piątek, 27 lipca 2018

CCXLVII




       Siedziałam tak bardzo długo, po prostu patrząc, jak dzień się kończy, światłość odchodzi, by pozwolić ciemności zająć swoje miejsce. Każda wydma piasku powolutku tonęła w cieniu, nie mieniąc się już od każdego promienia. Chciałam zapamiętać jak najwięcej, każdy szczegół, bo chociaż w ostatnich dniach widok ten stał się dla mnie czymś normalnym, teraz docierała do mnie świadomość, że być może po raz ostatni patrzę na pustynię. Ta myśl, jak i każda inna związana z wyjazdem bolała w sposób, jakiego nie dało się opisać. Nie próbowałam nawet tego robić. Takie próby tylko mocniej by mnie zdołowały. 
       Wtulona za kamieniami byłam bezpieczna i jednocześnie zastanawiałam się, czy Nevan mnie szuka, czy może zaniechał poszukiwań. Czy myśli tak samo, jak ja o moim wyjeździe? Wiem, że schowałam się z własnej woli i było to nielogiczne, ale chciałam go tutaj. Denerwowało mnie, że jeszcze mnie nie odnalazł i nie mówił, że będzie dobrze, nawet jeśli taka czcza gadanina nie była w jego stylu. Naprawdę czekałam na chwilę w której się pojawi, ale dziś nie byłam specjalnie cierpliwa. 
       Musiało być późno, bo obóz wyraźnie opustoszał, ale było mi to na rękę. Podkradłam się do namiotu Tealvasha i tak jak kiedyś, wkradłam się tyłem, podnosząc jedną ze ścianek. Weszłam do środka, nie widząc z początku nic, ale odnajdując się świetnie. Znałam rozkład tej kwatery idealnie, ale nie musiałam szukać. Nieobecność mężczyzny była namacalna już od pierwszej chwili. Rozczarowało mnie to. Myśl, że go nie ma, że... że nie spędzimy tej nocy razem. Kiedy usiadłam na pustym posłaniu, w oczach znów wezbrały mi łzy, a wraz z nimi pojawiła się wściekłość. Na wszystko i wszystkich! Na cały świat, nie wykluczając Nevana, nie wykluczając bogów. Każdy był teraz winny mojemu cierpieniu, bo w cierpieniu nie należy szukać logiki. Ja z własnym sobie nie radziłam, ale czułam, że nie mogę dłużej tutaj zostać. Po prostu nie mogłam. 
       To śmieszne, że znów wróciłam za swoją skałę. Zamiast iść do siebie, uparcie postanowiłam tkwić w tym miejscu choćby przy tydzień, jeśli się uda. Byleby mnie nie znaleźli, jeśli miał czas chodzić gdzieś w nocy, to będzie go miał, aby mnie szukać, ja na pewno tego nie ułatwię. 

       Tętent końskich kopyt. Nie przejęłam się nim wcale, jak i chłodem, czy bólem w karku. Spałam dalej, nawet nie myśląc o tym, aby otworzyć powieki. Czułam, że jestem zmęczona i to nie jest dobry moment na pobudkę. Kolejny hałas miał wkraść się do moich uszu, jakieś dwadzieścia minut później, gdy patrol, jaki słyszałam wcześniej wracał z codziennego, porannego objazdu, o czym wiedzieć oczywiście nie mogłam. 
       - Najświętsza - męski głos, nieznajomy, ale natarczywy. Ciągłe powtarzanie tytułów nad uchem zmusiło mnie do porzucenia snu. Otworzyłam niechętnie oczy, patrząc w twarz mężczyzn. Z początku nie wiedziałam co się dzieje, czułam, że cała jestem z piachu, wszystko mnie boli, a potem... potem zrozumiałam, że musiałam zasnąć w swojej kryjówce. Zamrugałam dwa razy, podnosząc się zaraz do pionu, ale nic jeszcze nie mówiąc. - Najświętsza, wszystko dobrze? Jak się tu znalazłaś? - kontynuował mężczyzna, jeden... a obok były dwa konie. Miałam złe przeczucia i nie myliłam się, bo nim sama otworzyłam usta, do moich uszu dotarł już inny głos. 
       - Gdzieś ty się do cholery podziewała?! - jęknęłam pod nosem, a potem obejrzałam się w bok, gdzie w towarzystwie żołnierza o tej samej randzie, co tego stojącego obok mnie, szedł nie kto inny, jak Eliah. Z jego twarzy nie dało się odczytać niczego przyjemnego. 
       - Tutaj...
       - Jakie tutaj? Od wczoraj ciebie szukam! - krzyknął po raz kolejny, ale widząc moje przerażenia, jak i pewnego rodzaju zdziwienie na twarzach pozostałej dwójki, z miejsca się zreflektował, a potem jego twarz złagodniała. - Nie powinnaś tak znikać, martwiłem się, że wpadło ci coś głupiego do głowy, pani - skłonił się lekko, a potem podał mi ramię, którego nie przyjęłam najchętniej, ale jednak. 
       Odeszliśmy kilkadziesiąt kroków w całkowitym milczeniu, zmierzając w kierunku mojego namiotu. Zastanawiałam się, czy teraz nastąpi część pouczająca, ale nic takiego nie miało miejsca. Ostatecznie mężczyzna westchnął i jakby zmalał nieco. 
       - Wszystko już prawie gotowe do drogi, powinnaś się przebrać i iść do stajni - wyrwałam się jeszcze w chwili, w której mówił ostatnie słowa. Spojrzał na mnie zaskoczony, ale i ja patrzyłam na niego w te sposób. 
       - Chcesz powiedzieć, że wyjeżdżam już teraz? - oddech przyspieszył mi z miejsca. Blondyn uniósł ręce, jakby w uspokajającym geście, ale nie interesowało mnie to za bardzo. 
       - Esjo, nie możemy zwlekać. Pomyśl ile czasu już z nami spędziłaś... pośpiech w istocie jest wska...
       - Nie interesuje mnie to! Muszę się najpierw wykąpać - powiedziałam cokolwiek, pierwsze co przyszło mi do głowy i oboje o tym wiedzieliśmy. Nawet jeśli to nie miało odwlec wiele w czasie mojego wyjazdu, to jednak... byłam tak przerażona. 
       - Wątpię, aby Nevana ucieszyła ta wiadomość - głos Eliaha był spokojny, ale mnie tylko tym podburzył. To Tealvash najpewniej zaplanował porę wyjazdu! W dodatku nie było go przy mnie! Nie było w namiocie! Teraz z kolei miał nie być zadowolony, że nie wyjeżdżam grzecznie, bez pożegnania być może? Gdzie on był? Pewnie na miejscu, pewnie to będzie następna lekcja dojrzałości, w której w ciszy każe mi odjechać, bo tego wymaga panowanie nad uczuciami. Ja nie chciałam nad swoimi panować! Nie teraz! Nie w tej chwili! Obiecał mi! Obiecał mi, że nie pozwoli mi opuścić obozu z dnia na dzień! To były jego własne słowa! Najpierw miała być zapowiedź, powinnam się z nią oswoić. 
       - Jestem kapłanką na litość, nie jednym z jego żołnierzy! Nie będę podróżować brudna z piachu! - podniosłam głos, pozwalając frustracji nad sobą zapanować. Widać było, że mój towarzysz się tego nie spodziewał. 
       - Przekażę, jednakże... pospiesz się proszę. Wiem, że się stresujesz, ale oboje nie chcemy go denerwować... - skłonił się, a ja zauważyłam dopiero teraz, że obok stoi już Mila. Spojrzała na mnie zmartwionym wzrokiem, ale nic nie powiedziała, aż nie doszłyśmy do mojej kwatery, w której... nie było już nic i widok ten wyraźnie mnie przybił. 
       - Pani, czy to mądre denerwować oficera? - zapytała dopiero w chwili, w której siedziałam już w bali z wodą. Odetchnęłam głęboko dając sobie czas. 
       - Nie ukarze mnie już, wyjeżdżam - westchnęłam obojętnym głosem. Miałam wrażenie, że Mila na moment zamarła, ale potem podjęła mycie moich pleców. 
       - Nie to miałam na myśli, najświętsza. Czy nie chcesz by zapamiętał cię dobrą i bliską jego sercu? - bardzo uważnie dobierała słowa. Nawet w tym podłym stanie wywołało to na mojej twarzy uśmiech, ale ten nie miał nic wspólnego z rozbawieniem. 
       - Chcę, żeby zapamiętał... a jako człowiek pamiętliwy, nie odsunie z głowy zbyt szybko myśli, że nawet w ostatni dzień nie potrafiłam się podporządkować. Twardość nie pozwoli mu zapomnieć, a uczucia nie pozwolą mu się na mnie gniewać... przynajmniej taką mam nadzieję - wyjaśniłam rozchlapując wodę dookoła. 
       Odwlekanie wszystkiego w czasie nie było łatwe. Po drodze kazałam jeszcze Mili posłać kogoś do moich rzeczy. Przygotowano mi czystą szatę, ale zamierzałam wracać po męsku, w spodniach, zbroi, którą dostałam. Przede wszystkim konno. Na swoich zasadach. Chociaż kupiło to nieco czasu, ten nie trwał wiecznie, a ja ostatecznie musiałam opuścić namiot. Moje zabiegi nie sprawiły też, jak wierzyłam, a o czym nie powiedziałam Mili, że Nevan się tu pojawił. Nie udało mi się wymusić na nim kilku chwil samotności, więc teraz szłam jak na ścięcie i z każdym krokiem byłam na niego coraz bardziej zła. Dlaczego musiał to robić? Dlaczego nie mógł pozwolić nam na ostatni skradziony moment we dwoje? Potrzebowałam tego, naprawdę potrzebowałam. Podobnie jak pożegnania się z tyloma osobami, szłam coraz wolniej, kalkulując to wszystko, a potem zobaczyłam niewielką karawanę i zatrzymałam się w miejscu, patrząc z daleka prosto na Nevana, który musiał mnie wyczekiwać. 
       - Najświętsza, coś nie tak? - ponaglił w ten sposób jeden z eskortujących mnie żołnierzy. Przełknęłam ślinę i zacisnęłam mocno dłoń w pięść. Nie popłaczę się. Choćby nie wiem co, zapamięta mnie twardą, z zacięciem na twarzy! Właśnie taką, niepłaczącą. Ruszyłam dumnie, stawiając krok za krokiem stopami ubranymi w wysokie oficerki. Wyminęłam nawet eskortujących mnie żołnierzy, więc ci pozostali z tyłu, kiedy stanęłam prosto przed Nevanem. 
       - Wybacz, panie, tę zwłokę - odezwałam się, zbierając w sobie wszelkie siły, aby głos mi się nie załamał. Tak bardzo chciałam wpaść mu teraz w ramiona, tak zła byłam na siebie, że wczorajszego dnia, gdy mieliśmy okazję nie byliśmy sobie bliżsi. Kiedy następnym razem go dotknę? Kiedy zobaczę? Poczułam, że ponownie robi mi się słabo i być może nie dałabym rady, gdyby nie fakt, że już zaczęłam mówić i musiałam skończyć. - Nikt nie poinformował mnie o godzinie wyjazdu, więc nie zdążyłam wyszykować się na czas. Liczę, że twoim ludziom to nie przeszkadza - uśmiechnęłam się rzeczowo i dopiero teraz rozejrzałam się dookoła, ale prawdę mówiąc bardzo ciężko było mi się skupić na czymkolwiek. W zasadzie widziałam otoczenie, ale nie docierało do mnie z czego się składa. 
       - Jeśli o tym mowa, kto będzie mnie eskortować? - zapytałam, marząc o tym, aby był to ktoś, kogo znam. Wiedziałam, że nie puszczą mnie z byle kim, chociaż z drugiej strony mogli postawić na ilość, nie jakość... sama już nie wiedziałam, ale Nevan nie pozwoliłby na to, abym nie była w pełni bezpieczna. Chociaż z drugiej strony... jakże kusząca teraz stała się wizja ucieczki, przeczekania gdzieś w lesie, odnalezienia go... te myśli były niczym bajka, jaką można opowiadać dzieciom, ale ja dzieckiem już nie byłam. 
       Moja bajka natomiast do pięknych i prostych miała nigdy nie należeć. Ta myśl z kolei zmusiła mnie do powrotu wzrokiem na twarz mężczyzny i teraz już determinacja nie dosięgała oczu, bo te zdawały się błagać, by mnie nie zostawiał w taki sposób. 

czwartek, 26 lipca 2018

CCXLVI


        Ta rozmowa miała mnie oderwać od natarczywych myśli I w gruncie rzeczy właśnie to zrobiła. Skierowała je jednak na tym niebezpieczniejsze tereny, po których nie potrafiłem poruszać się tak swobodnie. Długo patrzyłem na zasłoniętą połę namiotu, w której zniknęła wysoka kobieta. Nie było mi ani przykro za to, jak ją potraktowałem, ani nie gryzły mnie żadne wyrzuty sumienia. Gdyby jeszcze kiedykolwiek przyszło jej na myśl, żeby prowadzić rozmowę w tym kierunku – myśląc, że może mi mówić, jak decydować i czym się kierować! – powtórzyłbym to samo. Nawet chwilę nie zastanawiałem się nad ważną sprawą: a co, jeśli ma rację? Jeśli naprawdę podkopuję pod sobą ogromny, przepastny dół, w którym zmieści się wszystko, co udało mi się do tej pory osiągnąć? Już sam wcześniej miałem podobne przypuszczenia. Ale przyjęcie ich z ust kogoś takiego jak ona… To było zupełnie co innego.
        Powoli opadłem na swoje miejsce. Nadal pożerała mnie rozrastająca się pustka, dlatego postanowiłem, że nie mogę odwlekać działania. Działanie było tym lekarstwem, które utrzyma destrukcyjne myśli na dystans.
        Podniosłem ponownie kopertę i jej zawartość. Zaskakująco jasny umysł podpowiadał, że muszę jej pilnować. Że nie mogę powiedzieć Esji, kto czeka na nią u celu, bo to znacznie utrudni nam dotarcie do niego. Znałem ją trochę, wiedziałem, jaką wywołam reakcję. Postara się i użyje wszystkiego, żeby mnie powstrzymać, a wolałem nie dopuszczać do okazji, w której uda się jej na mnie wpłynąć w tej sprawie. Nie ważne, co czułem i jak bardzo w każdej sekundzie ta myśl rozdzierała moje serce, wiedziałem, że doprowadzę ją do tego pieprznego ślubnego kobierca i że sam przekonam się, że dotrze bezpiecznie do stolicy. Na szali była oczywiście moja duma i honor, ale także coś jeszcze cenniejszego. Coś, dla czego nie chciałem szukać konkretnej nazwy.
        Zgiąłem pergamin i umieściłem go w kieszeni płaszcza, a później pozbierałem wszystkie ważne dokumenty i wyszedłem prosto na jasno rażące słońce tego dnia, na powrót do obowiązków. Jakby nic się nie stało. Okropnym bólem napawała mnie świadomość, że stało się wszystko, że zmieniło się wszystko.
        Mimo tego odwiedziłem każdy poszczególny oddział obozu i sprawdziłem każdą jedną, najmniejszą rzecz. Musiałem się upewnić, że wszystko zostawiam za sobą w porządku. Że kiedy wrócę – a wiedziałem, że to zrobię – zastanę rzeczy takimi, jakimi powinny być. Będę tą osobą, którą nie mogę być jeszcze teraz. Odpuszczę wszystko, co trzymało mnie przy Esji. Przecież to zrobię. Dam radę. Aelnea nie musi w to wierzyć.
        Ja też nie wierzyłem.
        Po kilku godzinach rozmów i kontroli nad pracami w obozie i nad rozdziałem misji spotkałem się z Eliahem nieopodal jego namiotu. Miał na sobie zbroję. Skinąłem lekko zauważalnie głową.
        — Znalazłeś ją?
        Przekrzywił głowę na bok i posłał mi spojrzenie. Nie znalazł.
        — No dobrze, to bez znaczenia. Poinformuj jej służącą, żeby spakowała jej rzeczy, bo ruszamy z samego rana i nie będzie czasu, żeby czekać — poinstruowałem i odwróciłem się do odejścia. Zamierzałem spędzić ten wieczór w przytłaczającej samotności.
        — Poczekaj chwilę — zaczął blondyn, zadzierając lekko głowę. — „Ruszamy”.
        — Nie muszę ci się z niczego tłumaczyć. Ostatnio zapomniałeś, gdzie twoje miejsce, czy zapomniałeś też, kto jest twoim przywódcą?
        Te słowa zabrzmiały ostrzej, niż planowałem. Ale nie zamierzałem ich cofać. Przecinałem go ostrym spojrzeniem, tym, które często lądowało na żołnierzach niższej rangi i uderzyła go ta nagła wrogość. Nadal wyglądał na zaskoczonego i przez moment napawałem się tym momentem. Wyżywanie się na innych sprawiało, że czułem się lżej ze samym sobą.
        — Nie, oficerze. Skądże — odpowiedział szorstko, nie cofając się i nie robiąc kroku w moją stronę. — Wszystko będzie przygotowane. Wyślę kogoś z wiadomością do służącej.
        — Niech nie mówi kapłance, że jadę.
        Skinąłem jedynie głową na potwierdzenie, a później odwróciłem się i odszedłem.

        Nie potrafiłbym zasnąć tej nocy, ale tym bardziej nie potrafiłem siedzieć samemu w pustym namiocie, który przypominał mi o tym, że od dzisiejszego dnia każdy kolejny będzie wyglądał właśnie tak samo. Nie poszedłem do Esji i nie oczekiwałem, że ona się pojawi. Czasami zamiast przygotowywać się na ostateczną chwilę lepiej po prostu uznać, że ona już po prostu minęła; tak samo, jak wczoraj minęła nasza ostatnia wspólna noc, jak dzisiaj w stajniach minęła ostatnia swobodna rozmowa, jak przed namiotem minął ostatni pocałunek. Nie musiałem wtedy wiedzieć, że to ostatnie rzeczy. Wolałem teraz je za takie uznać. Mimo tego podejścia wcale nie było mi łatwiej. Mimo wmawiania sobie, że przecież nic się teraz nie zmieni wcale nie było łatwiej. Dlatego podniosłem się sprężyście z łóżka, przy którym nadal leżały świeżo wyprane bandaże i miseczki z medykamentami – w całym wnętrzu pachniało nieprzyjemnie ziołowymi mieszankami przywodzącymi na myśl polowy szpital w głównym obozie – i opuściłem namiot, wychodząc w przyjemnie chłodną noc. Na niebie wysoko stały dwa księżyce, których blask nie przytłumił gwiazd rozproszonych po całym niebie.
        W prowizorycznej stołówce znalazłem jedną z niewielu butelek wina przywiezionych tutaj jeszcze z ostatnimi zapasami żywności, nie czując się z tą drobną kradzieżą wcale źle.
         Aelnea nie zadawała żadnych pytań. Właściwie w ogóle nie rozmawialiśmy i rozeszliśmy się, kiedy na horyzoncie zaczęły pojawiać się pierwsze promienie słońca, kiedy butelka sięgnęła dna i nie było dalszej ucieczki. Spałem niedługo i niespokojnie, zaledwie trzy godziny. Jak w transie założyłem na siebie podróżny zbrojny strój i opuściłem namiot, a kieszeń płaszcza była tak ciężka, jakby ktoś napakował do niej kamieni. Nie przeprosiłem jasnowłosej. Nie dopominała się o to. Może sama czuła żal, że naprawdę wyjeżdżam? Może wiedziała, że moje słowa nie padają na wiatr i przerażało ją to, co miało nastać? Jak nas wszystkich. Zawsze baliśmy się nowych czasów, nawet jeśli teraźniejsze wcale nie należały do dobrych.
        Poprawiłem naramienniki, jeden z nich uciskał nieprzyjemnie nie zabliźnioną jeszcze ranę. Medyk nie powiedział, że nie jestem gotowy na taką podróż. Zapakował odpowiednie zioła i wręczył mi je bez ani jednego słowa spodziewanego wykładu.
        Kiedy dotarłem do stajni, konie były już gotowe. Odświętnego wozu podróżnego nie było, tylko ten niewielki na zapasy i ewentualnie dla służby. Dokładnie wypełnione przeze mnie rozkazy. Słońce pojawiało się za wysokimi górami na horyzoncie leniwie, rozpoczynając kolejny dzień, a ja niecierpliwie przeniosłem ciężar ciała z nogi na nogę, co chwila zerkając do wyjścia z uliczki, w której powinna pojawić się kapłanka lada moment.

CCXLV



       Zapomniałam o obecności Mili, a może raczej próbowałam o niej zapomnieć, ignorować ją, wierzyć, że jestem tutaj sama, całkowicie sama z tym wszystkim, że jestem jedynie zdana na siebie, ale też do nikogo nie należę, decyduję o sobie i jeśli będę chciała tutaj zostać, to zostanę. Ile już tygodni minęło, odkąd uratowano mnie ze świątyni? Wówczas wydawało mi się, że do Stolicy zostanę odesłana na dniach, a teraz, z perspektywy czasu ta wizja nie była taka zła. Może wtedy nie zdążyłabym się przyzwyczaić do tych ludzi, nie zdążyłabym pokochać Nevana, zdradzić swojej roli, odwrócić się od mojego losu. Może, gdyby formalności udało się załatwić szybciej, byłabym szczęśliwsza w swej nieświadomości, nastawiona jedynie na to, co przygotowali dla mnie bogowie. 
       - Nie płacz, najświętsza - głos Mili dotarł do mnie jakby z daleka, a sens jej słów był zaskakujący. Uniosłam niepewnie dłoń do twarzy, do polika, starłam mokry ślad, a potem spojrzałam na swoje palce. Miała racje, płakałam, ale nawet tego nie poczułam. Poza tym, tak rzadko odzywała się nieproszona, a teraz nawet podeszła do mnie, zdałam sobie z tego sprawę, że podeszła do mnie, pochyliła się przy posłaniu, a ja nie zastanawiając się więcej uniosłam się na tyle, by móc się jej rzucić w ramiona, nie bacząc na to, że ze służbą się tak nie robi, że dziewczyna nie przywykła do tego. Potrzebowałam bliskości kogoś, kto mnie rozumiał, a w tym obozie tylko ona była moją powierniczką. 
       Minęła chwila jak długa nie wiem, ale w końcu Mila niepewnie podniosła dłonie, opowiedziała na uścisk, pogładziła moje włosy i to był ten moment, w którym nie wytrzymałam i załkałam w jej objęciach, zaciskając mocniej palce na jej szacie. Próbowała mnie uspokoić, ale nienachalnie.Wcześniej, z moich cichych majaczeń musiała już się dowiedzieć powodu, przez który jestem w takim stanie. Czułam, że rozpacz jest tym, czego mi trzeba, a jednocześnie nie miałam na nią siły, poddawałam się spokojnemu tonowi dziewczyny, który zdawał się wysuszać mi oczy, ale nawet gdy płacz ustał, nie odsunęłam się od niej chociażby o cal. 
       - Nie chcę wyjeżdżać - powiedziałam w końcu, nie bacząc na to, jak oczywiste były te słowa. Mimo to dłoń służącej na moment się zatrzymała, by po chwili wrócić do gładzenia moich włosów. 
       - Wiem pani - przyznała cicho, pokornie, ale i w jej głosie dało się usłyszeć coś, co można by uznać za smutek. To wystarczyło, abym poczuła, że muszę rozmawiać, muszę wylać z siebie myśli, bo nie mam siły już tego w sobie trzymać. 
       - Nie chcę wychodzić za mąż, za obcego mężczyznę, za nikogo... z wyjątkiem..!
       - Ciiii, cichutko najświętsza, cichutko... - przerwała mi i zrobiła to w dobrym momencie, bo znów oddech ugrzązł mi w gardle, a kiedy mówiła, jakoś łatwiej było mi wziąć spokojniejszy wdech. Dałam więc sobie chwilę, nie powinnam tak się unosić, ale to nie oznaczało, że przestanę mówić. Chciałam, aby ktoś mnie wysłuchał, po prostu tego mi było trzeba. Kogoś, kto zrozumie chociaż część moich lęków, nie musi ich ze mną nosić, ale niech chociaż je zrozumie. 
       - Boję się... tak bardzo się boję, Milo. Wszystkiego - przełknęłam ślinę, ale gula, jaka rosła w gardle nie zmalała przez to. - Nie chcę, by ktoś obcy mnie dotykał, rościł sobie do mnie prawa. Brzydzi mnie każda myśl o tym, wcześniej odpychałam ją od siebie, ale teraz, teraz już nie mogę tego robić - odsunęłam się od niej na tyle, aby móc spojrzeć na jej twarz, upewnić się, że ona rozumie, że moje słowa są jasne. Nie wiem dlaczego tak mi na tym zależało, po prostu musiałam mieć pewność, że rozumie. - Jak mam się oddać obcemu mężczyźnie, kiedy moje serce należy do innego? - zapytałam w końcu, czekając na jej odpowiedź, na dobrą radę, których zawsze miała dla mnie tak wiele, więc i teraz na pewno jakąś znajdzie. Tylko, że patrzyłam w jej oczy i już widziałam, że nie szykuje niczego, co rozwiąże wszelkie problemy. Mój wzrok zdawał się być błagalny, szeptać, by coś wymyśliła, ale w chwili, w której spojrzała na bok, wiedziałam już, że nie mam co na to liczyć. Przyciągnęła mnie zamiast tego do siebie, a ja poddałam się tej niespodziewanej zażyłości. 
       - Najświętsza, nie myśl tak o tym. Może twój mąż będzie dobry, może i jego pokochasz? - wiem, że chciała dla mnie jak najlepiej, wiem, że się martwiła, ale to pytanie, które nie miało spotkać się z moją odpowiedzią sprawiło, że krew we mnie zawrzała. Odkleiłam się od niej w jednej chwili. 
       - Nigdy! - wrzasnęłam zbyt głośno i zbyt energicznie, by nie odbiło się to echem na moim ciele, które zatoczyło się delikatnie. Myślałam, że zaraz rozsadzi mi głowę. Złapałam się za nią, wsuwając palce we włosy, mocno je na nich zaciskając. - Nigdy tego nie zrobię... mógłby być najmilszym jegomościem w kraju, ale nie zdradzę swoich uczuć - oznajmiłam z siłą, jakby była to łącząca przysięga. 
       Nie patrzyłam na dziewczynę, ale poczułam, że się podnosi. Patrzy na mnie. Waha się? Tego już nie byłam pewna. W końcu jednak się odezwała. 
       - Tego ci życzę, moja pani... żeby taki był. Zasługujesz na to - skłoniła się nisko i odeszła pod ścianę, a ja znów opadłam na posłanie, czując, jak kręci mi się w głowie. 
       Miałam świadomość tego, że jeśli zostanę tutaj dłużej, to zasnę, a przecież to było pierwszym na liście punktem, którego nie wolno mi było zrobić. Poprosiłam Milę o wodę, wypiłam ją zachłannie, potem obmyłam twarz, przeczesałam włosy. Zrobiłam wszystko, by wyglądać lepiej, niż się czułam i wbrew temu, że Eliah wyraźnie prosił, abym odpoczywała, wyszłam ze swojej kwatery, na ten żar, do ludzi, do miejsca, którego już niebawem nie będę mogła oglądać. 
       Musiałam coś zrobić, najchętniej poszłabym do Nevana. Obawiałam się jednak, że może być zajęty, chociaż nie... wmawiałam sobie, że obawiam się właśnie tego. Bardziej martwiła mnie myśl, że po spotkaniu oficera usłyszę z miejsca 'pakuj się najświętsza', czy nawet 'zajmij miejsce na wozie'. Ta myśl tak mną wstrząsnęła, że natychmiast skierowałam swoje nogi w kierunku przeciwnym, niż do centrum obozu. Do stajni, a dosłownie do boksu, w którym stała Amaltea. Pogładziłam ją po łbie, między oczami, schodząc na delikatne w dotyku chrapy, po czym weszłam do środka, trzymając przygotowane wcześniej zgrzebło. To było głupie, ale przyszłam tutaj, aby się ukrywać. Nie wyślą mnie w podróż, jeśli mnie nie znajdą, prawda? Bardzo głupie, ale w tej chwili się tym nie przejmowałam. 
       Czas mijał a towarzystwo konia zdawało się uspokajać mnie bardziej, niż mogłam się spodziewać. 
       - To rzadki widok - podskoczyłam, słysząc cudzy głos z tak bliskiej odległości. Natychmiast odwróciłam głowę w tamtym kierunku. - Widzieć tutaj ciebie, ubraną w białą szatę - Dyfar opierał się o belkę ogrodzenia, spoglądając na mnie ciekawskim wzrokiem. Jego obecność mi nie przeszkadzała, na pewno o niczym nie wiedział. O tym, że być może to ostatni raz, w którym się widzimy. 
       - Przechodziłam obok, więc wstąpiłam ją wyczesać - odpowiedziałam spokojnie, a chłopak jak zawsze mnie nie zawiódł. Uznał, że moje słowa to wystarczające zaproszenie do rozmowy, więc zajął moje myśli na tyle, bym na chwilę zapomniała o wiadomości ze stolicy, tylko, że nic co piękne nie trwa wiecznie. 
       W pewnym momencie usłyszałam brzdęk zbroi, a Dyfar natychmiast spojrzał w tamtym kierunku. Sama nie widziałam nic, bo zasłaniała mnie Amaltea. 
       - Zastępca dowódcy... pójdę sprawdzić, czego mu trzeba - powiedział ni to do mnie, ni do siebie. Mnie jednak to nie interesowało. Serce zabiło mi mocniej, a w głowie narodziła się myśl, że na pewno to po mnie przyszedł Eliah. Przełknęłam ślinę, niewiele się zastanawiając. Jedynie wypuściłam zgrzebło z dłoni i rozejrzałam się dookoła. Musiałam jakoś opuścić to miejsce. Zadarłam spódnicę do kolan i wdrapałam się po ścianie wchodząc do boksu obok. Z miejsca otworzyłam szerzej oczy, stając twarzą w twarz z Helikaonem, wierzchowcem Nevana, który na moje wtargnięcie niebezpiecznie pogrzebał kopytem w podłożu. 
       - Spokojnie... przejdę tylko dalej - mówiłam do niego cicho, patrząc mu w oczy, ale on prychnął niebezpiecznie, na co drgnęłam. Odwrócił się do mnie, ja wraz z nim i niewiele się zastanawiając ruszyłam dalej, przez kolejną ściankę boksu. Robiłam tak, aż nie dotarłam do tych składających się z kilku prostych belek, przez które prześlizgnęłam się bez problemu. 
       Okrążyłam obóz jak najbardziej dookoła się dało, wzdłuż rzeki, mijając dwa patrole, przy których zachowywałam się, jak gdyby nigdy nic, co okazało się być dobrym pomysłem. Szłam tak, aż nie dotarłam do kilku większych kamieni, za którymi usiadłam, wtulając się w nie. Nie minęło kilka sekund, a przypomniałam sobie, że kiedyś siedziałam tutaj z Nevanem. Czy to był pierwszy dzień w tym obozie? Możliwe... Objęłam nogi ramionami, spoglądając na rzekę. Wtedy widziałam, jak się kąpał, teraz jednak nikt nie znajdował się w wodzie. Przede mną rozciągały piaskowe wydmy i nic więcej. To zabawne, że koniec mojej historii w tym miejscu, sprowadził mnie za te same kamienie, za którymi historia ta się zaczęła. Szkoda tylko, że nie było mi do śmiechu. 

CCXLIV


        Dobrze, że przejęła stery. A może bardzo źle?
        Nie byłem w stanie niczego zrobić, nie mogłem tego podsumować, nie było żadnych słów, które od razu pchałyby mi się na język, jakby ktoś po prostu wypalił te dwa ładnie wykaligrafowane słowa na moich oczach, jakby wytatuował je na tęczówkach. Gdziekolwiek bym nie spojrzał, one tam były, widmo nierzeczywistości tej sytuacji, zawsze widoczne, ale w pewien sposób jeszcze bardziej nieuchwytne. Dlatego pewnie dobrze, że Aelnea była obok, że ona również przeczytała ten list, że zaczęła mówić, a cisza nie trwała niebezpiecznie długo. Nie znaczyło to wcale, że choć jesteśmy w miarę bezpiecznym gronie, nie powinienem się lepiej kontrolować. Ale nie potrafiłem. Wobec tego żartu losu i narastającej bezsilności nie potrafiłem się bronić.
         Z drugiej strony co, jeżeli ona sama domyśliła się już, o co naprawdę chodzi? W pewien sposób ochroniła mnie przed dalszym zdemaskowaniem się, chociażby w oczach swojego zastępcy, któremu jako ostatniemu chciałbym powiedzieć o Esji, ale mimo wszystko… Co jeśli zrobiła to nie po to, żeby mnie ochronić, ale żeby dać znać o tym, że ona wie?
        Uporczywe wpatrywanie się w papier nie sprawiło, że słowa się rozsunęły, że zmienił się ich szyk i przestawił sens zdania, dlatego przerzuciłem spojrzenie na jasną skórę kobiety znaczoną dużą ilością znaków i symboli, charakterystyczną dla niej i osób, które urodziły się w jej rodzinie. Oglądała się za wychodzącymi z namiotu, ale jej sylwetka była pełna napięcia, nawet dłonie zdradzały, że coś jest nie w porządku. Wszystko jednak działo się dookoła mnie, ale czułem się jakbym był tylko widzem, jakbym nie brał naprawdę udziału w tych wydarzeniach, co więcej… Jakby one naprawdę mnie nie dotyczyły. Nie ważne, czym starałbym się zapełnić tą pustkę wewnątrz mnie, w której dudniły kolejne słowa oficjalnego listu, nie było takiej rzeczy, która mogła ją choć odrobinę zaleczyć, zasklepić. Wszystko się przelewało, a próby zatrzymania czegoś wewnątrz spełzały zawsze na niczym.
        W końcu zorientowałem się, że zostaliśmy całkiem sami i że kobieta posyła mi spojrzenie z wyjątkowo brzydkim uśmiechem.
        — O co chodzi? — zapytałem, czując, że teraz ogarnia mnie coś znanego. Zmęczenie. Nadal cały czas jeszcze byłem wyczerpany wielodniową gorączką, tylko że przestałem zwracać na to uwagę.
        — O co? — powtórzyła unosząc brwi i zakładając ramiona na piersi. — Sądzę, że to wyjątkowo fortunny zbieg okoliczności, tak naprawdę — wyjaśniła gładko. Podeszła z powrotem do blatu i ponownie przysiadła na jego krawędzi, tym razem bliżej mnie. Tak, żeby mieć pewność, że nie będę mógł zignorować jej osoby.
        Odłożyłem papier na blat delikatnie, jakby teraz nagle przenosił znacznie większą wartość.
        — Chcesz mnie wyprowadzić z równowagi — zauważyłem zaskakująco spokojnie. — Nie uda ci się, nie dzisiaj.
        Sięgnąłem po pióro i pusty pergamin, nie tak czysty i ładny, wręcz jeden z najbardziej już pomiętych, a później położyłem go przed sobą, po drugiej stronie stołu, przechylając się do tego dosyć mocno nad blatem. Manewr, który w końcu spowodował, że rana zapiekła fantomowym bólem. Postukałem kilkakrotnie palcem w papier i opadłem na oparcie krzesła.
        Dużo myślałem o tej chwili, każdego poranka budziłem się z myślą, że dzisiaj może być właśnie taki dzień, w którym przyjdzie oficjalne, urzędowe pismo. Tyle tylko, że dzisiaj naprawdę przyszło i okazało się, że myślenie o tym momencie wcale mnie na niego nie przygotowało. Dzisiaj ten list naprawdę był, co więcej, był wręcz ponaglający – w jak najbardziej, rzecz jasna, urzędowy sposób. Leżał przede mną, na kopercie i raził w oczy swoją odpychającą jasnością. Dzisiaj naprawdę tu był, a chociaż dałem sobie tyle czasu na oswojenie się z tą myślą, ostatecznie to wcale w niczym nie pomogło.
       — Zawsze posądzasz mnie o najgorsze — zaczęła kobieta, używając przy tym wysokiego, specjalnie modulowanego tonu głosu. Nie zamierzałem dać jej dokończyć.
        Nie zamierzałem dać jej pokazać, że ta rozmowa jeszcze sprawia, że trzymam się na powierzchni, chociaż wolałbym utonąć.
        — Zawsze dajesz mi powody, żeby cię o to posądzać. Nie kłam. Chcesz sprawdzić, co to oznacza, chcesz wybadać grunt i sprawdzić go pod tezę, którą sobie stworzyłaś.
        — Jeśli tak to przedstawiasz…
        Polityczne gierki. Nigdy nie byłem w tym kurestwie zbyt dobry. Zacisnąłem zęby.
        — Umiesz rozmawiać szczerze, bez tego zasranego kręcenia? Jesteśmy w wojsku, rozmawiajmy jak wojskowi ludzie, a kiedy przeniesiemy się do zamku królewskiego będziemy mogli prowadzić twoją grę — uciąłem, ponownie przechylając się w przód. Oparłem łokcie na blacie i patrzyłem na nią intensywnie. Chciałem… Chciałem tylko oderwania myśli. Chciałem czegoś, co wypełni pustkę.
        Złość była lepsza od tej nicości.
        — Umiem, Nevanie — cmoknęła, jakby zupełnie nie urażona tonem mojego głosu. Też przechyliła się do przodu i zniżyła głos. — Tylko to o wiele nudniejsze, to twoje przerzucanie się szczerymi faktami. Ale mając na uwadze dobro tej rozmowy, a zwłaszcza jej konsekwencje, zniżę ją do twojego poziomu. Tealvashowie to dobry ród, dlaczego dziwi cię to, że stać ich na kapłankę w rodzinie? — ironia w jej głosie była nieznośna, ale fakt szczery. Obydwoje o tym wiedzieliśmy. To, że mówiła o mojej rodzinie w liczbie trzeciej, jakbym się sam do niej nie zaliczał również miało swój urok. — Aha! Oczywiście, że wiedziałeś, że ma być kapłanka. Co więcej, dam głowę, że nigdy nie zainteresowałeś się, z jakiej świątyni będzie pochodziła żona twojego brata. Uważałeś, że jesteś ponad to, że skoro odrzuciłeś ten los, który dla ciebie przygotowali rodzice, to nigdy nie będzie cię to już dotyczyło. I proszę. Myliłeś się. Nie miałeś nawet pojęcia, jak bardzo się myliłeś.
        Coś, co chwyciło mnie za gardło zaczynało rosnąć. Panika? Wściekłość? Przełknąłem ślinę i powstrzymałem chęć uniesienia dłoni do gardła w celu sprawdzenia, czy nie ma w nim ogromnej dziury, przez którą wpada powietrze. Moja twarz nie zdradziła żadnego wyrazu, ale jej słowa docierały do mnie z opóźnionym sensem.
        Tak dużo wiedziała. Sam dałem jej tą władzę nad sobą. I znała mnie za dobrze. Widziała za wiele. Musiała też już wiedzieć o Esji, choć o to mogłem być spokojny. Ona jedna nigdy nie mogła mnie wydać. Miała być lojalna wobec mnie już na zawsze, a fakt, że stoi w szachowej pozycji był cierniem w jej boku, którego nie mogła się pozbyć.
        — Nie masz pojęcia, o czym mówisz — powiedziałem w końcu, po dłuższej chwili ciężkiego milczenia. A zaraz po tych słowach moje gardło opuścił śmiech. Chrapliwy, straszny śmiech, w którym nie było żadnego rozbawienia. — Nie masz pojęcia… Nie było cię tam.
        Głos załamał mi się na ostatniej sylabie. W połączeniu ze spojrzeniem, które jej posłałem był to widok na tyle niespotykany, że na pięknej twarzy Aelnei odbiło się zaskoczenie. I żal. Cholerny, przeklęty żal, był tam kilka sekund i zniknął, ale nadal go widziałem w każdym odbiciu na jej twarzy, tak samo, jak nadal widziałem imię swojego brata na pergaminie.
        — Napisz odpowiedź. Dodaj, że będę ją eskortował osobiście.
        Kobieta wciągnęła powietrze w płuca ze świstem i w atmosferze w namiocie ponownie wszystko zupełnie się zmieniło.
        — Ty naprawdę straciłeś zmysły — szepnęła cicho, bez rozbawienia i bez ironii.
        — A co to miało znaczyć?
        Szybko pokręciła głową, jakby odganiała natarczywego owada. Ściągnąłem twarz w wyrazie złości. Poza tą emocją… Nie mogłem na nic innego liczyć. Aelnea nagle wyglądała zupełnie inaczej. Zniknęła jej zawsze dominująca i przytłaczająca pewność siebie, została jedynie zmęczona, młoda dziewczyna o udręczonej twarzy. Ta zmiana wypchnęła wcześniejszą złość  zastąpiła ją szokiem. Oboje pozwoliliśmy się dać przyłapać temu drugiemu bez gardy. Cisza trwała długo.
        — Aelneo…
        — Nie odzywaj się.
        — Jestem ranny, pamiętasz? W obecnym stanie i tak nie mogę pełnić służby. Napisz, że jadę do stolicy, żeby przekazać ją osobiście w ręce męża.
        — Jesteś głupi.
        — Ranny — poprawiłem z naciskiem.
        — Właśnie w tym rzecz! — Uderzyła dłońmi o blat, aż drewno zatrzeszczało. Siła uderzenia i impet tego gestu sprawił, że szerzej otworzyłem oczy. Ona nigdy nie pokazywała po sobie złości. Nigdy nie uciekała się do wykorzystania swoich słabości do osiągnięcia celu. — Jak ranne zwierzę, które już oberwało zatrutą strzałą, ale i tak próbuje biec przed siebie, uciekać przed hartami, które siedzą tuż za nim, na jego ogonie! To jest ostatni idiotyzm, a ty jesteś jak ślepiec, który próbuje tłumaczyć innym, jak wyglądają kolory.
        Ale ja za to znałem ją dobrze. Wiedziałem, że jest skrzywdzona, że buduje swoją potęgę i pozycję na swojej niezłomności, ale ja widziałem jej słabą stronę. Znałem ją lepiej, niż jej własny, pieprzony małżonek, który kopnąłby ją w dupę, gdyby tylko dowiedział się, jak bardzo ta kobieta go oszukuje. Teraz jednak miałem wrażenie, że delikatna linia została nagięta. Że pękła pod ciągłym naporem, a w nicości, która mną ogarnęła po przeczytaniu listu zmieści się ogromna ilość palącej wściekłości. Czułem, jak wypełnia mnie prawdziwa złość. Taka, która prowadzi do wybuchu. To wszystko trwało zaledwie kilka sekund.
        DOSYĆ! — ryknąłem, podnosząc się energicznie do pionu i nachylając nad nią na blatem. Krzesło uderzyło z trzaskiem o ziemię, ale ja nie dbałem w tej chwili o to, że ktoś przechodzący obok z łatwością mógł nas usłyszeć. Nie dbając o to, co będą później mówić o mnie za moimi plecami. — Nie potrzebuję cię do tego, żebyś mi to mówiła! Masz tylko pisać te kurewskie listy! — zagrzmiałem, a fale tej nowej, zintensyfikowanej złości zapieniły się białymi grzywami.
        Czułem, jak cała moja frustracja znajduje ujście, to nakierowane na białowłosą kobietę, jak dopomina się, żeby puścić jej wodze zupełnie, żeby stracić nad sobą panowanie. Żeby zrobić jej krzywdę. Nie mogła zdawać sobie sprawy z tych myśli, bo siedziała nadal w tym samym miejscu, naprzeciwko mnie, sztywno wyprostowana, ze spojrzeniem początkowo utkwionym gdzieś na stole, a później przeniesionym prosto na moje oczy. Bała się i tak dobrze to ukrywała, czy strach jej był teraz obcy?
        — A jednak właśnie ja tutaj siedzę. Chciałeś rozmawiać jak żołnierz. Chciałeś szczerości, więc oto ona — wyrzuciła z siebie stanowczo ciszej, nabierając przy tym ze świstem powietrza do płuc. — Nie masz pojęcia, w co się pakujesz. Biegniesz za czymś, co jest ułudą szczęścia, co jest jego odbiciem na powierzchni wody. I będziesz przez to cierpiał.
        Jej słowa i jej postawa… Sprawiły, że ujście mojej frustracji zostało gwałtownie zamknięte. Nie dała mi czasu, żebym zrozumiał te słowa, chwyciła pergamin i list, po czym sama podniosła się do pionu.
        — A teraz wybacz, idę napisać kurewski list do stolicy — rzuciła, przybierając wyraz swojej normalnej, chłodnej i zaczepnej wyższości. A jednak wydawała mi się bardziej odległa, niż kiedykolwiek wcześniej.
        Zatrzymała się dopiero przy wyjściu z namiotu.
        — Mówiłeś, że nie dam rady cię zdenerwować. Ale zobacz, co ta dziewczyna z tobą zrobiła.
        Zniknęła, ale jej słowa zostały w powietrzu, jak wycelowane sztylety, które ktoś zatrzymał w czasie. Tuż obok mojej szyi, dotykające mojej skóry, a każdy ruch wydawał się być niebezpieczny.
        Nie zauważyłem nawet, jak szybki i jak urywany jest mój oddech.

środa, 25 lipca 2018

CCXLIII



       Ściągnęłam brwi, gotowa tupnąć nogą, ale w ostatniej chwili się powstrzymałam. Nie mógł mi zabronić, nawet jeśli miał w teorii do tego prawo, nie mógł mi tego zrobić! To dotyczyło mnie, a on jeden nie może traktować mnie jak symbolu, który można przestawiać z miejsca na miejsce, jakby kwestia mojej osoby w pierwszej kolejności należała do ludzi znaczących, a dopiero potem do mnie. Sam mnie nauczył wierzyć we własną wartość, więc teraz, teraz mój wzrok musiał w jasny sposób przekazywać, że o ile nie wezwie straży, to wejdę tam, niezależnie od jego zdania. Tylko, że nie potrafiłam patrzeć na niego w ten sposób wystarczająco długo. Za wiele zdążyło się już we mnie zadziać, emocje robiły swoje, mieszane z domysłami i najgorszymi wizjami, które były tak realne, że niemalże już czułam się tak, jakbym była w drodze do Stolicy, w drodze do miejsca, w którym go ze mną nie będzie. 
       Coś się zmieniło. Wyczułam to, a dopiero potem dotarło do mnie, że dotyka mojej twarzy. Nie teraz, teraz nie chciałam patrzeć mu w oczy, kiedy w moich tak wyraźnie malował się ból. Chciałam prosić, aby nie mówił więcej, ale coś nakazywało mi milczeć. Czekałam, wiedząc, że to co mówi, jest prawdą. Każde słowo było prawdą, a ostateczna konkluzja bolała i niosła ukojenie równocześnie. Otworzyłam szerzej oczy, zaskoczona tą determinacją, swoistą obietnicą. Nic jednak nie zdążyłam odpowiedzieć, bo jego wargi bez problemu odnalazły moje. Nie mieliśmy prawa całować się tutaj, gdzie ktoś mógłby zobaczyć, ale nigdy nie mieliśmy tego prawa, nawet gdy znajdowaliśmy się w bezpiecznym odosobnieniu. 
       Odpowiedziałam na pocałunek, unosząc się na palcach, by przedłużyć go tym samym jeszcze na moment. Nie było we mnie tak częstego wstydu, jaki towarzyszył w podobnych sytuacjach. Nie zarumieniłam się, bo na to nie było czasu. Chciałam go poczuć, te nieco twarde usta, ale tak sprawne, tak perfekcyjnie napierające na moje własne. Jego oddech, ciepły, ale nie w sposób, który w tym upale miałby być nieprzyjemny. Uwielbiałam tą temperaturę, wszystko, co składało się na tą zbyt krótką chwilę po której się odwrócił i wszedł do namiotu. 
       Dałam sobie nieco czasu, bardzo mało w zasadzie, na jeden głębszy wdech, uspokojenie się i ruszyłam za nim, ostrożnie wślizgując się do środka, chociaż i tak wiadome było, że moja obecność zostanie zauważona od razu. Nikt jednak nie śmiał jej skomentować, a ja stałam na uboczu, pod materiałową ścianą solidnego namiotu, nieprzytomnie patrząc na stół, słuchając męskich głosów, ale nie skupiając się na nich, tak długo, jak sprawy tyczyły się kwestii wojskowych. 
       Było mi słabo, a z każdą chwilą tylko się to nasilało. Splotłam ręce za plecami, tylko po to, by móc sobie na przemian wykręcać palce i wbijać paznokcie w skórę, bo to przypominało mi o tym, ze moja twarz nie może zbyt wiele wyrażać. Naprawdę się starałam, ale czy miało to jeszcze jakiś sens? Ignorowanie tego, co nieuniknione? Nie próbowałam modlić się do bogów, proszenie ich o tak krnąbrny cud było grzechem, który mógłby mieć na celu podważenie ich potęgi. W końcu list leżał na stole, nawet bogowie nie mogli go stąd zabrać. 
       Ocknęłam się dopiero w chwili, w której Nevan opadł na krzesło, a do mnie dotarło, że Eliah o mnie mówi. Skinęła jedynie głową, nie wypowiedziawszy ani jednego słowa, bo też co miałam powiedzieć? Dopiero, kiedy mężczyźni zaczęli wychodzić, a w namiocie pojawiła się jasnowłosa kobieta, stanęłam nieco prościej. Nie lubiłam jej. Łączyło nas kilka rozmów, kilka wspólnych chwil, nawet kilka uprzejmości i rad, zapewne nie chodziło o niechęć. Po prostu jej nie ufałam. Było w niej coś, co budziło we mnie krnąbrność, chęć postawiania się.
       - Zaiste, musiałam urodzić się zatem w wyjątkowo nieznaczącej rodzinie - odpowiedziałam spokojnie na jej jawną aluzję, nie pozwalając, by jakiekolwiek emocje wzięły nade mną górę. - Nie jestem znudzona, nie mniej jednak, dziękuję za twą troskę - skinęłam jej grzecznie głową, a nawet uśmiechnęłam się delikatnie, jedynie na chwilę. 
       Byłam tak skupiona na jasnej kopercie, że nawet nie zauważyłam, kiedy koło mnie zjawił się Eliah. Dopiero jego cichy głos nad moim uchem uświadomił mi, że jest tak blisko. 
       - Oddychaj Esjo, cała jesteś blada - potrzebowałam chwili, aby zrozumieć co ma na myśli, aby zebrać się w sobie i znaleźć dobrą odpowiedź. Spróbowałam się do niego uśmiechnąć, chociaż przyznaję, że niechętnie odwracała wzrok od koperty. 
       - Jestem blada odkąd się poznaliśmy - panowałam nad swoim głosem, nie mogłam sobie pozwolić na jakikolwiek błąd, ale równocześnie miałam świadomość, że nie będę w stanie okłamać blondyna. Zaskoczona przeniosłam spojrzenie na Tealvasha, który ponaglił swojego zastępcę. Dotarło do mnie, że najpewniej decyzja należy teraz do mnie, ale głos ugrzązł mi w gardle, jak tylko Nevan sięgnął po list. Wstrzymałam oddech i odruchowo, w chwili, w której pieczęć została złamana wyciągnęłam rękę do boku, uczepiając palce na fragmencie odzienia Eliaha. Niedługo to trwało, bo zaraz miejsce w dłoni zastąpiła ta należąca do mężczyzny. Ścisnął moje palce, a ja odpowiedziałam tym samym, niepokojąc się trwającą ciszą. Czułam, jak grunt usypuje mi się spod nóg, w głowie dudni, a przed oczami wszystko wiruje. 
       Cała zaczęłam się trząść. Spójrz na mnie Nevanie. Spójrz na mnie. Dlaczego tak patrzysz na ten pergamin? Na bogów, proszę, spójrz na mnie. Oddech mi przyspieszył. Pierwsza poruszyła się Aelnea. Najpierw uniosła brwi, potem uśmiechnęła się w dziwny sposób, odepchnęła od blatu, klasnęła w dłonie. 
       - Wygląda na to, najświętsza, że możesz przygotowywać się do roli panny młodej, możemy się radować - oznajmiła, a potem otworzyła nieco szerzej oczy. Coś dziwnie świstało. Nie wiem co, ignorowałam to. 
       - Dzięki bogom... - powiedziałam, próbując się przebić przez to niepokojące świszczenie. Wtedy też nachylił się nade mną Eliah. 
       - Esjo... spokojnie, to na pewno przez emocje, uspokój oddech - mówił rzeczowo, a do mnie dotarło, co jest źródłem dźwięku. Ja sama. Oddychałam zbyt głośno i szybko, płytko. 
       - Przepraszam... to cudowna nowina - szeptałam, próbując się odsunąć, wydawało mi się, że idę w stronę wyjścia, ale wszystko się zachwiało, kilka odgłosów, których nie potrafiłam dopasować do ich pochodzenia, a potem straciłam kontakt z podłożem. Namierzyłam wzrokiem Eliaha, który mnie podniósł. 
       - Oddychaj, jesteś zmęczona i ogrom emocji ciebie przytłacza - mówił do mnie, a może raczej wmawiał mi to. Miał jednak rację, to powinno tak wyglądać. Nie mogłam pokazać, że powodem mojego stanu jest strach, niechęć do opuszczenie Nevana. Pokiwałam lekko głową, na znak, że się zgadzam. - Zaniosę ją do jej namiotu - tego już nie kierował do mnie. W zasadzie nic nie pamiętałam z drugi do mojej kwatery, tylko moment, w którym kład mnie na łóżku, a potem coś powiedział, była Mila, był też on mówił tak dużo. 
       Patrzyłam jedynie w sufit, nadal nie mogąc dojść do siebie, bałam się. Nie wiedziałam kiedy mnie zabiorą, ile mam czasu, jak to będzie przebiegało. Bardzo się bałam. Było mi gorąco, pociłam się, chciałam równocześnie zostać na posłaniu już na zawsze, jak i wybiec z namiotu i uciec daleko, bardzo daleko. 
       Febiasz przyszedł jakiś czas temu, jego także nie słuchałam wcale. Nie ich towarzystwa teraz potrzebowałam. Robiłam odruchowo co kazał, ale kiedy przystawił mi czarkę do ust, nakazując się napić, odzyskałam w końcu kontakt z otoczeniem. 
       - Co to? - zapytałam szybko, ale znałam już odpowiedź. 
       - Zaśniesz po tym, najświętsza. Emocje męczą twój organizm niepotrzebnie - powiedział ostrożnie a ja odchyliłam głowę, czując, jak serce przyspiesza mi jeszcze bardziej. 
       - Nie chcę - powiedziałam cicho, kręcąc głową na boki. Medyk się zmarszczył, a Eliah postąpił w naszym kierunku. 
       - Esjo... - zaczął spokojnie, a ja już wiedziałam, do czego będzie zmierzał. 
       - Powiedziałam, że nie chcę! - uniosłam głos wytrącając czarkę z ręki medyka, tak, że ta poleciała w powietrzu by zaraz rozbić się o podłoże mojego namiotu. - Wynocha... - jęknęłam. - Zostawcie mnie... zostawcie - nakazałam po chwili. 
       Spełnili moje rozkazy jeszcze po kilku próbach. Nie mogłam dać się uśpić, nie mogłam zasnąć, stracić chwili. Co jeśli obudziłabym się już daleko stąd? Daleko od Nevana? Nie mogłam na to pozwolić, co by się nie działo, nie wolno mi zasnąć, muszę się uspokoić, pomyśleć o całej tej sytuacji. Wiedziałam, że to nadejdzie, wiedziałam od zawsze, więc dlaczego miałam wrażenie, że moment był najgorszym z możliwych? Nawet jeśli miałam też świadomość, że lepszy nigdy miał nie nadejść.  

CCXLII


        Nie, nie, nie…
     Oczywiście.
        To słowo wyrwało się spomiędzy moich warg nieplanowane i nieproszone, cichy szept, który w tornadzie przypominał uderzenie skrzydeł motyla.
        Na szczęście nikt teraz nie zwrócił na nie uwagi, podobnie jak na roztargnienie, które trwało tylko jedną, ulotną chwilę, a później zniknęło, jakby te informacje nie robiły na mnie żadnego spojrzenia. Esja odciągnęła ode mnie skutecznie uwagę posłanego mężczyzny. To dało mi kilka uderzeń serca potrzebnych do tego, żeby zapanować nad sobą. Nad swoim roztrzęsionym sercem, i nad płytkim oddechem, i rozszalałymi myślami.
        Ten jeden raz byłem losowi wdzięczny, że zostałem przeoczony, że nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Szybko przełknąłem ślinę, chociaż budowane wcześniej mury runęły, jakby lodowe skały nagle zalał wulkaniczny wybuch. Wszystko runęło w jednej chwili, ale w drugiej już musiało zostać odbudowane. Bo nie było na to miejsca. Bo ta historia nie będzie mieć szczęśliwego końca i bo szczęście nigdy nie było przeznaczone dla nas. Chłód musiał wrócić na twarz, teraz ozdobiony ostrością wyrazu oczu i ściągniętych brwi, wykrzywionej w grymasie twarzy.
        Bez żadnego słowa między naszą trójką przeszliśmy przez obóz. Musieliśmy wyglądać tak samo, jak codziennie i jak okrutne było to, że ten dzień nigdy nie przejdzie do codzienności. Że ludzie nie dowiedzą się o tym, w czym ugrzęźliśmy na jedynie własne życzenie. Trzymałem wysoko podniesioną głowę i zadarty podbródek, a spojrzenie taksowało wszystko krytycznie, na co tylko padło. Żołnierze czmychali przed tym wzrokiem, kobiety mogły drżeć ze strachu, a rośliny i zwierzęta kulić się u stóp kogoś silniejszego. To wszystko nie miało żadnego znaczenia, bo nie było siły, która pozwoliłaby mi ją tutaj zatrzymać. Ta władza i zwierzchnictwo, ten strach, mrożenie krwi w żyłach innym ludziom niczego nie zmieniało. Ale przynajmniej sprawiało, że czułem się chociaż odrobinę pewniej. Lepiej.
        Zatrzymaliśmy się przed bocznym wejściem do głównego namiotu na moje polecenie, a chociaż posłaniec wyglądał na zdziwionego tą decyzją, nie zadawał pytań. Oddalił się odesłany skinieniem głowy, wydawałoby się, z ulgą na twarzy. Wiedział, że nie dostałby żadnej odpowiedzi na pytanie, dlaczego zamiast wejść reprezentacyjnym wejściem zatrzymaliśmy się w ścisłej uliczce, na której nie było zbyt wielu przechodniów. Może dawało to podstawy, żeby czegoś się domyślić, może nie.
        Przecież to nie miało żadnego znaczenia. Za kilkanaście godzin Esji już tutaj nie będzie.
        Pytanie dziewczyny wyrwało mnie ze stanu odrętwienia, a ściągnięta złością twarz nie zmieniła się ani o cal. Była perfekcyjną maską, tak dobrą i noszoną tak długo, że stała się jedyną prawdziwą wersją mnie.
        — Nie — wyrzuciłem z siebie od razu, głośno i stanowczo, a spojrzenie skupiłem na twarzy dziewczyny. — Nie możesz tam wejść.
        Czy zabranianie jej tego miało jakikolwiek sens? Wiedziałem, że nie. Że i tak pozwolę jej wślizgnąć się za sobą, że nie odeślę jej ani nie rozkażę komuś się nią zająć. Szorstkie słowa sprawiały jednak, że powoli zaczynało mi się udawać odzyskiwać panowanie nad sobą, tak nagle utracone wraz z ostatnim zdaniem wypowiedzianym przez posłańca. Odetchnąłem głęboko i pozwoliłem swoim ramionom opaść bezradnie, rozluźniwszy łopatki i barki.
        Szorstkość wobec niej niczego nie zmienia i niczego nie poprawia. Zerknąłem szybko w bok, do wyjścia z uliczki na niewielkie poszerzenie jednej z głównych dróg obozu, ale nikogo tam nie było. Skróciłem dystans między nami w pół kroku, a później podniosłem jej podbródek, żeby zadarła spojrzenie na moją twarz.
        — W ich świecie nic nigdy nie będzie mogło nas wiązać — zacząłem, a każde słowo było co najmniej tak bolesne, jak zadana pod obojczyk rana. Jak przełykanie cierni, które szarpały gardło. — W ich świecie między nami jest tylko pobożny szacunek, uwielbienie bogów, może jeszcze cud ocalenia ze świątyni, ze zgliszczy, które zostawili po sobie najeźdźcy.
        Mówiłem szybko, ale cicho, a mój głos był jednolity. Za naszymi plecami w namiocie już dało się usłyszeć, że zaczęło się zebranie, ktoś się witał, ktoś nawet zaśmiał luźno. Ale beze mnie nie zaczną, nie mogą.
        Te słowa przywołały wspomnienia zburzonych murów świątyni, a później następne. Spalonych ciał, gnijących zwłok, dopalających się zgliszczy obozu, do którego dotarliśmy za późno. Wspomnienia ciemnej komnaty, pod sklepieniem której pulsowała czarna, ruszająca się chmura kruków krzyczących przeraźliwie. Wspomnienie jasnych oczu pod przysłoną hełmu ze snu i strachu, który w nich się odbijał. Obietnic, które zostały wypowiedziane, ale nigdy nie były możliwe do spełnienia. Słów pełnych zawodu i kolejne wymagania, niczym zbyt wysokie stopnie, na które nie da się wspiąć. Ale cofanie się oznaczało karkołomny skok w przepaść i miałem gorzką świadomość, że tego też nie mogę zrobić.
        — Ale my nie żyjemy w tym świecie. My nigdy nie będziemy dopasowywać się do ich zasad, nikomu nie uda się nas nagiąć do cudzej woli, Esjo — przymknąłem lekko oczy i opuściłem dłoń, którą podtrzymywałem jej twarz. — Nigdy.
        Zanim jej głowa opadła w dół, ustami odnalazłem jej usta. Moje były spierzchnięte i suche, drażniące, jej zaś jakby nigdy nie poddawały się pustynnej suszy; ciepłe i miękkie. Wiedziałem, że ten drobny gest rozbudza we mnie pożądanie, na które teraz nie było miejsca, z drugiej jednak strony być może bez tego ognia nie udałoby mi się odwrócić w końcu przez ramię, być może płachta nie załopotałaby na wietrze, a ja nie wszedłbym do wnętrza, nie podszedł do grubego, drewnianego stołu, na którym piętrzyły się mapy i materiały pisarskie oraz narzędzia do kreślenia i mierzenia odległości terenu.
        — Panowie — skinąłem krótko na mężczyzn, którzy znajdowali się we wnętrzu. Nie musiałem się odwracać, żeby wiedzieć, ze dziewczyna też jest już we wnętrzu. Przemilczałem pytające spojrzenia zebranych. — Zacznijmy od raportu. Eliahu?
        Od razu zauważyłem list. Był jakby jaśniejszy od innych. Jakby mniej zmięty na rogach, a pieczęć, która go lakowała była w kształcie godła rodziny królewskiej, gdzie przyłożył ją bez wątpienia jeden z ich najwyższych piśmienniczych skrybów. Czułem jego obecność i ignorowałem ją z równą upartością, wysłuchując dokładnych, ponad półgodzinnych raportów na stojąco. Wszyscy wiedzieli o mojej ranie i jeszcze utrzymującej się słabości, ale nikt nie zaproponował, żebyśmy usiedli. Spotkanie odbywało się na stojąco. Nikt także nie zapytał, dlaczego kapłanka bierze udział w spotkaniu militarnym, które nie tyle mało, co w ogóle nie dotyczyło jej osoby. Z pełnym wyrazem szacunku i pokory najpierw Eliah, a później kolejni żołnierze odpowiadali na moje pytania i sporządzali notatki z padających w międzyczasie poleceń.
        W namiocie nie było Aelnei. List królewski na pewno przeszedł przez jej palce, ale nieobecność mnie nie martwiła, przynajmniej póki co.
        W końcu wyczerpały się wszystkie naglące tematy. Na stole został list, na który większość zebranych patrzyła z rosnącą konsternacją, ale żaden nie podjął tematu otworzenia go, ja sam zaś unikałem wyraźnego patrzenia w jego stronę. Aż za dobrze znałem wygląd pieczęci królewskiej. Nigdy wcześniej jednak pod żadną z nich nie widniało moje imię i nazwisko. W końcu opadłem na miejsce za biurkiem i potoczyłem zmęczonym – ale raczej usatysfakcjonowanym, spojrzeniem po wnętrzu.
        — Dobrze tu wrócić — zauważyłem tak płasko i neutralnie.
        W przenikliwym spojrzeniu Eliaha pojawiła się dobrze mi znana troska.
        — Wszyscy czują ulgę, że znowu wstałeś — zauważył, po czym skinął lekko zauważalnie głową w stronę kapłanki. — Ale na pewno już o tym wiesz. Przecież właśnie dlatego zdecydowałeś się opuścić namiot, w dodatku w oczywistym towarzystwie najświętszej Esji.
        Zmrużył lekko oczy, na chwilę skupiając się na dziewczynie, a ja użyłem tego momentu, żeby przechylić się przez biurko i złapać nienaturalnie jasną, gładką kopertę w palce. Nie była zimna ani ciepła. Nie poparzyła mnie. Nie sprawiła, że nagle zaczęło grzmieć, że zerwał się wiatr albo niespodziewana burza. Nic się nie stało. Może oczywiście poza tym, co rozgrywało się w moim wnętrzu.
        — Możecie odejść — rzuciłem, nie podnosząc spojrzenia. Przez chwilę trwała cisza. — Nie żartuję. Wynosić się. I niech ktoś pośle po Aelneę.
        — Jestem tu, oficerze.
        Podniosłem puste i wyprane z wyrazu spojrzenie na smukłą sylwetkę, która pojawiła się zza kotary. Zmrużyłem lekko oczy, Eliah odszedł krok na bok, odsuwając się z centrum pomieszczenia. Zacmokałem cicho, obrzucając ją krytycznym spojrzeniem, które ona od razu wychwyciła – podobnie jak obecność jednego, nadprogramowego gościa.
        — Takie zebrania nudzą dobrze urodzone kobiety, Nevanie — rzuciła luźno, zatrzymując spojrzenie na Esji. Może wyzywające. Ale bardziej tajemnicze. Rzadko potrafiłem naprawdę określić, o czym dokładnie myślała ta jasnowłosa kobieta. — Mimo wszystko, jestem gotowa zapisać twoją odpowiedź na list i wyprawić gońca w jak najszybszą drogę powrotną do stolicy. — Zawiesiła głos. Podniosłem lekko lak, ale ten w każdym punkcie mocno przywarł do papieru koperty. — Rozumiem, że sprawa jest nagląca.
        Zanim Aelnea skończyła mówić, namiot znacznie opustoszał. Ona weszła, część żołnierzy od razu wyszło, druga część dopiero, kiedy ich obecność była już nachalnie oczywista. Mimo wszystko jeden z nich nie posłuchał rozkazu. Obróciłem głowę w stronę Eliaha, który stał obok dziewczyny, lekko na uboczu. Może rozmawiali.
        — Możesz wyjść — powtórzyłem znacząco, posyłając mu spojrzenie.
        Ktoś inny by się skulił. Nie on. Znał mnie zbyt dobrze.
        — Tylko, jeśli Esja będzie sobie tego życzyła — odpowiedział spokojnie, robiąc krok w bok, w jej stronę.
        Aelnea z zainteresowaniem – niemal szczerym – przechyliła głowę w bok i chociaż patrzyła na tamtą dwójkę, to pstryknęła ponaglająco palcami, wskazując na trzymany przeze mnie list.
        Moje spojrzenie stwardniało. Nie była to niesubordynacja – przynajmniej nie do końca i nie mógłbym nijak ukarać za to przyjaciela. Wiedział to, być może nawet wykorzystywał. Zamiast jednak czekać na dalszy rozwój wydarzeń, z irytującą niecierpliwością rozdarłem pieczęć, a później wysunąłem list, nie szczycąc się przy tym delikatnością. Białowłosa okrążyła stół, zatrzymała się po mojej prawej stronie i oparła się o blat z głębokim westchnieniem.
        Wzrok przesuwał się po literach, a chociaż mózg rozumiał, co było zapisane w liście, to emocje nagle wyblakły. Wcześniej była chęć buntu, złość i irytacja, może nawet strach?
        Teraz nie było jednak już niczego. Wielka, pusta dziura w miejscu, gdzie u normalnych ludzi znajdowało się serce.
        Nie było niczego, tylko moje nazwisko i imię, które nie należało do mnie.
SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/