środa, 21 lutego 2018

CLXXXVII



       Skrzywiłam się lekko, kiedy bez słowa wykonał to, co poleciłam. Owszem, o to mi chodziło, ale w tym wszystkim było coś nie tak. Gdzie ten zadziorny uśmiech, który pokazywał, jak bezwstydnie zdaje sobie sprawę z własnej potęgi. Gdzie te niebezpieczne błyski w oczach? Przeanalizowałam słowa, które powiedziałam. Może nie powinnam była? Może zwyczajnie, będąc ze mną starał się nie myśleć o tym, kim tak naprawdę jestem, może wypierał to ze świadomości, a ja teraz, jeszcze w takiej sytuacji mówię mu o moim znaku. Przez to wszystko chwila w której mnie dotykał była dziwnie ciężka. Na nim coś ciążyło. Nawet nie próbował tego ukrywać. Chociaż jego dłonie przemierzały moje ciało, a ja zawsze od choćby spojrzenia byłam pełna dreszczy, cała zarumieniona, to teraz nie czułam wcale jego dotyku na skórze. Poczułam się, jak polerowana przez kogoś statuetka i to uczucie miało podłoże w czymś, co zatruło myśli mężczyzny. 
       Chciałabym czytać w myślach. Może wtedy byłoby łatwiej? Jednak z drugiej strony, pewnie nie mogłabym zasnąć mając dostęp do wszystkiego, co czai się pod czarnymi, jak noc włosami. Dobrze zapewne, że nie mówi wszystkiego, to był rozsądne, wiedziałam, że nie robi tego bez powodu, że to dla mnie lepsze. Teraz jednak już nie ciekawość, a coś innego, chęć zabrania połowy ciężaru, udowodnienie, że naprawdę potrafię wiele znieść, że to mnie nie zmiażdży. Naprawdę chciałam być dla niego oparciem. Jakimkolwiek. 
       Wtedy wyjaśnił. 
       Miałam wrażenie, że słowa, jakie wypowiedział krzywdziły jego język. Jak miałam to rozumieć? Bolało go coś, miał gdzieś wbitą drzazgę, a ona jątrzyła się, gdy wspomniał o jakiejś kapłance. U mnie w głowie naraz pojawiło się wiele myśli. Złowróżbnych. Tak, jest szlachcicem, opowiadał mi kiedyś o tym, że wszyscy mają czerwone oczy, że to ich znak rozpoznawczy, a takie świadczą o potędze rodu. Czemu więc nigdy na to nie wpadłam, że w tak potężnym rodzie może być jakaś inna kapłanka? Miałam ochotę zapytać, z jakiej jest świątyni, jakiemu bogowi służy. A co jak ją znałam? Co jeśli zmarła w rzezi? Wiele pytań, a moje usta nadal były zamknięte, nie mogłam się odezwać, gdy był w takim stanie. 
       Skrzywiłam się. Czy on zawsze będzie księgą pełną zagadek? Za każdą zrozumianą łamigłówką, zaraz tuzin następnych. Sam powinien się więc cieszyć, że dostąpi ich taki zaszczyt, ale nie cieszył się. Znałam jego podejście, nie zaskoczyło mnie to, a jednak czułam, że w tym tkwi więcej. Ja sama poczułam się niepewnie. Nigdy nam nie mówiono czym jest horrendalna cena. Prawdę mówiąc nie znałam się na potędze pieniądza, aż tak. Nie mówiono nam za ile zostałyśmy sprzedane. Sama nigdy się nad tym nie zastanawiałam, aż do teraz. Ile to "horrendalnie" i  czy to wszystko jest tego warte? Może... wystarczyłaby rozmowa, może wtedy i tak skończyłabym przy swoim przyszłym mężu, ale znałabym go, miast nosić obrożę, nie wiedząc nawet, jak ma na imię. Nie wiem nawet, czy to był małżeństwo aranżowane, czy po prostu transakcja. Bolała mnie ta myśl. Niewiele różniło mnie od błyskotki, którą można kupić i dumnie nosić na piersi. 
       Wyszedł ze słowa. Opuściłam wzrok, nie patrzyłam, ze wstydu, ale też przytłoczona nagłą atmosferą. Otoczyłam ramionami kolana, jak planowałam to na samym początku. Teraz nic nie stało na przeszkodzie. Słyszałam, jak Nevan się suszy, ubiera. Nie musiałam na niego patrzeć, by wiedzieć, że to co w nim tkwiło, nadal promieniowało. Pewnie chciał sam sobie z tym poradzić i przez to bałam się wyciągnąć do niego ręce, gotowe pomóc ze wszystkim. Z każdym demonem, jaki go dręczy. 
       Nie podjęłam żadnego działania, które można by było zaliczyć do mycia się. Po prostu siedziałam, patrząc na miejsce, w którym on jeszcze chwilę się znajdował. Na słowa odnośnie choroby nie odpowiedziałam. Znów czułam się, jak na początku, gdy byłam zadaniem. Nie wyczułam żadnej troski w jego głosie, może przez tą szorstkość? Wiem, że nie powinnam o tym myśleć, coś go dręczyło, ale już w kilka sekund zdążył postawić między nami ścianę. Przyszło mu to tak łatwo, odciął mnie. Zwinięta siedziałam w tej wannie, w jego namiocie, naga, przełamująca bariery dla niego. Czułam się jednak tak, jakby to niczego nie zmieniało. Może tylko żałośniejsza była ta chwila. Moja niewiedza i jego problemy. 
       Cisza trwała długo. Za długo. Kiedyś, dawno, powiedziałam mu, że nauczę go rozmawiać. Teraz natomiast miałam wrażenie, że sama nie potrafię tego robić. Jedynie wyrzucać wiele słów i pytań, ale nie rozmawiać. 
       Nawet nie zauważyłam, kiedy podszedł do wanny. Dopiero jego głos, zbyt bliski mojego ucha dał mi do zrozumienia, że jest blisko. Nie przeniosłam na niego spojrzenia. Miałam zaciśnięte wargi i powróciłam do roli dziecka. Dałam sobie jeszcze chwilę. Potrafię, tak jak on? Być taka, jaki on był? Wtedy też przyszły do mnie jego słowa... nie, nie wypowiedział ich teraz. Wtedy, gdy po jednym z treningów w obozie zauważyłam, że nie uśmiecha się często. On wspomniał bym robiła to, co czuję, nie próbowała dopasować swoich emocji do rozmówcy. Może miał więcej racji, niż oboje mogliśmy wtedy przewidzieć? 
       Kącik moich ust lekko drgną, spojrzałam na niego w końcu. Byłam smutna. Och, nie dało się tego nie dostrzec w moich oczach, ale uśmiech na mojej twarzy był równie szczery, co emocje malujące się w tęczówkach. 
       - Dziękuję - powiedziałam po prostu i przysunęłam się bliżej do krawędzi przy której stał, teraz klęcząc do niej przodem. Naparłam na dzielącą nas ściankę biustem, a dłońmi uchwyciłam się brzegu naczynia. 
       Patrzyłam na niego jeszcze przez sekundę w ciszy, po czym wyciągnęłam dłoń i dotknęłam jego polika. 
       - Obiecuję zrobić co w mojej nocy, żebyś po powrocie myślał, że wzięłam sobie twoje słowa do serca i naprawdę się oszczędzałam - powiedziałam niewinnie, acz bezczelnie, gładząc go kciukiem po skórze. Gdyby chciał coś położyć, może jeszcze bezczelniej przyłożyłam mu opuszki palców do ust. - Sam powiedziałeś, że zaczynam kombinować, ale nie martw się, kąpiel to w końcu czas odpoczynku, więc musiałabym zarobić się do nieprzytomności, żeby nie być w stanie ci towarzyszyć - uśmiechnęłam się nadal nieco psotnie, po czym wyciągnęłam drugą rękę i objęłam go za kark, przyciągając. Nie pocałowałam go jednak w usta, tym razem w czoło, między brwiami, to które w przeciągu ostatnich minut wyginało się brzydko od zmarszczek. Trzymałam usta tak przystawione, aż nie poczułam pod nimi gładkiej skóry, a  potem pociągnęłam go jeszcze trochę i ignorując zawstydzenie przyłożyłam bok jego twarzy do swojej piersi i objęłam go delikatnie. 
       - Ani słowa - mruknęłam. - Wiem, demon z ciebie... ale nawet demony mają prawo mięć inne demony - dodałam niezbyt głośno, układając brodę w jego wilgotnych włosach. - Ty jednak masz też mnie, może nieco odbiegłam od założeń świątynnych, ale nadal potrafię nieść światło, tylko... nie bój się z niego czerpać - kontynuowałam, delikatnie go gładząc. Jak dziecko, którym nie był. Być może takie protekcjonalne traktowanie go odrzucało, dlatego nie zmuszałam go dłużej, nie przeciągałam tego. Nie musieliśmy utrzymywać tej patetycznej atmosfery. Wypuściłam go, gdy powiedziałam, co miałam, gdy pokazałam, co może ode mnie otrzymać, jeśli uzna, że chce. Nie namawiałam go do korzystania. Nie lubił opierać się na innych, ale... kiedy wzięłam go z zaskoczenia, mogłam go chociaż przez moment wesprzeć i wiem, że tak silnemu człowiekowi to wystarczy. 
       - Teraz natomiast, bądź tak łaskaw i podaj mi ręcznik - mruknęłam, a sama sięgnęłam po mydło, by w końcu zacząć się odmywać. Miałam wrażenie, że atmosfera się nieco poprawiła. Czułam, że to moja zasługa, ale nie było idealnie. Mimo to... zerknęłam w dół i zarumieniłam się już normalnie. Jak wcześniej. - Nie musisz mnie tak z bliska pilnować, nawet jeśli pływać nie umiem, w kąpieli się nie utopię - pisnęłam, odwracając się tyłem i szybko wyszorowałam ciało. Potem dopiero spojrzałam przez ramię. 
       Westchnęłam.
       - Zastanów się, czy chcesz porozmawiać o swojej rodzinie. Nie chcę naciskać, ale nie chcę też byś pomyślał, że unikam tematu. Jeśli jednak zechcesz, to wiedz... że mam wiele pytań, ale boję się je zadać - przyznałam, czując, że mam gęsią skórkę. Naprawdę woda zdążyła zrobić się już nieprzyjemnie chłodna, ale była nieco cieplejsza od powietrza, więc wolałam trwać w stygnącej kąpieli, niż się podnosić... a jeśli już o podnoszeniu mowa... 
       Oficer po prostu wstał. Jeszcze w takiej atmosferze, że nawet nie zdążyłam popatrzeć. Teraz nie było aż tak ciężko. Nie był tym chłodnym potworem, a moim Tealvashem. Ja też nie byłam załamanym maleństwem, a jego Esją. Siłą rzeczy nie spieszyło mi się więc do wyjścia... Przygryzłam dolną wargę. Zerknęłam na koszulę nocną, na materiał, którym powinnam wytrzeć ciało. Zerknęłam na mężczyznę, wiedząc, że w tej chwili doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co dzieje się w mojej głowie. 
       - Jeśli poproszę, to nie odwrócisz się, prawda? - zapytałam. Pokiwał głową przecząco i jeśli się nie mylę, w oczach zabłysnęły mu te złowrogie światełka. Okropny. Ja do niego z sercem, a on? Mogłam siedzieć w tej wannie, ale to by go w końcu zdenerwowało bez wątpienia, i wywlekł by mnie z niej pewnie w niezbyt przyjemnej atmosferze. Mogłam czasem się sprzeciwiać, ale bez przesady, w końcu jego cierpliwość się kończyła. Mogłam więc też próbować jakoś się odsłonić, co byłoby wielce upokarzające. Nie zastanawiając się więc długo, zacisnęłam dłonie w pięści i przybrałam prawdopodobnie najbardziej zdetermionowany wyraz twarzy, na jaki zdobyłam się w całym swoim życiu. Podniosłam się więc prosto i z gracją przestąpiłam nogą przez wannę. Stanęłam prosto, sięgnęłam po materiał, ocierając się nim dokładnie, skupiona na tym co robię. Dopiero, gdy założyłam koszulę na nieco niedokładnie osuszone ciało odwróciłam się do niego. Założyłam ręcę pod biustem, jakby chcąc powiedzieć "widzisz? dałam radę", zamiast tego jednak moja mina zaraz zelżała i wyciągnęłam do niego dłoń. 
       - Położymy się już? - zapytałam spokojnie. Ależ to pytanie... przyjemnie brzmiało w moich ustach.  

CLXXXVI



        Brwi uniosły się lekko ku górze i był to jedyny widzialny wyraz mojej chwilowej konsternacji, kiedy dziewczyna powtórzyła kilka słów z mojego pytania. Nie poruszyła się, ja z resztą też nie, więc trwaliśmy tak przez chwilę i wydawało mi się, że to ona teraz chce rozdawać karty. Jak dobrze, że nigdy nie interesował mnie karciany hazard. Szybko zorientowałem się, że jest to chytre zagranie, które ma na celu odwrócenie naszych ról, ale mimo wszystko dałem jej początkowo cieszyć się tym ruchem.
        — I widzisz — zacząłem, odsuwając ją od siebie. Mój wzrok zupełnie świadomie ześlizgnął się po mlecznej skórze z twarzy na szyję, obojczyki, na okrągłe, jasne piersi i ich kształt, który zarysowywał się nad powierzchnią wody. Tym razem nie było to jednak żadne wykalkulowane zagranie, żaden wyreżyserowany podstępem ruch i nie miał niczego na celu. Po prostu przyglądałem się jej tak samo, jak ona mogła teraz przyglądać się mi. Stracony na chwilę wątek zaraz wrócił na mój język, zanim ona zdołała się po raz kolejny odezwać. —To dlatego właśnie wydaję ci zawsze same rozkazy. Bo jak zostawi ci się możliwość wyboru, od razu zaczynasz kombinować — skrzywiłem się nieco na te słowa. W moim głosie jednak nie było ani pogardy ani innego silnie negatywnego uczucia. Miało być wycelowane jako neutralna uwaga, choć może mój wyraz twarzy mógł mylić i wodzić, jak błędne wskazówki na szlaku. Sarkastyczny, nieszeroki uśmiech wyrażał z pewnością to, czego nie dodałem i czego nie zamierzałem wypowiadać.
        Zaskoczył mnie jednak jej nagły gest, a moje oczy rozszerzyły się lekko pod wpływem tej drobnej, tak naturalnej i niewymuszonej czułości. Nie znałem takich uczuć, takiej bliskości, która nie miała żadnych ukrytych pretekstów; ewentualnie taki, żeby zmienić temat, albo ukryć własne zmieszanie. Patrzyłem dlatego na nią otwartymi szerzej niż normalnie oczami, jakbym chciał rozszyfrować wartość takiej bliskości. Jakbym mógł ocenić, skąd się brała. Nikt wcześniej nigdy nie zbliżał się z taką beztroską. Tak blisko, ale po to, żeby od razu odskoczyć, zanim stanie się coś więcej. Czy mógłbym uznać, że Esja też jest w stanie mnie czegoś nauczyć? Albo dać coś, czego do tej pory życie mi oszczędzało? Wizja nie tyle nawet odrealniona, co po prostu nieswoja. Na szczęście dziewczyna sama przeskoczyła na inny temat i miałem nadzieję, że nie wrócimy już do tego. Przywołałem się do rozsądku, powoli przywróciłem swój zwyczajowy wyraz leniwej obojętności na twarz i skupiłem się na obserwowaniu tego, o czym mówiła.
        Mój wzrok jeździł po znaku równocześnie z jej słowami. Nie czekała na odpowiedź, której nie zamierzałem udzielić. Czy specjalnie unikałem dotykania tego znaku? Zamiast się zastanawiać, wypełniłem polecenie i wyciągnąłem w jej kierunku dłoń. Wydawało mi się, że poczuję coś, kiedy go dotknę – może jakiż znak, jakiś dreszcz, który ujawni mi, że wcale nie mam racji. Czy oczekiwałem takiego dowodu na to, że bogowie istnieją? Nic jednak się nie wydarzyło. I odetchnąłem w ulgą. Nie było żadnego dowodu na istnienie bogów. Żadnego. Z dłonią lżejszą niż jeszcze kilka chwil temu podążałem za jej głosem, za jej dłonią, wodziłem nią po znaku. Znad wody wystawały całe jej plecy, wraz z połową pośladów, na które znak zlał się już wcześniej. Przechyliłem nieco głowę i odkryłem, że interesuje mnie ten wzór. Nie tak chorobliwie, jak kapłanów i wszystkich niemal mieszkańców tego kraju, ale w jego powtarzalności i zawijasach kryła się hipnotyzująca, nieznajoma siła. W ciszy, którą przerywały tylko słowa opowieści kapłanki wodziłem dłonią i wzrokiem, jakby każdy z tych symboli krył w sobie coś nowego i innego, niż poprzedni, przed chwilą dotknięty.
        Dlaczego pojawiały się na ciałach kapłanek? Skąd pochodziły, mogły się jeszcze bardziej rozrastać? Rodzice w przeszłości zmuszali mnie do studiowania wielu ksiąg i naukowych pergaminów. Wiedziałem, z logicznej strony, że posiadaczka takiego znaku jest więcej warta, niż inne. Ludzie przypisywali pojawieniu się większej ilości ozdób większe siły nadprzyrodzone, ale jak dla mnie była to kwestia ogromnego nieszczęścia. Być traktowaną jako przedmiot, który bogata rodzina kupiła sobie na aukcji.
        Uderzyła mnie ta myśl, przyciągnęła ze sobą wspomnienia i obrazy, o istnieniu których wolałbym dawno zapomnieć. Puste spojrzenie przeniosło się teraz na zarumienioną twarz Esji, która znalazła się nieoczekiwanie blisko, a moje silne ramiona objęły jej drobne ciało. Faktycznie, zrobiłem tak, jak mi rozkazała. Ale mimo wszystko zostało we mnie piekące uczucie, nieprzyjemne jak konieczność połknięcia okropnego leku z egzotycznych roślin.
        Najpierw ręce zatrzymały się na lędźwiach, a później powolnie, leniwie i z ociąganiem wręcz zjechały w dół, na pośladki, zanurzyły się w wodzie. Później płynnie uda, kolana. Zwiększyła się między nami odległość. Czułem się tak, jakbym kradł coś, co do mnie nie powinno należeć, ale teraz ta świadomość nie upajała mnie tak, jak wcześniej. Mimo wszystko przesunąłem pod wodą po płaskim brzuchu, a później w równym rytmie także po jej piersiach i ramionach. Zatrzymałem mokre i pachnące mydłem dłonie dopiero po obu stronach jej twarzy. I miałem wrażenie, że muszę coś powiedzieć, jakoś wytłumaczyć swoje otępienie bez jednoczesnego zdradzania zbyt wiele. Nie, nie byłem gotowy na rozmowę o własnej rodzinie i być może nigdy się na to nie zdobędę.
        — W naszą rodzinę także ma wżenić się kapłanka — powiedziałem po prostu, a choć te słowa wydawały się tak płaskie, boleśnie płytkie i zupełnie pozbawione jakiejkolwiek emocji, to wypowiadanie ich było ciężkim zadaniem. Przytłaczającym. — Starszyzna mojego rodu zapłaciła za to małżeństwo horrendalną cenę, którą z resztą bardzo długo się chwalili — dodałem, wyginając usta w nieładnym grymasie, jakby dodatkowo wypluwając te słowa z odrazą.
        Na myśl o Ylvarenie i jego chorej satysfakcji z pozycji, jaką zdobędzie nie robiąc zupełnie nic, nie wydając na to własnego nawet grosza nie potrafiłem czuć nic innego, niż właśnie tej odrazy. Podobnie jak nie potrafiłem nazwać tych ludzi tak otwarcie moimi rodzicami. Nigdy nimi nie byli. A może byli, jeszcze zanim naszemu rodowi przytrafiły się złe, naprawdę złe rzeczy. Wydawało mi się, że w moich oczach płonie teraz nienawiść. Wystarczyło tak niewiele, jedno, marne wspomnienie. Tych kilka słów. Wiedziałem, że nie będę potrafił zapanować nad tym palącym, niszczycielski ogniem, że tylko czas sprawi, że płomienie zmaleją. A może sprawi, że ogień rozniesie się dalej, daleko, stanie się niemożliwy do powstrzymania? Pozornie i nonszalancko nie dbałem o to teraz.
        Odsunąłem się i wstałem, a później wyszedłem z ciepłej wody prosto na deski namiotu. Moje ciało ociekało wodą, a chociaż w namiocie było ciepło, to poczułem jak powietrze owija moje mokre ciało nieprzyjemnym chłodem.
        — Nie kąp się zbyt długo. Woda z pewnością jest już zbyt zimna, a nawet w tak ciepłym klimacie nocą nietrudno o chorobę — powiedziałem szorstko, nie zerkając na nią na dłużej, niż to było konieczne.
        Osuszyłem swoje ciało kawałkiem puszystego materiału, który wcześniej przyniosły służące. To od razu sprawiło, że zrobiło mi się mniej zimno. Choć tak naprawdę z nienawiścią płonącą wewnątrz mnie nie sposób było w ogóle poczuć różnicę. Zapaliłem dodatkową świecę, w namiocie zrobiło się od razu znacznie jaśniej. Odnalazłem swoje ubrania przełożone wcześniej przez oparcie krzesła stojącego obok wanny i założyłem je na siebie bez pośpiechu. Wszystko robiłem wręcz wolno i precyzyjnie, jakbym miał świadomość, że pośpiech może tylko dodatkowo wzniecić moje rozdrażnienie.
        Dopiero, kiedy byłem już odziany w lniane, lekkie spodnie uspokoiłem się na tyle, żeby zerknąć na młodą dziewczynę skuloną w wannie. Oczywiście, jej nie należał się ani ten humor ani żadne pretensje. Nie była winna temu, kim jest, tak samo jak nikt nie był winny moim uczuciom wobec brata oprócz mnie samego. Podszedłem do wanny i kucnąłem przy niej, jeszcze raz patrząc na rozległe znaki na jej plecach. Podążanie za ich wzorem uspokajało mnie znacznie.
        — Nie pracuj jutro zbyt ciężko przy rannych — poprosiłem. Choć była w tym ta twarda nuta, która wskazywała, że nie jest to tylko prośba. — Bo być może jak wrócę, będę chciał znów wziąć gorącą kąpiel, a jeśli będziesz zbyt zmęczona, żeby mi towarzyszyć?
        Nie zwykłem przepraszać. Nie, nigdy tego nie robiłem. Nie potrafiłem szczerze, a puste i sztuczne słowa niczego nie zmieniały.

wtorek, 20 lutego 2018

CLXXXV



       Skronie pulsowały mi od przyspieszonej krwi, oddech był nierówny, tak ciężki do opanowania. Chyba nawet nie próbowałam nad nim panować. Jedyny dowód na to, że pozostawały we mnie jakieś resztki rozsądku, to fakt, że jedynie głębokie westchnięcia opuszczały moje usta. Chciałam krzyczeć, piszczeć, jęczeć, zawodzić. Wiedziałam jednak, że mi nie wolno. Nie mogłam wydać z siebie żadnego dźwięku. Po pierwsze nikt nie mógłby usłyszeć. Po prostu, nikt nie mógł. Po drugie... nie wiedziałam, czy to było na miejscu. Czy Nevan nie zrozumiałby czegoś opacznie. Musiałam nad sobą panować. Zbyt mało rozumiałam, a działo się tak wiele. 
       Płonęłam. Już chyba nie było to jedynie metaforą. Serce biło, jak szalone, dreszcze roznosiły się po moim ciele, wszystkie mając swoje źródło między udami, pod jego dotykiem. Jak on dotykał. Jakim cudem takie twarde od walki palce mogły dawać tyle rozkoszy? Skąd ta rozkosz, taki jej ogrom. Nigdy czegoś takiego nie czułam, byłam spragniona, oczarowana, a moje ciało bezwstydnie zaczęło się do niego dopasowywać. Przejął nad nim kontrolę, co za moc skrywa się w tym człowieku? Nie lubiłam tak o nim myśleć, ale w świetle naszych praw był heretykiem i pod jego dotykiem żywa świętość rozpływała się w grzechu. Czy tak to miało wyglądać? Teraz niekoniecznie się tym przejmowałam. 
       Było zbyt dobrze. Zbyt dobrze, aby coś takiego miało być prawdziwe. Obejmowało mnie to całą, pragnęłam każdego doznania, którego nie rozumiałam. Bałam się, że nastanie kiedyś kres tej przyjemności. To nie będzie trwało wiecznie, cały strach, który był wcześniej, teraz jedynie przemieścił się w inne obawy, obawy, że jednak zabierze rękę, oderwie ode mnie palce. Błagam, niech ich nie odrywa! 
       Wstrząsy... silniejsze. Inne, chociaż tak podobne. Wyrwały mnie z czegoś, wrzuciły w inny poziom doznań. Dreszcze już nie były dreszczami, były mruczeniem. Mruczałam i wiłam się, potulna, należąca do niego. Trzymał mnie dobrze, chociaż nie w ramionach. Leżałam na nim, wzdrygałam się, podnosiłam, znów opadałam. Zaczynało brakować sił, jakbym robiła coś niezwykle trudnego, a opadanie na siłach... okazało się sięganiem. Bez wątpienia po coś sięgałam. Było blisko, chciałam sięgnąć i zerwać. Coraz trudniej było opanować jęczenie, chociaż nic nie bolało. Wtedy też poczułam dłoń na moich ustach. Czy zrobiłam coś nie tak? Nie było czasu... nie było czasu myśleć. Proszę, teraz, już. Zerwać. Zerwać ten owoc, był, wisiał, jeszcze, nim opadnę z sił całkowicie. 
       Wiedział, musiał wiedzieć, co się ze mną dzieje. Wiedział lepiej, niż ja, nienawidziłam i uwielbiałam ten stan rzeczy. Już nie byłam w mocy jego wzroku. Nie widziałam nic, ale oczy miałam otwarte bez wątpienia. Było tylko to sięganie, moje biodra same zaczęły odpowiadać, teraz już nie słuchając mnie wcale. Sterował mną, a ja chciałam by sterował, aż nie dobijemy brzegu. 
       Nagle. Och, co to za uczucie. Jakbym miała się skurczyć, tylko po to by wybuchnąć. Wrzasnęłam, całkowicie nad tym już nie panując, prosto w dłoń, która szczelnie mnie otulała. Nie interesowała mnie teraz. Nic mnie nie interesowało. Gdyby ktoś teraz tutaj wszedł, gdyby nas przyłapał... nie okryłabym nawet piersi. Nie okryłabym się nowym rumieńcem. Było mi teraz wszystko jedno. Mogłabym zginąć, bo zaznałam spełnienia, którego nie rozumiałam, ale które... och. Nie da się opisać, już nie bałam się, że zabierze rękę. Zrozumiałam. To nie miało trwać. To miało zapoczątkować, rozpalić, a potem... potem wybuchnąć widowiskowo. 
       Jęczałam jeszcze chwilę, teraz nie myśląc, jak to odbierze. Wszystko wyłapała jego dłoń, jednak przez to trudniej mi się oddychało, a na bogów, od kiedy nie wzięłam wdechu? Miałam wrażenie, że od lat. Potrzebowałam tlenu, co to było? Wspomnienie nadal żywe, nadal rozchodzące się po ciele. Poczułam się tak pięknie zmęczona. To było po prostu piękne uczucie. Zabójcze, fascynujące, och, jakie piękne. To nie mógł być grzech, grzechy nie są takie słodkie, takie apetyczne. 
       Dotarł do mnie jego głos. Gdzieś z otchłani szeptał, uspokajał. Zapomniałam, gdzie jesteśmy. Teraz powracał kontakt z rzeczywistością. Nigdy nie byłam tak pijana, jak w tej chwili. Jego słowa... sprowadzał mnie na ziemię. Rzadko kiedy zdobywał się na takie zabiegi, taką swego rodzaju opiekę. Och, musiał doskonale wiedzieć, że to co właśnie zrobił, było grzechem znacznie gorszym, niż tysiące poderżniętych na wojnie gardeł. Mógł ranić i zabijać, nie odczuć żadnego wyrzutu sumienia. Teraz dał rozkosz, komuś, kogo się nią nie karmi, by nie zasmakowało zbytnio. Wiedział właśnie, że gdybym miała być oswojonym zwierzątkiem, to właśnie on byłby tym, które dało mi zasmakować krwi. Uspokajał jednak, bym nigdy nie gryzła ręki karmiącej. Oswajał mnie z nowym, z zasadami, które wyznawał on. Lekcje walki...były przy tym niczym. 
       Pokiwałam delikatnie główką, chociaż nadal byłam taka tym przejęta, taka upojona. Wszystko pulsowało. Nigdy już nie będę umiała złączyć ud, nie myśląc o tym, jaka przyjemność może się między nimi skrywać. Cóż za wiedzę mi ofiarował. Jakże ona była ciężka, jakże cudowna. 
       Jeszcze chwilę, może niegrzecznie, musiałam go ignorować. Musiałam wypłynąć an powierzchnię. Widziałam już ją, ale nadal byłam cała pod wodą, tak głęboką, że jeszcze chwilę temu może i mogłam dotknąć dna. Nie przeszkadzała mi wizja, że to zrobię, jeśli to on przytrzymywałby mnie zanurzoną. 
       Dotarł do mnie jego dotyk, delikatne drżenie, jakie wywoływał. Niby dotykał ramienia, a wciąż źródło emocji było to samo. Powolutku oddawało mi kontrolę, ale walczyło. Odkąd zabrał rękę, nie poruszyłam udami, jakby bojąc się, że zepsuję coś w tym cudownym uczuciu. Dopiero gdy się odezwał, spróbowałam się poruszyć, ociężale, zadowolenie. Poliki płonęły. Spojrzała na niego ta nieśmiała twarz, którą znał, ale w oczach... w oczach odbijało się nowe doświadczenie. Bo i zawstydzenie nie dotyczyło już tego, co zawsze, dotyczyło nowego, tak bardzo nieodpowiedniego. 
       Mój przyszły mąż... Czy będzie w stanie dać mi tyle przyjemności, ile Nevan? Czy będzie to robił? Nie chciałam. Bardzo nie chciałam. Tak bardzo nie chciałam, aby położył na mnie chociażby jeden palec. Nie dlatego, że mogłabym się zawieść, a przez myśl, że ktoś inny miałby obdarzać to ciało pieszczotami. Pragnęłam ich jedynie z rąk oficera. Nikt inny. Dlaczego musi być ktoś inny? 
      Nie odpowiedziałam nic. A to nowość. Pierwszy raz zaczął jakiś temat, a ja nie odpowiedziałam.  Chociaż byłam mocna jedynie w słowach, to żadne nie opuściło moich warg. Po prostu patrzyłam na jego uśmiech, przerażający, nie przez światło. Po prostu przerażający. On był przerażający i nadal się go bałam. Ciągnęło mnie jednak znacznie bardziej. Chciałam się już całe życie go bać, tylko jego i wszystkich planów, które już dla nas ułożył i z których o żadnym łaskawie mnie nie poinformuje. 
      Zbliżyłam się bardziej. Wtuliłam w niego, w nagą, gorącą pierś. Byłam bosko zmęczona i w ciszy odzyskiwałam więcej kontroli. Moglibyśmy tak już zawsze. Nie możemy. Jednak... moglibyśmy. Rozgrzani własną bliskością. 
       Słysząc jego pytanie, ocknęłam się lekko. Może nawet przysnęłam przez przypadek, zasłuchana w bicie jego serca. Podniósł nas dwóch do pozycji siedzącej. W pierwszej chwili się zawahałam, odwróciłam spojrzenie. Czy zostanę na noc? Tylko po to tu przyszłam, by móc przy nim zasnąć... teraz sobie przypomniałam. Po tym wszystkim, co się stało, zapomniałam jak się tu w ogóle znalazłam. Jesli jednak... przełamać chociaż trochę niepewność? Pokazać pazur, którego dobrze wiemy, nie ma we mnie tyle, ile w nim? Chciałam... nie wiem. nieśmiałe pokiwanie głową w odpowiedzi na jego słowa samo cisnęło się z odpowiedzią, ale powstrzymałam to. Pod wodą zacisnęłam pięści, aby nie zasłonić biustu, który przecież widział już z wielu stron. Nie musiałam słuchać zgubnych szeptów, tym razem to ja na niego spojrzałam, chcąc coś wywołać, chcąc go zmusić do tego, by nie umiał odwrócić wzroku. Ma być mój, tak jak on chce bym ja była jego. 
       - Na noc? - powiedziałam cicho. Mój głos siłą rzeczy był lekko zachrypnięty, dawno nic nie mówiłam. Smakowałam jednak te słowa, a nawet... och, naśladowałam go, wiem doskonale. Odgapiałam jego mimikę, gdy unosiłam jedną brew, gdy próbowałam oczami wyrazić to, co on potrafił tak doskonale. Gdy wywoływał u mnie rumieńce. Wiem, że Tealvash się przeze mnie nie zarumieni, nawet jeśli zgłębię największe sztuki uwodzenia. Mimo to... chciałam być nieco bezczelna. On był często, chciałam... też spróbować. - Nie wyobrażasz sobie za wiele, oficerze? - gra opierała się na kilku urywkach, które jak przerwane przed końcem sceny czasem, podczas zajęć z tańca u Freyi udało mi się wychwycić z innych kwater. - Może już dostałam, co chciałam - ależ oczywiste kłamstwo. Wiedzieliśmy doskonale. Zanim to dostałam, nawet nie wiedziałam, że tak można. Czułam się jednak przez to doświadczenie nieco dojrzalsza w dziedzinie, jaką najłatwiej było mi nazwać relacjami damsko-męskimi - Może dałeś się wykorzystać i sam o tym nie wiesz? - zapytałam, a te słowa wisiały między nami. 
       Ależ to była piękna wizja! Przechytrzyć Tealvasha! Wyborna wręcz... ale nierealna. Wiedziałam doskonale, że takie igranie z ogniem da mi jedynie poparzenie. Było to przyjemne, jednak... gdy rozsądek przypomniał, że mężczyzna przede mną może w każdej chwili pokazać, że przyjmuje rękawicę, a potem przysłowiowo (bądź co gorsza całkiem wprost) skarcić i wymierzyć mi karę, jak dziecku, moja twarz w jednej chwili pokryła się potulnym wyrazem, oczy były wielkie, jak u sarny, która wie, że nie strzelisz w nią z łuku właśnie przez te maślane spojrzenie. Cóż... no chyba, że strzelisz, zagłuszając litość. Dlatego też podobne gry słowne muszę... dozować rozsądnie i teraz... nie wiedząc, jak pokazać, że tylko się droczę, ze znaną sobie nieporadnością cmoknęłam go w usta. Myślę, że mogłabym spokojnie spróbować zainicjować coś głębszego, nauczył mnie dość w tym zakresie, bym poszła krok dalej, ale... kiedy otwierał moje usta, wsuwał w nie język, było to takie wyzwalające. Poddawałam mu się. Sama... wciąż miałam opory przed pogłębianiem pocałunków, jakby bojąc się, że natrafię na przeszkodę. Och, niby kobieta, a jednak wciąż tyle braków. 
       - Obawiam się, że nogi mam jak z waty i nigdzie się z tego namiotu nie ruszę - odpowiedziałam ostatecznie na jego słowa, po czym coś do mnie dotarło. 
       - Unikasz go palcami. Specjalnie, czy to przypadek? - zapytałam nagle. Gdyby nie zrozumiał, pospieszyłam z wyjaśnieniami. - Mój znak. Nigdy nie natrafiasz na żaden zawijas, wyczułabym to. Znam jego rozkład na pamięć - powiedziałam spokojnie, a potem, jak gdyby nigdy nic odwróciłam się do niego tyłem, włosy przełożyłam za jedno ramię, pochyliłam się mocno nad taflą wody, prezentując całe plecy. Jedną rękę wygięłam, dotknęłam miejsca między łopatkami, gdzie tkwił symbol Arethora. 
       - Dotknij tu - poprosiłam, a może nie była to prośba. Gdy poczułam palce, drgnęłam. On pod dłonią nie mógł wyczuć nic. - Z tym się urodziłam. Tylko tym. Te trzy okręg dookoła miałam już w wieku trzech lat. Następnie zawijas w dół, wzdłuż kręgosłupa. Wypalał się bólem. Najpierw blady, przybierał na sile. Potem łopatki. Łopatki bolały okrutnie. Większość zmian się zapomina, bo występują w dzieciństwie. Następnie te spirale po bokach, nie bolały aż tak mocno. Delikatne pieczenie. Miałam trzynaście lat. Potem doszły łezki. Po roku i ta zakrzywiona pod karkiem. Najgorsze jednak były lędźwie. Błagałam by dano mi jakieś leki, ale nie daje się ich, gdy bogowie rysują swoje plany na płótnie twojego ciała. Taka jest zasada. Byłam spocona, leżałam przez trzy dni. W tym czasie mnie sprzedano. Kiedy odzyskałam sprawność, pierwszą rzeczą, jaka mnie przywitała, była gotowa obręcz na szyję - zawahałam się na moment. Po co mu to mówiłam, może nawet go to nie interesowało? Mimo to mówiłam. - Kiedy ja darłam się z bólu, myśląc, że nic gorszego mnie nie spotka, oni dopinali interesy - zaśmiałam się cicho, ale mało to było zabawne. Skrzywiłam się, nie mógł tego widzieć.
       Powoli podniosłam się znów do pozycji pionowej, odwróciłam do niego przodem, poczułam jak mój biust dotyka jego torsu. Zarumieniłam się, jak zawsze i zajrzałam mu w oczy. 
       - Muszę się umyć, skoro, już jestem w kąpieli - powiedziałam swobodnie, jakby cała opowieść sprzed chwili nic nie znaczyła. Potem natomiast złapałam jego dłonie i zmusiłam do objęcia mnie mocno, tak by wręcz dociskał palce do moich pleców. - Dotykaj mnie tam. Wszędzie. By nie było takiego fragmentu mojego ciała, który on dotknie przed tobą. - spojrzałam mu w oczy, a mój uśmiech pogłębił się i był już swobodniejszy. - To rozkaz, oficerze - dodałam. 

        

CLXXXIV



        Tafla wody zamknęła się nad nami, nadal wzburzona i falująca po nagłej zmianie objętości w wannie, uderzała o brzegi i o nasze ciała, ale w końcu nawet i ona się uspokoiła. Nie zdążyła jednak, zanim poczułem opór na swojej dłoni i kilka szybkich słów, wypowiedzianych z pewnością szczerze i spontanicznie. Gdyby los nie ukształtował mnie na tego, kim byłem, może pokusiłbym się teraz o kilka słów uspokojenia… Może nawet wsparcia. Powiedziałbym, że nie ma się czego bać, albo inny podobny, pusty frazes, żeby tylko uspokoić blondynkę, dodać jej odrobinę pewności siebie. Ale nie. Bo mi podobał się jej opór. Podobała mi się próba przeciwstawienia się mi w jakiś chory, zły sposób. Nie wiedziała jeszcze z pewnością, jak bardzo nie opłaca się przeciwstawiać temu, co planowałem jej zrobić jak i to, że strach nie będzie miał nic wspólnego z tą sytuacją.
        Oczywiście miałem świadomość, że jest kapłanką, że wcześniej nawet z pewnością nie widziała nagiego mężczyzny, nie mówiąc już o tym, żeby jakiś ją dotykał, w ogóle. Zawsze pewnie wmawiano jej, że to ciało jest jak świątynia, a ona jest jego strażniczką. Teraz jednak ta misternie, pięknie wyżłobiona świątynia upadała, kruszyła się pod moim dotykiem. Z satysfakcją zamierzałem zdjąć kawałek po kawałku, obrócić ją w proch, a później wybudować na nowo; po swojemu. Lepiej. Pewniej. Z fasadą obronną, żeby poza pięknem mogła być również niezdobyta dla tych, którzy nie znali moich tajemnych przejść.
        Drżała niekontrolowanie, choć woda nadal była gorąca. Sam odkryłem, że jedna z dłoni również drżała mi z emocji, a może ze świadomości tego, co robię, co naprawdę zaraz chcę zrobić. Nie wiem. Nie było czasu, żeby się nad tym zastanawiać, bo chociaż wydawało mi się, że go zatrzymaliśmy, to być może on płynął w zaskakującym tempie. A to wszystko trwało zaledwie kilka chwil.
        Nie wypowiedziałem ani jednego słowa. Wydawało mi się, że z naszych ust buchają kłęby pary, jakbyśmy właśnie znaleźli się w tej wannie na śniegu, gdzieś głęboko w dal naszej krainy, a nie na gorącej pustyni. Jej usta otwarte w krzyku, który nigdy nie opuścił gardła były wystarczającą wskazówką, że nie zamierzamy się wycofać, że teraz już żadne z nas nie będzie chciało się cofnąć. Nie zabrałem dłoni, nie zwolniłem nawet na chwilę. Zaszedłem już tak daleko, a w dodatku Esja szła tuż obok mnie, że nie było dla nas drogi powrotnej. Spłonęła w tej wannie wypełnionej ciepłą, mydlaną wodą, w tym namiocie, który na zawsze miał utrzymać to wydarzenie w tajemnicy, jako że był jedynym jego świadkiem.
        Esja była w gruncie rzeczy całkiem cicha, ale kiedy jej ciało nieświadomie wygięło się w ostry łuk, a głowa została odrzucona jeszcze dalej do tyłu, natrafiła na moją klatkę piersiową, a włosy łaskotały ją bez skrupułów, podniosłem drugą dłoń i zacisnąłem ją na jej ustach. Pochyliłem się do przodu, jakbym doskonale wiedział, że całe to napięcie zaraz wybuchnie, że za krótką chwilę… Jeszcze tylko kilka ruchów, ostatni wysiłek… Chciałem patrzeć na jej twarz, na jej oczy, które wydawały się teraz wcale mnie nie widzieć, skupione na zupełnie innych, nowych doznaniach. Kącik ust uniósł mi się ku górze. Sekunda, dwie. Trzy. Nagłe spięcie mięśni całego jej ciała i krzyk, który nie mógł opuścić ust niczym grzmot rozdarły atmosferę w namiocie. Jej skóra była tak delikatna, że wydawało mi się, że każde zaciśnięcie na nich palców spowoduje serię sinych śladów. Zabrałem dłoń z jej ust, kiedy byłem pewny, że żaden dźwięk nie będzie już nas w stanie zdradzić.
        — Już… Już — powtórzyłem, pochylony tuż nad jej uchem, blisko jej twarzy, obserwując każdą zmianę, jaka na niech zachodzi, starając się odczytać każdą z emocji, która się tam pojawia. Dominowała jednak tylko jedna. Dzika satysfakcja wypełniała mnie i rozrywała trzewia. Oto ja i ona. I nasza świątynia, tylko dla nas. Nikt nie ma do niej dostępu i nigdy nie będzie miał.
        Wyciągnąłem dłoń spod wody i opadłem na brzeg wanny, jakby to wszystko zmęczyło również mnie. Ciepło i bliskość jej ciała jednak nie pozwalały mi się zrelaksować, odpocząć. Nadal rosło we mnie napięcie, paskudna świadomość, że nie mogę zrobić nic więcej. Nie odważyłbym się zrobić nic więcej, nie patrząc już nawet na żądze własnego ciała. Musiałem być ponad to, chociaż ta część zwykłego mężczyzny we mnie buntowała się przed tym okrutnie.
        Czy wcześniej były jakieś kobiety? Czy później jeszcze jakieś będą? Czy poza Esją będzie dla mnie istniało coś nowego, coś równie ekscytującego? Nie potrafiłem przypomnieć sobie, co robiłem z chłodem własnego łoża, zanim pojawiła się w nim Esja – tak niespodziewanie, początkowo jako niechciany intruz. Przymknąłem powieki, kciukiem wolno gładziłem ramię, bark, część pleców, do której udało mi się dotrzeć. Aksamitna skóra. Westchnąłem przeciągle. Czy poczuję, kiedy pod moimi palcami pojawi się znak? Czy będę mógł go wyczuć, czy jest wydrążony w jej skórze, czy bardziej przypomina tatuaż? Zabawne, że właśnie te myśli teraz nawiedzały moją świadomość. Tak zupełnie bez znaczenia w porównaniu z ogromem zła i grzechu, jakiego teraz się dopuściliśmy. My, ja z przyjemnością, a Esja – miałem nadzieję, że końcowo wcale nie z mniejszą, niż moja.
        — Nauczę cię wszystkiego — odezwałem się w końcu, przeciągając głoski leniwie, powoli. Teraz nigdzie się nam nie spieszyło, a ekscytacja powoli znikała z powietrza. Zostawał jedynie przedsmak tego, co nigdy mi się nie należało. — Zrobię wszystko, żeby twój przyszły mąż miał z tobą naprawdę marne życie — przyznałem, a choć na mojej twarzy po tych słowach zawitał uśmiech, to zdawałem sobie sprawę z tego, że są naprawdę poważne. I szczere. Chciałem, żeby ten człowiek stracił wszystko, zanim jeszcze ten cały świat w postaci kapłanki trafił w jego ręce.
        Wypadałoby pewnie zapytać, jak się czuje. Albo jak było. Każdy mężczyzna zrobiłby to teraz, w tym momencie, a mimo wszystko ja nie otworzyłem już ust. Mruknąłem cicho, czując, że woda robi się coraz chłodniejsza. W tym dźwięku kryła się niezbyt dobrze schowana satysfakcja. Wiedziałem, jak było, dlaczego miałbym teraz o to pytać.
        — Zostaniesz na noc? — zapytałem w zamian, otwierając półprzymknięte oczy. Leżała tak na mnie, a ja na ścianie wanny, z głową odchyloną i opartą o brzeg.
        Jeśli kiedykolwiek poczuję zwątpienie w sens tego, co robię, w sens podejmowanych przeze mnie decyzji, wystarczającym będzie, że przypomnę sobie tą chwilę, ten moment, kiedy nasze ciała stygły tak blisko siebie. Kiedy wcześniej ktoś pchnął nas w płomienie ognia, a teraz czekaliśmy, aż wszystko opadnie. Wróci do normy. Zabawne. Czy była dla nas norma?
        Pierwszy wykonałem ruch. Podniosłem się, zmuszając ją do tego samego, nie leżeliśmy więc już, a siedzieliśmy. Ona na mnie, taka swobodna i plastyczna. Piękna. Z włosami spływającymi wokół twarzy o delikatnych rysach i zaróżowionych ustach i policzkach.

poniedziałek, 19 lutego 2018

CLXXXIII




       Spięłam się odruchowo, czując jego uchwyt na swojej ręce. Jakbym wpadła w zasadzkę i nieważne czym ona była, naturalnym działaniem było podjęcie jakiejś próby, aby się oswobodzić. Mimo jednak, że byliśmy śliscy od wody, to wciąż był znacznie silniejszy. W zasadzie zastanawiam się, jak wielka była siła tego mężczyzny. Czy gdyby chciał, mógłby zmiażdżyć moją czaszkę w dłoniach? Potrafił zdobyć się aż na taką sprawność? Chociaż czaszka ma do aż tak wytrzymałych nie należała. Może to słaby przykład. Moje żebra na pewno nie stanowiłyby przeszkody. W tych kilku sekundach zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo nie miałabym szans, gdyby rzeczywiście chciał zrobić coś wbrew mnie. Najmniejszych. Z kimś innym może, wykorzystując element zaskoczenia, ale nie z nim, bo to on nauczył mnie wszystkiego, co wiem o ataku i obronie. Gdyby pragnienie w nim narodziło się, a we mnie nie, gdyby postanowił mu ulżyć, nie powstrzymałabym go. Powinnam się tego obawiać. Miał trzydzieści dwa lata, ja dziewiętnaście. Dzieliło nas tak wiele. Dlaczego więc tak w niego wierzę? Ufam w mężczyznę, który splamił swoje dłonie nieraz, który zmył z nich niedawno krew, a jutro znowu w niej je umyje. Zabijał. Zabija i zabijać będzie. Trzymał mnie za rękę morderca. Zimnokrwisty oficer splamionego przerażającą chwałą oddziału. 
       Jego słowa nadal rozbrzmiewały w mojej głowie. Nie wiem czy dokładnie je rozumiałam, ale ostatecznie zabierał przecież i tak już zbyt wiele, bym w oczach boskich na zgubę nie była skazana. Jaką inną zgubę mógł mieć na myśli? Chciałam zapytać, ale nie zdążyłam. Tak wiele się wydarzyło w jednej chwili i mogłam się tego spodziewać. 
       "Bezpieczna" - mogłabym go wyśmiać za te słowa. Właśnie unieruchamiał mnie najbardziej niebezpieczny mężczyzna w obrębie wielu mil, a on mydlił oczy takimi słowami. Chciałabym odnaleźć w sobie spokój, unieść brew i zażartować. Jednakże... stałam nadal naga. Nie miałam nic do ochrony, to nie było dla mnie normalne. W zasadzie było to bardzo krępujące. Liczyłam może na jakieś "jesteś piękna", pusty komplement, albo chociaż ładna, przyjemna dla oczu. W świątyni wielu mnie komplementowało. Zwierzchnik mówił o cnotach, o tym, że muszę się skrywać, by w sypialni przyszły mąż rozpływał się nad mą urodą. Nevan nie robił tego. Nie dał czegoś, czego się spodziewałam i może przez to jeszcze bardziej byłam zagubiona. 
       To była chwila. Chwila w której musiałam wykazać się sprytem, o jaki siebie nie podejrzewałam, bo wolną dłonią udało mi się zatkać usta nawet przed tym, gdy wydarł się przez nie głośny pisk przerażenia. Poczułam, jak upadam w wodę. Znów oberwały moje łopatki. Jeśli będę je miała sine, zadbam o to, aby wziął odpowiedzialność za swój brak delikatności i przekładanie mnie z miejsca na miejsce. Jakież to niesprawiedliwe. Gdybym ja chciała wbrew woli go przesunąć... pewnie nawet by nie drgnął. 
       Zamrugałam zaskoczona. Woda wpadła mi do oczu, zakaszlałam, zaczął panować półmrok. Musiałam otrzeć oczy, oswoić się z tym, że... jestem z nim w wannie. Zamarłam. Nagle. Bez uprzedzenia. Dotarło do mnie, że tak oto na lędźwiach czuję jego jedną nogę, stopami mogę połaskotać jego udo, w okolicach kolana. Zawstydzona miałam już przyjąć pozycję obronną, asekuracyjną. Niemalże mięśnie zawyły, gotowe podkurczyć nogi, objąć je ramionami, osłonić się tak, pozostawiając swobodnymi jedynie włosy, który wypełniały niemal całą taflę wody, tworząc przez to lepszą barierę dla wzroku. Czym jednak były oczy, przy dotyku! W dodatku, jeśli o nim mowa, to właśnie przez ten dotyk nie byłam w stanie zwinąć się tak jak planowałam. 
       Jego dłoń. Bez wątpienia. Nie przypadkowo, jak to było ze mną. Wiedział, gdzie ją kładzie. Spięłam się, ale nie poruszyłam. Nie rozumiałam. Chciałam rozumieć. Nie chciałam zrozumieć. Rozumiałam doskonale. Tyle emocji i moje wargi, rozsunięte, szukające odpowiedzi, walczące o słowa sprzeciwu, które na języku formowały już szyki. 
       W oczach miałam dziwną pustkę. Wiedziałam, owszem, wiedziałam, że to było złe. Tutaj jednak moja wiedza brutalnie się kończyła. Nie, nie było, jak wtedy gdy uczył siłą rzeczy mnie sztuki całowania. Wiedziałam bowiem, że pocałunki są różne, nawet jeśli znałam głównie te w policzki, czy w czubek głowy. Teraz natomiast... miałam pustkę. Pustkę  strach, niepewność. Jego dłoń, coraz wyżej. Zmierzała gdzieś, gdzie przecież nie może. Nie wolno. Czy się trzęsłam? Bałam się? Chyba tak, chyba naprawdę się zaczynałam obawiać, nie z fascynacja. Po prostu był to strach, bo nie wiedziałam po co to wszystko. Po co takie gesty. 
       Skrępowanie. Bardzo ciążące, jak podczas badań, do których mnie zmusił wieki temu. Jakiż on wtedy był okropny, bez skrupułów grożąc, że jak się nie zgodzę, to zrobią to siłą. Nadal jest tym samym człowiekiem. Jeśli kiedyś w jego ręce trafi inna kapłanka, nie potraktuje jej wyjątkowo, przez wzgląd dla mnie mnie. Był wciąż tym samym draniem od ostrych, jak brzytwa rozkazów. Zmieniło się to, kim byłam ja. Nie byłam już w jego oczach zwykłą kapłanką. Nie byłam też tylko rozkazem. Byłam czymś więcej. Chciałabym wiedzieć czym dokładnie i wiem, że istnieje ryzyko, że nigdy się nie dowiem, bo taki już jest. Kiedy ma dobry humor powie więcej, ale jeśli nie ma ochoty, to nie można go do niczego zmusić. 
       Sapnęłam na moment się zatracając. Teraz jednak przyciągnął mnie do siebie bliżej. Otworzyłam oczy i spojrzałam na niego świadomie. Miałam wrażenie, że w powietrzu unosi się wino w gazowej postaci. Upajało, miałam cięższą głowę, nie myślałam trzeźwo. Woda była taka gorąca, nadal miałam dreszcze. 
       Były emocje między nami, które oboje odczuwaliśmy. Te same, nie mogłam się mylić. Były jednak też skrajne. Jego swoboda i pewność siebie, moje wahanie, mój lęk i niepewność. Nie chciałam pytać. Wyjść na dziecko, które zadaje głupie pytania. Och, bardzo chciałam, żeby sam mówił, ale on wolał pokazywać. Zawsze wolał teorię od praktyki. Wrzucanie na głęboką wodę - takim byłby nauczycielem. Nie, jak zwierzchnik w świątyni, który przez bite miesiące zmuszał mnie do czytania o harfach, nim dotknęłam pojedynczej struny. 
       Złapałam jego dłoń w nadgarstku, używając palców obu swoich rąk. Jego ciało nie drgnęło. Nie odsunęło się. Stało w miejscu. Spróbowałam ją cofnąć. Nie pozwolił mi, ale też nie napierał. Każda jednak próba siły z mojej strony wywoływała wzburzenie wody, które... nie wiem... delikatne muśnięcie, chociaż jeszcze nie dotknął. Trzęsłam się. Chciałam poruszyć biodrami. Nie planowałam tego. Ta cisza... ta cisza, która mieszała w głowie bardziej, niż słowa. On lubił ciszę, bo znał się na czynach. Ja umiałam jedynie mówić. 
       - Nie chcesz mnie umyć... - powiedziałam cicho. Ten pomysł nadszedł, gdy jeszcze jechał dłonią po udzie. Kto jednak zaczynałby ten zabieg od takiego miejsca.Uda mi drżały. 
       Cokolwiek kotłowało się w jego głowie, bez wątpienia nie były to nigdy plany wspólnej kąpieli. Nie w takim pojęci kąpieli, w jakim ja mogłam o tym myśleć. 
       - Nie zrobisz mi krzywdy, prawda..? - zapytałam znów. Bogowie, czemu nie wiedziałam więcej? Czemu mówiono nam tak niewiele. Wiem dlaczego. Byśmy nie oczekiwały więcej, niż niektóre mogły dostać. By w takich kwestiach mąż uznał, co wolno nam wiedzieć. Czego się spodziewać, czego chcieć... jeśli o jakichkolwiek chęciach byłaby w małżeństwie mowa. Na bogów, ja jednak czegoś chciałam i czułam, że Nevan lepiej ode mnie wie czego. Mimo to bałam się, tak naturalnie. Zakazanego, nieznanego. Próbowałam wziąć się w garść. - Wiesz, że ja nigdy... - och, na wielkiego Arethorna! Doskonale wiedział! Mało tego i on i cały oddział! Nie dlatego, że jestem święta, ale chociażby przez cholerne badania, które były informacją ogólnodostępną. 
       Speszyłam się. Odwróciłam wzrok. Znów ta myśl. Ile ich miał, ile widział. Czy we mnie dostrzegał coś ciekawszego, czy robił to, co zawsze. Niecierpliwił się? Nie poluzowałam uścisku. Walczyłam. Następnie, powolutku puściłam jego rękę. Nie spieszyłam się w tym. Dłonie nieco mi drżały, nie wiedziałam, co z nimi zrobić. 
       - Boję się - przyznałam, ale już nie było w tym przerażenia. W zasadzie moje ciało zdawało się niecierpliwić, jakby bardziej niż ja rozumiało to wszystko. Przyłapałam się na tym, że znów unikam jego spojrzenia, a ono ponownie szepce do ucha, bym spojrzała. Kiedy zaczęłam szybciej oddychać? W zasadzie... mój oddech przerywał ciszę. Bogowie... jego dłoń między moimi udami i czekanie na coś, co już dawno by się zaczęło, gdyby nie mój opór. Teraz te oczekiwanie zdawało się mnie bardziej rozpalać. Co się działo? - ... nie powinnam była tu przychodzić, to jest złe, nie spodoba mi się, zawiedziesz się, nie zrozumiem, nie odpłacę się, nie utonę w tym, bo jestem kapłanką, a nie... - potok słów, w trakcie którego naprawdę znów przeszła mi przez myśl ucieczka. W tym wszystkim nieopacznie złapało mnie jego spojrzenie. Krwawe. Twarz miał taką pewną, może nawet przerażająco nieugiętą? Nie to jednak było istotne, bo w całym tym pędzie, w którym wyrzucałam z siebie natłok słów, które miały robić za tarczę... uciszył mnie. No może nie do końca. 
       Zadrżałam cała, mocno, silnie. Krzyknęłam bezgłośnie, niegotowa. Czy mogłam się na to przygotować? Na to, jak oczy zaszły mgłą, jak głowa się odchyliła, jak serce zdawało się mruczeć w piersi, jak coś dziwnego rozchodziło moje siało, mając bez wątpienia swoje źródło w jego ręce, która podczas gdy ja gorączkowo dawałam do zrozumienia, że zamierzam się wycofać, bezczelnie odnalazła swój cel. Na wszystkich bogów, jak dobrze, że odnalazła. 
       - ... a nie... - próbowałam podjąć stracony wątek. Jaki wątek? Nie umiałam zamknąć ust. Nie umiałam nie patrzeć mu w oczy, ale powieki mi nieco opadły. Nic nie umiałam. Czekałam. Między jednym ruchem, a drugim. Jak tak niewiele może zniewolić tak bardzo. Moje ciało zdawało się mruczeć, wraz z jego oczami. Że to przedsmak, coś, co miało zasznurować usta. Przekonał mnie takim gestem, że nigdzie nie pójdę, nigdzie mnie nie puści, a ja nie będę chciała, by puścił. - ... nie... - mimo to walczyłam z tym podjętym wcześniej wątkiem. Jakim wątkiem? 
       On mnie przysunął bliżej siebie, czy ja się przysunęłam. Te jego spojrzenie. Czułam się przez nie winna. Nie przed bogami. Och, jacy bogowie? Był tylko Nevan. Tylko on i jego ciepłe ciało. Był jadowitym wężem i zaczął kąsać. Och, jak on kąsał. 
       Gdybym wiedziała, co planował, nigdy bym tutaj nie przyszła. Jakże więc dobrze, że ten podstępny mężczyzna nie zdradzał mi swoich planów. Jak dobrze. 
       W tej chwili byłam pod jego władaniem. Niebezpiecznym. Było to takie wolne. Moje biodra się poruszyły. Mógł szybciej. mógł bez przerw. Czy ja patrzyłam na niego błagalnie? 
       "Posłuszna tylko mężowie. Uległa tylko mężowi. Czekająca tylko na męża. Wypatrująca jedynie męża. Czuła dla niego. Ciepła. Prosząca. Chętna. Zgodna. Wierna... " jakże te słowa okrutnie wpadły do mojej głowy. Właśnie teraz, ale zamiast ostudzić zapał, jedynie podkręciły moją temperaturę. Złe. Takie złe. Otulał mnie złem. 
       - Więcej... - nie wytrzymałam. Wymsknęło się, chociaż zakryłam zaraz dłonią wargi. Mimo to słowa w przeciwieństwie do dawno straconego wątku chciały zostać wypowiedziane. - Naucz mnie więcej, błagam... - tak oto, na jego oczach, chociaż może nie zdawał sobie z tego sprawy coś zaczęło rozkwitać. Jakaś zmiana, która być może nigdy miała się we mnie nie narodzić. Której bym nigdy nie poczuła, gdyby dane było mi doświadczać jedynie męża. 
       Pożądałam go. Chciałam dla siebie. Nie, już nie tylko chciałam być jego. Właśnie tak to wcześniej wyglądało, bo wbrew łamaniu zasad miałam wpojone, że kobieta to własność mężczyzny. Ja jednak chciałam go na swoją własność. Na tyle, na ile to możliwe. Już nie jedynie wierząc, że mogę być jego, on musi być mój. Zrobię wszystko by był mój. Zedrę szaty, posłusznie wejdę do wody, gdzie zechce. Ma być mój. Oddam mu władzę nad tym, co boskie, co zrodzono do władania. Dam mu potęgę z posiadania tego, czego nie ma prawa mieć. 
       Zwilżyłam językiem spierzchnięte wargi. Będę dla niego kobietą. Nie dzieckiem. Kobietą. Chcę być jego kobietą. Znak na plecach piekł, och piekł tak przyjemnie, że marzyłam, by stanął w ogniu. Chciałam się spalić, jeśli to on ma być płomieniem. 

niedziela, 18 lutego 2018

CLXXXII



        Niemal nic się nie zmieniło, a jednak. Cały świat stanął na głowie jedynie przez wzgląd na naszą dwójkę. Szaty oparły powoli, uwypuklając skrępowanie, ale ja wcale jej nie pospieszałem. Nie karciłem wzrokiem, nie wymagałem, nie nalegałem. Czekałem, patrzyłem, podziwiałem – owszem. Ale nie naciskałem. Obserwowałem spokojnie, powoli wręcz, jakby z każdym nowym spojrzeniem odkrywając kolejny kawałek znaku na plecach, kolejne zagięcie na skórze, każdy kształt jej ciała. Spokojnie, choć do spokoju teraz przecież też było mi daleko. Krew buzowała przyjemnie w żyłach, a przeciwieństwo rozsądku podszeptywało cicho, co zaraz może się wydarzyć, co może się stać, jeśli żadne z nas nie postawi przeszkody na drodze, na którą zeszliśmy. Choć wewnątrz więc rozszalało się zło w czystej postaci, które podpowiadało coraz mniej moralne scenariusze, na zewnątrz pozostał spokój. Bałem się… Na litość wszystkich rycerzy! O nieprzyjemny dreszcz przyprawiała mnie teraz myśl, że jeden gest mógłby wystarczyć, żeby zupełnie ją spłoszyć.
        Dlatego głównie w bezruchu przyglądałem się, jak odkłada ubrania i czekałem, aż sama podejdzie. Uważne, czujne spojrzenie jako jedyne mogło zdradzać, że w rzeczywistości wcale nie jestem teraz tak bardzo spokojny, jak na to chcę grać.
        — Właśnie, że ci wolno — wyszeptałem, nie dbając o to, że chrapliwy głos jest kolejnym wyrazem mojej niecierpliwej natury. Czy to miała być zachęta? Czy po raz kolejny pozwalałem jej zejść z drogi tego, co przystoi dla własnych korzyści. Owszem, nie czułem się za to nawet odrobinę bardziej winnym.
        Widziałem wszystko. Musiała wiedzieć, że widziałem ją całą, a jeśli tak, z pewnością widziała też, że ten widok bardzo mi się podoba. Elektryzująco pobudzone pożądanie drgało w powietrzu niczym niewypowiedziana nuta, niczym ostatni ton piosenki, którego nikt nie odważył się zagrać, ale o którym wszyscy wiedzieli, że powinien się tam właśnie teraz znaleźć.
        Uniosłem brew na pytanie, które nastąpiło po długiej ciszy. Czy wyglądam, jakbym czuł się winny? Z pewnością zadałbym to pytanie, gdyby nie nagły dotyk, który sprawił, że skóra zapłonęła zupełnie innym uczuciem niż to od zanurzania się we wrzątku.
        Przeszył mnie niespodziewany dreszcz rozkoszy. Zniknął szybko, niemal niczym uderzenie pioruna zostawił jednak po sobie widoczny ślad. Spojrzałem natychmiast na Esję. Była tuż obok.
        — Chcę zabrać temu człowiekowi wszystko. Zabrałbym mu wszystko, gdyby to nie sprowadzało na ciebie zguby — odparłem, znajdując w sobie nieznajomy pokład siły na takie wyznanie. Zupełnie szczere, płynące z całej esencji tego, kim jestem i kim byłem.
        Zanim zdążyłem jednak dodać coś więcej, nieoczekiwany ruch wytrącił mnie ze skupienia. Tak, jak silne pchnięcie mogłoby wytrącić z równowagi człowieka stojącego na jednej nodze z kamieniem trzymanym oburącz nad głową z równowagi. Poczułem zaskakującą bliskość i drobną dłoń na swoim udzie. To wystarczyło, żeby zdrowy rozsądek wyłączył się spoza tej konkurencji. Złapałem tą dłoń w nadgarstku, kiedy chciała już się cofnąć. Pod wodą, nie patrząc – nawet gdybym skierował tam spojrzenie, mętna woda prawie uniemożliwiała zlokalizowanie jej ramienia – złapałem ją mocno, pewnie, z pełną świadomością, że chcę ją tutaj zatrzymać, zanim ucieknie. Zanim jej śmiałość i pewność tej sytuacji minie, pęknie jak mydlana bańka, chciałem ją tutaj zatrzymać. Tak egoistycznie, tylko dla siebie. Dlatego właśnie nie pozwoliłem jej wyciągnąć dłoni. Zamknąłem drogę ucieczki, bo o ile wcześniej jeszcze jakąś miała, to już nie teraz. Nie robiłem tego nawet już dla szczeniackiej chęci dominacji nad nią i nad tą sytuacją. Nie. To było coś o wiele ważniejszego, o wiele głębszego, niemożliwego do sprecyzowania.
      Stała obok mnie, tak pochylona, włosami łaskocząc moje ramiona i tors, mocząc je w gorącej wodzie, ale jakby w ogóle nie zwracając na to uwagi. Moje usta były lekko rozchylone. To jako jedyne pozwalało mi jeszcze kontrolować oddech, który teraz jeszcze znacznie przyspieszał, jak po długiej gonitwie, bo ogromnym wysiłku. A przecież jedyne, co było, to my. Nasza dwójka w tej bańce mydlanej, która powinna pęknąć już dawno temu, ale zamiast tego wznosiła się coraz wyżej, odpływała coraz dalej, lekka w powietrzu, niedostrzegalna dla innych. Dookoła toczyło się zwykłe, obozowe życie, a wewnątrz tego wszystkiego byliśmy my. Ona, stworzona do świętości i ja, grzesznik, dla którego nie było nigdy nadziei zbawienia. A teraz także i dla niej. Byliśmy oboje utwierdzeni w tym losie który sami sobie wybraliśmy.
      Czy to była moja siła manipulacji? Czy może jej świadoma decyzja? Czy ona czuje się jak lalka na sznurkach, która musi zatańczyć tak, jak rozkaże jej właściciel linek? Odchyliłem głowę do tyłu, uważnie, po raz kolejny przyglądając się każdemu kawałkowi, każdej najdrobniejszej przestrzeni jej ciała. Czy te pytania miały teraz jakiekolwiek znaczenie, kiedy była tutaj, tak blisko?
        — Nikt się nie dowie — zapewniłem, nadal ściszonym głosem. — Będziesz bezpieczna. Obiecuję.
        Nie byłem nigdy typem człowieka, który odczuwa potrzebę chwalenia się wszem i wobec swoją zdobyczą, swoim osiągnięciem, a już tym bardziej nie swoją kobietą. Wolałem zachować to dla siebie, nawet nie tylko przez wzgląd na nasze… Warunki. Esja z pewnością była świadoma tego, że zabiorę swój sekret do grobu, jeśli będzie mi to dane. Że nigdy nie powiem słowa na ten temat. Że świat nie usłyszy o nim z moich ust nawet na najgorszych torturach.
        Czas zastygnął w miejscu, a potem ruszył z kopyta, kiedy wydarzyło się kilka rzeczy na raz; i każda jedna za moją sprawą. Rozchlapując wodę dookoła obróciłem się tak, żeby złapać kapłankę ramieniem w talii i pociągnąłem ją za nadgarstek, na którym nadal zaciskałem dłoń. Jej lekkie ciało opadło miękko w wodę, jakby pozbawione kontroli. Ale trzymałem ją. Wszystko zaplanowałem. Taka bliskość sprawiła, że zabrakło mi powietrza w płucach, jakby wycisnął je z nich silny, celny cios. Choć nic takiego się nie stało. Dziewczyna leżała w poprzek, połowicznie zanurzona pod wodą; na tyle niewielka, żeby zmieścić się wraz z nogami w miedzianej wannie.
        Jak złe było to, że moja dłoń odnalazła się bezczelnie na wewnętrznej stronie kolana, zanim Esja zorientowała się być może, co właśnie się stało? Woda wylana z wanny zgasiła dwie z zapalonych świec i zrobiło się znacznie ciemniej. Jak okrutne było to, że naprawdę zamierzałem odebrać jej przyszłemu mężowi wszystko? Włącznie z przyjemnością, jaka płynie z seksu?
        Palce zmierzały w górę, wyżej i wyżej, nieustannie. Doskonale wiedziały, dokąd zmierzają. A ona, wiedziała? Nie odnalazłem niczego w jej oczach. Kiedy opuszki odnalazły swój cel, przyciągnąłem ją do siebie. Czy znała wcześniej taki rodzaj przyjemności? Czy wiedziała, na co się pisze, kiedy kierowała się do tego namiotu? A czy ja wiedziałem? Nasze oddechy łączyły się w powietrzu, tuż naprzeciw naszych twarzy, blisko, ale jednak nie dotykających się. Wiedziałem, co należy zrobić i mogłem przyznać sobie, że robiłem to z wielką wprawą.
        Ekscytacja zamieniła się w pożądanie. Czyste, bezbarwne, silne. Atmosfera zgęstniała. Znowu wszystko inne przestało się liczyć, znowu była tylko nasza dwójka.
SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/