piątek, 30 czerwca 2017

LXIV



        Zatrzymałem się dopiero kilka kroków przed namiotem, bez słowa odprowadzając dziewczynę wzrokiem. Ona chyba i tak nie czekała na moją reakcję, więc po prostu założyłem dłonie za plecami, obserwując jej namiot chwilę po tym, jak w nim zniknęła. Straż zajęła swoje miejsce przed wejściem i dopiero po długiej chwili uznałem, że należy się zbierać. Zaiste, dziwna to była noc i z pewnością obfita we wrażenia. Ja jednak nie mogłem beztrosko iść spać, jeszcze nie. Przyjęcie w namiocie dowództwa jeszcze się nie skończyło, sądząc po światłach, które emanowały z tamtej części obozu. Skierowałem tam swoje kroki żeby przeżyć kolejnych kilkanaście długich minut na uczcie, na której nie zależało mi w żadnym stopniu.
        Wewnątrz czekały mnie rozmowy i wyjaśnienia nieobecności, na które ostatecznie i tak nie odpowiedziałem jasno. Noc ciągnęła się w nieskończoność, kiedy starałem się przejść bez szwanku przez kolejne gierki. Tym razem nie udało mi się łatwo opuścić namiotu, nie jak wcześniej.
        Wystawna kolacja skończyła się późno w nocy. Wracając przez pustoszejący obóz po raz kolejny odtwarzałem w myślach plan dotyczący Esji, zastanawiając się, czy na pewno nie jest zbyt idiotyczny. Niestety, ale zdolność logicznego myślenia najwyraźniej też mi odjął alkohol, bo wciąż powtarzałem w myślach tą samą strategię. Aż do samego namiotu. Być może dlatego nie zauważyłem, że w jego cieniu stoi nieznajoma sylwetka. Dopiero, kiedy kobieta wyszła do lichego światła pochodni zszedłem na ziemię.
        Pomimo barier, jakie stawiał mi otępiały mózg dostrzegłem kilka ważnych sygnałów. Kobieta, z pewnością jedna z tancerek – miała płynne ruchy nie przypominające wojowniczek, wytworne ubrania i twarz, której nie potrafiłem skojarzyć. Podstęp? Zmrużyłem lekko oczy.
        – Prezent od twojej nauczycielki?
        W moim głosie odbijał się sceptycyzm. Nie miałem siły, żeby go ukrywać.
        – Nie, panie. Przyszłam sama.
        Nie potrafiłem wyczuć, czy to kłamstwo. Zarumieniła się, spuściła wzrok, a na jej twarzy błądził uśmiech. A nawet jeśli to pułapka, czy ma to jakieś znaczenie? Zrobiłem krok w jej kierunku. Nie cofnęła się.
        – Chciałam bliżej cię poznać… Panie – dodała, unosząc spojrzenie. Była młodziutka. Nawet w tym świetle potrafiłem dostrzec zawstydzenie na jej twarzy. Nawet, jeśli to gierka… Znaczenie? Logika? Odepchnąłem te słowa i wagę, którą niosły. – Widziałam cię w namiocie, z kapłanką – dodała z nagłą siłą. I to być może ta nagła energia sprawiła, że bariera znikła. A może kształty zgrabnego ciała, które kryła pod szatą?
        Uśmiechnąłem się, trochę wbrew sobie. I odsłoniłem kurtynę namiotu, przepuszczając tancerkę przodem.

        Do namiotu wszedł posłaniec, dokładnie tak, jak zasugerowałem wcześniejszego wieczora. Miał ze sobą długi list napisany starannie na grubym pergaminie. Przejrzałem go powierzchownie, ale w zagłębieniu się w cenę ostateczną przerwał mi ktoś z zewnątrz.
        – Oficerze Tealvash.
        Nie odwróciłem się w stronę wejścia. Schowałem list do jednej z kieszeni munduru, który miałem na sobie i który zapinał się rzędem guzików.
        – Posłaniec od najświętszej Esji. Żołnierz Eliah zgłasza, że nie jest z nią dobrze. Konieczna interwencja – wyrecytował ktoś, nie wchodząc do namiotu.
        – Zjawię się tam niezwłocznie.
        Krótka odpowiedź najwyraźniej wystarczyła, bo po niej nikt już się nie odezwał. Do moich uszu dotarł jedynie tupot kilku par butów na utwardzonej nawierzchni za namiotem. Ktoś się spieszył. Myślami wróciłem do pergaminu trzymanego blisko siebie. Dobrze, że tancerka, której nie zdążyłem zapytać o imię zniknęła, zanim w obozie na dobre obudziło się życie. Nie zależało mi na rozgłosie. Poza tym uśmiechnąłem się sam do siebie, po czym opuściłem namiot i natychmiast skierowałem kroki w stronę namiotu kapłanki.
        Przeczucia, że wiem co się z nią stało najprawdopodobniej były trafne. Sam rano obudziłem się z lekkim bólem głowy, a nie był to bynajmniej pierwszy raz, kiedy piłem alkohol.
        Po drodze nikt mnie nie zatrzymywał, ale w całym obozie dało się wyczuć obecność gościa specjalnego. I to niekoniecznie pozytywne – w miejsca, gdzie wcześniej rządziła wytrawna dyscyplina dostał się chaos i pośpiech; obaj nie należeli do dobrych doradców. Obserwowałem, jak ludzie z zacięciem szorują swoje napierśniki i inne części zbroi, ale bardzo powierzchownie, nie dbając o prawdziwy efekt. Wszystko było robione na pokaz dla księcia. Irytował mnie ten fakt.
        Pod namiotem kapłanki stało dwój ludzi z halabardami w dłoniach. Skinęli głową, zapowiadając moje wejście do namiotu. Odczekałem stosowną chwilę, po czym wszedłem do środka. Przywitał mnie widok Eliaha pochylającego się nad łóżkiem, gdzie niewątpliwie znajdowała się kapłanka.
        – Dotarły do mnie wieści, że Esja nie czuje się najlepiej – rzuciłem, pobieżnie przyglądając się wnętrzu pomieszczenia. Proste i surowe, jak każde inne.
        Być może blondyna zaskoczyła otwartość, z jaką zwracałem się do kapłanki, ale ten wyraz zniknął z jego twarzy, zmącony rozbawionym uśmieszkiem. To wystarczyło na potwierdzenie moich przypuszczeń. Uniosłem jedną brew ku górze.
        – Myślę, że wczoraj przynajmniej dobrze się bawiła, poznając uroki życia w obozie. Nie wiem gdzie, ale nabawiła się najzwyklejszego kaca. Kazałem posłać także po środki przeciwbólowe na złagodzenie efektów, ale… Najlepiej pomoże czas i woda – zauważył mężczyzna. Cóż, nie mógł wiedzieć, że była ze mną. I może lepiej dla wszystkich, żeby tak zostało.
        – Nie jestem pewien, czy mamy czas – odparłem chłodno, prostując się. Starałem się, żeby na mojej twarzy nie odmalowała się żadna emocja. To by było wysoce niestosowne. – Esjo, kiedy poczujesz się lepiej, czekają na nas lekcje jeździectwa i wprowadzenie do walki jednoręcznym mieczem – powiedziałem, dbając o paradoksalnie niedbały ton.
        Od rana nie próżnowałem. I uznałem, że nie można polegać na księciu, jeśli mowa o tym pierwszym. On może zająć się mydleniem oczu i zabawą w stępowaniu przez bezpieczne lasy. Nauką zajmie się ktoś, kto lepiej się na tym zna i ma odpowiednie kompetencje. Rzecz jasna, to wszystko było już załatwione. Teraz pozostawało jedynie czekać, aż ból głowy zelżeje na tyle, żeby umożliwić ćwiczenia.
        Na twarzy Eliaha malowało się zdziwienie i niezadowolenie. Widocznie się tego nie spodziewał, ale ja nie spieszyłem z wyjaśnieniami. Jak zwykle z resztą.

środa, 28 czerwca 2017

LXXIII

     W życiu kapłanki paradoksalnie bardzo rzadko otrzymują komplementy. Kiedy dorastamy zwierzchnicy nas doceniają, łapią za brodę, obracają głowę pod światło, cmokają i wymieniają zalety naszych twarzy, mocne strony, które mogą się podobać. Potem każą chodzić, karcą, gdy krzywo stawiamy stopy i chwalą gdy stawiamy je lekko, prosto, gdy suniemy nad ziemią, zamiast twardo po niej stąpać. Na każde dobre słowo przypada nasza ciężka praca, więc tak rzadko dobre słowa brzmią jak komplementy. Sprowadzane są do roli zapłaty, tracą cały przyjemnie pozytywny wydźwięk. Nigdy więc nie oczekiwałam komplementów, dlatego dobrze czułam się w towarzystwie prostych żołnierzy, którzy nimi nie sypali pod moim adresem. Teraz jednak nieco zmieniła się ta sytuacja i mimo wielkiego podenerwowania wywołanego obecną sytuacją, wyłapałam ze słów Nevana coś, czego pewnie nawet sam w nich nie widział. Komplement. Prosty, niewymuszony i ostatecznie, chociaż dotyczył mnie, to nie kierowany pod moim adresem. Chociaż jeszcze nie do końca wiedziałam do czego dokładnie nadaję się w mniemaniu mężczyzny, to wystarczyła mi myśl, że wierzył we mnie. Takie proste słowa, a naprawdę dodały mi pewności siebie, może nawet wyprostowałam się bardziej, nie chcąc wyglądać, jak ostatnia sierota. 
     Nieco ulżyło mi w chwili, gdy odpowiedział na pytanie Freyi. Chociaż z kolei po miłym komplemencie poczułam ukłucie niezadowolenia. "Bardziej niemożliwe"? Gotowa byłam nawet zaprzeczyć, gdyby nie fakt, że faktycznie o całym kuszeniu niewiele wiedziałam.
      Zasłuchana w ich rozmowę straciłam może nazbyt kontakt z otoczeniem i nim się zorientowałam, tancerka sięgnęła do jednego z zapięć przy stroju, jaki miałam na sobie. Pisnęłam cicho, zauważając, że Tealvash już wychodzi. Odetchnęłam więc zaraz, rozluźniając mięśnie. Chciałam jakoś pomóc, ale szybko zauważyłam, że Freya o wiele lepiej sobie z tym radzi, więc po raz kolejny westchnęłam z rezygnacją. Wydawało mi się, że tancerka nie zwraca na mnie uwagi, zajęta strojem, ale dopiero patrząc na siebie w lustrze, dostrzegałam, że co jakiś czas zerka na moją twarz.
     - To dość dziwna prośba, jak na oficera, nie uważasz? - zagadnęła, ale w tak cichy sposób, że przez moment nie byłam pewna, czy się nie przesłyszałam. Zrozumiałam, że takiego szeptu nikt nie usłyszy, była to więc rozmowa tylko między nami.
     - Dużo znasz oficerów, pani? - nie wiedziałam, jak odpowiedzieć na jej słowa. Czułam, że każda odpowiedź może być obrócona przeciwko nam, zdążyłam już zauważyć, że powinniśmy ten cały plan Nevana utrzymać w ścisłej tajemnicy, a chociaż Freya nam pomaga, to trudno tutaj mówić o zaufaniu. W końcu najważniejsze były pieniądze.
     Usłyszałam jej śmiech, cichy, ale napięcie zdradzały lekko uniesione brwi. Nie spodziewała się tego? Cóż, wstyd przed skąpym ubraniem nie oznaczał, że byłam nieświadomym dzieckiem, które wypapla wszystko, co ślina przyniesie na język.
     - Masz mnie, z bliska nie poznałam żadnego, za wysokie progi, chociaż teraz jest u mnie i oficer i kapłanka, czuję się, jakbym awansowała - zażartowała, ściągając ze mnie całkowicie strój. Nie spieszyła się z przyniesieniem mojej szaty, wiedziała, że czuję się teraz niekomfortowo. - Zastanawia mnie tylko po co to wszystko...
     - Mnie też to zastanawia. Nauczyłam się jednak, że w wojsku nie zawsze wiemy na czym stoimy - odpowiedziałam i sama sięgnęłam po swoją szatę, szybko zarzucając ją na swoje ciało. Jak tylko byłam gotowa ruszyłam w stronę wyjścia. Nie podobało mi się to, jak bardzo pożąda wiedzy ta kobieta, nieco mnie przerażała i nie było już w tym fascynacji, jaką odczuwałam oglądając jej występ. Wiedziałam, że spędzanie z nią czasu nie będzie wcale łatwe, ale jak tylko odsłoniłam kotarę, poczułam się pewniej.
     - Możemy ruszać - powiedziałam do Nevana, po czym odwróciłam się do kobiety, jaka postanowiła nas odprowadzić. - Dziękuję Freyo, śpij dobrze - pożegnałam się i czym prędzej ruszyłam do wyjścia.
     Na zewnątrz przywitał mnie chłodny wiatr, którego zapach nie należał do najprzyjemniejszych. Mimo to poczułam się lepiej, jakaś ręka, która ściskała mój żołądek właśnie powoli puszczała. Przez moment ignorowałam obecność mężczyzny, ale kiedy wróciłam do jakiegoś normalnego stanu, odwróciłam się do niego, a na mojej twarzy pojawił się uśmiech, który był tam podczas zabawy, w jakiej braliśmy udział.
     - Muszę iść spać - oznajmiłam, bo czułam, że na jeden wieczór zbyt wiele miałam atrakcji. - Odprowadź mnie do namiotu - poprosiłam, nie pytając jednak o zdanie. Skinął głową i zaraz ruszyliśmy w odpowiednim kierunku, a przynajmniej miałam taką nadzieję, bo to on prowadził. Droga jednak mijała w ciszy, co mi wyjątkowo ni przeszkadzało. Była to lekka cisza, przyjemna, uspokajająca.
     Nim się obejrzałam, byliśmy już w znanym mi otoczeniu namiotów. Dostrzegłam nawet ten, który należał do mnie.
     - Dziękują za dzisiaj - odezwałam się w końcu, z coraz większą trudnością powstrzymując oznaki zmęczenia. Oczy same się zamykały, prosząc o sen. - Nigdy tak dobrze się nie bawiłam - przyznałam szczerze, przystając przed wejściem do namiotu. Widziałam już, że dwóch żołnierzy idzie w tym kierunku, by zająć miejsce przed wejściem do mojej kwatery. - Dobranoc, panie oficerze - dodałam jeszcze i niedługo czekając, odsłoniłam wejście, znikając w środku namiotu.
  
     Następy dzień nie zaczął się tak dobrze, jak poprzedni. Przede wszystkim dlatego, że nie wstałam sama, w zasadzie nie chciałam się podnosić. Marzyło mi się nigdy nie otwierać oczu, ale ktoś coś mówił, szturchał mnie, dotknął czoła. Miałam ochotę go odgonić, ale nawet to wydawało się zbędnym wysiłkiem.
     - Esjo... obudź się - dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, że znam ten głos. Niechętnie uniosłam powieki, a przed moimi oczami pojawiła się zmartwiona twarz Eliaha. - Co ci jest? Jest już późno... - mówił przejęty, ale niekoniecznie się tym przejmowałam. Z trudem uniosłam się nieco na rękach.
     - Wody... - poprosiłam, łapiąc się przy tym za głowę. Chciała pęknąć.
     - Posłałem już kogoś z informacją do Nevana. Musimy sprowadzić medyka, żeby ciebie zbadał - dodał blondyn na co skrzywiłam się lekko. Na całe szczęście podał mi kubek z wodą, który wypiłam od razu duszkiem. Poczułam, że jest mi gorąco, więc odkryłam się zaraz. Miałam na sobie ubrania, tylko buty leżały gdzieś po drodze. - Kiedy poczułaś się źle?
     - Nie wiem, teraz... wczoraj było cudownie, najpierw kolacja z księcia, a potem występy, ogień, piwo, tańce, zabawa... - wymieniałam jęcząco, ale dostrzegłam w nim pewną zmianę, może nawet rozbawienie.
     - Wino i piwo mówisz? - czy w jego głosie nagle pojawiła się nutka rozbawienia. - Cóż... a ja wysłałem do Nevana posłańca z wiadomością, że jest z tobą źle. Myślę, że będzie zaskoczony, kiedy okaże się, że nasza kapłanka ma po prostu kaca - teraz już zaśmiał się pod nosem, co niekoniecznie rozumiałam. Jęknęłam jedynie i opadłam na poduszki, wachlując się dłonią.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

LXXII



        Skorzystałem z okazji, że nie pilnowało mnie żadne czujne spojrzenie – albo przynajmniej wydawało mi się, że tak jest. Nikogo nie było w tym dziwnie rozmieszczonym wnętrzu, ale koło harfy stało kilka szkatułek, a po przeciwległej stronie nieco większe meble. Słyszałem śmiech i przyciszone głosy. I miałem wyraźnie znajome wrażenie tego, że nie jestem na swoim terenie, że jestem intruzem, zupełnie jak poza granicami obozu czy miasta. Mimo tego przemierzyłem wolno wnętrze. Ciężkie buty stukały o drewno, ale nie skupiałem się na ukrywaniu swojej obecności.
        Któraś z nich zaśmiała się głośniej, a ten dźwięk zamarł tak samo nagle, jak się rozpoczął. Wydawało mi się, że ktoś patrzy. Mimo wszystko coś – może spożyty alkohol – popchnęło mnie do otworzenia jednej ze skrzynek. Przykucnąłem przy niej, podnosząc zaskakująco lekkie wieko.
        Wewnątrz leżał zawinięte niedbale pasy materiału i nuty. Papier szeleścił pod dłoniami, kiedy go podnosiłem. Ciekawość. Podniosłem się wolno, patrząc na partytury trzymane w dłoniach. Ktoś odchrząknął. Niemal podskoczyłem na ten niespodziewany dźwięk, odwróciłem się w kierunku jego źródła.
        – Znów ty?
      Rudowłosa potrząsnęła głową, rude pasma zafalowały w powietrzu.
        – Nikt pana nie uczył, że to nieładnie grzebać w cudzych rzeczach? – zapytała, po czym na jej twarzy pojawił wyraz zamyślenia się. Jakby o czymś zapomniała. – …Panie?
        Prychnąłem cicho, przewracając oczami i odkładając nuty do skrzyni. Może normalnie zdenerwowałaby mnie taka uwaga z ust jakiegokolwiek innego gówniarza, ale nie dzisiaj, nie teraz, kiedy moją głowę przepełniały wspaniałe, wielkie plany.
        – Zwiedzam.
        – Pozwala pan innym oglądać szafki w swoim domu?
        W jej głosie nie było złośliwości. Tylko bezbrzeżna ciekawość. Mogła mieć już piętnaście lat. Albo więcej? Zaplotła dłonie za plecami, przyglądając się otwarcie mojej twarzy. Peszyła mnie taka otwartość, z którą nie spotykałem się często. Głupia dziewucha, czy nie wiedziała, do kogo się zwraca?
        W obozie nie było ani dzieci ani nastolatków. Zapomniałem o bezpośredniości niektórych z nich. Irytującej bezpośredniości.
        – Nie masz czym się zająć? – odwarknąłem, zatrzaskując wieko.
        – Mam czas wolny. Pani nie pozwoliła być z wami w pokoju.
        Mówiła, jakby odpowiedź była oczywista. Czułem się traktowany przez moment jako ktoś, kto nie pojmuje podstawowych rzeczy. Ale to tylko dziecko. Nie wydawało mi się, żeby robiła to specjalne.
        – To jest prawdziwa kapłanka? – zapytała, wskazując dłonią w stronę pokoju. – Najprawdziwsza?
        Nie pozwoliłem sobie na ukłucie paniki, ale to uczucie wślizgnęło się do mojej świadomości. Mówienie temu dziecku zbyt wiele… Na litość wszystkich księżyców, to, co robiliśmy było naprawdę niebezpieczne. Jak właściwie dałem się w to wplątać?
        – Nie – rzuciłem pretensjonalnie. Okazywałem irytację. Odbijałem te uczucia na dziecku. Ale ona nie wyglądała w ogóle na przejętą moim tonem głosu. Kołysała się z pięt na palce i z powrotem. – Idź zająć się nauką… Albo czymś, co robią tancerki w czasie wolnym, nieważne.
        Ktoś znowu się zaśmiał. Co dziwne, nie słyszałem szmerów rozmów, tylko te śmiechy, urywane i dochodzące z różnych stron. Zupełnie, jakby kobiety rozmawiały szeptem między sobą. Dziwne. To miejsce sprawiało, że nie czułem się tak pewny siebie jak gdziekolwiek indziej. Może przez fakt, że otaczały mnie kobiety, zapewne ładne, których nie mogłem zobaczyć. Bardzo dziwne. Potęgowało uczucie, które podsuwał instynkt.
        Kiedy ja się rozglądałem w poszukiwaniu czegoś – choć raczej kogoś – na kim mógł zawiesić wzrok, rudowłosa zniknęła. Bez słowa odeszła, najprawdopodobniej chowając się w jednym z pokojów. Westchnąłem z irytacją.
        Dosłownie kilka chwil później Freya otworzyła kotarę przysłaniającą wejście. Ze swojego rodzaju ulgą wszedłem do jej pokoju.
        Wewnątrz kapłanka miała już na sobie… Dość niecodzienny strój. Chociaż biel towarzyszyła jej wizerunkowi odkąd ją znałem, to bez żadnych zdobień i zdecydowanie bez dodatkowego materiału przyszytego do bioder, który tworzył woal, swobodnie i lekko opadając na ziemię. Rozcięcia na bokach sięgały aż do bioder, gdzie materiał znów łączył się w jednym punkcie. Faktycznie ten widok, tak jak się spodziewałem, był nieprzeznaczony dla nieodpowiednich ludzi. Rzecz jasna, ja należę do odpowiednich.
        – To nie szczęście, tancerko – odparłem, opierając dłonie na biodrach. Być może w moim głosie pojawił się jeden ton przemądrzałem dumy. I to w dodatku urażonej. – Myślisz, że przychodząc tu prosić cię o pomoc przyprowadziłbym kogoś, kto w moim uznaniu by się nie nadawał? I marnował swój… Nasz czas?
        Uniosłem brew ku górze. Wymowny wyraz. Freya podeszła bliżej, ale ja nie ruszyłem się ze swojego miejsca. To wszystko wydawało się denerwująco niewłaściwie nawet obserwowane z daleka. Nic nie zmusiłoby mnie, żeby podejść bliżej. Niech tancerka ocenia, z czym ma do czynienia i nad czym trzeba pracować. Wydawało mi się wręcz, że moja rola została tutaj skończona… Ale nie, nie byłbym sobą, zostawiając to od tak.
        Zawsze doprowadzam sprawy do samego końca. Nie pozwalam im wyślizgnąć się z rąk. Z tym będzie tak samo.
        – Zacznij od tańca – odpowiedziałem po chwili namysłu. Czasu i tak nie było wiele… Tak niewiele. – Skoro obie te rzeczy są trudne, nie zaczynaj od bardziej niemożliwej – bo to niebezpiecznie przypomina atak na bestię, której nie da się pokonać. Rzucenie się na pewną porażkę. Tego już nie powiedziałem na głos.
        – W takim razie – odpowiedziała pewnym siebie głosem kobieta – to wszystko, co dzisiaj mieliśmy do zrobienia. Jutro przyślę którąś z dziewczyn, żeby ustalić następne spotkanie.
        Machnęła dłonią, zbywając temat.
        Nie. Rozsądek, choć teraz stłumiony alkoholem, nakazywał większą ostrożność.
        – Przyślij któregoś posłańca. Rozsyłają pocztę po obozie, rozkazy i wszystkie pomniejsze informacje. Tak będzie bezpieczniej.
        Freya przez chwilę rozważała taką możliwość. Ale najwyraźniej postanowiła zachować wątpliwości dla siebie, o ile je miała, bo nie odezwała się, skinęła tylko głową. Później zwróciła się w stronę kapłanki i zaczęła bez słowa rozwiązywać jeden ze sznurków, który bez wątpienia przytrzymywał sukienkę na jej ciele.
        Drgnąłem. To był wystarczający znak, że rozmowa jest skończona i że nie należy nic do niej dodawać. Odwróciłem się i wyszedłem z ciemnego pomieszczenia, a dużo jaśniejsze, do którego wszedłem było kontrastowe. Odetchnąłem, poprawiając nóż przymocowany do paska. Płaszcz szemrał cicho z każdym moim ruchem. Jakże to ubranie było okropnie niepraktyczne.

piątek, 23 czerwca 2017

LXXI

     Znów to same uczucie, jakbym była jakimś przedmiotem pertraktacji. Poza tym fascynowało mnie to, że kobieta nie boi się sprzeciwiać, a robiła to przy tym w taki sposób, że Nevan się na nią nie denerwował, jak na mnie. Tak, chyba mogłam porównać to uczucie do zazdrości, ale nic nie powiedziałam. Czekałam wierząc głęboko, że póki co lepiej się na siłę do ich rozmowy nie wciskać. W końcu nie kwestia zapłaty nawet mnie nie dotyczyła, ale nie chciałam też, żeby oficer wydawał z mojego powodu fortunę. W imię czego? Jak mu się odpłacę? To były niełatwe pytania, a przecież nasuwały się same. 
     Nie sądziłam, że ich pojawienie się w obozie ma tak silne powiązanie z księciem Azirem, al w zasadzie wydawało mi się to całkiem logiczne. Dlatego też przyjęłam tą wiedzę na spokojnie, zastanawiają się, czy często mają możliwość tańczyć przed królewskim synem. Czy takie występy różniły się od występów przed pijanymi żołnierzami? W ogóle jak to jest, kim trzeba być, aby zostać taką tancerką? Naprawdę wraz z upływającym czasem, coraz bardziej interesowały mnie kobiety jej pokroju. Poza tym może to moja wyobraźnia, ale Freya nie wydawała się już być tak niemiła, jak jeszcze chwile temu. 
     - Ależ skąd - skłamałam niezbyt sprawnie, kiedy w uchu zadźwięczał mi męski głos. Wcześniej spoglądałam na tancerkę, która szukała czegoś w skrzyni, ale Nevan kupił sobie moją uwagę. Spojrzałam na niego, chcąc zdobyć tą samą pewność, która towarzyszyła mi w tłumie pijanych żołnierzy. Jakoś się tutaj dostaliśmy, a chociaż nie wiem dlaczego i po co dokładnie, to jednak Tealvash chciał coś dla mnie zrobić. Winna mu byłam wdzięczność, ale nade wszystko nie chciałam ho teraz zawieść. Dał mi szansę i bałam się, że za chwilę wiarę, jaką mógł we mnie pokładać, straci bezpowrotnie. Było to ostatnim scenariuszem na jaki chciałam sobie pozwolić. 
     Nic więcej w tym temacie nie dodałam, bo powróciła do nas tancerka, od razu przechodzą do konkretów. Pieniądze. Ludzie faktycznie nie potrafią bez nich żyć, co jest zabawne biorąc pod uwagę, że ja nie mam ich wcale. Szybko jednak temat zszedł na coś innego. Uniosłam brwi, słysząc, jak ocenia mój wzrost. Może byłam głupia, ale w pierwszej chwili nie wiedziałam po co to robi, aż nie wskazała leżących na skrzyni ubrań, w akompaniamencie jej słów wyjaśnień co do wiązania. Najbardziej byłam jej wdzięczna za to, ze wygoniła Nevana. Sama pewnie zabrzmiałabym ponownie jak podlotek, a ona zrobiła to na tyle szybko, że nie zdążyłam nawet wziąć pod uwagę sytuacji w której mężczyzna miałby tutaj zostać podczas mojego przebierania się. 
     - No już, już... uwierz mi, wiem doskonale, jak wygląda naga kobieta - pospieszyła mnie ruchem ręki, co chyba bardziej mnie speszyło, ale mimo to dosięgnęłam dłonią do zapięcia prostej szaty, która po zsunięciu z ramion opadła na samą ziemię. Kobieta przez moment wodziła wzrokiem, ale nic nie powiedziała. Dopiero po chwili wzięła przygotowany przez siebie strój i stanęła z nim przede mną. faktycznie zapięcie było skomplikowane, wszystko sama wiązała, a ja uznałam, że jest on tak misternie wykonany, że jeśli coś zniszczę, to sama sobie tego nie wybaczę. 
     - Jak się czujesz? - zapytała, kiedy byłam już gotowa, stawiając mnie przodem do lustra. Widząc swoje odbicie, poczułam jak się czerwienię, a przy tym dotarło do mnie, że wcale nie wyglądam pokracznie, jak się tego wcześniej spodziewałam. Mimo to było w tym coś niepoprawnego. Wyeksponowany biust, silnie podkreślona figura, rozcięcia z boku. Strój ten jedynie barwą przypominał świątynną szatę. Zaschło mi w ustach. 
     - Niepoprawnie - powiedziałam cicho, dając upust jedynemu opisowi, jaki wydawał mi się sensowny. Chyba ją rozśmieszyłam, bo pokiwała głową na boki teatralnie. 
     - To tego nie pokazuj! Podstawa, to pewność siebie, ale to pewnie i tak przyjdzie z czasem - odeszła ode mnie, aż do "wyjścia" z wydzielonego pomieszczenia. Kiedy dotarło do mnie po co tam idzie, znów zrobiło się niezręcznie. Nie wiedziałam ostatecznie, co ze sobą zrobić. Stałam po prostu w miejscu, przodem do wejścia, starając się nie wyglądać, jakbym stała tam za karę. Nie sądziłam, że kwestia nauki tańca wiąże się też z przebieraniem w podobne stroje. Dla mnie gorset był już skomplikowany, ale ubrana po męsku czułam się... nie wiem sama. Pewniej? Teraz, mimo, że materiału nie było mało, to czułam się nieco bardziej odsłonięta, niż zwykle. Może też przez to, że w szacie świątynnej spędziłam całe życie. - Zapraszamy, wszystko, czego nie wypada oglądać, już zasłonięte - mruknęła do Tealvasha, wpuszczając go ponownie do środka. Zatrzymała się koło niego i splotła ręce pod biustem, a ja porównałam to do jakiegoś przesłuchania, chociaż póki co żadne o nic mnie nie pytało. 
     - Masz szczęście oficerze, bo gdyby było z nią coś nie tak, najpewniej już teraz nasze zalążki umowy zostałyby zerwane - oznajmiła, a ja zauważyłam, że całkiem szybko przestała mnie traktować, jak kogoś znacznie ważniejszego. Podobnie było z Tealvashem, jej swoboda stała się niemalże namacalna w chwili, w której zrozumiała, że czegoś od niej potrzebujemy. 
     Przeszła kawałek, przyglądając mi się bacznie. W końcu przystanęła i pomachała przecząco głową, a ten gest miał w sobie coś... jakby jakąś cichą naganę. 
     - Esjo... nie stoisz tutaj za karę, prawda? Jeśli nie chcesz tutaj być, ja nie zmuszam... 
     - Chcę tutaj być - powiedziałam szybko, nawet nie dając jej szansy na to, aby pomyślała, że jestem zdenerwowana. 
     - Rozumiem - przyznała i ponownie spojrzała na Tealvasha, a ja w odbiciu lustra widziałam, że na jej twarzy czai się dziwny uśmieszek. Nie rozumiałam skąd taki wyraz, jakby drapieżny, ale nie niebezpieczny. Mi samej serce na ten widok mocno zabiło.  - Wyjaśnijmy sobie najważniejszą rzecz, oficerze. Mam ją nauczyć tańczyć, czy mam uczyć hipnotyzować gestami? To dwie różne sprawy, a jedna jest znacznie trudniejsza od drugiej, szczególnie w przypadku... wybacz mi śmiałość najświętsza... kapłanki - na sekundkę spojrzała na mnie, ale tak, to nie odrywała wzroku od mężczyzny. 
     Mnie samą zastanawiała ta kwestia i czułam, że zapytała o to, o co ja do końca nie potrafiłam. Chciałam w końcu tańczyć, ale czułam, że coś jest na rzeczy, poza tym pamiętałam słowa mężczyzny, odnośnie tego, czego mi trzeba. Tyle informacji w tak krótkim czasie, w dodatku wszystkie tak elektryzująco nowe.

LXX



        Światem panowała jedna, bardzo powszechna zasada. Zawsze należało mieć odpowiednie argumenty w dłoni, kiedy planowało się coś osiągnąć. Wypadało też posiadać w rękawie coś na wypadek ostateczny. Każdego dało się choć częściowo nagiąć do własnej woli, jeśli wiedziało się, co robić. Pieniądze, ambicje, przekonania. Każdy miał coś lub kogoś, co sprawiało, że stawał się podatny, płynny w dłoniach innych. Głównie przez tą świadomość trzymałem ludzi zawsze na bezpieczny dystans, a nawet śmierć czy zagrożenie dla najbliższych w armii ludzi nie mogłoby na mnie znacznie wpłynąć. To była moja święta zasada, kierowanie się którą nigdy jeszcze mnie nie zawiodło.
        Rzecz jasna, nie zawiodło mnie też teraz. Choć to było wynikiem ogromu szczęścia czy zbiegu okoliczności, to kierując się do wyjścia czekałem na słowo, które nas zatrzyma. I nastąpiło szybciej, niż się tego spodziewałem. Powoli obróciłem głowę w stronę tancerki. Na mojej twarzy nie malował się już żaden grymas. Alkohol wypity wcześniej zupełnie stracił już efekt, choć mogło być to tylko złudne poczucie trzeźwości. Nadstawiłem uszu, nie do końca wiedząc, czego spodziewać się teraz po Freyi.
        I w końcu wydawało mi się, że poczułem ukłucie czegoś irytującego. Czegoś na kształt dumy. Niespodziewanie Esja naprawdę wzięła sprawy w swoje ręce i nie mogłem stwierdzić, czy to zasługa piwa czy też czegoś innego, ale to było nieistotne. Sprawiła, że Freya cofnęła się o krok, znowu wpuszczając nas do małej przestrzeni swojego pokoju, w którym teraz zaczynało się robić nieco duszno. Ktoś śpiewał, jakaś kobieta śmiała się cicho. Nie obok, gdzieś dalej. Czy słyszały wszystko, co tutaj się działo? Mogło ich to w ogóle nie obchodzić.
       – W takim razie powinniśmy się dogadać – odpowiedziałem z błyskiem w oku, tym razem zajmując wskazane przez kobietę miejsce. – Też lubię wiedzieć, na czym stoję.
        Zaskoczyło mnie, że teraz tancerka nie wzbudzała już we mnie jedynie erotycznego zainteresowania, ale też coś pokroju szacunku. Miała twardy charakter, chociaż jej ciało wcale o nim nie świadczyło. Wzbudzała zainteresowanie nawet, kiedy się odzywała. Jej postać w moich oczach przybrała nowy kształt. Była mądra, nie była tylko głupiutką tancerką, która niczym podlotek cieszy się z ilości adorujących ją mężczyzn. A to samo w sobie było już godne podziwu.
        Oparłem się wygodniej, obserwując Esję, kiedy Freya zabrała się do stawiania pierwszych kroków na „jej gruncie”. Z rozbawieniem nawet zauważyłem reakcję dziewczyny. Przez chwilę obserwowałem tę dwójkę, a później zerknąłem na kilka pergaminów leżących na blacie, przy którym zostałem posadzony. Listy. Nie zdążyłem im się lepiej przyjrzeć.
        – Mogę cię zapewnić, że posiada potencjał, po prostu sama jeszcze nie wie, jak go wykorzystać i gdzie skierować. Okaż więcej cierpliwości – odparłem od razu, pochylając się nieco nad stołem i nie odrywając spojrzenie z hipnotyzujących oczu Freyi. – Kwestia ceny. Ile normalnie te dziewczyny płacą na bycie twoimi uczennicami? Jako mentorka musisz cały czas mieć na nie oko – zauważyłem, cofając się odrobinę.
        – Ta sytuacja nie przypomina żadnej, w której wcześniej byłam – odparła, również lekko się odchylając. – To nie kwestia ceny, a czasu.
      – Tego faktycznie nie ma wiele. Kiedy opuszczacie obóz?
      Uniosłem brew. Ona wzruszyła ramionami. Nawet w tym z pozoru prostym geście była wyczuwalna gracja.
      – Kiedy książę rozkaże nam jechać. Podlegam jego rozkazom, bo wbrew temu, co sądzą o nas ludzie, nie jesteśmy kurtyzanami i nie płaci się nam za chędożenie. Książe Azir lubi otaczać się pięknem i to przez wzgląd na piękno nas trzyma przy sobie – fuknęła, jakby ktoś co najmniej ją przed chwilą uraził. Nie dziwiło mnie to, pewnie wielu ludzi traktowało tancerki bardzo przedmiotowo. Bez męża, bez „odpowiedniej” pracy ciągle były na czyjejś łasce. Te na łasce rodziny królewskiej mogły prowadzić królewskie życie.
        Kobieta wstała i przeszła przez całą długość pokoju. Uniosła dłoń, zatrzymując się przy skrzyni, po czym kucnęła przy niej. W jej dłoni znikąd znalazł się mały złocony kluczyk, którym otworzyła wieko drewnianego mebla. Spojrzałem na siedzącą obok kapłankę. Zachowywała powagę, ale niczym nie zdradzała, o czym teraz myśli ani jak się z tym wszystkim czuje.
        – Chyba moje towarzystwo nieco cię psuje – szepnąłem w jej stronę, patrząc koso na dłonie, które złożyła na kolanach. Pewnie przeciętny człowiek uznałby to za pole do przeprosin, ale mi ani trochę nie było to w głowie. Teraz wręcz czułem się dumny z tego powodu, czego i tak nie zamierzałem po sobie pokazywać. Dopóki cała ta sytuacja się nie skończy, nie będę potrafił ocenić swoich zamierzeń. Czy robiłem dobrze? Nie miałem pojęcia.
      Tancerka powróciła do nas. Nadal miała misternie spięte włosy, zastanawiałem się czy właściwie zmienia tę fryzurę na noc. Na stole oprócz listów panował niezły bałagan, podobnie z resztą jak w każdym zakątku pokoju.
        – Rozpiszę rachunek na pergaminie, który ktoś dostarczy ci jutro z samego rana. Na razie uznajmy to spotkanie za próbkę możliwości każdej ze stron – mówiąc to zmierzyła blondynkę spojrzeniem. – Jesteś wyższa ode mnie, ale na szczęście znalazłam coś odpowiedniego, co powinno pasować.
      Skinąłem głową, choć nie czekała wcale na moje potwierdzenie. Dłonią wskazała na coś, co pojawiło się na skrzyni. Dużo materiałów o różnej fakturze, z takiej odległości ciężko było mi stwierdzić, co to właściwie jest. Poza tym nie znałem się na modzie. Przeważała biel, w którą wplecione zostały ciemne akcenty imitujące stal zbroi. Nie ukrywałem zainteresowania, które odmalowało się na mojej twarzy. Czyli przygotowała dla kapłanki terapię szokową? Może miała nadzieje, że to zmusi ją do rezygnacji. Ja wiedziałem, że do rezygnacji i tak nie dojdzie.
        – Pomogę ci to założyć. Ma wiązania na biodrach i talii aż pod biust, więc sama sobie nie poradzisz – zwróciła się w stronę Esji. Co zaskakujące, wydawało mi się, że chłód powoli zaczął znikać z jej głosu, a na jego miejsce pojawiła się ekscytacja. Czyli nie tylko ja byłem ciekawy, jak to będzie wyglądało. – Oficerze, proszę poczekać na zewnątrz.
        Odchrząknęła, machnąwszy dłonią w powietrzu, wskazując na kotarę pełniącą rolę drzwi. Westchnąłem przeciągle, ale nie sprzeciwiłem się ostatecznie. Wyszedłem z pomieszczenia, w międzyczasie obserwując wszystko, co znajdywało się w zasięgu mojego wzroku.

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/