Opuściłem ramiona, czując jak przy
wykonywaniu tego gestu to zranione przeszyło całą lewą część mojego ciała
ostrym bólem. Nie dałem po sobie tego znać, przyzwyczajony do maskowania
słabości, odnajdując w tym coś bardzo znajomego i bezpiecznego. Pozwoliłem jej podejść
do siebie i nadal naturalnie ignorowałem wzrok ludzi, który skupiał się na
mnie, jakby nie było w tym nic dziwnego. Ludzie muszą mieć czas, żeby nad
wszystkim przejść do normalności. Nie znaczyło to jednak, że nagle zamierzam
traktować ich wszystkich inaczej, albo zwracać uwagę na ludzi, którzy zazwyczaj
byli jedynie podwładnymi. Oni także musieli widzieć, że ten uraz niczego nie
zmienił, że nadal jesteśmy na tym samym szlaku, na tej samej wyboistej ścieżce,
z której nie ma drogi na skróty. Miałem na sobie jedynie luźne, skórzane
ubranie przewiązane charakterystyczną szarfą w pasie, z luźnymi rękawami czarnej
koszuli i spodniami zapinanymi zamszowymi paskami. Żadnej zbroi i dodatkowego
oręża. Spod materiału koszuli przy szyi wystawały białe bandaże, odcinające się
kontrastowo od opalonej skóry i ciemnych materiałów odzienia.
Prychnąłem cicho na jej pierwsze słowa i
wzrok, ale nie zamierzałem komentować. Potrzebowałem odrobinę samodzielności i
samotności, która miała przygotować mnie nie tylko do powrotu do swoich
obowiązków, ale też do przyjęcia wiadomości, które mogły już na mnie czekać. To
prawda, Aelnea nie odwiedziła mnie przez cały ten czas – przynajmniej nie w
czasie mojej świadomości. To mogło znaczyć, że możemy ukraść jeszcze trochę
tego cennego czasu. Nadzieja jednak nigdy nie była tym, czego lubiłem się
chwytać. Odetchnąłem ciężko skinąłem
głową, wybierając kierunek naszego spaceru, układając wszystko inne w głowie po
kolei.
Coś jednak w całym tym obrazku mi nie
pasowało. Być może nie skupiałem się na postawie Esji, ale nagle coś się
wyczuwalnie zmieniło, coś, czego nie potrafiłem nazwać.
— Nie chodziło o to, czy twoja obecność
mi odpowiada, kapłanko — rzuciłem, mrużąc przy tym lekko oczy. W moim głosie
był ten chłód i swoista swoboda, ale także dystans. — Ale Esjo, jak
wytłumaczyłabyś udział bogów w zmianie mojego odzienia medykowi? Może wręcz
powinienem był to zrobić tylko po to, żeby posłuchać tych tłumaczeń — dodałem
złośliwie, przenosząc poważne spojrzenie na jej twarz. Nadal wydawało mi się,
że coś jest nie w porządku. Coś w wyrazie jej twarzy, a może tego, jak jej spojrzenie
uciekało na boki. Coś w sztywności ruchów.
W obozie o tej porze było dużo ludzi.
Praktycznie na każdym kroku mijaliśmy małe grupki żołnierzy i służących, którzy
przygotowywali już popołudniową strawę. Nie bardzo myślałem o tym, o czym mówię
i do kogo. To rozluźnienie i brak samodyscypliny teraz stawał się
niebezpieczny. I nigdy nie powinienem sobie na niego pozwalać. Głównie dlatego,
choć moje słowa były dosadnie personalne, to wyraz twarzy obojętny, wręcz
surowy; jakbym rozmawiał z kolejnym ze swoich podopiecznych. Szacunku na próżno
byłoby we mnie szukać, choć to także częściowo było częścią grania pozorów.
Nigdy nie będę w stanie uwierzyć, że to bogowie sprowadzili na mnie
ozdrowienie. Inną sprawą jednak było poświęcenie dziewczyny w oddanej opiece i
sam ten fakt sprawiał, że czułem rosnący respekt. Wdzięczność. Nie potrafiłem
sprecyzować tych uczuć.
— Eliah, w rzeczy samej, jest naprawdę
niezastąpiony. Nie miałem wątpliwości, że stanie na wysokości zadania i
poprowadzi obóz pod moją nieobecność. Mam też nadzieję… — zawiesiłem na chwilę
głos, wbijając spojrzenie w przestrzeń przed sobą. — Że nikt zbytnio ci się nie
narzucał, nie licząc upartego medyka, kiedy leżałem pozbawiony świadomości. —
Myśl, że pod moją „nieobecność” ktoś mógłby chcieć ją wykorzystać nie była
miła. Sprawiała, że zbierały się we mnie ciężkie, burzowe chmury.
Nie miałem ochoty rozmawiać o tym, że
niedługo będzie musiała opuścić to miejsce. Że to nie jest miła nowina, że
zdążyła się zadomowić. Ten fakt dręczył mnie od momentu, kiedy tylko miałem
wystarczająco siły, żeby jeść samodzielnie posiłki, ale nie chciałem nią
obciążać także blondynki. Faktycznie wyglądała na zadowoloną. Stąpała lekko, z
włosami tworzącymi woalkę dookoła jej twarzy, w jasnej sukience. W błyszczącej
ekscytacją twarzy, bez śladów zmęczenia, jakie były tam każdego z ostatnich
dni. Wyszliśmy za teren namiotów, na drogę, która prowadziła w okolice wąwozu,
rzeki i stajni. Dopiero tutaj zrobiło się luźniej. Zwolniłem lekko kroku i
wyciągnąłem dłoń, łapiąc nią Esję za łokieć, tym samym zmuszając ją też do
przystanięcia.
— O co chodzi, Esjo? Zachowujesz się,
jakby fakt, że nie leżę już bez sił u siebie w namiocie był ci co najmniej
niezręczny. Cała się spięłaś, nawet ci się stawy kolanowe nie zginają
swobodnie, kiedy chodzisz — powiedziałem z nutką żartobliwości w tonie głosu,
teraz także zatańczyła ona nawet w kąciku moich ust. — Coś się stało? — w tym
pytaniu słychać było także coś innego. Pewną twardość, postanowienie, albo może
i obietnicę. Że jeśli ktoś jej coś zrobił, kiedy nie mogłem opuścić namiotu,
albo że jest coś, co przede mną ukrywa, to prędzej czy później się dowiem.

