięgnąłem do przodu bez słowa, ale z emocjonalnym zacięciem na twarzy, które po chwili zamieniło się w słaby uśmiech i odnalazłem jej dłoń, na której skupiłem swoją uwagę, a później ugiąłem kolana. Klęknąłem przed nią na jednym z nich, przeciwne do niego ramię schowałem zgięte pod kątem prostym za plecami z dłonią zaciśniętą w pięść, jak wypadało, pochyliłem głowę, a drugą dłoń z jej ręką podniosłem nieco wyżej.
        Esjo, masz mój umysł, moje ciało i moje serce. To wszystko należy do ciebie. I tylko do ciebie.
        Zrobiwszy to wszystko, złożyłem na jasnej skórze jej kłykciów pocałunek. Ledwie muśnięcie ustami, które sprawiło, że moje ciało opętała burza pulsującego gorąca.

        Nariya lubiła podziwiać ogrody, ale tylko z poziomu, z którego nie musiała faktycznie do nich schodzić i nie dajcie bogowie, narazić się na spotkanie z mnogą ilością owadów swobodnie latających w letnim powietrzu, czy pozwolić sobie na bliższy kontakt z włochatym gryzoniem, który mógłby akurat przebiegnąć koło jej stóp. To wszystko było ryzykiem, którego wolała nie podejmować, a że podziwiać ogrody mogła z daleka, często na to się właśnie decydowała. Być może była wychowana w niezbyt bogatym domu, w warunkach, których nikt nie nazwałby dobrymi, ale lata spędzone w luksusie spływającym ze szczodrości jej ukochanego nauczyły ją, w jakich sytuacjach może być wybredna, a w jakich musi zacisnąć wargi i dać sobą prowadzić.
       Z wyborem swojej komnaty jednak mieściła się w tej pierwszej opcji. Długo po przyjechaniu do tej willi przed niemal pięcioma laty krążyła do pokojach mając za zadanie wybrać ten, który będzie jej komnatą sypialną. Jej. Ich. Ich wspólnym miejscem. I wybrała tą, której zapierający dech w piersiach widok otwierał się wielkimi oknami umieszczonymi we wschodniej ścianie, tą, z której mogła obserwować niemal wszystkie zakamarki ogrodu. Tą, na balkonie której planowała kochać się późnymi, gorącymi z Nevanem, która miała być jej salą tronową, jej królestwem. Nigdy nie miała ambicji, żeby sięgać tak daleko. Spotkanie i uczucie, jakie połączyło ją z ciemnowłosym mężczyzną było już i tak darem, który zesłali jej bez wątpienia sami bogowie. Było czymś, czego nie oczekiwała w najśmielszych snach. Mogła stać się panią, które widziała mijane na ulicach większego miasta, w którym się wychowała, eleganckie, piękne, wystrojone. Tej środkowej cechy nigdy z resztą jej nie brakowało. Była najurodziwszą dziewczyną w sąsiedztwie, nawet z całej ósemki swojego rodzeństwa i doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że to nadal jest jej najniebezpieczniejszą bronią.
        Teraz, kiedy podeszła do jednego z okien i przysiadła przy niskim parapecie mogła cieszyć się ciepłymi promieniami słońca na jej jasnej, nieskazitelnej skórze.
        Jeszcze. Ale ile czasu będzie piękna i młoda? Ile czasu będzie potrafiła uwodzić Nevana, ile ten każe jej jeszcze czekać? Każde spotkanie było niczym nabranie tlenu, niczym łyk wody w nieznośnym upale. Ale ostatnio jego było mniej. Jej także. Czas, może jeszcze nie teraz, ale również dla niej pędził nieubłaganie.
        Oparła dłonie na wąskim parapecie palcami skierowanymi do siebie, a później płynne ułożyła na nim także łokcie i z gracją oparła się o ciepłą ścianę. Jej suknia rozlała się po podłodze, najdroższy aksamit przyjemnie łaskotał jej miękką skórę, a kiedy tak siedziała, odsłaniał zdecydowanie więcej, niż przyzwoitości należało. Spojrzała na horyzont, który mieszał się z rosnącymi pagórkami, a później niżej, na wstęgi rzek i jeszcze niżej…
        Jej serce zamarło w piersi. Wiedziała, na kogo patrzy. Na CO patrzy. Zamrugała szeroko otworzonymi powiekami i trwała tak chwilę w milczeniu, przyglądając się tej scenie niczym nieplanowany widz. Dopiero po chwili spomiędzy jej ust wyrwało się westchnienie ulgi, na ustach zawitał śmiech, który zabarwił jej policzki różem.
        — Nareszcie! — pisnęła, podnosząc energicznie dłonie. — Najwyższa pora, żeby okazać najświętszej zasłużony szacunek — dodała ciszej, sama do siebie, dysząc od emocji.
        To był znak, na który tak długo czekała.
        Nawet Nevan ugiął się przed bóstwem we własnej postaci. Nariya zawołała podniesionym głosem i nie musiała czekać nawet minuty, zanim jej oddana służąca pojawiła się z drzwiach z dłońmi na podołku i głową spuszczoną w lekkim ukłonie.
        — Zylo, przynieś mi natychmiast wrzątek w niewielkim dzbanuszku — poleciła, odwracając się od okna i podrywając z posadzki do pionu. — Natychmiast, dziewczyno! Nie ma czasu, żeby się ociągać!
        — Tak jest, pani.
        Zniknęła, zostawiając za uchylonymi drzwiami Nariyę pogrążoną w emocjach, myślach i marzeniach. W tych, które teraz w końcu miały doczekać się spełnienia. To był czas. Dopadła w kilku krokach do toaletki z okazałym lustrem i szarpnęła za półeczkę, niemal wyrywając ją z mebla. Rozgorączkowana, drżącymi dłońmi wyciągnęła ściśle sprasowaną niewielkich rozmiarów kostkę liści i obróciła ją w palcach, przyglądając się uważnie, krytycznie.
        Nariya nie mogła wiedzieć, czego właśnie była świadkiem. Przypisała widzianej przez siebie scenie najbardziej oczywiste znaczenie, a oddana emocjom zupełnie zapomniała, że może tą dwójkę nadal obserwować. Nerwowo krążyła po pokoju, co chwila wracając do toaletki, jakby jej mały magiczny zwitek liści miał zniknąć, gdyby na chwilę straciła go z oczu. Poświęcona własnym rozmyślaniom, nie spędziła nawet chwili na zastanowienie się nad tym, co rozegrało się przed jej oczami. Nie mogła wiedzieć, że patrzyła na wyznanie miłości, nie okazanie szacunku. Przejęta tym, że nawet Nevan potrafił ugiąć swój kark przed kapłanką przysiadła przy stoliku, wyciągnęła mały moździerz i z namaszczeniem roztłukła w nim zasuszoną kosteczkę.
        Podskoczyła, kiedy drzwi skrzypnęły i pojawiła się w nich służąca.
        — Pani? — szepnęła, podchodząc bliżej, a później przyklęknęła przy jej stopach i ostrożnie ułożyła mały dzbanuszek na stole.
        — To dzisiaj, Zylo. Dzisiaj — powtórzyła Nariya, z oczami rozbieganymi niczym w transie.
        Służąca musiała to zauważyć, bo po chwili wahania podniosła swoje kościste dłonie i zamknęła w nich ręce swojej pani. W oczach drobnej służącej odmalowało się niezrozumienie i zmartwienie. Uniosła brwi i spojrzała do moździerza. Od razu zauważyła, że to nie to samo lekarstwo, które jej pani przyjmowała, kiedy Nevan pojawiał się w swojej willi. Te liście nie były jasne, zbyt przesuszone, było ich zdecydowanie mniej.
        — Pani… To nie ten środek, który używasz dla zachowania swojej czystości — podjęła ostrożnie, przełykając ślinę.
        Wszyscy w służbie wiedzieli, że Nariya przyjmuje medykamenty, które mają powstrzymywać jej płodność na czas, kiedy pan Tealvash pojawiał się na swoich włościach, ale Zyla wiedziała o wiele więcej. I więcej niż wszyscy martwiła się o swoją panią. Przychodziła do niej nocami, którymi nie mogła spać i spędzała dnie, w których więdła, nie chciała wychodzić ani przyjmować posiłków. Znała ją lepiej, niż sam ten pieprzony szlachcic, który pojawiał się tutaj, kiedy mu tylko było wygodniej.
        Martwiła się, że jej pani podejmuje niewłaściwą decyzję, ale nie mogła jej zapobiec. Pozwoliła jej wyrwać dłonie z uścisku.
        — Zylo, to jedyny sposób, żeby dać mu potomka — powiedziała Nariya, ważąc słowa, a później ostrożnie zalała rozgniecione zioła wrzątkiem. Napar natychmiast buchnął słupem dymu, a później pomieszczenie wypełniło się na krótką sekundę zieloną poświatą. Tak krótką, że Zyla zastanawiała się, czy to nie był tylko wyimaginowany powidok. — To najnowszy specyfik, sprowadzony prosto ze stolicy. Panie wielkich rodów tak robią, Zylo. Przyjmują napary, które sprawiają, że ich płodność staje się niezawodna. Wszyscy tak robią. To dobre. Nie powinnaś się martwić — mówiła rozgorączkowana, szybko, nieskładnie. — W ten sposób Nevan w końcu zapomni o wojnie. Będzie musiał ją porzucić.
        Służąca nie wierzyła w te słowa. A chciała wierzyć.
        — Będzie miał syna, którym będzie musiał się zaopiekować. Wróci. Do nas, do mnie. Do domu.
SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/