poniedziałek, 26 marca 2018

CCXIX



       Bałam się tego, jak zareaguje, tego co przyniesie moje zachowanie, bo przecież nikt nigdy nie powiedział, że będzie łatwo, że będzie tylko lepiej. Wręcz przeciwnie, to co ma nadejść jeszcze podetnie nam skrzydła, które przecież już teraz nie są wcale rozpostarte. Czas obije jeszcze nasze wykrzywione uczuciem twarze i pokaże na co sami się pisaliśmy. Będzie ciężko, bo szykujemy się na coś, czego być może nasze biedne kości nigdy nie będą w stanie znieść. Tylko to nie jest już teraz. Tak jak mówiła Mila, nie powinniśmy już teraz cierpieć, skoro cierpienie i tak nadejdzie. Przyjdzie na to odpowiedni czas, gdy smutek będzie nieunikniony, a jeśli teraz dało się go odsunąć, to czemu z tego nie skorzystać?
       W pierwszej chwili, gdy się odezwał, czułam, jak moje mięśnie się spinają. Dopiero po chwil mogłam odetchnąć, gdy wytłumaczył nieco więcej. Przełknęłam ślinę, nie ważąc się drgnąć o choćby cal. Cała jego postawa wwiercała się w moją głowę z masą wątpliwości. Coś było nie tak. Może nawet nie między nami, a z nim. Patrzyłam na niego badawczo, nie byłam w tym mistrzem, ale on nie odwracał spojrzenia. To było moją domeną, on zawsze świdrował wzrokiem. Niezależnie od tego, jak trudny, czy nieprzyjemny temat poruszał. Więc skąd nagle u niego taki brak pewności? 
       Nie powiem, aby wydźwięk jego wypowiedzi był szczególnie przyjemny, ale czy spodziewałam się poetyckiej wylewności? Nie. Może byłaby ona miła, może byłaby czymś nowym, ale nie. Nie u niego i akceptowałam taki stan rzeczy. Przynajmniej w końcu na mnie spojrzał. Zamrugałam kilka razy, nie przerywałam mu. Poczułam, jak mnie obejmuje i to wystarczyło by wszelki strach odpłynął ode mnie w dal. Nie było jednak lekko, na to nie mogliśmy sobie pozwolić, bo choć z początku wierzyłam, że atmosfera się ociepli, szybko dotarł do mnie prawdziwy sens jego słów. Więc tak to wyglądało z jego strony? Na swój sposób zabawne, w dość gorzkim sensie. Oboje obawialiśmy się, że to drugie się od nas odwróci? Szkoda tylko, że jednak była tutaj wyraźna granica. Ja nie byłam, jak się okazuje tak szlachetna, a wizja tego, że miałabym mu pozwolić siebie odtrącić nie chciała zagościć w mojej podświadomości. Po prostu nie byłam w stanie pogodzić z taką możliwością. 
       Nie paliłam się do zaprzeczenia jego słowom. Musiałam to wszystko na spokojnie przemyśleć. Dość już wypowiadanych zbyt rychło zdań. Nie teraz, teraz musiałam ułożyć coś, co było nowe, a wraz z przeżyciami z egzekucji bardzo trudne do uspokojenia. 
       Wytrzymałam każde jego słowo, a kiedy spojrzał na mnie ponownie, pokiwałam powoli głową, by następnie przyłożyć polik do jego torsu, przymknąć na moment oczy, odetchnąć uspokoić wszystko to, co już od dawna chciało znaleźć ukojenie. Słuchałam bicia jego serca, bo w tym jednym nie różniliśmy się wiele. Oboje byliśmy ludźmi. 
       - Prawdę mówiąc... wydajesz się pierwszy raz od dawna cieszyć jakimś zalążkiem spokoju, teraz jeszcze trudniej będzie mi go mącić - powiedziałam zgodnie z prawdą, po czym uniosłam się odrobinę, by nosem delikatnie, bez większego celu zatoczyć kilka kółek na jego piersi. Ostatecznie delikatnie złożyłam na niej usta, a potem lekko zarumieniona uniosłam znów na niego spojrzenie jasnych oczu. Woda chlapnęła niezbyt głośno, nie powinnam uciekać. Mimo to wyprostowałam ręce i wychyliłam się z wody, sięgając do jego twarzy. - Najpierw mnie pocałuj. Mam wrażenie, że wieki nie czułam twoich ust - byłam nieco wymagająca, ale nie miałam nic do stracenia. Zrobiłam już tyle, że zawstydzenie schodziło na boczny tor. Męczyła mnie dystans między nami. Potrzebowałam go. Po prostu. 
       Delikatnie musnęłam jego usta. Raz, potem drugi. Były mokre, czułam na nich delikatny smak mydła, ale nie było to na tyle silne, aby miało mi przeszkadzać. Odsunęłam się w chwili, w której zaczęły mnie boleć plecy, wygięte w niewygodnej pozycji. Wtedy oparłam brodę o jego ramię, patrząc spokojnie w ściankę namiotu, która się za nim znajdowała. 
       - Mila... wie o nas - wypuściłam z siebie, powoli, bez cienia wielkich emocji. Zwilżyłam wargi, wdychałam zapach jego skóry i mydlin. Opuściłam głowę i wargami przejechałam po jego skórze, po zagłębieniu w szyi. Chciałam ukoić jego emocje, nawet jeśli to co powiedziałam nie miało nim wstrząsnąć, to na pewno były w nim jakiś nerwy, które należało załagodzić. Chciałam po prostu być jego lekarstwem, a nie kolejnym problemem. - Nie mówię jej nic, nie zdradzam za dużo. Wie jednak, gdzie spędzam noce i wie, że mi na tobie zależy, ale nade wszystko... sama chciała, żebym ci powiedziała, chociaż jest świadoma, co może ją za to czekać - ostatnie słowa powiedziałam już nie z taką łatwością. 
       Coś jeszcze jednak majaczyło się z tyłu mojej głowy. Coś okropnego. Bardzo ciężkiego. Coś do czego nie miałam prawa, bo przecież lubiłam swoją służkę. Nawet jeśli bym jej nie lubiła, to po prostu nie mogłam pozwalać sobie na podobne myśli. Tylko, że moja moralność była niczym, w obliczu innego uczucia. Uniosłam się, musiałam spojrzeć w oczy, które przykładem największej potęgi, jakiej dane mi było doświadczyć. Uniosłam dłoń, z której spadło kilkanaście kropelek i ułożyłam ją na boku jego głowy. Kciukiem gładziłam twardą kość policzkową, nieco szorstką. Zmęczony... wyglądał staro. Za staro. 
       - Nigdy się od ciebie nie odwrócę, nigdy ciebie nie znienawidzę. Nawet jeśli teraz miałbyś się pozbyć Mili, nawet jeśli kiedyś miałbyś się pozbyć mnie samej. Nigdy ciebie nie znienawidzę - powiedziałam spokojnie i tylko trochę brzydziłam się tego, że nie naciągam prawy. Owszem, rozpaczałabym długo, byłabym wściekła, ale... wybaczyłabym mu. Teraz, kiedy w tych oczach zdawałam się widzieć ogrom krwi, jaką przelał, czułam, że jestem gotowa pławić się w niej razem z nim, a może nawet, przewrotnie uda mi się jakoś go zbawić i jeśli sama przez to skażę swoją duszę na potępienie, to jestem na to gotowa. Dlaczego? - ... bo ciebie kocham - usta mi zadrżały, gdy zrozumiałam, że wypowiedziałam to na głos. Gdy te słowa zawisły w powietrzu, gdy dotarło do mnie, że wiem to nie od dziś, ale nie potrafię podać dnia od którego było to jasne. Nie dało się wątpić w znaczenie tego wyzwania. Czułam całą sobą, ile to znaczy. Dla mnie, może i dla niego. 
       Zaskoczyło mnie jedynie to, że byłam w stanie się do tego przyznać. Nie oczekiwałam po nim, że odpowie tym samym. Nie o to tutaj chodziło. Chciałam jedynie by wiedział, bo on sam wielkich słów nie lubił, ale czy to było wielkie? Teraz gdy dałam upust, gdy w końcu nazwałam to uczucie, było mi być może lżej. Na pewno lżej. Wiedziałam już na kogo patrzę, wiedziałam co do niego czuję i wszystko nagle z mojej perspektywy wydało się takie klarowne. Nie miotałam się już między nieznanymi emocjami. To był człowiek za którego chciałam umrzeć... i mogłam to robić wiele razy, ile będzie trzeba. Kawałek po kawałku. 
       Tylko dla niego. 

CCXVIII


        Nie musiałem odwracać spojrzenia, wystarczyło przyjemne ukłucie nerwów, kiedy chłodny metal znalazł się w mojej dłoni. Instynktownie wyciągnąłem nagie, ciemne ostrze; wydawało się pochłaniać całe światło, skupiać je na sobie, odbijało je na wszystko dookoła i pokrywało podłoże i ludzi kolorowymi odblaskami. Zacisnąłem dłoń na rękojeści, a później dołączyłem do niej drugą; dla pewności. Żebym nie musiał ciąć drugi raz. Kości kręgosłupa miały to do siebie, że nie lubiły łatwo ustępować, zwłaszcza, jeżeli trafiło się na nieodpowiednią partię szyi. Wpatrzyłem się w odsłonięty kark mężczyzny i w głowie obliczałem precyzyjnie, gdzie zostanie uderzony. Uniosłem miecz, powoli.
        Przed moimi oczami w jednej sekundzie pojawiła się wykrzywiona w bezgłośnym krzyku twarz o nienaturalnie jasnych oczach. Zniknęła równie szybko. Pozostawiając po sobie wichurę uczuć, których nie dało się sprecyzować słowami.
        Poprawiłem uchwyt. Był pewny. To będzie czysta robota. Wiem, jak uderzyć.
        Wiem, jak to zrobić. To coś, w czym jestem przecież dobry.
        Bogów nie było jednak między nami. Byli tylko ludzie, ci gotowi do poświęceń w imieniu wielkiego dobra i ci, którzy za nic mieli innych. Byli tylko ludzie o czarnych niczym smoła charakter. Byli tylko ludzie, którzy chcieli dobra dla innych. Którzy chcieli dobra dla kraju, świata, całej ludzkiej populacji. Tacy, którzy woleli wszystko zniszczyć. Każdego łączyło jednak to samo. Każdy miał wolną wolę i każdy decydował o swoich losach i decyzjach, za które przyjdzie mu odpowiedzieć. Bogów nie było, ale każdy tutaj zebrany posiadał boską wolę, mądrość i zdolność wyboru pomiędzy złem a dobrem.
        Bogowie nie istnieją. A nawet, jeżeli gdzieś są, schowani w swojej mysiej norze, to mają głęboko w dupie los tej pierdolonej szumowiny, która klęczała przed nami.
        Miecz opadł dokładnie w to miejsce, które sobie wyznaczyłem.
        Opadł ciężko. Ale we mnie był zatrważający spokój. Cały ocean opanowania i zimnej krwi. Ja wiedziałem, że podobnie jak dla tych zwłok, dla mnie w oczach żadnych bogów nie ma ani kropli nadziei i byłem gotowy się z tym pogodzić.

        … trzy, dwa, jeden…
        Z głośnym świstem nabrałem powietrze w płuca, kiedy moja twarz ponownie znalazła się nad powierzchnią wody. Płuca paliły mnie żywym bólem, do oczu, nosa i ust dostała się woda z niewielką ilością mydła, ale to wystarczyło, żeby gałki oczne potarte w odruchu zrobiły się zupełnie czerwone. Nie zakląłem, nie wydałem najmniejszego dźwięku, nadal tylko łapałem zapalczywie powietrze w płuca, tak zachłannie, jakby każdy kolejny miał być moim ostatnim.
        Kiedy tętno się wyrównało, ponownie zanurzyłem głowę pod wodą, starając się ignorować ból. Każdym razem na odrobinę dłużej, na nieco więcej. Krok po kroku, poza granicę własnych wytrzymałości.
        Zawsze był jeden punkt, w którym mógłbym przysiąc, że dłużej nie dam rady. W którym mój umysł zwodniczo błagał, żeby się poddać. Ale dłonie mocno zaciśnięte na krawędziach wanny pomagały, chociaż odrobinę, zwalczyć tą chęć. Zostałem pod wodą jeszcze dłużej, niż ostatnio. I miałem wrażenie, że ostatnie sekundy dłużą się do godzin, a później dni i tygodni, podczas których zostaje mi odmówiony tlen. Jakby niewidzialna ręka trzymała mnie pod wodą, nie pozwoliła wypłynąć. Musiała to być moja silna wola.
        Ponownie wypłynąwszy na powierzchnię czułem się słaby. Słabością podobną tej, którą może odczuwać osoba na łożu śmierci, która jeszcze chce walczyć z niemocą ciała, ale nie potrafi już nawet podnieść dłoni. Przechyliłem gasnące w oczach ciało do przodu, żałośnie podparty na rękach po bokach wanny. Klatka piersiowa w zatrważającym tempie unosiła się i opadała, a serce zamiast coraz wolniej, zaczynało pompować krew szybciej i szybciej. Przerywany, chrapliwy oddech desperackiej próby przywrócenia sobie spokoju. Nie odniósł sukcesu, ale odwracał myśli bardziej niż skutecznie. Cierpienie ciała sprawiało, że nie musiałem skupiać się na myślach, bo te pryskały nagle, rozproszone bólem i chęcią jego powstrzymania.
        Minęło pół godziny ścierania się samego ze sobą, a spokój w końcu spłynął na mnie niczym woda w ustach spragnionego mężczyzny.
        Te jasne oczy, uświadomiłem sobie wcześniej, prześladowały mnie znacznie dłużej niż każdy inny koszmar senny. Widziałem je często, a kiedy odwróciłem się na dźwięk niespodziewanych słów – rozproszony, speszony, dziwnie niespokojny – mój wzrok padł na dokładnie takie samo spojrzenie. Taki sam ton w oczach, choć wyraz był inny. Potrząsnąłem głową i dłonią odgarnąłem włosy z twarzy na czubek głowy i zaczesałem rozczapierzonymi palcami do tyłu.
        Chciałem jej powiedzieć, że to nie jest dobry moment, ale nie było mi dane. Po chwili siedziała już w wannie, naprzeciwko mnie, a na mojej twarzy z trudnością utrzymywałem maskę spokoju i opanowania. Płuca, choć minęło tak dużo czasu, nadal mnie bolały. Mięśnie nie zdążyły się zregenerować, a pieprzona herbata medyka wcale niczego nie polepszała.
        Ukryłem szczelnie frustrację, żeby omyłkowo nie odebrała jej jako spowodowanej swoim zachowaniem.
        Przymknąłem oczy. I zrobiłem coś, co zupełnie do mnie nie pasowało.
        Odwróciłem spojrzenie.
        — Taka władza nie leży w moim zasięgu — powiedziałem, a głos także, podobnie jak oddech, miałem spokojny. Czy o tym też chciałem zapomnieć? Czułem, że puls galopuje wysoko ponad normę, nawet jak dla mojego ciała. — Musielibyśmy chcieć tego oboje. Sam nie mógłbym… Się ciebie pozbyć — zdecydowałem się na to zakończenie i przeniosłem na nią wzrok. Była jednak już bardzo blisko mnie i wydawało mi się, że dostrzega to zmęczenie, które gdzieś czai się w głębokich zakamarkach mojego spojrzenia. Musiała widzieć, a jednak nie skomentowała tego nijak. Ja też nie zamierzałem. Uniosłem ramiona, czując, że te nie drżą już od wysiłku i objąłem ją nimi. Jakie to wszystkie mogło być łatwe, jakie dziecięco łatwe. Dlaczego w takim razie nie było? — Musisz już wiedzieć, że to działa w dwie strony, że to, co ty czujesz jest także odbiciem tego, co ja noszę wewnątrz siebie. Ale myśl, że moje naginanie twoich granic cię zmieni do takiego stopnia, w którym odwrócisz się i dostrzeżesz, że patrzysz na mnie już tylko z nienawiścią nigdy nie opuści mojej głowy. Jestem gotowy przyjąć takie konsekwencje i pozwolić ci mnie odsunąć. Ja jestem na to gotowy.
        Powtórzyłem dobitnie, jakby chcąc zaznaczyć, że to nie są puste słowa. Niepotrzebnie jednak. Westchnąłem, ale nie było we mnie zawiedzenia. Ani rozczarowania. Nie było nic, właściwie tylko wspomnienie tego pięknego, szlachetnego bólu. Oczyszczał mnie tak samo, jak stal jest oczyszczana w ogniu.
        — Zawsze będą jakieś sekrety, prawda? Mówimy, że ufamy sobie nawzajem, że mamy siebie po to, żeby nie być samymi z wieloma sprawami i z ciężarem, jaki zrzucili na nas inni ludzie, ale sekrety zawsze tu będą. Zupełnie, jakbyśmy tak naprawdę oboje bali się powiedzieć tą szczerą prawdę, bali z różnych powodów i motywów. — Uniosłem głowę i wbiłem na moment spojrzenie w przeciwległą ścianę namiotu. Mój głos, wbrew sensowi, jaki przekazywał, nie był wcale zrezygnowany. Wręcz przeciwnie, była w nim hipnotyzująca siła. I szczerość. — A więc, który teraz chciałaś przede mną odkryć?
        Wraz z tym pytaniem, spojrzałem na dół, na jej twarz i nagie ciało blisko mojego. Zmęczenie powoli oddalało się, wraz z tym, jak pozwoliłem jej dać się zbliżyć, jak rozbroiła tą samą ofensywną wieżę, którą jeszcze niedawno sama zbudowała.

sobota, 24 marca 2018

CCXVII



       Nic nie było takie jak powinno, a jeśli sądziłam, że tego dnia coś pozwoli mi wierzyć, że moje czynny będą lekkie w skutkach, to teraz już siebie nie okłamywałam. Będę cierpieć. Nie przyjdzie mi to łatwo. Nikt mnie od tego nie uratuje i nie pomoże mi w takim stopniu, w jakim bym chciała. Wzięłam więc jego miecz, nie powiedziałam nic. Szliśmy w ciszy, a ten mi ciążył. Nie patrzyłam na boki, nie chciałam nikogo widzieć. Chciałam uciec, ale szłam, perfekcyjnie dopasowując się do tempa Nevana. I było pięknie i romantycznie. Było ciężko i okrutnie. Ja i on w bieli, ale po mojej lewej stał mężczyzna odziany w mundur, dowódca tych ludzi, oficer tego, który nie dożyje następnego dnia. To on miał swoje miejsce obok mnie, nie gwałciciel, który zasłużył na swój los. Tylko ilu było tutaj gwałcicieli? Czy to zmieni cokolwiek? Czy ja byłabym w stanie coś zmienić? W chwili takiej, ja ta przypomniałam sobie słowa Nevana. Pierwszą naszą wspólną noc. Mogę zakończyć tą wojnę... jak? Czy teraz przyczyniam się do czegoś pięknego? Za dużo o tym myślałam, ale spojrzenie skazańca szybko przypomniało mi o tym, że liczy się tu i teraz. 
       Zauważyłam dłoń Nevana. W końcu powiodłam spojrzeniem po zgromadzonych. Och, to już. Faktycznie, zapomniałam, zamyśliłam się, nie wiedziałam, że już tutaj stoję. Panowała cisza, jakże nieprzyjemna. Powinnam była ją przerwać. Nie chciałam, język nie chciał współpracować, ale wtedy... dostrzegłam w tłumie Milę. Rozchyliłam wargi. To dla niej to robię, wymierzam sprawiedliwość, nie jestem okrutnikiem, nie będę się z nim obchodzić, jak ze zwierzęciem. To właśnie jest prawem, a ja nie działam wbrew niemu. Niechaj wszyscy to wiedzą. Dość bycia dzieckiem, które się boi wszystkiego, co niesie ze sobą konsekwencje. Dostałam szansę. Nie wywieźli mnie od razu do stolicy, nie zamknęli w pięknych marmurach, nim pojęłam czym jest życie, a czym śmierć. To był dar, a ja nie mogę udawać, że go nie marnuję, gdy uciekam od odpowiedzialności. Może właśnie tego chciał dla mnie Nevan, bym pojęła więcej, niż inne kapłanki? Chciał dać mi wiedzę, której innym odmówiono. Okrutną, wiem doskonale, ale nie ozdobioną kłamstwami. To już samo w sobie wybaczało jej wydźwięk. 
       - Zebraliśmy się tutaj, by zakończyć żywot Diego Merver - odezwałam się w końcu. Stałam prosto i już się nie bałam. - Jego winy można by wymieniać długo, jednak ja, córa Arethora zarzucam mu dopuszczenie się gwałtu i wiem doskonale, że za ten sam grzech więcej winnych by się tu znalazło. Wasz kompan poczyni za wzór, umrze jako symbol sprawiedliwości rzucony w tłum bezprawia. Patrząc na niego sami przed sobą wyznajcie własne grzechy, bogowie są wśród nas, gotowi jak nigdy, by ich wysłuchać - zakończyłam tą część, a potem oddałam Nevanowi miecz i przeszłam do boku. Wcześniej obiecałam sobie, że nie będę patrzeć. Teraz chciałam widzieć wszystko, nie zamierzałam odwracać wzroku. Co by się nie stało. 
       - Diego Merver, zarzuty znasz. Nie przeciągajmy tego. Ja, Esja ze świątyni Arethora oskarżam cię o czyny niegodne i skazuję... - a jednak chwila przerwy. Ostrze miecza Nevana błysnęło, słońce odbiło się w nim groźnie, jakby do mnie wołało, witało się z każdym z osobna. Mężczyzna lekko rozchylił wargi. - na śmierć - powiedziałam w końcu. Świst. Przerażający. Jedno cięcie, a potem bach... poturlała się pod moje nogi, wykrzywiona. Ani drgnęłam, czując krew na twarzy i szacie, pod stopami. Kapała przez deski, ale szpary nie rozprowadzały jej na tyle szybko, byśmy teraz w niej nie stali. Ani drgnęłam. Było mi niedobrze. Chciałam płakać, wymiotować i zniknąć. Nie pozwoliłam sobie na nic. W końcu uniosłam spojrzenie na oficera. Nieco nieprzytomne. Patrzyłam na niego przez moment, potem kiwnęłam głową i zeszłam z podwyższenia. Minęłam dwóch żołnierzy, nakazałam im zająć się ciałem, zanieść je do namiotu medycznego, potem szłam dalej. Kiedy ugięły się pode mną kolana Eliah już podawał mi ramię. Podtrzymałam się na nim tylko przez chwilę, a potem je puściłam. 
       - Mila! - zawołałam. Dziewczyna zaraz przy mnie była. Eliah odsunął się, ona podała mi rękę. Tą przyjęłam. - Muszę się przebrać, jestem brudna - powiedziałam jedynie i odeszłam. 

       Noc była ciężka. Obcowanie ze zmarłym było gorsze od egzekucji. Całą noc przygotowywałam go do pochówku, myśląc siłą rzeczy o tym, że to pierwsza od dawna, której nie spędzam z Nevanem. Palenie zwłok nie odbyło się już z taką widownią, jak sama egzekucja. Nie przeszkadzało mi to. Minął cały dzień, a obóz wrócił do żywych, jakby nic nie zaszło. A może wcale nie taka była prawda? Może widziałam zmiany, ale udawałam, że jest inaczej? 
       Dyfar nawijał, jak najęty. Chyba zaczęłam rozumieć, co irytowało tak w tym Tealvasha. Ja jednak nie zwróciłam chłopakowi uwagi. Po prostu szorowałam Amalteę, niczym się nie przejmując. Dopiero kiedy Mila po mnie przyszła, dotarło do mnie, że jest już ciemno. Poszłyśmy do mojego namiotu. Nic nie mówiłam, usiadłam po prostu. Widziałam, że coś ją męczy, ale nie odezwie się nieproszona. Mogłam więc poprosić by mówiła, a jednak przeciągałam tą chwilę, jakby chcąc aby się przemogła. Na litość boską, ja się przemogłam, ona też powinna! 
       - Mów, jak coś ciebie męczy - przerwałam w końcu ciszę. Zawahała się. Nie była pewna siebie, a na jej twarzy dostrzegłam coś, czego tak dawno tam nie widziałam. Strach. Przerażona poderwałam się z miejsca, podeszłam do niej. - Wybacz, nie chciałam być niemiła. Coś cię męczy, proszę nie bój się o tym mówić - poprawiłam się i było mi wstyd przed samą sobą.
       - Nie widziała się dziś najświętsza z oficerem - powiedziała niepewnie. Pokiwałam głową na znak, że to prawda. Zawahała się. - Dlaczego?
       Uniosłam zaskoczona brwi. Tylko o to chodziło? Chociaż jak teraz o tym myślałam, to raczej aż o to. Spojrzałam gdzieś w bok, to było dobre pytanie. Dlaczego unikałam Nevana? Może przez tą cierpkość, jaka między nas zawitała? Może bałam się, że nie uda mi się tego naprawić... byłam tchórzem. 
       - Nie wiem - przyznałam po zbyt długim milczeniu. 
       - Nie tęsknisz, pani? - zapytała niepewnie. Skrzywiłam się. Tęskniłam i musiała to zauważyć. - Po co tęsknić teraz, gdy jest obok, skoro kiedyś będziesz musiała tęsknić, bo będzie daleko? - bardzo ostrożnie stawiała te słowa. Zabrzmiały tak dosadnie mimo to. Coś jeszcze kryło się w jej oczach. - Nie powiedziałaś mu jeszcze, że wiem, prawda? - trafiła w samo sedno. Coś mnie zakuło. Spojrzałam na nią przepraszająco. 
       - Nie wiem, jak zareaguje - przyznałam bez cienia niepewności. Mimo to Mila uśmiechnęła się. 
       - Idź do niego pani, jeśli tego pragniesz. Ja dostałam wczoraj to czego pragnęłam, sięgnij teraz po własne pragnienia. Nie kłamałam. Jestem ci wierna i nie żałuję, niezależnie co to ze sobą przyniesie - skłoniła się lekko i osunęła pod ścianę, jakby mnie przepuszczając. Stałam chwilę, a potem wyszłam, wcześniej jeszcze rzucając podziękowania, chociaż nie jestem pewna, czy te do niej dotarły. 
  
       Szłam szybko. Byłam zdecydowana. Krok za krokiem. W zasadzie stale przyspieszałam. Potem to już chyba biegłam. Bardzo za nim tęskniłam. Za bardzo, być może. Może on za mną wcale. Może miał mnie dość i było mu to wszystko na rękę? Może mnie wyśmieje, może się mną zaczął brzydzić, może uczucia prysły. Każdy krok to nowa wątpliwość. Było już późno, a ja po prostu biegłam, a potem nie przejmując się niczym wpadłam do jego namiotu. 
       - Musimy porozma... och! - przerwałam wpół słowa, kiedy dotarło do mnie, że jest w wannie. Ile razy mnie to jeszcze będzie dziwić? Odwróciłam się w jednej chwili na pięcie, przodem do materiałowej ściany. Byłam czerwona z zawstydzenia. - Może wrócę później? - zapytałam, a to pytanie zabolało mnie samą. - Nie - odpowiedziałam sama sobie, zacisnęłam mocno dłonie i znów się obróciłam, by po chwili do niego podejść, ignorując rumieńce. 
       Zatrzymałam się przy wannie, z zacięciem na twarzy, zrzuciłam z siebie trzewiki, potem pelerynę, a potem koszulę i bez zawahania przełożyłam nogę przez brzeg wanny, po czym opadłam w wodę z pluskiem. Włosy z miejsca miałam mokre, z nogi zgięte po bokach ciała, dłonie opierałam o dno gdzieś między jego nogami, pochylając się przez to nieco w przód. 
       - Musimy porozmawiać - powtórzyłam to, z czym tutaj weszłam. - Nie wypuszczę ciebie z tej wanny, dopóki nie porozmawiamy - dodałam po chwili i jakby na potwierdzenie tych słów rzuciłam się w przód, prosto na jego tors. Objęłam go mocno, otoczyło mnie ciepło jego skory, na moment zapomniałam po co tu jestem, przymknęłam oczy. Tęskniłam za tym tak bardzo, a przecież to tylko jeden dzień, chociaż... może należy to już liczyć, jako dwa. 
       - Proszę, nie odsuwaj się ode mnie, nie odtrącaj mnie... myśl, że możesz mnie już nie chcieć mnie zabija - powiedziałam cicho, już nie tak pewnie, jakbym chciała. Mimo to zdobyłam się na to, aby unieść na niego spojrzenie. Wsparłam brodę o jego tors, czując jak do tego przywiera też mój biust. Chyba dopiero teraz do nie dotarło co tak naprawdę zrobiłam. Zachowałam się bezwstydnie. - Jesteś dla mnie najważniejszy, zawsze będziesz tylko ty. Bez ciebie nie mogę istnieć, więc proszę, nie wymykaj się z moich rąk - czy czułam sie żałośnie, że błagam kogoś o bliskość? Cóż... myślałam, że będzie gorzej. Pewnie przed każdym innym czułabym się gorzej, ale nie przed nim. Mimo wszystko mocniej zacisnęłam ramiona, świadoma swojej siły, jak i tego, że jego jest o wiele potężniejsza. Jeśli jednak miałabym się z nim zmierzyć, nie odpuszczę jedynie dlatego, że wiem doskonale, iż będę zdana na porażkę. 
       Jeśli o coś naprawdę chciałam walczyć do końca, to zawsze o nas. Już bez ucieczki. 
       - Ukrywałam coś przed tobą. Już nie chcę - dodałam jeszcze, nie czekając na odpowiedni moment. Już nie. Taki nigdy nie nadejdzie. Mogłam to odwlekać w czasie, ale każda taka tajemnica będzie tylko coś psuła, a ja obawiam się, że na to nie mamy dość czasu.        

CCXVI


         To było jedno nic nie warte życie. Jeden człowiek, jeden wojowniczy żołnierz. Jego śmierć i życie nie miało dla mnie żadnego znaczenia. Sprawiedliwość została odstawiona na inną półkę, na tą dalszą, gdzie będzie mogła swobodnie zarosnąć kurzem, gdzie nikt nie będzie po nią sięgał. Tylko jeden człowiek z jedną historią, której szczegółów nie będzie dane mi poznać. Nie oderwałem wzroku od zdobień, które teraz błyszczały elegancko na tle ciemnego munduru. Nie pasowały do mnie. Powinny być skąpane w krwi.
        Skoro jego życie było nieistotne, dlaczego próbowałem przypomnieć sobie podobne egzekucje, te które widziałem jeszcze jako dziecko i wszystkie kolejne, które tworzyły żniwa śmierci? Były ich setki, a każda być może mniej konieczna, niż wcześniejsze. Poprawiłem odznakę. Nadal wyglądało na to, że krzywo wisi na moim ramieniu. Z nieoczekiwaną pomocą przyszła Esja. Zerknąłem na miecz. Jego bliskość sprawiała, że czułem się spokojniej, wygładzał wszelkie fałdy zwątpienia. Widział wszystko, czego dokonałem w swoim życiu. Był ze mną dłużej, niż jakikolwiek inny człowiek. Był niczym bratnia dusza, a przecież w niczym nie przypominał człowieka. Nie miał wnętrza ani pamięci, która mogłaby udokumentować każdą śmierć. Wyciągnąłem do niego dłoń, kiedy kapłanka się odezwała, wysunąłem rękojeść ze stalowej pochwy z bardzo znajomym kliknięciem. Ostrze nadal było tak samo zabójcze, jak lata temu, kiedy mi go powierzono w drogocennym prezencie. Nie stępiło się na wszystkich tych nieszczęśnikach, których rozpłatało.
        Kiedy się w końcu odezwałem, mój głos był niezmącony emocją. Czy to krzyżowało mi plany? Czy to sprawiało, że coś się zmieni?
        — Twoje słowa są moim rozkazem, najświętsza.
        Pochyliłem się i podniosłem ostrze, a ono wpadło na swoje miejsce, teraz już zabezpieczone przez pokrowiec. To jakby niebezpieczeństwo odeszło. Skryło się w cieniu, czekało na moment, kiedy będzie mogło ponownie ujrzeć światło słoneczne.
        — Weź go — powtórzyłem, a później poświęciłem jej krótkie spojrzenie i wyciągnąłem do niej rękę z dłonią zaciśniętą na misternych zdobieniach. Były piękne. Znałem je na pamięć. — Może jest trochę ciężki, ale z czasem i praktyką zapomina się, jaki ciężar naprawdę ze sobą niesie — wyjaśniłem, niechętnie pozbywając się tego właśnie ciężaru z rąk. Kiedy dziewczyna go wzięła, odwróciłem się do wyjścia i razem, ramię w ramię opuściliśmy namiot.
  

        Na miejscu wszystko było przygotowane. Cała Gwardia stała w równym rzędzie, a na głowach mieli hełmy z wielkimi, czarnymi rogami założone z prostą, elegancką przyłbicą na twarz tak, że nie sposób było od razu rozpoznać każdego z nich. Dla mnie jednak była to kwestia krótkiej obserwacji – każda sylwetka i ruchy poszczególnej osoby różniły się między sobą diametralnie. Widziałem wszystkich, byli w pełnych zbrojach, przygotowani, milczący, złowrodzy. Stali sztywno wyprostowani, niektórzy z dłońmi na rękojeściach swoich broni, niczym zastęp samej kostuchy gotowy podążyć pod jej rozkazem i wyrywać życie z ludzkich rąk. Nie drgnąłem widząc ich w gotowości. Co myśleli? Czy osądzali tą sytuację? Żaden człowiek w tym obozie, czy to żołnierz, czy sługa, czy ktokolwiek inny nie miałby na tyle śmiałości, żeby podważać to, co tutaj się dzisiaj wydarzy. Mimowolnie jednak zastanawiałem się, jakie mają odczucia. Byli moją bronią i często traktowałem ich tak samo, jak własny miecz. Jakby byli pozbawionymi duszy narzędziami, które zrobią wszystko, co tylko im rozkaże ich pan. Odwróciłem spojrzenie. Esja w kontraście do nich była jasną figurą, wybijającą się na tle Gwardii i pozostałych żołnierzy, którzy stali po przeciwnej stronie do mojej straży przybocznej. Ci bardziej przypominali motłoch. Między nimi znalazły się także kobiety, może nawet służąca kapłanki. Na nikim nie zatrzymywałem spojrzenia na dłużej. Do nikogo się nie odezwałem, nie wykonałem żadnego, nawet najdrobniejszego znaku.
        Teraz, dzisiaj, w tej chwili ja także byłem jedynie narzędziem. Narzędziem zakończonym śmiertelnie ostrą głownią.
        Słońce powoli opadało coraz niżej. Przygotowano jedynie prosty i niewysoki, zbity na potrzeby dzisiejszej ceremonii podest wyłożony płaskimi deskami, przez które mogła przeciekać krew. Tej miało być dużo. Ostre promienie słońca strzeliście wybiły się ponad horyzont, zalały cały krajobraz czerwienią, ostrą i krwistą, jakby wiedziało dokładnie, co zaraz będzie miało miejsce. Dzień dogasał powoli i pięknie, kiedy spośród tłumu wyprowadzono skazańca. On również miał na sobie jaskrawobiałe szaty, w których wydawał się bardziej niż symbolicznie pasować do ubrania Esji. Nie zaskoczyło mnie to. Przyszła do mnie z żądaniami na ustach, więc z pewnością nie były to jedyne przygotowania, jakie poczyniła tego dnia. Skinąłem głową lekko w stronę prowadzących gwałciciela mężczyzn.
        Kapłanka nadal trzymała mój miecz, może już zdążyła zapomnieć o ciężarze, jak ze sobą niósł, a może teraz dopiero poczuła, jak silnie i z jaką determinacją potrafił pociągnąć ją w dół? Podeszliśmy do podestu zdecydowanym, powolnym jednak krokiem. Najpierw wprowadzono skazańca. Nic nie mówił. Nie krzyczał. Nie modlił się. Pokiwałem głową z uznaniem, kiedy pchnęli go w przód i uderzyli od tyłu w kolana, tym samym zmuszając do upadnięcia na kolana.
        Miał związane za plecami dłonie w nadgarstkach, krwawiły jeszcze, brudząc jasne szaty. Zachwiał się, opadając do przodu, aż na ramię, powstrzymując się nim i policzkiem przed położeniem się na deskach. Z resztkami godności podniósł się, odwróciwszy głowę na krótką sekundę w naszą stronę. Posłał jedno, jedyne spojrzenie, które nie było zaadresowane do mnie.
        Czułem na sobie palący wzrok setki ludzi, spośród której nikt się nie odezwał. Wszystkich nas zalewały ostatnie, ostre promienie słoneczne tego dnia, jakby wszystkim nam chciały przypomnieć, że koniec nie jest domeną jednej osoby, która dzisiaj odda życie. Że nas wszystkich to czeka i oby dla wszystkich było tak łagodne, jak dla tego przestępcy.
        Ja pogodziłem się z takimi kolejami losu. Na mojej twarzy odbiło się głębokie zamyślenie, które być może postarzyło jeszcze moje rysy. Wyciągnąłem otwartą dłoń do Esji.
        Skazany nie krzyczał, nie miotał się, nie wierzgał. Zerknął jedynie na kapłankę, a w jego oczach było coś, czego nie potrafiłem zinterpretować. Czego nie chciałem rozumieć. Wiedział, że oto nadszedł jego koniec, ale nie podniósł nawet głosu, jego oczy nie płakały, nie było napompowanej pewności siebie. Nie było niczego, tylko to jedno, krótkie spojrzenie. A później odwrócił się do nas plecami i wyprostował na klęczkach, na ile godnie potrafił. Zapatrzył się w horyzont. Ja także zerknąłem tam na moment, może w nadziei, że znajdę jakąś odpowiedź.
        Nie było tam jednak nic, poza krwistym słońcem i jego uporczywym żarem.

piątek, 23 marca 2018

CCXV


       Rozdrażnienie. 
       Rzadko kiedy miałam z nim do czynienia, mam tutaj na myśli te dotyczące mojej osoby, bo inni zdawali się częściej sobie na nie pozwalać. Sęk w tym, że ja tego nie robiłam, przyzwyczajając zarówno swoje otoczenie, jak i samą siebie do tego, że takie emocje, humory mnie nie dotyczą. Byłam więc uśmiechniętą kapłanka, czasem pozwalałam sobie na złość, czasem na powagę, zamyślenie. Rozdrażnienie było natomiast nowe, zarówno dla innych, jak i dla mnie. Musiałam się nauczyć co oznacza, a co ważniejsze, jakie konsekwencje ze sobą przynosi. Pierwszym źródłem wiedzy miał być Nevan i już podświadomie czułam, że gorzej nie mogłam wybrać. 
       Może ktoś inny z sympatii, obawy, czy zwykłego szacunku zignorowałby moje zachowanie, a już na pewno nie śmiałby pokazywać, że mu ono nie odpowiada. Jeśli sądziłam, że tak będzie z Nevanem, to byłam głupia. Kwestia była jednak taka, że wcześniej o tym nie myślałam. Konsekwencje mnie nie obchodziły, a własne odczucia wzięły nade mną górę. Dobrze, wiem ile noszę na własnych barkach, ale na litość bogów! Całe życie byłam zamknięta w świątyni, moje prawdziwe obcowanie z innymi zaczęło się około dwóch miesięcy temu, a nade wszystko nie byłam podstarzałym mędrcem, tylko młodą dziewczyną. 
       Miotaliśmy się w tym wszystkim. Raz byłam posłuszna, gotowa na karę, to on mówił, że przecież nie ma nade mną władzy, innym razem wydawał mi rozkaz, a ja go nie przestrzegałam, kolejnym razem wytykałam mu, że mną rozporządza, a on przypominał, że przecież i tak o to nie dbam. Stale coś w tej kwestii było nie tak, bo żadne z nas nie określiło zasad, bo te zmieniały się w zależności od naszych humorów i atmosfery, jaka aktualnie między nami panowała. Teraz też musiał to zaznaczyć, ale nim odpowiedziałam, uniósł rękę. W pierwszej chwili mnie to poirytowało. No tak. Powiedział, ale zreflektował się. Miałam być cicho. Byłam. 
       Mimo frustracji wiedziałam, że zrobił dobrze, że miał w tym wszystkim więcej rozsądku niż ja, aby mnie powstrzymać. W środku więc byłam mu wdzięczna, na zewnątrz jeszcze ta wdzięczność nie dotarła. Dziecięca upartość. Teraz człowiek, który po prostu chce załagodzić atmosferę, udobruchać rozmówcę, zakończyłby temat. Tak należało postąpić, ale przecież Tealvash wyznawał własne zasady. 
       Zrobiło mi się niedobrze. 
       Nie chciałam go słuchać, nie chciałam aby moje myśli przeżywały każde jego słowo, wizualizując sobie je przed oczami. Zacisnęłam mocno wargi, dłonie mi drżały. W tej chwili sama chciałam, żeby Tealvash już wyszedł. Znęcał się nade mną, nie wiem czy specjalnie, czy przez przypadek. Czy miało to właściwie znaczenie? To nie była kłótnia, było w tym coś innego. Wyraźna różnica zdań, przekonań, światopoglądów. Pierwszy raz tak dotkliwie pokazane zostało, jak wiele nas różni. Jeśli któreś nie przeciągnie drugiego na swoją stronę, czy możliwe będzie udawanie, że mamy szansę? 
       Jak zawsze w takich momentach on potrafił wszystko na raz odwrócić. Nie pozwalał moim myślą się ułożyć, opaść na dno i zająć jakieś miejsce. Zawsze mącił wodę, wprowadzał zamieszanie, a ja mu na to pozwalałam i może nawet czekałam na to. 
       Otworzyłam oczy, gdy złapał moją twarz. Leniwie spojrzałam w te jego krwiste tęczówki. Nie chciałam pokazać po sobie więcej emocji, niż wypadało. Tego jak bardzo się ucieszyłam z jego słów, jak wielka fala ciepła nagle mnie oblała. Nawet jeśli ostatnie zdanie do przyjemnych nie należało, a potem... po prostu wyszedł, a ja jęknęłam głośno. 
       
       Śmiesznie było unikać Nevana. To było czymś nowym, a wizja tego, że może być na mnie złym przykryła fakt, że i ja na niego byłam podenerwowana. U Dyfara byłam zaledwie chwilę, powiedzieć, że dzisiaj jednak nie dam rady niczego się nauczyć. Kręciłam się to tu, to tam. Bez większego celu, aż w końcu ten znalazł się sam. Stałam prosto, dumnie wręcz. Powitał mnie kpiący, może nawet bezczelny chichot. Bardzo gardłowy, z widocznymi oznakami zmęczenia. 
       - Proszę, proszę... cóż za zaszczyt. Najświętsza w swej majestatycznej osobie - rzucił mężczyzna, z trudem unosząc na mnie spojrzenie. Głowa nieładnie mu zwisała, nadgarstki miał poranione od liny. Ignorowałam roztaczający się smród. 
       - Jak się nazywasz? - zapytałam o to, co chodziło mi już od dawna po głowie. Dziś miał zginąć, ja miałam wydać wyrok. Nie znałam nawet jego imienia. W jego oczach widać było zaskoczenie, a zaraz prychnął, znów w ten sam bezczelny sposób. 
       - Cóż za łaskawość, cóż za odwaga. Przyszłaś poznać imię okrutnika? - rzadko kiedy ludzie pozwalali sobie na wyśmiewanie mnie w otwarty sposób. Nie mogłam udawać, że nie zrobiło to na mnie wrażenia. Zrozumiałam chyba, że w obliczu śmierci nie liczą się zasady. W obliczu strachu upadamy nisko. Nie mogłam mu mieć tego za złe, był w moich oczach śmieciem, ale w jego oczach to ja byłam oprawcą i to mnie bolało. Wbrew wszystkiemu bałam się tej roli, jaką miałam odegrać w jego życiu. Nic nie odpowiedziałam, nie wiedziałam co, więc pokiwałam wolno głowa. - Dobrze więc, Diego Merver - wykrztusił z siebie. Teraz to ja kiwnęłam głową. Zbliżyłam się o krok, mimo wkradającego się w moje nozdrza odoru. 
       - Umrzesz dziś Diego - powiedziałam spokojnie. Mój głos był smutny, spojrzałam mu w oczy. 
       - Długo ci zajęła ta decyzja - syknął, brzydko krzywiąc się jednym kącikiem ust. Bezczelnie przestał mnie już chwilę temu tytułować. Nie miałam mu tego za złe. Nie dlatego tu wisiał, nie przez wzgląd na mnie. 
       - Nigdy nie przyczyniłam się do niczyjej śmierci - odpowiedziałam mu spokojnie, jakby całe jego zachowanie nie robiło na mnie wrażenia. W rzeczy samej nie robiło. Jutro już go nie będzie.
       - I co? Oczekujesz rady, czy rozgrzeszenia? U mnie nie szukaj ni jednego, ni drugiego - splunął mi pod nogi, skrzywiłam się, ale nie cofnęłam. W tym otoczeniu jego ślina nie była najohydniejsza. 
       - A jeśli podobnie jak ty, w tej rozmowie będę bezczelna i wyznam, że właśnie po to tutaj przyszłam? - zapytałam cicho. Nic nie odpowiedział, głupi uśmiech zniknął z jego twarzy, szukał czegoś w mojej, ale ja sama przez cały ten dzień nie umiałam tego tam znaleźć. Dlaczego sądziłam, że ten człowiek mi pomoże? Może błędem było przychodzić do niego, a może... było to moim ostatnim ratunkiem, gdy inne znane mi sposoby zawiodły. 
       - Idź kapłanko, nie powinnaś tu przychodzić - zawyrokował, ale ani drgnęłam. Spojrzał na mnie pytająco. 
       - Pomóżmy sobie nawzajem, Diego - wypowiedziałam spokojnie, uniosłam dłoń i otarłam mu pot z czoła, a potem podtrzymałam jego głowę, by nie musiał jej samotnie dźwigać. - Miałeś pecha, bo akurat ty uświadomiłeś mi, ile brudu jest dookoła i na twoim miejscu mogłoby być wielu innych. Posłużysz za przykład, zginiesz ku przestrodze innym, jednak... - zawahałam się na moment, a w mojej pamięci rozbrzmiały słowa Nevana, zwilżyłam wargi, dałam sobie chwilę. - Mogę cię rozgrzeszyć. Mogę ci wybaczyć. Mogę zbawić twoją duszę - wymieniłam, nie odwracając spojrzenia. 
       Niedowierzanie wymalowane na jego twarzy. Źrenice, które teraz się rozszerzyły. Najpierw kpina, potem coś innego. Złość? To też minęło. Wiele emocji, ostatnia - niepewność. 
       - Co masz na myśli? - zapytał w końcu, przestał się chować za fałszywą pewnością siebie. Uniosłam jedną brew, będąc w transie być może. Palcami odsunęłam mu włosy z czoła. 
       - Chcą zrzucić twoje ciało do wąwozu, byś gnił, jak przystało na złoczyńcę. Ja mogę zaoferować ci należyty pochówek. Śmierć zmyje grzechy...
       - A ty unikniesz tym samym własnych... 
       - Tak - odpowiedziałam zaskoczona tym, z jaką łatwością mi to przyszło. 
       - Nie tak to działa, kapłaneczko - prychnął, ale już nie było w tym rozbawienia. 
       - Dlaczego? Bo macie własne zasady? Ja mam swoje i będę ich broić tak długo, jak starczy mi sił - zawyrokowałam, a on pokiwał spokojnie głowa. Kolejna cisza, a na jego twarzy zdawało się coś rozjaśniać, jakaś idea. 
       - Mogę teraz ja zadać pytanie? - pokiwałam głową na znak, że się zgadzam. Nie mogłam przewidzieć tego, co opuści jego usta. - Po chuj to robisz? Gdybyś chciała, to byś tu kurwa nie przyszła - wysyczał. Drgnęłam, otworzyłam szerzej oczy. Wyszłam z tego dziwnego stanu, ale nie puściłam jego twarzy. Przełknęłam to, pokiwałam powoli głową. Jak miałam mu na to odpowiedzieć? Szukałam dobrego wyjaśnienia, ale odpowiedź przyszła sam z siebie. Może bardziej rozwianie niejasności. Nie musiałam mu się tłumaczyć, to wszystko.
       - Jutro będziesz już martwy, Diego. Przyczyny mojego działania ciebie nie dotyczą - ucięłam, a on znów się zaśmiał. Tym razem o dziwo było to śmielsze. Swoją drogą ciekawe, gdybym była na jego miejscu, być może umiałabym jedynie płakać i drżeć. To była różnica między dzieckiem, a mężczyzną? Czy każdy taki był, czy może nieopacznie miał zginąć jeden z tych twardszych, który mógł się zapisać na kartach historii, ale zostanie z nich zmazany, nim jego legenda się rozpocznie. 
       - Słuszna uwaga. Obóz cię zmienił, właśnie dlatego jesteście chowane przed światem. Inteligencja, piękno i świadoma władza to trzy rzeczy, których nie powinna dostać na raz jedna kobieta - zawyrokował, ale potem zakaszlał, co świadczyło, że nie skończył. Musiał zauważyć zmianę na mojej twarzy. - Chcesz mi zapewnić miejsce wśród bogów, tak? Mi? Gwałcicielowi? A co jeśli do tego dodam, że przez ostatnie dni przy życiu trzyma mnie wizja tego, że zrywam te liny, a potem pieprzę ciebie jak najtańszą dziwkę, aż nie wypuszczasz z siebie ostatniego tchnienia... przyznaję, że w wizjach tych nie przestaję wraz z twoją śmiercią, a po wszystkim kwestia pochówku gówno mnie obchodzi - rzucił od niechcenia. Najbardziej dosadne słowa, jakie w życiu słyszałam. Zachowanie kamiennej maski kosztowało mnie ogrom wysiłku. Z trudem nie odeszłam. Nie mogłam. Wzięłam głęboki wdech, koleiny. 
       Frustracja. 
       Poznałam dziś to uczucie. Gdy strach pcha nas do złości i tak trudno jest wówczas dostać od kogoś pomoc. Zraża się otoczenie i nie można go winić za to, że te ma nas dość. Nawet gdy byłam tego świadoma, z trudem przyszło mi zostać tutaj przy tym mężczyźnie. Mimo wszystko się przemogłam. 
       - W tym wypadku mogę jedynie uznać, że cieszy mnie fakt, iż liny nie puściły. Wówczas nie byłabym w stanie wybawić cię od potępienia - spokój. Ten na mojej twarzy i ten, który pokazał się na twarzy mężczyzny, gdy zrozumiał, że walka tutaj się kończy, że duma tutaj opada. To dało mi jasno do zrozumienia, że wygram, osiągnę, co chcę. Śmieszna satysfakcja. 
       - Dobrze więc... Żyj więc dalej kapłaneczko, wiedząc, że nie mam żalu. Koniec końców przynajmniej zawsze to jakiś zaszczyt, przyczynić się do splamienia takich słodkich rączek i umrzeć z myślą, że nie zapomnisz o mnie - wypowiedział, a w głosie dało się wyczuć żal, szczerość i coś jeszcze. Pokiwałam głową, ale zanim się odezwałam. 
       - EJSA! - podskoczyłam słysząc głos Eliaha. Odwróciłam się szybko, puściłam więźnia. Blondyn zaraz znalazł się koło mnie. - Co ty tu robisz? - rzucił, złapał mnie za nadgarstek i spojrzał przenikliwie. Uśmiechnęłam się słabo. Chciałam mu wytłumaczyć wszystko, ale nie zrobiłam tego. 
       - Rozkaż go umyć, opatrzyć i ubrać. Niech zje, napoi się i na egzekucje czeka w wozie - powiedziałam jedynie i go minęłam. Musiałam odetchnąć, uspokoić emocje, które zbyt długo we mnie wzbierały. 

       Zbliżał się czas nieunikniony. Śmieszyło mnie to, jak pięknie moje włosy zaplotła Mila. Ubrana byłam w swoją szatę kapłańską i nie miałam już nic więcej do zrobienia, jak jedynie odejść do namiotu Nevana. W zasadzie mogłam skierować się od razu do wschodniej części obozu, ale... nie chciałam. 
       Kiedy weszłam do środka, Nevan miał już na sobie mundur i przypinał odznaczenia. Nie przywitał mnie. Ja nie przywitałam jego. Nie lubiłam tej sytuacji. Zerknęłam na jego miecz, duży i ciężki, ale nie aż tak, bym nie była w stanie go podnieść. Teraz jednak nie sięgnęłam po niego od razu. Podeszłam powoli, pochyliłam się lekko, ujęłam pochwę oburącz i oderwałam go od ziemi. Metal był chłodny, ale nie umiałam ocenić, czy było to przyjemne, czy przerażające. Przeszłam z bronią tak, aby zatrzymać się przed nim. Nie z boku, nie za plecami, nie gdzieś tam w namiocie, a centralnie przed nim. Patrzyłam na niego cały ten czas, na twarz, chociaż on zerkał w miejsce, gdzie właśnie mocował odznaczenie. Zacisnęłam nieco mocniej dłonie na metalu. 
       - Nie zrzucimy jego zwłok do wąwozu - oznajmiłam. Nie pytałam, nie prosiłam. Po prostu oznajmiłam. Nie było we mnie tyle pewności siebie, ile bym chciała, ale było więcej, niż się spodziewałam. - Po wszystkim jego ciało zostanie oczyszczone i namaszczone. Zrobię to sama. Spalimy je o świcie na stosie, a ja zadbam, by jego dusza była zbawiona - dokończyłam. Nim jednak on coś powiedział, uniosłam dłoń, nauczyłam się tego od niego. Jeszcze nie skończyłam. Zrobiłam trzy kroki w przód. Nieco mnie to wszystko przerażało, a jednak zbliżyłam się na tyle, by poprawić jedno odznaczenie, zaraz po tym, jak wsparłam miecz o stół. Palce trzęsły mi się lekko. 
       - Powiedziałeś, że mam nad nim władzę. Nie wiem, czy postępuję słusznie, ale taką podjęłam decyzję. Swoją własną, z którą będę musiała się zmierzyć. Teraz dopiero jest to moja decyzja, może nie tak doskonała i pewna, jakby była, gdybyś to ty ją podejmował, ale przynajmniej szczera, zgodna z tym, co czuję. Wierzę, że postępuję dobrze, bo minęła frustracja, którą czułam rano - zakończyłam, zadzierając wyżej głowę. Nigdy nie mogłam przewidzieć, jak się zachowa. Czy nadal będzie zły, czy złagodnieje, czy pokaże obojętność? Musiałam czekać, zawsze musiałam czekać. Nie mogłam manipulować emocjami, bo nim się nie dało manipulować. Prawda, jaką oferował była jedyną, jaką miałam. 
       - Jesteś mną rozczarowany? - zapytałam w końcu, chyba właśnie tego bojąc się w tym wszystkim najbardziej. 

czwartek, 22 marca 2018

CCXIV


        Wzruszyłem obojętnie ramionami, słysząc jej odpowiedź. Wydawało mi się, że ostatnio częściej niż zwykle zapomina o tym, że nie cierpię, kiedy ktoś odzywa się do mnie w ten sposób kompletnie pozbawiony szacunku i że może powinienem jej o tym przypomnieć. Teraz jednak zignorowałem jej zaczepkę. Najwyraźniej nie była w dobrym nastroju. Czy to już oznaka rosnącego rozpieszczenia?
        Ułożyłem po kolei elementy swojego stroju na blacie – te, których nie noszę na co dzień i które naprawdę mogą świadczyć, że dzisiaj mamy wyjątkowy dzień. Odbiorę jedno życie, ale przecież nazywamy to honorowym postępowaniem. Jest w tym pełno okrucieństwa, na które nikt nie powinien przymykać oczu i do którego jednocześnie wszyscy są już przyzwyczajeni. W obozie czasami porządni ludzie zamieniają się w najgorsze bestie. Potrząsnąłem głową, zastanawiając się, skąd u mnie takie myśli. Czyżby zły humor kapłanki tak na mnie wpływał? A może jej złośliwe słowa, zupełnie nie pasujące do tego obrazka naiwności, który stworzyłem sobie w głowie? Tak naprawdę chyba zirytowało mnie jej zachowanie, a może nawet wkurwiło, tylko byłem psychicznie i fizycznie zbyt zmęczony, żeby poddać się temu uczuciu w pełni. Złe prychnięcie i wzruszenie ramionami było więc koniec końców jedynym wyrazem emocji, na jaki sobie teraz pozwoliłem. Jeśli Esja zamierzała wycisnąć ze mnie coś siłą i złośliwością, to przekona się boleśnie, że to tylko sprawia, że dookoła mnie dzisiaj wyrośnie nowa forma obrony, kolejny mur.
        — Masz teraz do mnie o coś pretensje? — zapytałem zaskakująco spokojnie, przenosząc na nią spojrzenie i opierając dłoń o blat stołu. Męczyła mnie teraz jej obecność. — Zgoda, idź. Poza tym sama wiele razy podkreślałaś, że nie potrzebujesz mojego pozwolenia ani nie przestrzeżesz zakazu, żeby zrobić to, co ci się podoba. Po co więc to wszystko?
        Czułem, że takie pytania i pretensje nigdzie mnie nie zaprowadzą. Dlatego właśnie od razu pokręciłem głową i uniosłem dłoń na znak, że nie chcę słyszeć jej odpowiedzi. Jej pełne goryczy słowa nie wpływały chyba na mnie najlepiej od samego rana. Gdyby tylko można było odjąć moja zmęczenie, to może nie rozdrażniłoby mnie to kobiece paplanie. Westchnąłem, zakładając jeszcze kamizelkę, która posiadała wiele pasków, klamer i troczków, do których normalnie można przymocować zbroję, sprawdziłem resztę munduru, który leżał na blacie i byłem gotowy.
        — Tak. Będzie bardzo romantycznie. Egzekucja polega na pozbawieniu życia poprzez odcięcie głowy od reszty ciała. Może tego nie jesteś świadoma, ale z przeciętej tętnicy szyjnej zawsze wypływa fontanna krwi, to łącze, które pompuje krew do mózgu, więc popatrzymy sobie jak błyszczy przy zachodzącym słońcu — rzuciłem z premedytacją nie oszczędzając takich słów, jakie właśnie padły, po czym zabrałem z komody pas, do którego normalnie mocowałem miecz. Broń leżała jak zwykle blisko przy łóżku, więc podszedłem po nią i podrzuciłem, łapiąc w pewniejszym uchwycie. Kiedy był już zamocowany do mojego biodra, znowu spojrzałem na Esję. Co się z nią stało i czy to miało miejsce przez tą noc, czy zaczęło się już wcześniej? Nie przypominało mi się, żeby była na tyle nierozważna i bezczelna, żeby mielić językiem bez przemyślenia swoich słów. Z pewnością nie to chciałem osiągnąć, kiedy udzielałem jej lekcji. Może nie byłem zbyt dobrym przykładem do nauki pokory. — A dzięki wąwozowi szybko pozbędziemy się i całej tej krwi, i ciała na raz, bez konieczności sprzątania resztek tego nieszczęśnika. Bardzo romantyczne i naraz niezwykle pragmatycznie, prawda?
        Pytanie retoryczne zawisło w powietrzu. Dyfar czy nie, to naprawdę nie miało dla mnie znaczenia. Może Esja oczekiwała, że będę każdego poranka radośnie z nią sobie świergotał o balladach, romantyzmie i kochankach, które uciekają nocą, ale wybrała sobie do tego nieodpowiedniego człowieka. I wcześniej wydawało mi się, że jest świadoma tego, że tak będzie. Może jednak wcale nie była.
        Może ja jestem zbyt wymagający.
        — Nie powinnaś milczeć — powiedziałem, teraz znacznie łagodniej. Irytacja mnie nie opuściła, ale zmusiłem się do uspokojenia. Pochyliłem się nad łóżkiem i złapałem jej twarz za podbródek w swoją dłoń. Szorstki materiał oplatający moje śródręcze otarł się o jej delikatną skórę. — Lubię, kiedy mówisz. Nie obrażaj się jak dziecko, nie pasuje ci to.
        Chwilę później stal jęknęła, ocierając się o cholewę buta, kiedy odwróciłem się do wyjścia.

        Tego dnia faktycznie starałem się robić mniej, niż zazwyczaj. Nawet opuściłem jedną z pomniejszych narad, które zdecydował się poprowadzić Eliah na rzecz wizyty w namiocie medyka. Oczywiście, nie wszedłem do niego frontowym wejściem; żołnierze często woleli, żeby ich przywódcy byli niezłomnymi potworami, niż ludźmi o zwykłej kruchości. Febiasz jednak nie mógł zrobić dla mnie zbyt wiele.
          — Nie istnieje skuteczniejsze lekarstwo na zmęczenie, niż czas i odpoczynek — zawyrokował, kiedy zażądałem od niego lekarstwa wzmacniającego.
        Złączył ze sobą palce obu dłoni i zaplótł tuż pod swoim splotem słonecznym. Z niekrytą niecierpliwością poprawiłem swoją pozę, tym samym dając po sobie poznać rozdrażnienie.
        — Nie mogę sobie pozwolić na jedno ani drugie.
        — Ludzie niezastąpieni nie istnieją.
        Ściągnąłem brwi. Jawna sugestia, taka jak ta, rzadko opuszczała usta podstarzałego medyka. Z pewnością po całym życiu spędzonym na froncie i w obozach wiedział dużo o strategii wojennej i polityce, ale rzadko pozwalał sobie się do niej wtrącać. Na tyle rzadko, że teraz zaskoczyły mnie jego słowa.
        — Istnieją tacy, których lepiej nie zastępować — odpowiedziałem, odbierając napar, który wcześniej zaczął przygotowywać. Tym razem ostrożniej dobierałem słowa, jakby świadom tego, że dałem wciągnąć się w słowną potyczkę oraz tego, że nie znam w niej atutów swojego rozmówcy.
        — I tacy, którzy nie powinni zginąć zbyt szybko z powodu drobnego przemęczenia — dodał, po czym uśmiechnął się blado.
        Poczułem dziwny ucisk w klatce piersiowej, kiedy wypijałem specyfik, kiedy szybko przykładałem naczynie do ust, nie chcąc, żeby mężczyzna zobaczył wyrazu, który się na nich pojawił.

        Do namiotu wszedłem spóźniony. Esji w nim nie było; może na szczęście. Przez cały dzień nie miałem ani okazji, ani ochoty, żeby się z nią spotkać, trochę omijając konfrontacje z nią na wypadek, gdyby dalej próbowała psuć mi dzień swoim pyskowaniem. Ściągnąłem wprawnym ruchem kamizelkę, a później naciągnąłem mundur. Był sztywny, dawno nie noszony. Miał uświadamiać mi, że zaiste, nie mogę czuć się zbyt swobodnie, bo to ma być dzień godny zapamiętania. Dzień naznaczony cudzą śmiercią z rąk własnych ludzi. Zdążyłem zapiąć połowę odznaczeń, kiedy w namiocie pojawiła się kapłanka. Zerknąłem na nią, a później odwróciłem się drugim bokiem, mocując stalowe odznaczenia na drugim ramieniu.
        — Weź mój miecz — poleciłem, nie poświęcając jej kolejnego spojrzenia. Broń leżała oparta o łóżko. Wypolerowana i gładka, przerażająca. Przygotowana do wykonania swojego zadania. I ja również byłem przygotowany, nawet pomimo narastającego zmęczenia.
SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/