Wcześniej mokry materiał sprawiał, że było mi zimno, ale dopiero teraz odkryta skóra, w dodatku wychłodzona pozwoliła mi odczuć zmianę temperatury. Cieszyłam się, że jest ciemno, z jednej strony, nawet będąc w ubraniach czując się nieco niezręcznie. Nosiłyśmy szaty do samych kostek, a tu, przez niefortunne rozcięcie, którego sama byłam winna, gdzieniegdzie wyłaniało się jasne udo, widoczne nawet w mroku nocy. Nie chciałam już robić zamieszania i pokazywać się z być może nieznośnej w odczuciu mężczyzny strony. Ignorowałam więc goliznę najlepiej, jak mogłam i jak się okazało, z czasem stało się to nieistotnym problemem. Prawdziwym wyzwaniem był trening, jaki zgotował mi Nevan. Nie miałam na niego siły, wydawało mi się, że ochoty także we mnie brak, ale nie odmówiłam. Robiłam co kazał, miejscami jęcząc, że nie mogę, ale nie pozwalał mi sobie odpuścić. Był surowy, może nawet zbyt surowy, by szkolić młodą kapłankę, ale właśnie to pozwoliło mi znaleźć wewnętrzny spokój. Każdy obrót, zachwianie, zerwanie się mięśni, cały ten ból, zmęczenie, niechęć, desperacja powoli wysysały energię z mojego ciała, ale zajmowały umysł. Miałam zajęcie, znacznie lepsze od użalania się nad sobą. Robiłam coś, coś dla siebie, nie dla innych, może coś niepoprawnego, ale czułam w takich chwilach, że mam coś, czego mi nikt nie odbierze, jakąś siłę, która jest we mnie, którą mogę wyzwolić. Nie byłam dziewczynką, z którą można robić wszystko, na co przyjdzie ochota. Miałam broń, miałam umiejętności, może niezbyt wyszukane, może nawet żałosne, ale próbowałam, a to już dawało nadzieję, że nie pożre mnie szara rzeczywistość.
Dysząc ciężko, czując ciężar w dłoni, zatrzymałam się w chwili, w której trening dobiegł końca. Nie było mi już zimno, w zasadzie to gorset pięknej sukni był upierdliwy, a w szczególności rękawy, długie i do łokcia dopasowane. Miałam ochotę i je oderwać, czego oczywiście nie zrobiłam, skupiając się głównie na tym, by łapać kolejne porcje powietrza. Szyja już nie męczyła wspomnieniem niechcianego dotyku, a zadrapania o jakie sama się przyprawiłam nie szczypały, w zasadzie zapomniałam, że zdobiły moją skórę.
Nie mogłam uwierzyć, że naprawdę to robiliśmy. Po tym wszystkim, jakim cudem zdobyłam się na to, aby nie roześmiać mu się w twarz i uznać jego pomysłu za absurdalny. Gdzie we mnie było takie samozaparcie? Nie znałam siebie od tej strony i co ciekawe, to Nevan wierzył, że dam radę. Nie wiem, czy widział we mnie jakiś potencjał, czy może nie potrafił traktować kapłanki inaczej, niż w sposób, jaki traktuje wojowniczki. Tak, czy inaczej, wierzyłam, że wszystko poszło po jego myśli.
Zerknęłam w jego kierunku, próbując podnieść się do pionu, z nieco zgiętej pozycji, w chwili, w której najpewniej podsumował nasz trening. Nie mogłam nic poradzić na to, że skrzywiłam się lekko, jak mniemam trafnie dostrzegając aluzję do wydarzeń dzisiejszego dnia. Może jednak lepiej było się skupić na pewnego rodzaju pochwale, jaką sobie między jednym słowem, a drugim dopisałam? Nawet zapytał o mój stan, a to już było wyjątkowo rzadkie. Szkoda tylko, że nim otworzyłam usta, wypowiedział kolejne słowa, które ponownie tego wieczoru ozdobiły moją twarz rumieńcami. Sama spojrzałam na siebie, przygryzając dolne wargi i dostrzegając nagle niepoprawność tej całej sytuacji.
- Widzę natomiast, że ty nie zapomniałeś nawet na moment, oficerze - rzuciłam z przekąsem, chcąc pokazać, że nie dam z siebie robić żartów. Oczywiście nie zabrzmiało to tak pewnie, jakbym chciała, ale było lepsze, niż kolejne piskliwe komentarze i próby zasłonienia się. Chociaż przyznaję, wietrzyk plątający się po moich nogach teraz jakby stał się znacznie bardziej odczuwalny. Co ja powiem, gdy po swoim życiu stanę przed obliczem bóstw, a oni mi to wypomną? Poza tym jak spojrzę w oczy swojemu mężowi... gdyby zwierzchnik świątyni to widział, pewnie nie ominęłaby mnie kara za takie zachowanie. A jednak stałam tu i nie ukrywajmy, sama rozdarłam suknię. Nie tak dawno nawet spałam w jego namiocie! czemu teraz o tym pomyślałam? No i nagle uznałam to za co nieodpowiedniego, chociaż wcześniej tak na to nie patrzyłam.
Ocknęłam się dopiero w chwili, w której z drzew wyłonił się jego rumak. Uniosłam nieco brwi, unikając spojrzenia mężczyzny. Wcale nie tak często używał mojego imienia. W prawdzie nie tytułował mnie już wyniośle, ale mimo to zwykle mówił bezosobowo, więc nieco siłą rzeczy się zmieszałam. Jeszcze w tym kontekście, w sytuacji, gdy byłam w całkiem dużej części naga... jak dobrze, że nikt się już tutaj nie zapuszczał.
- To czy mi to przeszkadza, nie ma nic do rzeczy, sam to powiedziałeś, Nevanie - chociaż unikałam, to ostatecznie spojrzałam w te jego krwiste oczy, czując się tak, jakby jego spojrzenie mogło wypalić we mnie dziurę. Odgarnęłam pasmo włosów za ucho i położyłam dłoń na wierzchowcu, uznając, że mogę się na nim skupić. Szybko jednak coś do mnie dotarło. - Umm... podsadź mnie proszę - mruknęłam, znów czując znajomą siłę zażenowania. - Może jest ciemno, ale wykorzystałam już limit bezwstydności na ten wieczór. Jestem w końcu kapłanką i wbrew temu, co mówisz, nie chcę świecić swoim... sam wiesz czym - mruknęłam, ale nie zdążyłam się jeszcze zarumienić, kiedy poczułam, jak wrzuca mnie na siodło. Sapnęłam tylko cicho, lekko skołowana i nim się obejrzałam, on sam siedział już za mną. Jeździłam wcześniej z jego ludźmi, ale teraz byliśmy sami, a ja czułam coraz częściej dziwną niezręczność, która przy okazji przyjemnie łaskotała moje myśli. Tak, jakbym czuła, że robię coś złego i zamiast tego unikać, pragnęła się w to zagłębić.
W ciszy pokonaliśmy drogę do ogniska, bo też bałam się z każdym krokiem konia. Miałam wrażenie, że mężczyzna to wyczuł i specjalnie nie męczył mnie rozmową. Poprosił, bym zaczekała w cieniu drzew. Nie miałam nic przeciwko, po chwili Nevan wrócił z Eliahem. Nie podeszli do mnie, zatrzymali się nieco dalej, ale blondyn spojrzał w moim kierunku, skinął mi głową. Nie słyszałam ich rozmowy. Trwała chwilę, mięśnie zastępcy stężały, znów spojrzał w moim kierunku, kiwną twierdząco do swego dowódcy i po chwili wahania odszedł tam, skąd do nas przyszedł.
- Nie wydawał się zadowolony... - odezwałam się chwilę po tym, jak już ruszyliśmy. Na plecach co jakiś czas czułam otarcia jego zbroi, głównie przez to, że nie potrafiłam się rozluźnić na tyle, by oprzeć się o jego tors. Nie wiedziałam, czy mi wolno, więc w nieco męczącej i niewygodnej pozycji, pochylając się lekko w przód pokonywałam kolejne metry. - Eliah... mam na myśli Eliaha - dodałam po chwili, żeby nie wprowadzać jakiegoś niezrozumiałego zamieszania.
Cisza była dla mnie męcząca, może przez to wypowiedziałam własne myśli na głos. Poza tym kiedyś chyba powiedziałam, że nauczę go rozmawiać. Rzadko kiedy mieliśmy okazję pobyć sami, bez obaw, że ktoś nam przerwie, czy nas usłyszy.
- Możemy głównie iść stępem? - zapytałam, odruchowo odwracając głowę przez ramię, aby na niego spojrzeć. Blisko. Zaraz spojrzałam w przód. Ciemny las, normalnie bałabym się niesamowicie, ale teraz nie było tak źle. Chociaż przyznaję, kiedy nagle jakiś ptak zerwał się do lotu, podskoczyłam z piskiem, co wierzchowiec Tealvasha skwitował niespokojnym prychnięciem. - Przepraszam... - mruknęłam szybko, znów posuwając się, tak dla pewności nieco w przód. Czemu się tak stresowałam? Nie mogłam tego pojąć. Musieliśmy znaleźć jakiś temat do rozmowy, bo inaczej moje myśli będą szły w kierunku, którego chyba wolę unikać.
- Dziękuję... że po mnie przyjechałeś. Chyba jeszcze tego nie powiedziałam - zaczęłam tak na dobry początek, przez moment zapatrując się na jego dłonie, które trzymały wodzę. Sama złapałam ten kawałek skóry, który niepotrzebnie wisiał między jego dłońmi i zaczęłam się nim nerwowo bawić. - I dziękuję za trening... chociaż wszystko mnie boli i istnieje możliwość, że się przeziębię - zaśmiałam się. - To jednak jest mi lepiej - zakończyłam, ale tylko na moment, bo czułam, że tak nie zmuszę go do mówienia. - Chyba dogadujemy się lepiej, niż można się było tego z początku spodziewać, prawda? Pamiętam jak pierwszy raz mnie do ciebie przyprowadzono, byłeś przerażający, oficerze, a teraz chyba byłbyś ostatnią osobą, która mogłaby mnie wystraszyć - zaśmiałam się sama od tych słów. Były szczere, niewymuszone i może faktycznie zabawne, gdy dotarło do mnie, jak wiele się zmieniło. Szkoda, że cieszy się taką złą sławą, ale z drugiej strony ja sama cieszyłam się, że nie skreśliłam go przez to. Inaczej tak wiele sytuacji, których mogłam doświadczyć dzięki niemu, nigdy nie miałoby miejsca.

