Siedziałam tak bardzo długo, po prostu patrząc, jak dzień się kończy, światłość odchodzi, by pozwolić ciemności zająć swoje miejsce. Każda wydma piasku powolutku tonęła w cieniu, nie mieniąc się już od każdego promienia. Chciałam zapamiętać jak najwięcej, każdy szczegół, bo chociaż w ostatnich dniach widok ten stał się dla mnie czymś normalnym, teraz docierała do mnie świadomość, że być może po raz ostatni patrzę na pustynię. Ta myśl, jak i każda inna związana z wyjazdem bolała w sposób, jakiego nie dało się opisać. Nie próbowałam nawet tego robić. Takie próby tylko mocniej by mnie zdołowały.
Wtulona za kamieniami byłam bezpieczna i jednocześnie zastanawiałam się, czy Nevan mnie szuka, czy może zaniechał poszukiwań. Czy myśli tak samo, jak ja o moim wyjeździe? Wiem, że schowałam się z własnej woli i było to nielogiczne, ale chciałam go tutaj. Denerwowało mnie, że jeszcze mnie nie odnalazł i nie mówił, że będzie dobrze, nawet jeśli taka czcza gadanina nie była w jego stylu. Naprawdę czekałam na chwilę w której się pojawi, ale dziś nie byłam specjalnie cierpliwa.
Musiało być późno, bo obóz wyraźnie opustoszał, ale było mi to na rękę. Podkradłam się do namiotu Tealvasha i tak jak kiedyś, wkradłam się tyłem, podnosząc jedną ze ścianek. Weszłam do środka, nie widząc z początku nic, ale odnajdując się świetnie. Znałam rozkład tej kwatery idealnie, ale nie musiałam szukać. Nieobecność mężczyzny była namacalna już od pierwszej chwili. Rozczarowało mnie to. Myśl, że go nie ma, że... że nie spędzimy tej nocy razem. Kiedy usiadłam na pustym posłaniu, w oczach znów wezbrały mi łzy, a wraz z nimi pojawiła się wściekłość. Na wszystko i wszystkich! Na cały świat, nie wykluczając Nevana, nie wykluczając bogów. Każdy był teraz winny mojemu cierpieniu, bo w cierpieniu nie należy szukać logiki. Ja z własnym sobie nie radziłam, ale czułam, że nie mogę dłużej tutaj zostać. Po prostu nie mogłam.
To śmieszne, że znów wróciłam za swoją skałę. Zamiast iść do siebie, uparcie postanowiłam tkwić w tym miejscu choćby przy tydzień, jeśli się uda. Byleby mnie nie znaleźli, jeśli miał czas chodzić gdzieś w nocy, to będzie go miał, aby mnie szukać, ja na pewno tego nie ułatwię.
Tętent końskich kopyt. Nie przejęłam się nim wcale, jak i chłodem, czy bólem w karku. Spałam dalej, nawet nie myśląc o tym, aby otworzyć powieki. Czułam, że jestem zmęczona i to nie jest dobry moment na pobudkę. Kolejny hałas miał wkraść się do moich uszu, jakieś dwadzieścia minut później, gdy patrol, jaki słyszałam wcześniej wracał z codziennego, porannego objazdu, o czym wiedzieć oczywiście nie mogłam.
- Najświętsza - męski głos, nieznajomy, ale natarczywy. Ciągłe powtarzanie tytułów nad uchem zmusiło mnie do porzucenia snu. Otworzyłam niechętnie oczy, patrząc w twarz mężczyzn. Z początku nie wiedziałam co się dzieje, czułam, że cała jestem z piachu, wszystko mnie boli, a potem... potem zrozumiałam, że musiałam zasnąć w swojej kryjówce. Zamrugałam dwa razy, podnosząc się zaraz do pionu, ale nic jeszcze nie mówiąc. - Najświętsza, wszystko dobrze? Jak się tu znalazłaś? - kontynuował mężczyzna, jeden... a obok były dwa konie. Miałam złe przeczucia i nie myliłam się, bo nim sama otworzyłam usta, do moich uszu dotarł już inny głos.
- Gdzieś ty się do cholery podziewała?! - jęknęłam pod nosem, a potem obejrzałam się w bok, gdzie w towarzystwie żołnierza o tej samej randzie, co tego stojącego obok mnie, szedł nie kto inny, jak Eliah. Z jego twarzy nie dało się odczytać niczego przyjemnego.
- Tutaj...
- Jakie tutaj? Od wczoraj ciebie szukam! - krzyknął po raz kolejny, ale widząc moje przerażenia, jak i pewnego rodzaju zdziwienie na twarzach pozostałej dwójki, z miejsca się zreflektował, a potem jego twarz złagodniała. - Nie powinnaś tak znikać, martwiłem się, że wpadło ci coś głupiego do głowy, pani - skłonił się lekko, a potem podał mi ramię, którego nie przyjęłam najchętniej, ale jednak.
Odeszliśmy kilkadziesiąt kroków w całkowitym milczeniu, zmierzając w kierunku mojego namiotu. Zastanawiałam się, czy teraz nastąpi część pouczająca, ale nic takiego nie miało miejsca. Ostatecznie mężczyzna westchnął i jakby zmalał nieco.
- Wszystko już prawie gotowe do drogi, powinnaś się przebrać i iść do stajni - wyrwałam się jeszcze w chwili, w której mówił ostatnie słowa. Spojrzał na mnie zaskoczony, ale i ja patrzyłam na niego w te sposób.
- Chcesz powiedzieć, że wyjeżdżam już teraz? - oddech przyspieszył mi z miejsca. Blondyn uniósł ręce, jakby w uspokajającym geście, ale nie interesowało mnie to za bardzo.
- Esjo, nie możemy zwlekać. Pomyśl ile czasu już z nami spędziłaś... pośpiech w istocie jest wska...
- Nie interesuje mnie to! Muszę się najpierw wykąpać - powiedziałam cokolwiek, pierwsze co przyszło mi do głowy i oboje o tym wiedzieliśmy. Nawet jeśli to nie miało odwlec wiele w czasie mojego wyjazdu, to jednak... byłam tak przerażona.
- Wątpię, aby Nevana ucieszyła ta wiadomość - głos Eliaha był spokojny, ale mnie tylko tym podburzył. To Tealvash najpewniej zaplanował porę wyjazdu! W dodatku nie było go przy mnie! Nie było w namiocie! Teraz z kolei miał nie być zadowolony, że nie wyjeżdżam grzecznie, bez pożegnania być może? Gdzie on był? Pewnie na miejscu, pewnie to będzie następna lekcja dojrzałości, w której w ciszy każe mi odjechać, bo tego wymaga panowanie nad uczuciami. Ja nie chciałam nad swoimi panować! Nie teraz! Nie w tej chwili! Obiecał mi! Obiecał mi, że nie pozwoli mi opuścić obozu z dnia na dzień! To były jego własne słowa! Najpierw miała być zapowiedź, powinnam się z nią oswoić.
- Jestem kapłanką na litość, nie jednym z jego żołnierzy! Nie będę podróżować brudna z piachu! - podniosłam głos, pozwalając frustracji nad sobą zapanować. Widać było, że mój towarzysz się tego nie spodziewał.
- Przekażę, jednakże... pospiesz się proszę. Wiem, że się stresujesz, ale oboje nie chcemy go denerwować... - skłonił się, a ja zauważyłam dopiero teraz, że obok stoi już Mila. Spojrzała na mnie zmartwionym wzrokiem, ale nic nie powiedziała, aż nie doszłyśmy do mojej kwatery, w której... nie było już nic i widok ten wyraźnie mnie przybił.
- Pani, czy to mądre denerwować oficera? - zapytała dopiero w chwili, w której siedziałam już w bali z wodą. Odetchnęłam głęboko dając sobie czas.
- Nie ukarze mnie już, wyjeżdżam - westchnęłam obojętnym głosem. Miałam wrażenie, że Mila na moment zamarła, ale potem podjęła mycie moich pleców.
- Nie to miałam na myśli, najświętsza. Czy nie chcesz by zapamiętał cię dobrą i bliską jego sercu? - bardzo uważnie dobierała słowa. Nawet w tym podłym stanie wywołało to na mojej twarzy uśmiech, ale ten nie miał nic wspólnego z rozbawieniem.
- Chcę, żeby zapamiętał... a jako człowiek pamiętliwy, nie odsunie z głowy zbyt szybko myśli, że nawet w ostatni dzień nie potrafiłam się podporządkować. Twardość nie pozwoli mu zapomnieć, a uczucia nie pozwolą mu się na mnie gniewać... przynajmniej taką mam nadzieję - wyjaśniłam rozchlapując wodę dookoła.
Odwlekanie wszystkiego w czasie nie było łatwe. Po drodze kazałam jeszcze Mili posłać kogoś do moich rzeczy. Przygotowano mi czystą szatę, ale zamierzałam wracać po męsku, w spodniach, zbroi, którą dostałam. Przede wszystkim konno. Na swoich zasadach. Chociaż kupiło to nieco czasu, ten nie trwał wiecznie, a ja ostatecznie musiałam opuścić namiot. Moje zabiegi nie sprawiły też, jak wierzyłam, a o czym nie powiedziałam Mili, że Nevan się tu pojawił. Nie udało mi się wymusić na nim kilku chwil samotności, więc teraz szłam jak na ścięcie i z każdym krokiem byłam na niego coraz bardziej zła. Dlaczego musiał to robić? Dlaczego nie mógł pozwolić nam na ostatni skradziony moment we dwoje? Potrzebowałam tego, naprawdę potrzebowałam. Podobnie jak pożegnania się z tyloma osobami, szłam coraz wolniej, kalkulując to wszystko, a potem zobaczyłam niewielką karawanę i zatrzymałam się w miejscu, patrząc z daleka prosto na Nevana, który musiał mnie wyczekiwać.
- Najświętsza, coś nie tak? - ponaglił w ten sposób jeden z eskortujących mnie żołnierzy. Przełknęłam ślinę i zacisnęłam mocno dłoń w pięść. Nie popłaczę się. Choćby nie wiem co, zapamięta mnie twardą, z zacięciem na twarzy! Właśnie taką, niepłaczącą. Ruszyłam dumnie, stawiając krok za krokiem stopami ubranymi w wysokie oficerki. Wyminęłam nawet eskortujących mnie żołnierzy, więc ci pozostali z tyłu, kiedy stanęłam prosto przed Nevanem.
- Wybacz, panie, tę zwłokę - odezwałam się, zbierając w sobie wszelkie siły, aby głos mi się nie załamał. Tak bardzo chciałam wpaść mu teraz w ramiona, tak zła byłam na siebie, że wczorajszego dnia, gdy mieliśmy okazję nie byliśmy sobie bliżsi. Kiedy następnym razem go dotknę? Kiedy zobaczę? Poczułam, że ponownie robi mi się słabo i być może nie dałabym rady, gdyby nie fakt, że już zaczęłam mówić i musiałam skończyć. - Nikt nie poinformował mnie o godzinie wyjazdu, więc nie zdążyłam wyszykować się na czas. Liczę, że twoim ludziom to nie przeszkadza - uśmiechnęłam się rzeczowo i dopiero teraz rozejrzałam się dookoła, ale prawdę mówiąc bardzo ciężko było mi się skupić na czymkolwiek. W zasadzie widziałam otoczenie, ale nie docierało do mnie z czego się składa.
- Jeśli o tym mowa, kto będzie mnie eskortować? - zapytałam, marząc o tym, aby był to ktoś, kogo znam. Wiedziałam, że nie puszczą mnie z byle kim, chociaż z drugiej strony mogli postawić na ilość, nie jakość... sama już nie wiedziałam, ale Nevan nie pozwoliłby na to, abym nie była w pełni bezpieczna. Chociaż z drugiej strony... jakże kusząca teraz stała się wizja ucieczki, przeczekania gdzieś w lesie, odnalezienia go... te myśli były niczym bajka, jaką można opowiadać dzieciom, ale ja dzieckiem już nie byłam.
Moja bajka natomiast do pięknych i prostych miała nigdy nie należeć. Ta myśl z kolei zmusiła mnie do powrotu wzrokiem na twarz mężczyzny i teraz już determinacja nie dosięgała oczu, bo te zdawały się błagać, by mnie nie zostawiał w taki sposób.

