sobota, 30 czerwca 2018

CCXXXII


        Opuściłem ramiona, czując jak przy wykonywaniu tego gestu to zranione przeszyło całą lewą część mojego ciała ostrym bólem. Nie dałem po sobie tego znać, przyzwyczajony do maskowania słabości, odnajdując w tym coś bardzo znajomego i bezpiecznego. Pozwoliłem jej podejść do siebie i nadal naturalnie ignorowałem wzrok ludzi, który skupiał się na mnie, jakby nie było w tym nic dziwnego. Ludzie muszą mieć czas, żeby nad wszystkim przejść do normalności. Nie znaczyło to jednak, że nagle zamierzam traktować ich wszystkich inaczej, albo zwracać uwagę na ludzi, którzy zazwyczaj byli jedynie podwładnymi. Oni także musieli widzieć, że ten uraz niczego nie zmienił, że nadal jesteśmy na tym samym szlaku, na tej samej wyboistej ścieżce, z której nie ma drogi na skróty. Miałem na sobie jedynie luźne, skórzane ubranie przewiązane charakterystyczną szarfą w pasie, z luźnymi rękawami czarnej koszuli i spodniami zapinanymi zamszowymi paskami. Żadnej zbroi i dodatkowego oręża. Spod materiału koszuli przy szyi wystawały białe bandaże, odcinające się kontrastowo od opalonej skóry i ciemnych materiałów odzienia.
       Prychnąłem cicho na jej pierwsze słowa i wzrok, ale nie zamierzałem komentować. Potrzebowałem odrobinę samodzielności i samotności, która miała przygotować mnie nie tylko do powrotu do swoich obowiązków, ale też do przyjęcia wiadomości, które mogły już na mnie czekać. To prawda, Aelnea nie odwiedziła mnie przez cały ten czas – przynajmniej nie w czasie mojej świadomości. To mogło znaczyć, że możemy ukraść jeszcze trochę tego cennego czasu. Nadzieja jednak nigdy nie była tym, czego lubiłem się chwytać. Odetchnąłem ciężko  skinąłem głową, wybierając kierunek naszego spaceru, układając wszystko inne w głowie po kolei.
        Coś jednak w całym tym obrazku mi nie pasowało. Być może nie skupiałem się na postawie Esji, ale nagle coś się wyczuwalnie zmieniło, coś, czego nie potrafiłem nazwać.
        — Nie chodziło o to, czy twoja obecność mi odpowiada, kapłanko — rzuciłem, mrużąc przy tym lekko oczy. W moim głosie był ten chłód i swoista swoboda, ale także dystans. — Ale Esjo, jak wytłumaczyłabyś udział bogów w zmianie mojego odzienia medykowi? Może wręcz powinienem był to zrobić tylko po to, żeby posłuchać tych tłumaczeń — dodałem złośliwie, przenosząc poważne spojrzenie na jej twarz. Nadal wydawało mi się, że coś jest nie w porządku. Coś w wyrazie jej twarzy, a może tego, jak jej spojrzenie uciekało na boki. Coś w sztywności ruchów.
        W obozie o tej porze było dużo ludzi. Praktycznie na każdym kroku mijaliśmy małe grupki żołnierzy i służących, którzy przygotowywali już popołudniową strawę. Nie bardzo myślałem o tym, o czym mówię i do kogo. To rozluźnienie i brak samodyscypliny teraz stawał się niebezpieczny. I nigdy nie powinienem sobie na niego pozwalać. Głównie dlatego, choć moje słowa były dosadnie personalne, to wyraz twarzy obojętny, wręcz surowy; jakbym rozmawiał z kolejnym ze swoich podopiecznych. Szacunku na próżno byłoby we mnie szukać, choć to także częściowo było częścią grania pozorów. Nigdy nie będę w stanie uwierzyć, że to bogowie sprowadzili na mnie ozdrowienie. Inną sprawą jednak było poświęcenie dziewczyny w oddanej opiece i sam ten fakt sprawiał, że czułem rosnący respekt. Wdzięczność. Nie potrafiłem sprecyzować tych uczuć.
       — Eliah, w rzeczy samej, jest naprawdę niezastąpiony. Nie miałem wątpliwości, że stanie na wysokości zadania i poprowadzi obóz pod moją nieobecność. Mam też nadzieję… — zawiesiłem na chwilę głos, wbijając spojrzenie w przestrzeń przed sobą. — Że nikt zbytnio ci się nie narzucał, nie licząc upartego medyka, kiedy leżałem pozbawiony świadomości. — Myśl, że pod moją „nieobecność” ktoś mógłby chcieć ją wykorzystać nie była miła. Sprawiała, że zbierały się we mnie ciężkie, burzowe chmury.
        Nie miałem ochoty rozmawiać o tym, że niedługo będzie musiała opuścić to miejsce. Że to nie jest miła nowina, że zdążyła się zadomowić. Ten fakt dręczył mnie od momentu, kiedy tylko miałem wystarczająco siły, żeby jeść samodzielnie posiłki, ale nie chciałem nią obciążać także blondynki. Faktycznie wyglądała na zadowoloną. Stąpała lekko, z włosami tworzącymi woalkę dookoła jej twarzy, w jasnej sukience. W błyszczącej ekscytacją twarzy, bez śladów zmęczenia, jakie były tam każdego z ostatnich dni. Wyszliśmy za teren namiotów, na drogę, która prowadziła w okolice wąwozu, rzeki i stajni. Dopiero tutaj zrobiło się luźniej. Zwolniłem lekko kroku i wyciągnąłem dłoń, łapiąc nią Esję za łokieć, tym samym zmuszając ją też do przystanięcia.
        — O co chodzi, Esjo? Zachowujesz się, jakby fakt, że nie leżę już bez sił u siebie w namiocie był ci co najmniej niezręczny. Cała się spięłaś, nawet ci się stawy kolanowe nie zginają swobodnie, kiedy chodzisz — powiedziałem z nutką żartobliwości w tonie głosu, teraz także zatańczyła ona nawet w kąciku moich ust. — Coś się stało? — w tym pytaniu słychać było także coś innego. Pewną twardość, postanowienie, albo może i obietnicę. Że jeśli ktoś jej coś zrobił, kiedy nie mogłem opuścić namiotu, albo że jest coś, co przede mną ukrywa, to prędzej czy później się dowiem.

CCXXXI



       Jak przystało na dziewczynę wychowaną w zamknięciu, pozbawioną dostępu do wiedzy, jaką można uznać za nieprzyzwoitą, nie zrozumiałam jego słów. Skrzywiłam się lekko, przechylając odrobinę głowę na bok, a jego znaczące spojrzenie, chociaż tak osłabione przez stan zdrowa powolutku zaczęło układać wszystko w całość, jednak w dalszym ciągu opartą jedynie na domysłach. Tak czy inaczej to był moment, w którym oczy otworzyłam o wiele szerzej, niż zwykle i poczułam, że robię się czerwona, być może wspomogły też to wszystko urywki rozmów, jakie mimo wszystko słyszałam w obozie, a z których z każdym dniem rozumiałam siłą rzeczy coraz więcej. Tak, czy inaczej zrobiło mi się gorąco i złożyłam samej sobie gorącą obietnicę, że słowa "kolana" nigdy już przy Nevanie nie użyję, choćby nie wiem co! Kolejne słowa mężczyzny też zdawały mi się nie spotkać z założeniami, które mną kierowały, gdy rozpoczęłam ten temat. Oczyściłam taktycznie gardło, odwracając spojrzenie na bok, jak gdyby nigdy nic. Cóż, skoro jednak wraca do zawstydzania mnie, to najwyraźniej szybko odzyskuje siły, a to akurat powinno mnie cieszyć. Muszę zachowywać się jak przystało na dojrzałą, świadomą swojej roli kapłankę, nie dałam się wybić z tej roli Febiaszowi i tobie także na to nie pozwolę, oficerze. 
       - Doprawdy niegodziwym, oficerze - sięgnęłam po miskę z ciepłym płynem skupiając na niej spojrzenie, jakby to miało ukryć fakt, że nawet w takim stanie, bez większego problemu mnie speszył. - A przecież oboje wiemy, że taki nie jesteś - dodałam jeszcze i mimo całego zawstydzenia, nawet ja się uśmiechnęłam, ostrożnie nabierając płyn na łyżkę, skrycie rozpierana duma, że oto pierwszy posiłek zapowiada się bez większych problemów. 

       Mijały dnie i paradoksalnie zmęczenie doskwierało mi mniej, niż wcześniej. Powodem tego musiały być tak widoczne postępy w zdrowieniu mężczyzny. Każda nieprzespana noc wydawała się owocować powrotem sporej części sił Tealvasha, a emocje jakie mi towarzyszyły znacznie częściej związane były ze zwykłym ludzkim szczęściem. Uśmiechałam się bez problemu, nie było to już wymuszone, a napięcie zdawało się mnie opuszczać, oczywiście stopniowo, bo skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie martwiłam się już o niego. 
       Właśnie dlatego nadal odmawiałam opuszczania namiotu i cieszyło mnie to, że Tealvash nie wtrąca się w rozmowy moje i medyka. Napawało mnie to pewnego rodzaju niezdrową satysfakcją, bo miałam podejrzenia, że Febiasz specjalnie rozmawia ze mną o tym przy dowódcy. Szukał jego poparcia, ale niestety musiał się mierzyć z moją przekorą sam i niestety na tym polu odnosił ciągłe porażki. Ja natomiast wymyślałam coraz to nowsze znaki od bogów, które rzekomo otrzymywałam, a po każdym wyjściu medyka co najmniej dwadzieścia minut unikałam spojrzenia oficera, co jasno świadczyło o tym, że nie zamierzam spowiadać się ze swoich kłamstw. Oczywiście tylko mężczyźnie, bo noce nadal spędzałam na przepraszaniu bogów. 
       Teraz też, będąc u siebie, siedząc w wanie próbowałam jak najlepiej ograniczyć czas spędzany bez Nevana. Dlatego w dłoniach miałam miskę z kaszą, którą pochłaniałam, gdy Mila szorowała moje plecy, nieco mną przy tym trzęsąc, gdyż nauczyła się już, że naprawdę zależy mi teraz na szybkości, a nie delikatności. 
       - Schudłaś pani - mruknęła z przekąsem. Nasza relacja w ostatnim czacie zacieśniła się jeszcze bardziej, a ja nie miałam w nikim takiego wsparcia, jak w niej. Była przyjaciółką i czułam, że i ona powoli zaczyna w to wierzyć, pozwalając sobie na więcej uwag, również tych nieproszonych. 
       - Przytyję - mruknęłam, pakując do ust kolejną porcję. - Mogę już wychodzić? 
       - Zjedz proszę do końca,pani. Oficerowi nic się nie stanie, jeśli przez chwilę ciebie nie będzie, najświętsza - dodała, pozwalając sobie na słowa, które mogły być uznane za przykaz, ale wiedziałam, że i ona się martwi. Kiwnęłam więc głową, kontynuując jedzenie. Dawno nie miałyśmy okazji, żeby porozmawiać, a skoro już musiałam grzecznie czekać, postanowiłam zacząć rozmowę. 
       - Mogę cię o coś zapytać? - zaczęłam, jak zawsze grzecznie, w chwili, w której Mila sięgała po kostkę mydła. Oczywiście, jak zawsze skinęła grzecznie, więc wlepiłam wzrok w kaszę i po chwili wahania postanowiłam odezwać się jak najszybciej. - Jakie sytuacje może mieć na myśli mężczyzna mówiący kobiecie o zdzieraniu przez nią kolan? - wyrzuciłam, oczekując rzetelnej odpowiedzi, a zamiast tego pisnęłam, bo mydło z rąk Mili wypadło z pluskiem do wanny, a woda prysnęła mi w oczy. - Jeśli ciebie to krępuje, to nie musisz mówić - powiedziałam szybko, widząc, że jest zaskoczona. Samej zrobiło mi się głupio, przecież wiedziałam o co pytam. 
       - Nie, nie, pani... nie wiem tylko, czy aby na pewno jesteś gotowa usłyszeć moją odpowiedź - skłoniła lekko głową, a ja prychnęłam. 
       - Bez przesady, nie pytałabym o coś, na co nie jestem gotowa - rzuciłam pewnie. 

       Myliłam się. Gotowa bez wątpienia nie byłam i w namiocie pozostałam dłużej, niż planowałam, świadoma tego, że muszę uspokoić się do czasu, w którym będę miała zobaczyć Tealvasha. Przede wszystkim nie mogłam rumienić się, jak podlotek. Jak tylko uznałam, że jest już ze mną dobrze, wyszłam ze swojej kwatery, przemierzając uliczki obozu, kierując się do namiotu, jaki zajmował dowódca. Oczywiście idąc tak ledwo docierały do mnie bodźce z otoczenia i machinalnie odpowiadałam na każde powitanie, aż do chwili, w której mój wzrok nie napotkał na sylwetkę, której poza namiotem nie spodziewałam się zobaczyć. 
       Z miejsca przyspieszyłam, a w tej chwili w głowie miałam już tylko obraz Tealvasha, stojącego dumnie, mimo problemów zdrowotnych. Czułam, jak serce bije mi mocniej, a równocześnie doskwiera mi pewnego rodzaju konflikt wewnętrzny. Z jednej strony cieszyłam się, że był na tyle silny, aby utrzymywać się w pionie, z drugiej denerwowało mnie to, że nikt nie zapytał mnie o zdanie, nawet jeśli... ostatecznie nie mnie było tutaj decydować. Wiedziałam o tym, a jednak ignorowałam ten fakt. 
       - Nie spodziewałam się ciebie spotkać już przed namiotem, oficerze - powiedziałam w chwili, w której byłam już wystarczająco blisko, a zaraz po tym zatrzymałam się obok niego, zadzierając nieco głowę do góry, by móc spojrzeć na jego twarz. Moja mina jasno wskazywała na to, że szukam jakiś oznak zmęczenia, bólu, czegoś, co mógłby próbować ukryć. Zmrużyłam nieco oczy, a kiedy uznałam, że nic podobnego nie dostrzegam, odetchnęłam cicho. - Mogłeś na mnie poczekać - mruknęłam nieco ciszej, wcześniej się upewniając, że nikt mnie nie słyszy. Musiałam się pilnować, bo żołnierze w mało dyskretny sposób uciekali wzrokiem na sylwetkę dowódcy. Nie można im się było dziwić. Cały obóz cieszył się poprawą zdrowa Tealvasha. 
       Ochłonęłam już nieco, po niespodziewanym widoku i było widać, jak przejęcie opuszcza moją twarz. Uśmiechnęłam się swobodniej i spojrzałam na obóz. 
       - Wybierzesz się ze mną na mały spacer, oficerze? - zapytałam, a to, że słowo "mały", jakoś tak naturalnie podkreśliłam, to już nie moja wina. Poza tym, wraz z pogodzeniem się z takim stanem rzeczy, powrócił temat rozmowy z Milą i gdy następnie napotkałam na jego oczy, na moment cała skamieniałam, a słowa służki odżyły. Poczułam ciepło na polikach i skrzywiłam się lekko, czego on nie mógł zrozumieć, w końcu minęło kilka dni od jego słów. Może nawet nie pamiętał. Uspokój się Esjo. Szybko spojrzałam przed siebie, udając, że wcale nie czuję lekkiego spięcia. Może to i lepiej, że nie będziemy we dwoje zamknięci w namiocie. 
       - Dobrze cię widzieć ubranego, mój panie - powiedziałam grzecznie, luźno, rozpoczynając wędrówkę. Wydało mi się to dobrym tematem na pogawędkę. - Teraz rozumiem dlaczego zostałam odesłana. Następnym razem możesz powiedzieć wprost, że potrzebujesz męskiej pomocy, rozumiem, że podczas zmiany odzienia moja pomoc ci nie będzie odpowiadać - rzuciłam swobodnie, niezbyt głośno i chyba niezbyt też przemyślałam to na jaki temat się decyduję. 
       Oczyściłam gardło, szukając w głowie jeszcze lepszego tematu. 
       - Obóz świetnie sobie radził w ostatnich dniach, Eliah stanął na wysokości zadania - och, od razu lepiej. Taka rozmowa o niczym. - Wydaje mi się nawet, że wszyscy przyzwyczaili się już do tutejszego klimatu. Nawet mi już nie brakuje lasów, mogłabym powiedzieć, że mi się tu podoba - uśmiechnęłam się delikatnie poprawiając włosy. - Koniecznie musisz szybko wydobrzeć, bo chciałabym lepiej poznać otoczenie - mówiłam dalej, uznając, że taki temat nie jest niebezpieczny. W rzeczy samej nie kłamałam, przyzwyczaiłam się do tego miejsca, do klimatu, wszechobecnego piasku, ciepła. Było mi tu dobrze, może nawet lepiej, niż w tym wielkim, głównym obozie, bo tutaj czułam się lepiej zintegrowana z ludźmi. Jakbym była w odpowiednim dla siebie miejscu.                   

CCXXX


        Westchnienie wyrwało się spomiędzy moich warg, jakby nawet fakt, że Esja się zawahała przy pierwszym sprzeciwie nie sprawił, że nie traciłem cierpliwości. Do wszystkiego; poczynając od silnego bólu, choć ten akurat w tej chwili pozwalał mi zachować świadomość i był najprzyjemniejszą z rzeczy nieprzyjemnych, po fakt bycia przykutym do łóżka, a także koszmarów i wizji, które nie odpuszczały. Jednocześnie chciałbym wstać z łóżka i naraz wiedziałem, że nie jestem w stanie tego zrobić. Był to naprawdę okropny stan zawieszenia w niemocy.
        Kolejne słowa kapłanki, takie spokojne i kojące, jakbym nie był wcale tutaj uwięziony, jakby moje ciało zeszłych dni nie walczyło o życie sprawiły, że poluzowałem nieświadomie napięte mięśnie. Syknąłem cicho, wzrokiem wodząc do wejścia z namiotu, a później już na dziewczynę i potrawę w jej dłoniach. Pachniała przyjemnie, parowała i roznosiła się po całym namiocie, ale ja nie byłem głodny. Żołądek sam zbuntował się nagłym skurczem, ale nie czułem ochoty, żeby coś zjeść.
        Zamiast drewnianej łyżki poczułem na swoich ustach delikatny pocałunek. Zmrużyłem lekko oczy. Bliskość nie trwała długo, ale zdawała się przypominać, że nadal jeszcze mam o co walczyć, że są ludzie, dla których muszę być silny, nawet jeśli nie potrafię być silnym dla samego siebie.
        — Mogłabyś zdzierać kolana sobie w innej sytuacji — wychrypiałem w końcu, uważnie śledząc wyraz jej twarzy. Satysfakcjonujące. To była jakaś forma powrotu do normalności, może nawet do przypomnienia jej, że nie jestem bezpiecznym człowiekiem. Wydawało mi się, że te słowa złamały atmosferę, że gdzieś rozprysnął się jej wcześniejszy ciężar i zapach krwi w powietrzu też wydawał się mniej znaczący. — Chociaż jeśli uważasz, że wykorzystanie kapłanki nie jest grzechem, to powinienem zastanowić się nad twoją szybko upadającą moralnością — dodałem, ściągając powieki, a na ustach pierwszy raz odkąd się obudziłem pojawił się cień uśmiechu, zamajaczył w jednym kąciku, który uniósł się nieznacznie.
        Byłem jeszcze okropnie słaby na ciele i z pewnością było to widać, ale ten okrutny, bezwzględny mężczyzna nadal żył we mnie, wracał do sił i wiedziałem, że to tylko kwestia dni, kiedy wstanę w końcu z tej pryczy. Na zewnątrz w obozie tętniło codzienne życie, jakby wszyscy przeszli już nad moją nieobecnością do codzienności, choć to tylko mogło tak wyglądać. Poza tym cieszyłby mnie taki stan rzeczy. Rysy mojej twarzy złagodniały w końcu i pozwoliłem sobie opaść na twardy zagłówek.
        — W porządku, możemy spróbować. Skoro tyle już poświęciłaś, jakim byłbym niewdzięcznikiem nie zgadzając się na twoje prośby? — uniosłem lekko brwi i krótkim gestem wskazałem na zupę na znak, że jestem gotowy przełknąć kilka jej łyków, chociaż głód wcale jeszcze się nie pojawił, rozsądek jasno mówił, że potrzebuję tego, żeby odzyskać siły.

        Kolejne noce faktycznie były spokojniejsze; czy to za sprawą śpiewu i obecności kapłanki, czy tego, że gorączka zdążyła opaść, a rana od nadzorem medyka nie została zainfekowana żadnym skażeniem, spałem spokojniej, a rankami byłem bardziej wypoczęty. Do tego stopnia, że po kilku dniach byłem w stanie wstać z łóżka o własnych siłach i ten postęp w leczeniu wyraźnie zadowolił Febiasza.
        — Silne ciało, oficerze — powiedział raz, przybierając na usta swój typowy uśmiech, który wyglądał na bardzo wymuszony. — Rana szybko się regeneruje, a leczenie przebiega zaskakująco szybko.
        Być może jego słowa sprawiły, że czułem dodatkową determinację, żeby szybciej wyzdrowieć. Niewielu ludzi wchodziło do mojego namiotu, niewielu miało do tego pozwolenie. Poza Esją, która spędzała tutaj praktycznie całe dnie i z pewnością też noce, codziennie pojawiał się medyk i raz przyszedł Eliah. Poza nimi nie widywałem się z nikim. Medycy mogli wierzyć, że nadmierny kontakt ze światem zewnętrznym sprawi, że rana nie będzie leczyła się dobrze, ja jednak przyjmowałem wszystko jako wymówkę od tego, żeby żołnierze w obozie nie widzieli mnie w tym stanie. Wystarczyło upokorzeń, wystarczyło tego, że kapłanka musiała mnie takim widzieć; bezradnym, zmagającym się ze słabością ciała. To, że Febiasz izolował mnie od życia w obozie było mi więc bardziej na rękę. W pewnym stopniu, bo na skraj własnej świadomości spychałem fakt, że muszę zmierzyć się z czymś jeszcze. Nie z osobą, nie z własnym bólem, nie z obowiązkami, które na pewno się nagromadziły przez czas, który spędziłem walcząc o życie. Wiedziałem, że będę musiał zmierzyć się z czymś innym, czymś groźniejszym, niż miecz wroga, czymś mniej namacalnym i jednocześnie takim, podświadomie wiedziałem, co może sprawić większy bol. W końcu Febiaszowi także przy jednej z coraz bardziej rutynowych wizyt w moim namiocie udało się namówić Esję, żeby wróciła do swojego namiotu wypocząć, zjeść i się wykąpać, a ja użyłem tej chwili, żeby z jego pomocą przebrać się, zmienić opatrunki i szwy. Mimo, że siły wracały mi w zaskakującym tempie, to nadal nie odzyskałem pełnej sprawności ramienia i wiele ruchów było poza moim zasięgiem. Nie raz także byłem świadkiem tego, z jakim godnym podziwu uporem stary mężczyzna starał się przekonać Esję, że powinna odpocząć i z jaką zapalczywością ona stawiała się jego prośbom. Sam nigdy nie uczestniczyłem w ich przekomarzaniu się i obrzucaniem coraz to nowszymi argumentami, nad którymi – dałbym wiarę – oboje zastanawiali się po każdej potyczce od nowa, kiedy tylko wcześniejsza się skończyła.
        Teraz z przyjemnością powitałem chwile samotności. Febiasz opuścił namiot bez słowa, skłoniwszy się jedynie na pożegnanie, a ja powoli rozruszałem spięte, sztywne mięśnie szyi, a później powoli całego ciała, które wręcz błagało o jakąś formę wysiłku. Zdecydowałem się na spacer po obozie, bo choć nadzieję i ochotę miałem ogromną, to zmęczone i osłabione ciało mogło zawieść w każdej chwili. Posłałem tęskne spojrzenie mieczowi, który leżał na biurku.
        Później przybrałem na twarz surowy wyraz obojętności i opuściłem namiot.
        Nie zdążyłem jednak zejść ze schodów, kiedy u wyjścia z uliczki pojawiła się ubrana jak zwykle na biało sylwetka, której jasna sukienka płynęła na wietrze z każdym krokiem. Przystanąłem na suchej, spękanej ziemi i wyprostowałem się; powoli, z godnością, którą odebrały mi ostatnie dni. Żołnierze przypatrywali mi się, byłem tego świadomy, ale ja patrzyłem tylko na jasnowłosą kapłankę, która teraz widząc mnie wydawało się, przyspieszyła jeszcze kroku. I tak wyglądała już, jakby płynęła tu na skrzydłach, niesiona jakąś niedoścignioną lekkością. W moim wzroku nikt nie dostrzegłby teraz tego ognia, który objął mnie na ten widok, bo upewniłem się, że jest on naprawdę głęboko schowany. Wyraz twarzy jedynie lekko złagodniał, kiedy założyłem dłonie za plecami i splotłem palce obu rąk.
        Pierwszy raz od dawna czułem, że teraz sam mogę rozłożyć skrzydła. Że słabość ciała nie ma już kontroli nad moim losem.
        Jednocześnie wiedziałem, że skrzydła zostaną podcięte jeszcze dzisiaj.

niedziela, 24 czerwca 2018

CCXXIX


       Nie byłabym na tyle głupia, aby wierzyć, że Nevan chętnie przyjmie moją pomoc, a już w ogóle sam o nią poprosi. Od samego początku wiadome było, że to ja będę musiała się starać, aby ją zaakceptował, albo raczej jej nie odrzucał, bo o akceptacji nie było mowy. Nie zamierzałam też oczekiwać wdzięczności, świadoma tego, że podziękowania za opiekę poraniłyby mu gardło. Chciałam tylko być tu dla niego i to mi wystarczało, ale, żeby wytrwać w tym postanowieniu musiałam być twarda. Miałam pewność, że nie będzie to łatwe i nieraz strach podejdzie mi pod gardło, gotowy popchnąć do rezygnacji. Dlatego stale powtarzałam sobie, że w tym stanie mężczyzna jest zbyt słaby, aby mi zagrozić, nawet jeśli będzie przez to wściekły, to z prezencją tej wściekłości musi się wstrzymać, aż do powrotu do zdrowia... cóż, jeśli wówczas będzie chciał dać mi nauczkę, przyjmę ją godnie. 
       Otarłam ze spokojem wodę, która spłynęła mu po szyi i wróciłam do swojego zajęcia, udając, że nie widzę, jak unika mojego spojrzenia. Jeśli tak było mu łatwiej, zamierzałam to uszanować, wszystkie swoje potrzeby odsuwając dalej, zabijając gdzieś w sobie chęć rzucenia mu się na szyję. Musiałam być cierpliwa, nawet teraz, kiedy już się obudził. Bardzo cierpliwa, wrócić do tego, co czułam mieszkając jeszcze w świątyni - wewnętrzny spokój. Wtedy ekscytacja była tak rzadkim zjawiskiem, tą poznałam dopiero przebywając w oddziale Tealvasha. Nevan nie potrzebował teraz dziewczyny, w jaką się przy nim zmieniłam, o wiele bardziej potrzebna była prosta kapłanka, świadoma swojej misji. 
       Uniosłam delikatnie brwi, nie bardzo wiedząc do czego zmierza i nieco obawiając się, że są to słowa świadczące o powrocie gorączki. Ton miał jednak racjonalny, zdania łączyły się w całość, a chociaż sama treść wypowiedzi nie była szczególnie przyjemna, to gdy skończył, zrozumiałam o co mu chodziło. Zacisnęłam lekko usta, pozwalając tym ułożyć się na dłuższą chwilę w prostą linię. 
       - Rozumiem oficerze - powiedziałam po kilku minutach, niezbyt głośno, bo jego twarz przybrała wyraz, który świadczył o tym, że coraz trudniej jest mu się utrzymać przy świadomości. - Doskonale się więc składa, że ten jeden raz nie potrzebuję twojego pozwolenia - dodałam jeszcze, nie wiedząc, czy mnie usłyszał, czy nie. Może nawet lepiej by było, gdyby ta deklaracja nie dotarła do jego uszu, bo zapewne nie przypadłaby mu do gustu. Zasnął ponownie, a ja nie zauważyłam kiedy, skupiona na obmywaniu ciała, które teraz było w nienagannym stanie. 
       Popołudniem do namiotu przybył Febiasz, opowiedziałam mu, że Nevan się obudził, rozmawiał przytomnie, podałam mu wodę. Widać było po medyku, że przyjął to z ulgą. Nie mogłam się do niego nie uśmiechnąć. 
       - Następnym razem powinien coś zjeść, może nie mieć apetytu, ale i tak powinien. Jeśli będziesz miała problem z przekonaniem oficera, poślij po mnie, albo po Eliaha. Nie musisz się tak zamęczać, najświętsza - wiedziałam już do czego mężczyzna zmierza, więc, co było ostatnio pewną normą, uniosłam dłoń, aby w czas mu przerwać. 
       - Zastosuję się do tych poleceń, proszę się nie obawiać, bogowie nam sprzyjają - skinęłam delikatnie głową, znów się na tym łapiąc. Przez ostatnie dni bardzo często nadużywałam boskich argumentów dla własnej korzyści. Modliłam się, a w modłach zarówno prosiłam o opiekę nad Nevanem, jak i przepraszałam za swoją pychę, mimo to... czułam, że coraz częściej sięgając w rozmowie po kapłańskie przywileje, nie myślałam wcale o sprawach duchowych. Byłam gotowa powiedzieć wszystko, byleby nikt mi się nie sprzeciwił i nie zapomniał, kim jestem. Bo w taki sposób mogłam się opiekować oficerem bez najmniejszych przeszkód. Tym razem również podziałało.  
       - Jak uważasz, pani. Jesteśmy ci wdzięczni - skłonił się jeszcze i opuścił pomieszczenie. 
       Czas mijał powoli, ale nie przeszkadzało mi to. Brak zajęcia, jak i sprowadzanie mojego świata do tego jednego namiotu. Już kiedyś tak było, prawda? Już kiedyś żyłam w zamknięciu, ale wtedy nie miało to większego sensu... nie, nie wolno mi tak mówić. Wtedy robiłam to dla bogów, a teraz dla Nevana. Nie powinnam tak dotkliwie przyznawać przed sobą, że obecny powód wydaje mi się ważniejszy. Było to świętokradztwem... kolejnym z wielu, których już się dopuściłam. Po tej jednej myśli opadłam na kolana przy posłaniu mężczyzny i modliłam się długi czas, łkając, prosząc i przepraszając, aż nie zabrakło sił, aż nie zapadła noc. Miałam usiąść tylko na moment za biurkiem, ale moment... przerodził się w dłuższą chwilę. 
       Podniosłam się nagle, z niemym wrzaskiem, kiedy to cudzy krzyk przerwał ciszę. Do mojego polika przykleiła się kartka leżąca wcześniej na biurku, ale nim ją odkleiłam, rozpoczęłam poszukiwanie źródła krzyku. Zamrugałam, uspokajając się nieco, a następnie napotkałam spojrzenie czerwonych oczu. Nevan nie spał, mówiła, a ja oddychałam szybko, tak jak on. Przełknęłam ślinę, delikatnie kiwając głową, a następnie odkleiłam upierdliwy pergamin i podniosłam się na nogi, zakładając włosy za uszy.                  
       Po drodze do mężczyzny sięgnęłam po szklankę wody, ale zamiast dojść do Nevana wychyliłam głowę z namiotu i nakazałam strażnikom posłać po Milę i przekazać, że ma przynieść porcję jedzenia dla oficera. Specjalnie mówiłam cicho, aby nie denerwować Tealvasha, który nie był w szczególnie dobrym humorze. 
       - Nie wiem, czy to... - przysiadłam tuż przy jego głowie, wsuwając pod nią dłoń. Miał wilgotne włosy, ale nie przejęłam się tym wcale. Po prostu przystawiłam mu czarkę z wodą do ust, podając ją pomału. - dobry pomysł. - przełknęłam ślinę, kończąc tą myśl. 
       W zasadzie serce mi się krajało na widok go w takim stanie. Sam fakt, że męczyły go jakieś wizje i było to czymś, na co nie mogłam nic poradzić. No chyba że... otworzyłam szerzej oczy, ale szybko zrozumiałam, że nie wiem do końca, jak miałabym mu to przekazać. Odstawiłam naczynie z wodą na bok i położyłem dłoń na jego poliku, zarośniętym nieco bardziej, niż zwykle. Igiełki zarostu przyjemnie drażniły moje opuszki, a przy okazji nie pozwalały mi zapomnieć o zdecydowanej postawie z wczorajszego dnia. 
       - W bólu miałeś silną gorączkę. Naprawdę parzyłeś w dotyku i tak okrutnie się miotałeś - powiedziałam niezbyt głośno, nabierając powietrza do płuc. - Kiedy w świątyni młode kapłanki zmagały się z koszmarami, często śpiewałam im do snu, gładząc ich włosy. To pomaga, ciało odpoczywa, a świadomość nie ucieka za daleko, kiedy w bliskim otoczeniu ma na czym się skupić - starałam się brzmieć rzeczowo. - Może spróbujemy? Jeśli to w żaden sposób nie zadziała, nie będę się spierać z twoim osądem - prawdę mówiąc czułam się nieco winna, że zasnęłam i to tak daleko od niego. Gdybym nie spała, mogłabym wcześniej zareagować, mówić do niego, uspokajać go. 
       Drgnęłam, gdy usłyszałam głos Mili za kotarą, a po chwili siedziałam już z powrotem przy Nevanie z miską wypełnioną potrawką, która silnie parowała, więc trzeba było poczekać, aż nieco ostygnie. 
       - Musisz coś zjeść - oznajmiłam na początku. - Ale może najpierw chciałbyś mi powiedzieć, jakie koszmary ciebie dręczą? Może rozmowa pomoże? - uniosłam spojrzenie do jego oczu, odkładając miseczkę obok czarki z wodą, a potem... potem nieco zarumieniona pochyliłam się nad nim i powoli musnęłam wargami te należące do niego, spierzchnięte, ale znajome, nadal tak samo znane i pewne. - Jestem tutaj dla ciebie i w obecnym stanie musisz to zaakceptować, bo potrafię być uparta - delikatnie, naprawdę ostrożnie potarłam czubek nosa swoim własnym, uśmiechając się przy tym. - To nie grzech, wykorzystać nieco kapłankę, mogę więc robić rzeczy przydatne, albo zdzierać sobie kolana podczas modłów, wybór należy do ciebie, oficerze -[/color] zakończyłam, nadal nie odrywając spojrzenia od czerwonych oczy, z bliska nie widziałam rany, jasnej skóry, sinych cieni na twarzy. Była tylko znana czerwień, tą, którą tak uwielbiałam. Jedyny szkarłat, jaki chciałam widzieć na jego ciele. 

CCXXVIII


        Ciche prychnięcie, które niemal natychmiast opuściło moje usta po jej pytaniu było jasnym sygnałem, że dyskusję uważam za zakończoną. Chciałbym uważać, że mam nadal dużo sił, że cały świat nie kręci się dookoła własnej osi w moich oczach, że najwidoczniej straciłem naprawdę dużo krwi, zanim ktoś zamknął moją ranę. Nie mogłem jednak udawać, że wszystko jest w porządku. Z pewnością moja skóra była blada jak świeży pergamin, a oczy mocno podkrążone. Nawet moje ciało z każdym gestem chciało udowodnić swoją słabość. Nienawidziłem słabości. Nie mogłem ścierpieć własnego niedołęstwa i niemocy. Musiałem je zaakceptować, przełknąć jak gorzkie ziarno. Wdawanie się w dyskusję na temat tego, że mężczyźnie a kobiecie inna postawa przystoi musiało poczekać na lepszą okazję.
      W pierwszej chwili, kiedy tylko zorientowałem się, co kapłanka planuje zrobić naturalną reakcją była walka z jej zamiarami. Moje mięśnie napięły się ostrzegawczo, a psychika zawyła zupełnie bezgłośnie wewnątrz mojej głowy. Nie, nie, nie! Nie chcę pomocy, nie chcę opieki, nie potrzebuję nikogo, niczego, nie jestem przecież sparaliżowany! A jednak, szybko straciłem siły i choć wiedziałem, że muszę się poddać, to nie mogłem przyjąć tego do świadomości. Ta jawna słabość była czymś, do czego nie chciałem się przyznawać. Nie trwało to długo. Choć ramię nie bolało już tak jak wcześniej, prawdopodobnie dzięki kolejnym medykamentom uśmierzającym ból, to nie było we mnie wystarczająco dużo energii. Opadłem na jej dłoń, a twarz wygięła się w brzydkim grymasie, oczy omijały jej spojrzenie. Siedzisz tu i jesteś świadkiem mojej słabości. Czy to nie czyni mnie w twoich oczach bardziej bezwartościowym? Czy nie urodziłem się po to, żeby wszystkim udowodnić, że nic nie jest w stanie mnie zgiąć, przybić do łoża? Czy to naprawdę akurat Esja musiała patrzeć na to wszystko, tyle dni!... Całe cztery dni śniłem w gorączce, rozganiałem senne mary, a ona była tutaj i widziała moje cierpienie. Moją niemoc. Nie potrafiłem podnieść spojrzenia, nagle przytłoczony nieprzyjemnym, obcym niczym coś obślizgłego uczuciem wstydu. I złości. Palącego wściekłością poczucia upokorzenia.
        Woda spłynęła w dół mojego gardła, kilka kropel także po podbródku skapnęło na tors. Chłód źródlanej cieczy był otrzeźwiający, nie sprawił jednak, że nagle odzyskałem siły. Świat też nie przestał wirować, a ból nie zelżał. Mimo wszystko spragnione ciało przyjęło ten dar z wdzięcznością, której nie potrafiłem po sobie pokazać.
        Trwałem w milczeniu, kiedy ona powoli myła zmęczone ciało. Pod jasną skórą nadal napinały się wyrzeźbione mięśnie. Przymknąłem oczy, oddając się temu delikatnemu zabiegowi. Kiedy ponownie je otworzyłem, słowa praktycznie same uformowały się na moim języku.
        — Miałem wielu mistrzów, którzy uczyli mnie posługiwania się mieczem — zacząłem rzeczowo, przełykając własne zmęczenie.
        Nawet rozmowa w tym stanie wydawała się być osobliwym rodzajem walki z własną słabością. Mimo niedomagań ciała jednak mój umysł wydawał się być tak samo bystry. Nie podano mi żadnych narkotyków, to dobrze. Febiasz znał moje rozkazy i szanował je ponad własne życie. Dobre podejście. Gdyby tak nie było, sam mógłby je świadomie skazać na przedwczesny koniec.
        — Jeszcze mieszkając w stolicy, kiedy byłem małym dzieckiem. Było ich naprawdę dużo, a każdy władał bronią lepiej, niż ja kiedykolwiek będę. — Tym razem przerwa trwała nieco dłużej. Nie dlatego, że musiałem zastanawiać się nad każdym słowem, a raczej dlatego, że każde z nich przechodziło z trudem przez gardło. — Każdy miał inne podejście do nauki. Jeden sprawiał, że po każdym treningu musiałem iść do medyka, który mieszkał w naszej posiadłości. Nienawidziłem go z całego serca… — Na to wspomnienie niespodziewany, lekki uśmiech pojawił się na moich ustach. Zerknąłem przelotnie na twarz swojej rozmówczyni, pierwszy raz, od kiedy ona zamilkła. — Byłem dzieckiem, ale nienawiść znałem lepiej, niż większość dorosłych. Było ich więcej, mistrz szermierki, mistrz łucznictwa… Żaden jednak — zawiesiłem się na moment, z lekko otwartymi ustami, przeniosłem spojrzenie na przeciwległą ścianę namiotu. Słowa uwięzły mi w gardle i kłuły, jakby już nigdy miały się nie wydostać. — Nikt nie nauczył mnie się poddawać. Nikt nigdy nie pokazał mi, jak to jest się mną opiekować. Dlatego obawiam się, że nie potrafię ci pozwolić — zakończyłem, marszcząc brwi.
        Nie chodziło o upór czy o dziecinne zacięcie. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że nie mam wiele sił, że prawdopodobnie nie mógłbym nawet samodzielnie wstać z łóżka. Rana musiała być naprawdę poważna. Nie potrafiłbym jednak, niezależnie od tego, jak moje życie byłoby zagrożone, nikomu go powierzyć. Tak byłem wychowany. To było jedyne, co znałem. To było to, czego mogłem się usilnie starać uczepić. Przymknąłem na moment powieki, nadal pamiętając, że muszę się jeszcze odezwać, że mam coś do powiedzenia. Dotyk miękkiej szmatki i delikatnych rąk był bardzo przyjemny, kojący wręcz.
        Przed oczami nadal miałem jaskrawe niebo tamtego poranka, ostatnie wspomnienie sprzed długotrwałej utraty przytomności. Te pagórki na rozżarzonym niebie. Przez chwilę znowu leżałem na suchej, twardej ziemi, która łapczywie piła moją krew, jakby ta właśnie posoka miała uratować ją przed suszą. Nie trwało to długo, bo chwilę później przede mną znikąd wyrosły wysokie mury z czarnego kamienia, surowe i płaskie, tak śliskie, że nie dałoby się niczego uchwycić, wdrapać na wysokie flanki. Wszystko było szare, tylko te mury miały przerażający odcień. I chociaż budowla kładła głęboki cień na całe otoczenie, chociaż wiedziałem, że została zbudowana, żeby przerażać, ja… Poczułem miłe ciepło. Dom. Mój dom. Miejsce, w którym próbowano mi uświadomić, że do niczego się nie nadaję.
        Przez chwilę byłem dzieckiem, leżałem na czerwonym dywanie. Miękki pod moimi palcami, był jedynym akcentem kolorystycznym w pomieszczeniu. Nagle jednak wielkie wrota otworzyły się z hukiem, a przez rażący, czarny otwór wleciało całe stado kruków kraczących rozpaczliwie. Dywan zamienił się w kałużę krwi.
        Krzyk wydarł się głęboko z mojego gardła. Krzyk przerażonego dziecka zamienił się w krzyk dorosłego. Brutalnie wyrwał mnie ze snu. Musiało już świtać, bo w namiocie zrobiło się jasno i to nie za sprawą zapalonych lamp naftowych i świec. Rana zapiekła przeszywającym bólem. Rozglądnąłem się instynktownie, jakby w poszukiwaniu zagrożenia, ale moje oczy natrafiły jedynie na Esję. Przysnęła pochylona nad biurkiem, z policzkiem przyklejonym do leżących na nim pergaminów. Teraz jednak mój krzyk musiał przyciągnąć ją do świadomości.
        — Koszmary… — mruknąłem, pokonując spierzchnięte usta i pieczenie w przełyku. — Koszmarna rana… — dodałem, a głowie pozwoliłem opaść na posłanie.
        Byłem jeszcze bardziej zmęczony, niż wczoraj po przebudzeniu się. Nie byłem pewny, czy to możliwe, ale najwidoczniej nocne wizje wyczerpały mnie bardziej, niż czarny, bezowocny sen.
        — Muszę porozmawiać z medykiem — rzuciłem rzeczowo, chociaż nadal walczyłem z obrazami, które wracały przed moje oczy, ile razy na dłużej zamknąłem powieki. — Trzeba mi ograniczyć środki przeciwbólowe. Wolę ból niż to, co widzę za każdym razem, kiedy tylko zasnę. — W moim głosie czuć było surowość, ale także coś innego. Zmęczenie. Może nawet rozdrażnienie. Wolałem zapomnieć o wszystkim, co łączyło się z moją przeszłością, o domu rodzinnym i wszystkim, co mnie z nim wiązało. Przypominanie sobie tamtych czasów w tym stanie było katastrofalnym błędem.
        Nie wrócę do domu. Nigdy już nie wrócę do tamtego życia.
SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/