poniedziałek, 23 października 2017

CXI


       Wcześniej mokry materiał sprawiał, że było mi zimno, ale dopiero teraz odkryta skóra, w dodatku wychłodzona pozwoliła mi odczuć zmianę temperatury. Cieszyłam się, że jest ciemno, z jednej strony, nawet będąc w ubraniach czując się nieco niezręcznie. Nosiłyśmy szaty do samych kostek, a tu, przez niefortunne rozcięcie, którego sama byłam winna, gdzieniegdzie wyłaniało się jasne udo, widoczne nawet w mroku nocy. Nie chciałam już robić zamieszania i pokazywać się z być może nieznośnej w odczuciu mężczyzny strony. Ignorowałam więc goliznę najlepiej, jak mogłam i jak się okazało, z czasem stało się to nieistotnym problemem. Prawdziwym wyzwaniem był trening, jaki zgotował mi Nevan. Nie miałam na niego siły, wydawało mi się, że ochoty także we mnie brak, ale nie odmówiłam. Robiłam co kazał, miejscami jęcząc, że nie mogę, ale nie pozwalał mi sobie odpuścić. Był surowy, może nawet zbyt surowy, by szkolić młodą kapłankę, ale właśnie to pozwoliło mi znaleźć wewnętrzny spokój. Każdy obrót, zachwianie, zerwanie się mięśni, cały ten ból, zmęczenie, niechęć, desperacja powoli wysysały energię z mojego ciała, ale zajmowały umysł. Miałam zajęcie, znacznie lepsze od użalania się nad sobą. Robiłam coś, coś dla siebie, nie dla innych, może coś niepoprawnego, ale czułam w takich chwilach, że mam coś, czego mi nikt nie odbierze, jakąś siłę, która jest we mnie, którą mogę wyzwolić. Nie byłam dziewczynką, z którą można robić wszystko, na co przyjdzie ochota. Miałam broń, miałam umiejętności, może niezbyt wyszukane, może nawet żałosne, ale próbowałam, a to już dawało nadzieję, że nie pożre mnie szara rzeczywistość. 
       Dysząc ciężko, czując ciężar w dłoni, zatrzymałam się w chwili, w której trening dobiegł końca. Nie było mi już zimno, w zasadzie to gorset pięknej sukni był upierdliwy, a w szczególności rękawy, długie i do łokcia dopasowane. Miałam ochotę i je oderwać, czego oczywiście nie zrobiłam, skupiając się głównie na tym, by łapać kolejne porcje powietrza. Szyja już nie męczyła wspomnieniem niechcianego dotyku, a zadrapania o jakie sama się przyprawiłam nie szczypały, w zasadzie zapomniałam, że zdobiły moją skórę. 
       Nie mogłam uwierzyć, że naprawdę to robiliśmy. Po tym wszystkim, jakim cudem zdobyłam się na to, aby nie roześmiać mu się w twarz i uznać jego pomysłu za absurdalny. Gdzie we mnie było takie samozaparcie? Nie znałam siebie od tej strony i co ciekawe, to Nevan wierzył, że dam radę. Nie wiem, czy widział we mnie jakiś potencjał, czy może nie potrafił traktować kapłanki inaczej, niż w sposób, jaki traktuje wojowniczki. Tak, czy inaczej, wierzyłam, że wszystko poszło po jego myśli. 
      Zerknęłam w jego kierunku, próbując podnieść się do pionu, z nieco zgiętej pozycji, w chwili, w której najpewniej podsumował nasz trening. Nie mogłam nic poradzić na to, że skrzywiłam się lekko, jak mniemam trafnie dostrzegając aluzję do wydarzeń dzisiejszego dnia. Może jednak lepiej było się skupić na pewnego rodzaju pochwale, jaką sobie między jednym słowem, a drugim dopisałam? Nawet zapytał o mój stan, a to już było wyjątkowo rzadkie. Szkoda tylko, że nim otworzyłam usta, wypowiedział kolejne słowa, które ponownie tego wieczoru ozdobiły moją twarz rumieńcami. Sama spojrzałam na siebie, przygryzając dolne wargi i dostrzegając nagle niepoprawność tej całej sytuacji. 
       - Widzę natomiast, że ty nie zapomniałeś nawet na moment, oficerze - rzuciłam z przekąsem, chcąc pokazać, że nie dam z siebie robić żartów. Oczywiście nie zabrzmiało to tak pewnie, jakbym chciała, ale było lepsze, niż kolejne piskliwe komentarze i próby zasłonienia się. Chociaż przyznaję, wietrzyk plątający się po moich nogach teraz jakby stał się znacznie bardziej odczuwalny. Co ja powiem, gdy po swoim życiu stanę przed obliczem bóstw, a oni mi to wypomną? Poza tym jak spojrzę w oczy swojemu mężowi... gdyby zwierzchnik świątyni to widział, pewnie nie ominęłaby mnie kara za takie zachowanie. A jednak stałam tu i nie ukrywajmy, sama rozdarłam suknię. Nie tak dawno nawet spałam w jego namiocie! czemu teraz o tym pomyślałam? No i nagle uznałam to za co nieodpowiedniego, chociaż wcześniej tak na to nie patrzyłam. 
       Ocknęłam się dopiero w chwili, w której z drzew wyłonił się jego rumak. Uniosłam nieco brwi, unikając spojrzenia mężczyzny. Wcale nie tak często używał mojego imienia. W prawdzie nie tytułował mnie już wyniośle, ale mimo to zwykle mówił bezosobowo, więc nieco siłą rzeczy się zmieszałam. Jeszcze w tym kontekście, w sytuacji, gdy byłam w całkiem dużej części naga... jak dobrze, że nikt się już tutaj nie zapuszczał. 
       - To czy mi to przeszkadza, nie ma nic do rzeczy, sam to powiedziałeś, Nevanie - chociaż unikałam, to ostatecznie spojrzałam w te jego krwiste oczy, czując się tak, jakby jego spojrzenie mogło wypalić we mnie dziurę. Odgarnęłam pasmo włosów za ucho i położyłam dłoń na wierzchowcu, uznając, że mogę się na nim skupić. Szybko jednak coś do mnie dotarło. - Umm... podsadź mnie proszę - mruknęłam, znów czując znajomą siłę zażenowania. - Może jest ciemno, ale wykorzystałam już limit bezwstydności na ten wieczór. Jestem w końcu kapłanką i wbrew temu, co mówisz, nie chcę świecić swoim... sam wiesz czym - mruknęłam, ale nie zdążyłam się jeszcze zarumienić, kiedy poczułam, jak wrzuca mnie na siodło. Sapnęłam tylko cicho, lekko skołowana i nim się obejrzałam, on sam siedział już za mną. Jeździłam wcześniej z jego ludźmi, ale teraz byliśmy sami, a ja czułam coraz częściej dziwną niezręczność, która przy okazji przyjemnie łaskotała moje myśli. Tak, jakbym czuła, że robię coś złego i zamiast tego unikać, pragnęła się w to zagłębić. 
       W ciszy pokonaliśmy drogę do ogniska, bo też bałam się z każdym krokiem konia. Miałam wrażenie, że mężczyzna to wyczuł i specjalnie nie męczył mnie rozmową. Poprosił, bym zaczekała w cieniu drzew. Nie miałam nic przeciwko, po chwili Nevan wrócił z Eliahem. Nie podeszli do mnie, zatrzymali się nieco dalej, ale blondyn spojrzał w moim kierunku, skinął mi głową. Nie słyszałam ich rozmowy. Trwała chwilę, mięśnie zastępcy stężały, znów spojrzał w moim kierunku, kiwną twierdząco do swego dowódcy i po chwili wahania odszedł tam, skąd do nas przyszedł. 
       - Nie wydawał się zadowolony... - odezwałam się chwilę po tym, jak już ruszyliśmy. Na plecach co jakiś czas czułam otarcia jego zbroi, głównie przez to, że nie potrafiłam się rozluźnić na tyle, by oprzeć się o jego tors. Nie wiedziałam, czy mi wolno, więc w nieco męczącej i niewygodnej pozycji, pochylając się lekko w przód pokonywałam kolejne metry. - Eliah... mam na myśli Eliaha - dodałam po chwili, żeby nie wprowadzać jakiegoś niezrozumiałego zamieszania. 
       Cisza była dla mnie męcząca, może przez to wypowiedziałam własne myśli na głos. Poza tym kiedyś chyba powiedziałam, że nauczę go rozmawiać. Rzadko kiedy mieliśmy okazję pobyć sami, bez obaw, że ktoś nam przerwie, czy nas usłyszy. 
       - Możemy głównie iść stępem? - zapytałam, odruchowo odwracając głowę przez ramię, aby na niego spojrzeć. Blisko. Zaraz spojrzałam w przód. Ciemny las, normalnie bałabym się niesamowicie, ale teraz nie było tak źle. Chociaż przyznaję, kiedy nagle jakiś ptak zerwał się do lotu, podskoczyłam z piskiem, co wierzchowiec Tealvasha skwitował niespokojnym prychnięciem. - Przepraszam... - mruknęłam szybko, znów posuwając się, tak dla pewności nieco w przód. Czemu się tak stresowałam? Nie mogłam tego pojąć. Musieliśmy znaleźć jakiś temat do rozmowy, bo inaczej moje myśli będą szły w kierunku, którego chyba wolę unikać. 
       - Dziękuję... że po mnie przyjechałeś. Chyba jeszcze tego nie powiedziałam - zaczęłam tak na dobry początek, przez moment zapatrując się na jego dłonie, które trzymały wodzę. Sama złapałam ten kawałek skóry, który niepotrzebnie wisiał między jego dłońmi i zaczęłam się nim nerwowo bawić. - I dziękuję za trening... chociaż wszystko mnie boli i istnieje możliwość, że się przeziębię - zaśmiałam się. - To jednak jest mi lepiej - zakończyłam, ale tylko na moment, bo czułam, że tak nie zmuszę go do mówienia. - Chyba dogadujemy się lepiej, niż można się było tego z początku spodziewać, prawda? Pamiętam jak pierwszy raz mnie do ciebie przyprowadzono, byłeś przerażający, oficerze, a teraz chyba byłbyś ostatnią osobą, która mogłaby mnie wystraszyć - zaśmiałam się sama od tych słów. Były szczere, niewymuszone i może faktycznie zabawne, gdy dotarło do mnie, jak wiele się zmieniło. Szkoda, że cieszy się taką złą sławą, ale z drugiej strony ja sama cieszyłam się, że nie skreśliłam go przez to. Inaczej tak wiele sytuacji, których mogłam doświadczyć dzięki niemu, nigdy nie miałoby miejsca. 

CX



        Najpierw uniosłem ku górze jedną brew, ale po chwili też drugą, kiedy zorientowałem się, o czym mówi Esja. Zachciało mi się nawet śmiać i może pozwoliłbym sobie na ten swobodny gest, ale chwilę później pomyślałem o swojej matce, jej twarz stanęła mi pod powiekami i natychmiast opanowałem ten odruch. Nie sądziłem, że jeszcze gdzieś się we mnie on znajduje, ale teraz słuchając pokrętnych tłumaczeń dziewczyny odkryłem go całkiem wyraźnie. Pozostawiłem chłodny wyraz twarzy.
        Jako, że się nie odezwałem, a kapłanka miała sporo oleju w głowie chyba połączyła wszystkie fakty za sobą, bo zmieszała się jak na zawołanie i zaczęła znowu mamrotać. Dałbym głowę, gdyby było nieco jaśniej na małej polance, to zobaczyłbym najciemniejszy odcień czerwieni na jej twarzy i w jej wydaniu. Wyciągnąłem powoli miecz z pochwy, zgrzytnął przyjemnie dla ucha, a później spokojnym gestem oparłem go czubkiem o żwir. Przez moment z dziwną radością obserwowałem też, jak dziewczyna szarpie się z materiałem, a później… Cóż, później moim oczom ukazał się widok, który miał być przeznaczone jedynie, dla mężczyzny, któremu jej obiecano. Nie mogłem przed sobą ukryć, że w jakiś sposób jest to bardzo pociągający widok, jak i sama świadomość, że właśnie miałem czelność zakpić jej i ich bogom prosto w twarz i to drugi raz z rzędu. Moja świadomość wyprała fakt wcześniejszego przyznania się do swoich przekonań. To nie była dobra decyzja i przyjdzie mi za nią zapłacić. Jeszcze nie dzisiaj, nie jutro. Ale kiedyś. Wiedziałem, że tak będzie, bo już raz przez to przechodziłem. Na wspomnienie tego poczułem nieprzyjemne macki strachu wspinające się po plecach na kark i zostawiające po sobie chłodne uczucie. Wzdrygnąłem się.
        Esja nie dała mi wiele czasu, żeby myśleć o tych rzeczach i o wspomnieniach, których posiadania nie życzyłbym nikomu. Dowiedziałem się też bardziej konkretnie, co stało się w lesie i co zmusiło ją do schowania się w tej kamiennej dziurze. Nie, żeby zaskoczeniem dla mnie był fakt, że ktoś tak rozpieszczony jak książę nie potrafi utrzymać chuja w spodniach. Być może od początku gdzieś podświadomie podejrzewałem, co się stało. Wykazywał nią nienaturalne zainteresowanie, a poza tym grzechem byłoby nie przyznać – nawet w świetle świata bez bogów – że Esja jest wyjątkowo piękna. Spędziłem wystarczająco dużo czasu na studiowaniu każdego detalu jej twarzy, żeby dojść do wniosku, jak blisko jej do perfekcji.
        Tym bardziej rozśmieszyły mnie jej słowa. Że ja chciałbym ją dotykać? Niedorzeczność. Chwyciłem pewniej miecz i podniosłem go w prawej dłoni, ważąc znajomy ciężar, a później podszedłem do niej na kilka kroków.
        — Nieźle, a skoro mamy już z głowy kilka kilogramów balastu i możesz ruszać się normalnie… — uniosłem ostrze na wysokość jej klatki piersiowej. — Stań w pozycji przygotowania do ataku. — Proste polecenie zostało szybko wykonane, choć miałem wrażenie, że nadal z dozą jakiegoś zawahania albo niepewności. To minie z czasem.
        Narzuciłem nam szybie tempo ćwiczeń, zwłaszcza jak na fakt, w jakim stanie znalazłem dziewczynę. Ani mi w głowie było ją oszczędzać albo traktować ulgowo. Wręcz przeciwnie, wszędzie, gdzie chciała sobie odpuścić dociskałem jeszcze mocniej. Zmęczenie fizyczne, trening i nauka sprawiają, że wszystko inne znika. A czułem, że to przyda jej się bardziej niż sterta nieprawdziwych słów ułożona w wymuszone wyrazy współczucia. Nie było łatwo, ale kiedy złamałem pierwszą, a później drugą, trzecią i dziesiątą barierę, jaką stawiała jej podświadomość i własne ciało, okazało się, że kilka dni, przymus obrony siebie i trochę wyuczonych ruchów potrafią zdziałać naprawdę wiele. Nie byłem pewny, ile czasu spędziliśmy na żwirowym podłożu, wśród moich uwag, często wykrzyczanych i odpowiedzi stali spotykającej się w powietrzu. Zrobiło się jednak wyjątkowo ciemno i w końcu uznałem, że to wystarczy.
        — Stal hartuje się najlepiej, kiedy do niczego się nie nadaje — skwitowałem krótko, nawiązując także mało delikatnie do jej wcześniejszego stanu, odsuwając się i pozwalając jej nabrać spokojny oddech. Pierwszy od długiego czasu. Schowałem swoje oręże do pokrowca.
        Musiałem przyznać, że sam nieco zmęczyłem się tym treningiem, chociaż dla mnie był zdecydowanie mniej wymagający, niż dla niej. Mimo tego nadal miałem na sobie zbroję i to sprawiało, że musiałem używać więcej partii różnych mięśni.
        — I jak się czujesz? Zdaje mi się, że nawet zapomniałaś o tym, że niemal świecisz przede mną gołym tyłkiem — syknąłem, pozwalając sobie na tą drobną, personalną uwagę i ześlizgnąłem wzrokiem w dół, na zgrabne odkryte nogi, na których miała jedynie pończochy. Uśmiechnąłem się po chwili, unosząc przy tym jedną brew w jednoznacznym grymasie. Sam też niemal zapomniałem, w jakim stanie ta dziewczyna tu przede mną stoi i kiedy sobie to uświadomiłem, ponownie poczułem ukłucie tego samego, co wcześniej. Dziwacznej satysfakcji pomieszanej z czymś więcej. Czymś, czego nie udało mi się nazwać. — Myślę, że możemy wracać do obozu. Pijana szlachta może nawet nie zauważyła twojej nieobecności, ja tylko muszę wydać odpowiednie rozkazy Eliahowi i reszcie straży.
        Odwróciłem się do niej profilem, a później cmoknięciem przywołałem swojego wierzchowca. Nie przychodził kilka długich sekund, ale w końcu ku mojej uldze pojawił się na brzegu rzeki.
        — Będziesz musiała podróżować ze mną — zauważyłem, wyciągając do niej dłoń po miecz — Raczej nie uda nam się wziąć drugiego konia. Jeśli ci to nie przeszkadza… Esjo — zerknąłem na nią nagle, a całkiem niechcący w moim wzroku kryła się niezbyt dobrze ukryta groźba. Mimo wszystko nadal uśmiechałem się, a choć nie był to uśmiech przyjazny, to też nie ten, którym raczyłem wszystkich innych.

CIX



       Drgnęłam lekko, kiedy jego słowa dotarły do moich uszu, kiedy powolutku zrozumiałam, że nie żartuje i możliwe, że powiedział coś, czego nigdy nie powinien, co w niejednym przypadku mogłoby nawet przyczynić mu wielu problemów. A jednak powiedział, podzielił się opinią na którą ja nie zareagowałam w żaden sposób, czułam, że teraz nie jest dobry czas. Nie zapomniałam jednak. Te kilka słów zapadło w mojej pamięci i na zawsze w niej pozostanie, będą krążyć w powietrzu, gdy spojrzę na Nevana i może pewnego dnia powrócę w rozmowie do tej chwili. Zapytam, delikatnie prosząc o wyjaśnienia, zapewniając, że nie oceniam go źle. Taka była prawda. Świętokradztwo w chwili, w której trzyma w swych ramionach kapłankę. Czy bogowie obserwują nas teraz z góry, skazując jego duszę na cierpienie? Czy i ja w ich oczach jestem grzesznicą, jeśli pozwalam sobie, by taki człowiek przynosił mi ukojenie? Dlaczego miałabym się odsunąć, oburzyć? Czy znak, który podobnie, jak wczoraj, palił teraz lekko moje plecy zmuszał mnie do osądzania innych? Nie chciałam tak na to patrzeć, a może po prostu, samolubnie nie chciałam go od siebie odpychać. Może jeszcze nie wiedziałam, że przyjdzie mi wybaczać mu więcej, niż innym. Nie, to nie czas na te rozważania, nie wyprzedzajmy biegu czasu.  
       Stanęłam niespokojnie, jedynie dzięki jego pomocy, inaczej tkwiłabym w dalszym ciągu na ziemi... och, a raczej wtulona w głaz, w swojej kryjówce. Jego słowa jak zawsze nie niosły za sobą pocieszenia, nie były ciepłe, tylko szczere. Może mnie nieco zawiódł, ale w zasadzie właśnie tego się spodziewałam. Taki był i za to go szanowałam, nawet jeśli czasem, ta słabsza część mnie chciała od niego czegoś, do czego nie był zdolny. nie winiłam go, przyjmowałam jego boleśnie prawdziwe słowa, ale bałam się, że go zawiodę, że nie będe umiała wyzbyć się tak ludzkiej potrzeby ufania komuś. On nie musi wiedzieć, jakie brzemię powoli nakładam na jego barki. Nie powiem, a on nie zauważy, bo dość nosi, a ta jedna dodatkowa rola... wiem, samolubnie to sobie tłumaczę, ale to też jego wina. Przyjechał tutaj, oswajał, chociaż pewnie nie chciał tego robić. 
       Puszczona tak nagle zachwiałam się lekko. Nie ciągnęłam podjętego przez niego tematu. Nie chciałam mówić o stolicy, bardzo było to dla mnie niewygodne, szczególnie teraz. Przygotowałam się raczej do tego, że posadzi mnie w siodle, a realia okazały się całkiem inne. Zaskoczenie było na tyle duże, że na moment zapomniałam o strachu. Obserwowałam go bacznie, mając ochotę zapytać, czy nie zapomniał o tym w jakiej jesteśmy sytuacji. Z drugiej strony... może to lepiej? Nawet jeśli przyzwyczajenie kazało się bać, lękać, rozpamiętywać obecność księcia i lamentować nad nią, to Nevan mi na to nie pozwalał. Jego obecność kazała mi zmienić swoje nastawienie, a ja nie potrafiłam z tym walczyć. Chciałam się poddać towarzystwu mężczyzny, tak bardzo zajmującym, chociaż nigdy się na to nie silił. 
       Podskoczyłam jak dziecko, kiedy pod moje nogi upadła broń. Byłam słaba, a on zrobił coś takiego. Żartował? Jego mina nie wskazywała na to, a moje ciało samo, instynktownie zmusiło mnie do kucnięcia i sama nie wiem kiedy ujęłam ostrze, by z pewnym trudem znów się z nim podnieść. Wtedy też padły kolejne słowa mężczyzny i to chyba całkowicie przysłoniło brutalne, wciąż świeże wspomnienia. 
       - Proszę? - zapytałam, czując, że moja twarz się czerwieni i miałam wrażenie, że mój głos tak dosadnie to zaprezentował, że mimo ciemności mógł to dostrzec. Zamrugałam kilka razy, zaschło mi w gardle szybciej, niż powinno. Serce mi zabiło, ale w inny sposób, niż w lesie, przy drzewie, gdy książę napierał na mnie jednoznacznie swoim ciałem. - Chcesz, żebym się przed tobą rozebrała? - dodałam głosem podlotka, na pewno nie kobiety i wiem, że kiedy będę sama, to wspomnienia powrócą i będzie mi za nie wstyd. Teraz jednak ta sytuacja była świeża, rozgrywała się, a ja miałam wrażenie, że śnię, bo przecież było to absurdalne. 
       Dłoń, w której dzierżyłam ostrze zatrzęsła mi się lekko. Nie potrafiłam sobie tego wszystkiego poukładać i może przez to odruchowo zrobiłam dwa kroki w tył, zasłaniając swoje ciało dłońmi, jakby już brakowało mi co najmniej kilku warstw odzienia. 
       - Nie wiem czego jeszcze chcesz mnie nauczyć, ale zapewniam, że takich lekcji nie potrzebuję... to przyjdzie naturalnie, na to mam chyba czas, prawda? To nie tak, że odepchnęłam księcia, bo bałam się porażki natury własnych umiejętności, ja po prostu nie chciałam być dotykana, więc może źle mnie zrozumiałeś, ale wolałabym, żeby moja czystość nie została naruszona... - wylałam z siebie więcej słów, niż początkowo planowałam, nawet nad tym nie panując. Złapałam się też na tym, że nie czuję strachu, a jedynie zawstydzenie. Jakże inna była ta sytuacja od tej, w której znajdowałam się z Azirem. Bardziej, niźli uciekać, czułam potrzebę tłumaczenia się przed Tealvashem, stąd potok słów, rumieniec, machanie w powietrzu ostrzem, z czego zdałam sobie sprawę dopiero po chwili. Był to raczej nerwowy gest, niż próba ataku, obrony... sztuczki cyrkowej. 
       Mężczyzna jednak stał dalej, a jego postawa przecież nigdy nie zdradzała chęci dobrania się do mnie... zażenowanie rosło coraz bardziej. Spojrzałam na ostrze, zaczęłam myśleć. Chciał walczyć? Nauczyć mnie czegoś? Zrobiłam jeden krok... ociężale, przez materiał spódnicy, mokry i obszerny. Rozchyliłam wargi, jakby coś po czasie do mnie dotarło. Bogowie mi świadkami, że chciałam zapaść się pod ziemię. Jakże szybko sytuacja między nami się zmieniła, a ja ze strachu odczuwałam już jedynie wstyd. Gdyby dało się cofnąć czas... och, ile bym dała, aby nie odezwać się do niego wcale. 
       - Dobrze... rozumiem... wybacz... - wyciągnęłam przed siebie dłoń, jakby w geście, który miał wymazać moje zachowanie. - Tylko część materiału, który zawadza... - powiedziałam po chwili, wypowiadając tym samym własne myśli, a potem pochyliłam się i w mało zgrabny sposób podjęłam próbę rozerwania spódnicy przy udziale ostrza. W ogóle mi to nie szło. 
       - Nie, nie oficerze... dam radę. Tyle jestem w stanie zrobić sama... - zaparłam się, ciągnąc, próbując, a dłonie nadal się trzęsły z zażenowania i nie przestały, gdy ciszę przerwał odgłos rozdzieranego materiału. Odetchnęłam z wyraźną ulgą, podniosłam się do pionu, zmuszając zmęczone mięśnie do posłuszeństwa. - Widzisz? Mówiłam, że dam radę... - mruknęłam, tak jakby powątpiewał. W zasadzie to... chciałam się czymś po prostu zająć, byleby cisza nie zaczęła na nowo robić sobie ze mnie żarty. 
        Najdziwniejsze było jednak to, że nie wiedzieć kiedy przestałam się trząść ze strachu. Tak po prostu lęk odszedł, kiedy byłam w jego towarzystwie, a miałam wrażenie, że żadne z nas się specjalnie nie starało, by tak się stało. Cóż, może ten przerażający mężczyzna, nie był wcale taki straszny. A może sam nie wiedział, jak uspakajający potrafi być. 

CVIII



        Zmrużyłem oczy. Dziewczyna wyglądała jak zaszczute zwierzę. A jedynym drapieżnikiem, jakiego do tej pory poznałem i który pozostawia swoją ofiarę żywą, był człowiek. Oparłem dłoń chronioną przez grubą warstwę skórzanego ochraniacza na kamieniu, lekko powyżej swojej głowy i pochyliłem się lekko w przód. Oparcie zapewniało nieco więcej stabilności. Dookoła szybko zapadała ciemność, a ja nie wziąłem ze sobą nawet pochodni. Mój wzrok jednak powoli przyzwyczajał się do panującego półmroku. Niebo na zachodzie nadal było w odcieniach głębokiej czerwieni, ale w lesie rozłożyste korony drzew ograniczały widoczność.
        Dopiero po dłuższej chwili zauważyłem ślady na jej szyi i krew na dłoniach. Miała zniszczoną suknię, wyglądała niczym siedem nieszczęść i w niczym nie przypominała takiej Esji, za jaką ją miałem. Nie potrafiłem jednak rzeczowo ocenić, czy mnie to zawiodło.
        Skupiłem swoją uwagę, kiedy zaczęła mówić o lesie, nic jednak więcej nie dodała. Nie zamierzałem naciskać, dopytywać się. Z ulgą jednak zauważyłem, że kapłanka sama postanowiła wyjść ze swojej kryjówki i nie będę musiał się uciekać do ostateczności wyciągnięcia jej stamtąd siłą. Koń za moimi plecami prychnął, niepewny tej sytuacji i pojawiającej się dziewczyny. Czułem, że wierzchowiec nieufnie cofa się o krok i przebiera kopytem w żwirze. Ale nie odszedł. Nie uciekł. Ufał mi tak samo, jak ta dziewczyna, choć żadnemu z nich nigdy nie dałem powodów do tego, żeby obarczali mnie swoim zaufaniem.
        Nie miałem chwili czasu do namysłu, kiedy ona wpadła w moje ramiona, nieświadomie przed nią otworzone szeroko. Moje powieki rozchyliły się szeroko, czując na sobie dotyk jej dłoni, zaciskanych usilnie na fragmentach mojej zbroi. Ponownie znaleźliśmy się w ten sytuacji, tak podobnej do wczorajszej i jednocześnie tak zupełnie innej. Odchrząknąłem cicho. Będę musiał ją uprzedzić, żeby tego nie robiła tak nagle, pomyślałem. Ale to kiedy indziej… Nie teraz… Na moich ustach pojawił się cień uśmiechu. Zniknął tak szybko, jak sobie to uświadomiłem.
        — Bogowie nie istnieją — powiedziałem nagle, cicho i miękko, a były to pierwsze słowa wypowiedziane od dłuższego czasu. Woda szumiała gdzieś za naszymi plecami, a poza moim wierzchowcem nie było w pobliżu żywej duszy.
        Wypowiedzenie tych słów, takich prostych i jednocześnie przerażających przyszło mi zadziwiająco łatwo. Opuściły moje usta nie jako balast, ale jako najprostsza, najprawdziwsza opinia. Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek podzielę się tym z kolejną osobą ani tego, że poczuję tak głęboką, dławiącą ulgę, że te słowa tak długo formowane w końcu opuściły moje usta. Zacisnąłem dłoń na plecach Esji i podniosłem naszą dwójkę do pionu. To nie czas na płacz. Jeśli znałem jedną niezawodną i odpowiednią metodę na poradzenie sobie z tym, zamierzałem ją wykorzystać. Nie musiałem pytać, co książę zrobił, ani dlaczego byli razem w lesie. Nie chciałem znać prawdy, a może zwyczajnie mnie nie interesowała. Miałem wrażenie, że wypełnia mnie chłodne, twarde uczucie, które nie zamierzało się uginać.
        — Nie powinnaś ufać nikomu — powtórzyłem, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na tym świecie. — Czasem nawet sobie i swoim osądom. Musisz się nauczyć, że nie wszystko na tym świecie jest takie, na jakie wygląda. Być może w świątyni panowały honorowe zasady, ale nie tutaj. Przekonasz się o tym na każdym kroku, jaki postawisz w stolicy — każdy ufa tylko sobie, dokończyłem w głowie, surowo patrząc przed siebie i prowadząc naszą dwójkę do konia, który nadal miał przytroczone juki. — I musisz być na to gotowa. W każdej chwili — dodałem, wypuszczając ją z ramion nagle, jakby na potwierdzenie własnych słów.
        Odwróciłem się w stronę czworonożnego zwierzęcia i chwyciłem pewnie dodatkową broń, mniejszą niż mój miecz, pełniącą funkcję pomocniczą. Używałem jej, kiedy sytuacja była wyjątkowo beznadziejna. Ostra, brutalna, prosta. Odpędziłem konia nagłym machnięciem ramienia. Spłoszone zwierzę odskoczyło na kilka kroków, ale nie odbiegło zbyt daleko, byłem tego pewny.
        Swój miecz miałem ciągle przymocowany do pasa. Czarne, złowrogie ostrze było ukryte w pochwie, ale kusiło, wręcz błagało, żeby je odsłonić. Czułem znajomy bitewny szał, rosnącą adrenalinę. Żwir skrzeczał pod moimi ciężkimi butami, kiedy odwracałem się w stronę dziewczyny. Teraz, kiedy stała łatwiej było mi ocenić jej stan. Suknia zupełnie mokra aż do kolan, rozczochrana fryzura, którą dzisiaj rano ktoś misternie upiął, czerwone ślady na szyi i dekolcie. Zacisnąłem mocniej szczęki i rzuciłem w jej stronę miecz. Upadł o krok od jej stóp z głośnym brzdęknięciem.
        — Podnieś go — rozkazałem, nie wyciągając swojego ostrza. — Wygodniej ci też będzie, jeśli pozbędziesz się dolnej części sukni — zasugerowałem, powoli kładąc dłoń na rękojeści swojego oręża.
        W lesie było zaskakująco cicho. A może tylko mi się tak wydawało. Strumień nawet ucichł, czekając na pierwszy ruch Esji. Wydawało mi się, że na moment wszystko zamarło, a ptaki, które jeszcze niedawno temu ćwierkały wesoło gdzieś w drzewach, teraz umilkły, przerażone albo speszone naszą gwałtowną obecnością.
        Widziałem na jej twarzy wahanie. Zastanawiała się, czy da radę? Czy powinna sięgać po broń? A może czy powiedzieć mi kilka ostrych słów i oświadczyć, że nic z tego nie będzie? Pozwoliłem sobie na chwilę wyczekiwania w napięciu, a później pospieszyłem ją jedynie drobnym gestem dłoni. Moja twarz była stężała i poważna. Na wypadek, gdyby uznała, że to jakiś wyjątkowo nietrafiony żart z mojej strony.

sobota, 21 października 2017

CVII


       Gdy tu przybyłam, widziałam las po drugiej stronie rzeki. Gdy zaczęłam drżeć, widziałam już jedynie obrys drugiego brzegu. Kiedy zaczęłam płakać, dostrzec mogłam jedynie wodę, płynącą ku dołowi. 
       Ściemniało się. Każda chwila sprawiała, że wzrok zawodził, a noc otulała las, chociaż pora nie mogła być późna. Mimo to, taka nagła zmiana dawała się we znaki. Sprawiała, że czułam się tak, jakbym tkwiła tu od wieków. Sama, zaraz po ucieczce od mężczyzny, który winien być szlachetny. Książę. Czymże są tytuły, jeśli nie różni się on wiele od innych. Każde mruknięcie przenosiło mnie do wspomnień dnia, w którym wszystkie moje siostry zostały zabite, a każde otwarcie oczu przypomniały zapach księcia, gdy napierał na mnie, pozbawiał możliwości ucieczki. 
       Wspomnienie jego dotyku było nieznośne, chciałam się go tak bardzo pozbyć, że wierzyłam, iż paznokciami będę w stanie zdrapać je ze swojej skóry. Niestety poza szczypiącym skaleczeniem nie przyniosło to zbyt wiele ulgi, mimo to raz, po raz przejeżdżałam po szyi, wierząc, że w końcu poczuję się lepiej. Co byłoby, gdybym mu się nie postawiła? Byłam na siebie wściekła, w prawdzie udało mi się go odepchnąć, ale przyszło mi to z trudem. Z początku stałam biernie, może gdyby nie starczyło mi sił, to nie spróbowałabym drugi raz zbiec? To teraz, najpewniej... Zawyłam znów, a dreszcz wstrząsnął mym ciałem. Przecież jestem kapłanką! Jak mógł oczekiwać ode mnie czegoś takiego, jak mógł zinterpretować moje zachowanie w sposób, który pozwolił mu sądzić, iż może będę skora mu się oddać. Niczym prezent, po udanym polowaniu. Znów mi to robili... A przez chwilę sądziłam, wiem, że było to głupie, ale przyjazne nastawienie ksiecia, może miejscami nachalne, pozwoliło mi wierzyć, że jest kolejną osobą, która patrzy na mnie, jak na zwykłą kobietę, a nie na symbol. Może faktycznie nie byłam w jego oczach kapłanką, ale bycie materiałem na kochankę również niekoniecznie mi odpowiadało. 
       Pociągnęłam nosem, mając jeszcze siły, by wyrzucić z siebie kolejną falę płaczu i właśnie wtedy usłyszałam, że ktoś się zbliża. niestety ludzie byli dobrze wyszkoleni, bo nawet gdy spróbowałam się uciszyć, to w jednej chwili stanęli przed skałą i pochylili się, prezentując hełmy z rogami. 
       - Najświętsza, co tu robisz? - zapytał jeden z nich, wyciągając odruchowo w moim kierunku rękę. Cofnęłam się bardziej, o ile było to możliwe. - Pani, musisz z nami wrócić. Nic złego ci nie grozi - spróbował jeszcze raz i to chyba przeraziło mnie jeszcze bardziej. 
       - Nie! Od nikogo z was nic złego mi nie grozi! Wszyscy to mówicie - załkałam, nie dając za wygraną. Poza tym ich towarzystwo przerażało mnie jeszcze bardziej, niż cisza. Nie wiem też ile czasu mnie prosili, namawiali. Kazałam im mnie zostawić, prosiłam, by odstąpili, błagałam, by dali spokój. Nie miałam już siły wyrzucać z siebie prośby, kiedy ostatecznie odeszli, a ja znów uznałam, że było blisko. Mogli mnie wyrwać z kryjówki i gdyby chcieli, mogliby zrobić przecież wszystko. Byłam jedynie słabą kapłanką, w świecie, którego nie rozumiałam. Wydawało mi się, że uległo to dużej zmianie, ale prawda była bolesna. Nie miałam nic, co mogłoby mnie obronić. 
       Znów zapanowała cisza, a ja nawet nie próbowałam patrzeć przed siebie, bojąc się, że w cieniach dostrzegę coś, czego wolałabym nie widzieć. Miałam raczej otępiałe zmysły, czego powodem mogło być ochłodzenie. Mogłam być na siebie zła za to, że ponownie zbyt późno usłyszałam, iż ktoś nadciąga. Miałam jednak świadomość, że tym razem opcje są dwie... albo umrę, albo zostanę uratowana. 
       Jego głos wydał mi się w tej chwili cieplejszy, niż zwykle. chociaż wątpię, aby faktycznie starał się uzyskać coś w tym kierunku. Raczej po tym, co mnie spotkało Nevan był mężczyzną, jaki mógł mi pomóc. A jednak nie wybiegłam z kryjówki, nie rzuciłam się w jego stronę. Czekałam, a serce, przyłapałam je na tym, biło z każdym krokiem mężczyzny mocniej. Aż do momentu, gdy dostrzegłam w ciemności zarys jego sylwetki i oczy, namierzające moją osobę. 
       - Wiedziałam... - przyznałam, a mój głos był bardziej zachrypnięty, niż zwykle. Nie przypominał tych melodyjnych tonów, jakie zazwyczaj opuszczały moje usta. 
       Zamrugałam kilka razy i chociaż był tak blisko, to nie ruszyłam się do niego. 
       - A co jeśli powrót do ogniska też nie jest rozsądnym pomysłem? - rzuciłam i wiem, że było to pytanie oschłe, a on nigdy na to nie zasłużył. No może nie nigdy, ale nie teraz. Mimo to mój stan nie pozwalał mi na inny ton głosu, byłam z siebie dumna, że jestem w stanie w ogóle mówić. Pomagała chyba dziwna myśl, że nie chciałam przy nim płakać. Wstydziłam się tego i przed nim chciałam pokazać, że to wszystko mnie nie dotyka. prawda była jednak inna. Trzęsłam się nadal, a do oczu napływały łzy. Mimo to wierzyłam, że jeśli się postaram, to nie wypadnę na obraz siedmiu nieszczęść. Tylko, że trzymanie się w pionie... nie bylo łatwe. 
       - Nie chcę już tutaj być! - wyrzuciłam po chwili, chociaż wcale nie pytał. Może było to złym pomysłem, bo coś jakby we mnie pękło. A może jego pojawienie się z góry przesądzało moje zachowanie. - Mówią, że to na moją cześć, a nie ode mnie zależne jest, co mi wolno, a czego nie. Mówicie, że powinnam wrócić do zabawy, ale zabawa wcale nie jest mi miła! Zmuszono mnie do towarzystwa księcia, ale nikt mnie nie ostrzegł, że... że on... tam w lesie... - zgięłam się w pół, nie przejmując się tym, że za bardzo położyłam się na tym żwirze. Zrozumiałam jednak, że wcale nie chciałam tkwić tutaj, od samego początku. Zrozumiałam też, że mogłam wrócić z jego ludźmi, ale nie chciałam świadomie do nich wychodzić. Nie do nich... 
       Podniosłam się na czworaka, niepewnie robiąc jeden krok, za krokiem, a kiedy uniosłam twarz, dystans między mną, a Nevanem był już mniejszy. Tak, jak wczorajszego wieczora, tylko, że dziś byłam roztrzęsiona i szukałam jedynie schronienia. Bolały mnie mięśnie, od niewygodnej pozycji. Bolała mnie szyja, czemu byłam sama winna. A także głowa, od płaczu i nadmiaru emocji. Wszystko dosadnie mówiło, że mam dość. 
       - Boję się... - jęknęłam w końcu i niczym dziecko, wybudzone ze złego snu, wpadłam mu w ramiona, zaciskając dłonie na jego szacie, by nie mógł mnie odepchnąć. - Skoro nawet księciu nie mogę ufać, to komu powinnam? Czy jest na tym świecie ktoś, kto mnie nie skrzywdzi? Dlaczego to mnie spotyka? Czy bogowie mnie nienawidzą? - wyrzucałam z siebie pełno pytań, dusząc się spazmami, jakie w jednej chwili mnie dopadły. Dopiero po kilku minutach byłam w stanie podnieść twarz, nie myśląc teraz o tym, że jest ona zbyt blisko mężczyzny, niż wypada. - Przez niego czuję się brudna... proszę, zabierz mnie stąd... - wyszeptałam, nie pozwalając mu odwrócić spojrzenia, ani odsunąć się chociaż o centymetr. A przynajmniej wierzyłam, ze ten jeden raz to ja mam nad kimś władzę, bo życie dosadnie postawiło mnie już w niejednej sytuacji, w której to inni mogli ze mną robić, co chcą. 

CVI



        Pierwszy odwróciłem wzrok. Eliah jeszcze dłuższą chwilę przypatrywał się odchodzącym I może, gdybym spojrzał w jego oczy, dostrzegłbym nieznajomy cień, który zapadł na jego twarz. Nie interesowało mnie to teraz jednak bardziej, niż powinno, więc wróciłem do swoich obowiązków, głęboko ukrywając pokłady furii, jakie obudził w mnie książę-smarkacz swoim bezpodstawnym, roszczeniowym i gówniackim myśleniem. Zebrałem całe swoje oręże, którego nie brałem na polowanie, bo nie było po temu potrzeby i odszedłem w przeciwnym kierunku, na skraj polany, gdzie kręcił się Ithrick, chodzący od drzewa do drzewa. Niedługo później dołączył do mnie Eliah z pytaniem o rozkazy i niewiele myśląc wysłałem go bliżej centrum zabawy, ogniska i piknikującej szlachty. Nieumyślnie, ale może podświadomie chciałem, żeby pilnował Esji, bo z pewnością zrobiłby to lepiej niż ja. Sobie nie potrafiłem zaufać tak jak jemu.
        Razem z niskim mężczyzną spędziłem na tej stronie polany długą godzinę. Oboje nie byliśmy skorzy do rozmowy, więc cisza była z korzyścią dla obojga. I dzięki losowi, bo gdyby włączyła mu się jego zwyczajowa gadatliwość, nie wytrzymałbym. Potarłem się po karku i odwróciłem głowę, a moje spojrzenie padło na dziewczynę, którą obserwowałem już wcześniej. Teraz widziałem, że zajmowała się obieraniem owoców i warzyw. Nieco dalej siedziały inne, w podobnym wieku i tak samo brudne, więc od razu uświadomiłem sobie, że to niewolnice. Miały w dłoniach różnej wielkości przysmaki i przygotowywały posiłek dla swoich państwa. Z rozleniwieniem obserwowałem tą scenę, korzystając z faktu, że nie działo się nic podejrzanego. Dla zabicia czasu.
        Od razu zauważyłem, że jedna dziewczyna jest wyobcowana spoza grona innych. Kiedy się podniosła i poszła zanieść kosz obranych, ciemnobrunatnych owoców do swojej przełożonej, wyraźnie utykała na jedną nogę.
        — To ta, która wkurwiła wcześniej księżniczkę — Ithrick pojawił się obok znikąd i złapał moje spojrzenie. Za późno, by wywinąć się i powiedzieć, że wcale jej nie obserwowałem. Skinąłem więc jedynie głową. — Musiała się wszystkim narazić, bo dostała najbardziej niewdzięczną robotę. — Podrapał się po brodzie, jakby na potwierdzenie tych słów.
        Dziewczyna wróciła na swoje miejsce z czystym koszykiem. Owoce, które obierała zostawiały na jej dłoniach wyraźne plamy, podobnie na zniszczonej, skromnej sukience. Zabrała się za dalszą pracę, nawet nie zauważywszy, że oboje się jej przyglądamy. Wlepiła spojrzenie w nożyk, którym żmudnie rozłupywała skórkę.
        Godziny mijały, ale praca tej dziewczyny pozostawała bez zmian. Zanim jeszcze zaczęło się ściemniać na pamięć znałem już proces rozłupywania rośliny. Doszedłem do oczywistego wniosku, że praca jest niegodziwa, bo zadaje jej ból. Być może roślina z zewnątrz była trująca. Inne niewolnice nie dostawały jej w swoje ręce, więc może to była kolejna odsłona kary za wyimaginowaną przez księżniczkę niesubordynację.
        Co około pół godziny przychodził do mnie jeden z pary żołnierzy każdego wyznaczonego patrolu i składał raport. Pozwoliłem sobie na większe niż zwykle lenistwo, wysyłając swoich ludzi do pilnowania lasów i terenów nad rzeką, sam zaś praktycznie nie ruszałem się z otwartej przestrzeni przez cały czas trwania pikniku. Z raportów równie jasno wynikało, że w pobliżu nie grasuje żadna szajka dzikusów ani zgraja drapieżnych stworzeń, więc był to wyjątkowo nudny dzień. Jego rutyną stawało się rozłupywanie twardej skorupy owocu i wyciąganie z jego wnętrza brunatnej zawartości. Trwało to długo, ale równocześnie było kojące. Jak odliczanie do tysiąca i osiąganie spokoju i jasności umysłu.
        Tylko raz dziewczyna podniosła spojrzenie. Najwyraźniej musiała czuć się obserwowana, ale kiedy tylko ukradkiem rozglądnęła się dookoła i jej wzrok skrzyżował się z moim, natychmiast go opuściła, przerażona. Czyli najwyraźniej nawet do jej uszu dotarły pogłoski na mój temat. Nie drgnąłem, nawet nie zmieniła się mimika mojej twarzy. Nie odwróciłem też spojrzenia i razem trwaliśmy w tym dziwnym układzie. Młoda niewolnica pracowała jednak coraz bardziej opieszale, przez co zdobyła kolejną naganę od swojej przełożonej.
        — Oficerze.
        Głos Girven był mocny, a kiedy się odwróciłem w jej stronę, niechętnie, jakby przerwała mi właśnie w jakimś bardzo ciekawym zajęciu, ona zasalutowała przede mną. Zarzuciłem głową, dając jej znać, że może mówić. Leniwie też odpowiedziałem na jej salut.
        — Lasy i tereny nad jeziorem są bezpieczne, oficerze — powiedziała, oglądając się za plecy. — Eliah powiedział, że między ludźmi też jest w miarę spokojnie…
        Zza jej pleców po chwili wyłonił się zastępca we własnej osobie. Uśmiechnął się, ale zrobił to niepewnie. To jako pierwsze wziąłem za znak tego, że coś jest nie w porządku.
        — Jest na tyle spokojnie, na ile może być wśród tłumu pijanych szlachciców — uzupełnił, uprzejmie skinąwszy wielkiej kobiecie. A później potoczył spojrzeniem dalej, gdzieś w las. To był drugi znak. Nie spojrzał na mnie. Zmarszczyłem lekko brwi. — Ktoś maca tancerki, ktoś klnie się na bogów i króla, dam wiarę, że jedna szlachcianka z grajkiem nie odeszła dalej, niż w pierwsze pobliskie krzaki — mówił, niespokojnie zaciskając i rozluźniając dłoń na rękojeści swojego miecza.
        — Ale?
        Oboje spojrzeli na mnie, nieco zaskoczeni. Chociaż Eliah bardziej zaniepokojony.
        — Pan oficer zawsze wszystko wyczuje — wtrąciła rudowłosa z głosem zabarwionym czystym podziwem. Uśmiechnąłem się jednym kącikiem ust. Choć nie było mi do śmiechu.
        — Tylko nie mówcie, że na coś się natknęliście na północy — ostrzegłem, unosząc lekko dłoń.
        Przez chwilę panowała bardzo niewygodna cisza. Przynajmniej aż do momentu, w którym podszedł Ithrick, podciągając wygodniej pas na którym trzymały się płytki połyskującej zbroi. Oświetlała nas jeszcze odrobina słońca, ale to szybko chowało się za górami. Choć nie było jeszcze wyjątkowo późno, a zabawa nie zmierzała ku końcowi, wysoki łańcuch górski na zachodzie szybko kradł tu światło dzienne. W oddali trzaskał ogień, ludzie się śmiali i śpiewali. Wysokie snopy iskier strzelały na imponującą wysokość.
        Eliah zastanawiał się, jak ubrać swoje obawy w słowa, a jego czoło pokryła siatka zmarszczek, tak charakterystycznych dla tego człowieka.
        — Co to, matkę komuś powiesili? — wtrącił niski mężczyzna, po czym zaniósł się głuchym śmiechem. — Moją mogliby, stara łupa nie chce wyciągnąć kopyt od przeszło dziesięciu lat.
        Griven położyła mu dłoń na głowie. Kontrast między tą dwójką był ogromny, a mężczyzna zaklął paskudnie, wyzywając ją i jej siedem pokoleń wstecz od zasranych olbrzymów co kopulują z niedźwiedziami. Sprzeczali się ostro przez chwilę i to był moment, w którym ponownie odezwał się blondyn.
        — Książę zniknął — powiedział w końcu, wzruszył ramionami.
        Poczułem przypływ ulgi. A więc to nie było nic złego, żadne niepokojące wieści. Powtórzyłem jego gest i zmrużyłem oczy.
        — Pewnie poszedł w krzaki z jakąś panną. I tylko o to tyle krzyku? — odpowiedziałem i od razu wiedziałem, że to jeszcze nie koniec rewelacji.
        — Właśnie w tym rzecz — rysy twarzy starszego mężczyzny stężały i wyostrzyły się, kiedy mocno zacisnął szczękę. — Esji też nigdzie nie ma.
        Zapadło między nami milczenie. Nawet Ithrick zamknął swoją rozgadaną japę, a Griven wypuściła go ze swojego niedźwiedziego uścisku. Oboje przybrali markotne twarzy. W wydaniu niskiego człowieka był to wyjątkowo paskudny widok, kiedy cienie się pogłębiły na jego obliczu. Zerknąłem na niewolnicę, ale tej nie było już w miejscu, które zajmowała przez cały dzień. Poczułem, że złe przeczucia ściskają wszystkie moje wnętrzności. Chciałbym powiedzieć teraz, że może to zbieg okoliczności, ale nie byłem w stanie okłamać tak samego siebie. Optymizm nie był moją mocną stroną.
        — Oficerze! — zawołał ktoś znowu i przeniosłem spojrzenie na najmłodszego mężczyznę w Gwardii. Dlaczego poczułem, że to nie będą dobre wiadomości? — Oficerze!
        — Zostańcie tutaj i trzymajcie, do jasnej kurwy, nerwy na wodzy. Nic się nie stało i nikt niczego nie widział — warknąłem, choć to była tylko formalność. W moich oczach odbijał się płomień ognia, kiedy kierowałem się w stronę żołnierza, zostawiając wszystkich za sobą.
        Wydałem szybkie polecenia, a moi ludzie zorganizowali się w mgnieniu oka. Postronna osoba nie zauważyłaby nawet, że coś się stało. Dostali rozkaz obserwowania, czy książę wracaj na polanę, a kiedy wysłuchałem młodzieńca, nie zostało mi już wiele czasu na namysły. Kazałem mu zostać, złapałem wierzchowca, którego ktoś przyprowadził i wskoczyłem na niego niemal w biegu, od razu popędzając go do szybszego biegu. Nikt nie miał prawa zauważyć mojego zniknięcia, może jedynie ta niewolnica.
        Skierowałem się na południe, w zakole rzeki, w miejscu gdzie był bród i którego używaliśmy do przejścia na tereny po drugiej stronie. Wskazówki młodzieńca były jasne i proste. Te dwie cechy z pewnością ceniłem u swoich ludzi. Wstrzymałem wierzchowca, który rwał się do dalszego biegu. W lesie zdążyło się zrobić już zupełnie ciemno. Nie było tutaj ognia, który dawał również ciepło, ale miałem na sobie zbroję. Zdjąłem hełm i odruchowo przymocowałem do siodła, a później zeskoczyłem z rumaka. Zatupał i rozgrzebał kopytem ziemię. Przerzuciłem wodze na siodło i zamocowałem tak, żeby się nie rozwiązały, a później odwróciłem się w stronę wody. Niedaleko leżał wielki, zawalony głaz, zupełnie pośrodku niczego. W zakolu woda przybierała na sile, a później systemem małych kaskad spływała w niższe tereny, generując przy tym głośny szum.
        — Dlaczego nie pozwoliłaś moim ludziom sobie pomóc? — Zadałem to pytanie, zanim jeszcze byłem w stanie w ogóle ją zobaczyć. Ale zgodnie z opisem, właśnie tutaj miała być. Koń podążał za mną wiernie, prychając cicho, z głową opuszczoną aż do samej ziemi. — Mieli hełmy takie same, jak ja. Przecież wiedziałaś, że są z mojego oddziału — dodałem, ale raczej nie po to, żeby poznać odpowiedź, a żeby podejść bliżej i nie przestraszyć jej swoją obecnością. Żeby wiedziała, że się zbliżam.
        Moi ludzie powiedzieli, że wyraźnie płakała i była wystraszona. Nie chciała im zaufać. Cokolwiek się tutaj stało, cokolwiek ją tutaj sprowadziło, sprawiło, że była w paskudnym stanie. Podszedłem jeszcze trochę bliżej. Nie chcieli jej wyszarpywać spod głazu siłą. Należeli do Gwardii Honorowej nie bez powodu.
        — Spędzenie tutaj nocy nie jest rozsądnym pomysłem —powiedziałem w końcu ściszonym głosem i kucnąłem przy wyrwie. Dopiero, kiedy to zrobiłem, byłem w stanie dostrzec kawałek przemoczonej sukni, niewątpliwie należącej do kapłanki. Tylko teraz była w opłakanym stanie.
        Zrozumiałem też, dlaczego ciężko było ją wydostać. Wcisnęła się głęboko, rosły mężczyzna w pełnej zbroi nie miał szans wejść po nią pod tak grubą warstwą skalną.
SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/