wtorek, 24 kwietnia 2018

CCXXIII


       Powolutku wszyscy zapominali o dniu egzekucji, jakby jedna śmierć faktycznie nic nie zmieniała, jakby jeden z wielu poległych nie robił różnicy, a fakt, czy zmarł od wroga, czy swojego nie był w zasadzie niczym istotnym. Ja sama powoli dojrzewałam do tej myśli, coraz rzadziej wspominając mężczyznę, który z mojego rozkazu stracił życie. Z każdym dniem wstawałam z łóżka coraz lżej, aż pewnego ranka podniosłam się tak, jakbym nigdy nie miała krwi na rękach, odsuwając ten fakt daleko od siebie Gdyby pozostawiono mnie samej sobie, nie wiem, czy dałabym radę. Nie byłam jednak sama, a między mną i Nevanem nastały cudowne czasy, sprawnie przysłaniając wizję mojego wyjazdu. Żyłam z dnia na dzień, nie bałam się już wypraw, z których wracał dzielnie, nie do obozu, a do mnie, obóz był tylko przy okazji. Moje posłanie pozostawało chłodne i nieużywane, więcej mojej obecności dostrzegałam w jego namiocie, niźli swoim, jednak Mila dbała o to, bym tylko ja miała takie spostrzeżenia. No i może jeszcze Nevan. Miałam wrażenie, że moja służąca jeszcze bardziej chciała pokazać, że jest użyteczna i nie mogłam jej się dziwić. Sama dała mi dosadnie do zrozumienia, że wie ile będą teraz kosztować ją nawet najmniejsze błędy, a ja nie potrafiłem się z nią spierać. Mimo, że kochałam Tealvasha, nie oznaczało to równocześnie, że ten się zmienił. Nadal był przerażającym oficerem, gotowym bez wahania odebrać życie każdemu, kto stanie mu na drodze. Była to myśl przerażająca, wywołująca dreszcze, ale z kolei nie nastręczała bezsennych nocy. W zasadzie spałam jak dziecko, nauczyłam się zasypiać twardo, gdy tylko ułożyłam polik na jego piersi, jakby było to najbezpieczniejsze miejsce na ziemi i idąc powiedzeniem, najciemniej pod pochodnią, być może rzeczywiście było. 
       W całym tym cyklu tak podobnych dni, nic nie miało się wyłamać od normy. Kolejny ranek, gdy pocałowałam go czule, kolejne godziny spędzone na pracy w namiotach medycznych, na zajęciach w stajni. Spokój i zmęczenie towarzyszyły mi, gdy wychodziłam ze stołówki, przy moim boku szła Mila, a ja robiąc przerwę w opowieści o tym, co spotkało mnie dziś w stajni, odwróciłam głowę do słońca, w kierunku, w którym odjechały rano wierzchowce, wraz z żołnierzami. Zawahałam się, a po chwili zatrzymałam, więc i Mila poszła w moje ślady. Na horyzoncie nie było nic, jednak... 
       - Pani? - służąca spróbowała skupić na sobie moją uwagę. Chciałam jej ją poświęcić, jednakże... w tej samej chwili zawyłam głośno, sama tym zaskoczona. Zgięłam się w pół, opadłam na piasek. - Najświętsza! - zawołała dziewczyna spanikowana, ktoś inny coś krzyknął, dotarły do mnie odgłosy poruszanej zbroi. Zakręciło się w głowie. Krzyczałam. Ból. Zamknęłam oczy, z trudem łapałam oddech, a wtedy w ciemności wszystko stało się jasne. Obrazy, cios, ręce zaciśnięte na mieczu, ale za dużo przeciwników. Za wielu. 
       - Nie!!! - zawyłam. Cała się trzęsłam. Ktoś pytał co się dzieje. Czułam ból w piersi, a po chwili... ten ustał, ustały też obrazy. Wszystko zniknęło, jakby nigdy się nie pojawiło, ale przerażenie w moich oczach. Te nie chciało ich opuścić. Popadłam w szloch, silny, tłumacząc, że muszę się dostać na front, natychmiast, muszą dać mi konia. Nikt nie słuchał. Tłukłam, wyrywałam się. Nie umiałam składać zdań, a jedyne, o czym mogłam myśleć, to ta cholerna wizja, jak i prośby do bogów, by to było tylko złe przeczucie, nic innego. 
       Nie mogłam nic zrobić. Nic. To było okrutne, jak i okrutne było podanie mi naparu nasennego, uznanie, że przegrzałam się na słońcu, przepracowałam. Oczy zaszły mi ciemnością, z którą bardzo chciałam walczyć, a sen nie był przyjemny. Był pusty. W zasadzie miałam wrażenie, że tylko mrugnęłam, jednak gdy otworzyłam ponownie oczy, nie było już tak jasno. W pierwszej chwili nie skojarzyłam co się dzieje, potem poderwałam się do siadu. W głowie miałam tylko jedno, tylko Nevan się dla mnie liczył. Wypadłam ze swojego namiotu, za pusto, za pusto!!!
       Serce biło mi jak szalone, kiedy pokonywałam kolejne metry, spacer zamienił się w bieg, a potem... potem usłyszałam. Jego głos, ale cichy i wiele innych, podenerwowanych, wrzeszczących. Wpadłam do namiotu medycznego i od progu złożyłam formułki błagalne do wszystkich bogów, czując jak się pode mną nogi uginają, jak krew odpływa od twarzy, jak patrzę na tą scenę, jakbym wcale nie była jej naocznym świadkiem, a zaledwie czytała o niej. Eliah z opóźnieniem mnie zobaczył, ale zrobił to jako jedyny. 
       - Esja! Wyłaź! - krzyknął, a muszę zauważyć, że takim tonem nigdy do mnie nie mówił. Mimo to ani drgnęłam. Ponowił rozkaz, a ja na przekór postąpiłam do przodu, wciąż patrząc na zakrwawionego Nevana, jakby wcale tu nie leżał, jakby to wszystko było historią, albo snem. 
       - Pomogę... - powiedziałam tak cicho, tak niewyraźnie, tak nieświadomie, że gotowa byłam rozglądać się i szukać właścicielki własnego głosu, gdyby Febiasz nie spojrzał na mnie natychmiast. Zmierzył mnie wzrokiem, a w tym momencie wszyscy wrzasnęli, bo Nevan znów wierzgnął. Ktoś zaklął szpetnie, medyk nie miał czasu na rozmowy. Skinął i kazał mi przytrzymać mu głowę, bo dwóch rosłych mężczyzn trzymało już barki i między nimi nie było dość miejsca na kolejnego... ja się zmieszczę. 
       Stanęłam nad nim, nad tymi czerwonymi oczami, w których skrywał się obłęd i bez wątpienia rozkojarzenie. Nie wiedziałam, czy zdawał sobie w ogóle sprawę z tego, co się dzieje, ale żył... żył... będzie żył. Oczy zaszły mi łzami, bałam się ruszyć, a on to wykorzystał, aby się szarpnąć. 
       - Kurwa! Trzymajcie go do chuja! - wrzasnął ktoś, całkowicie zapominając o mojej obecności, a ja sama podskoczyłam i natychmiast ułożyłam dłonie na czole mężczyzny, robiąc co w mojej mocy, aby go utrzymać. Spojrzałam na dłonie medyka i poczułam, jak treść żołądka podchodzi mi do gardła. Ktoś coś rozpalał, w powietrzu uniósł się zapach płonącej skóry. Szybko wróciłam spojrzeniem do twarzy Nevana, niby znajomej, a takiej obcej. Nie patrzył na mnie, nie było z nim już kontaktu, ktoś podał mi jakąś szmatkę, nasączoną płynem, kazał mu przyłożyć do ust. Zrobiłam to, a nie wiedząc, co jeszcze mogę zrobić, modliłam się przez cały czas, nawet gdy w końcu stracił przytomność, trzymając jego głowę, nie zaprzestając modlitwy. 

       Po wszystkim przeniesiono go do jego kwatery. Takiego... pozbawionego życia, ale oddychającego. Nikt nie byłby w stanie mnie od niego odciągnąć, ale byłam świadoma tego, że nie mogą się domyślić moich powodów. Wyjaśniłam, że specjalne modły lecznicze działają tym lepiej, im bliżej kapłan jest rannego. Cały obóz już pogrążony był w rozpaczy i teraz bardziej, niż kiedykolwiek potrzebowali tutaj kapłanki. Faktycznie się modliłam, gotowa wołać medyka, jak tylko będzie się coś działo. Cokolwiek. Godzina za godziną, było już całkowicie ciemno, miałam wciąż krew na szacie, jego, ale on był już czysty, oddychał płytko... tak płytko, jak jeszcze nigdy. Gdzie ta jego siła, gdzie potęga? 
       - Pozwoliłeś mi zapomnieć, że jesteś zwykłym śmiertelnikiem... - pociągnęłam nosem, kiedy pozwoliłam sobie odpocząć nad moment od modłów. - Więc nie masz prawa teraz umierać. Masz wziąć odpowiedzialność za swoją legendę i obudzić się, być silniejszym, niż wcześniej. Błagam Nevanie, wróć już do mnie... nie możesz mnie zostawiać, nie teraz, kiedy wciąż jestem obok - nie płakałam już. Łzy wyschły dobrą godzinę temu. Mężczyzna jednak nic sobie nie robił z moich słów, nadal spał, jakby sprawy ludzkie go już nie obchodziły. 
       Nie miałam pojęcia, która to była godzina, gdy Lance po mnie przyszedł, powiedział, żebym wyszła na moment do ognia. Noc była wyjątkowo chłodna, a jako, że poprzednim trzem prośbą odmówiłam, tą postanowiłam przyjąć, w głowie słysząc głosik, który mówił, że Nevan nie byłby zadowolony moim zachowaniem. Podniosłam się powoli i odsunęłam kotarę, by wyjść wraz z żołnierzem. Jak się okazało ognisko zapalono całkiem blisko, ale rozmowy się nie kleiły, w całym obozie zdawało się nie słyszeć niczego. Tylko cisza. 
       Sama przysiadłam na jednym z okrągłych kamieni, jakie tutaj przytaszczono, zatrzymałam się na ogniu, aby nie musieć nikomu spoglądać w oczy. Ktoś coś mruknął, ktoś zdawkowo odpowiedział, ale w powietrzu unosiło się gęste widmo śmierci i to możliwej śmierci tego, który miał nigdy nie opuszczać swoich ludzi... w tym i mnie. 
       - Esjo..? - minęła zbyt długa chwila, nim zorientowałam się, że ktoś się do mnie odzywa i jeszcze dłuższa, nim dotarło do mnie, że to Eliah. Spojrzałam na niego zaskoczona, wyglądał starzej niż zwykle, ale zdobył się na uśmiech. - Może nam zaśpiewasz? - zapytał i wydawało mi się, że wszyscy byli zaskoczeni tak samo jak ja. 
       - Proszę? - zapytałam skołowana, ale Lance podchwycił. 
       - Właśnie! W końcu muzą Arethorna jest muzyka. Nigdy dla nas nie śpiewałaś - zauważył i kiedy spojrzałam po twarzach, takich strudzonych, pozbawionych nadziei, zrozumiałam, dlaczego zastępca Tealvasha o to poprosił. Potrzebowali ukojenia, czegoś, co zamie ich myśli i być może, ja sama też tego potrzebowałam. By noc nie była taka cicha, a jeśli nie rozmowa, to niech chociaż muzyka przetnie obawy i niewypowiedziane czarne scenariusze. 


       Nie zastanawiałam się, czy to właściwe. Patrzyłam po nich, po ludziach, którzy mogli przerażać, a teraz pogrążeni byli w smutku, pełni obaw, jak dzieci, którym wyrwano z dłoni skrawek ubrania rodzica. Pozostawieni sami sobie, bez dowódcy, tego, który zawsze zrywał ich do walki, a dziś sam toczył być może jedną z najgorszych bitew w swoim życiu. Och bogowie, choćbym miała być potępiona po wieku, niech on tą bitwę wygra! 
       Mój głos roznosił się daleko... ale do niego miał nigdy nie trafić. Mógł dociągnąć wroga, pustynią przenosząc się dalej, niż zaszły oddziały Nevana, płynąć po wodzie, nieść się rzeką. On leżał tak blisko, a był poza zasięgiem. Nienawidziłam siebie za to, że mogę tak mało, że w zasadzie nie mogę nic. Dłonie mi się zatrzęsły, oczy zaszły łzami, ale głos się nie zachwiał, a nim zdecydowałam się na to, aby przerwać ten bezcelowy występ, do mojego głosu doszedł kolejny, pokryty chrypą i doświadczeniem, jakiego ja nie miałam. Potem kolejny, niezbyt wdzięczny. Kolejne dwa, lepszy i gorszy. Nie wiedzieć kiedy całe ognisko nuciło, każdy po swojemu, ale razem, jakby zatracając się w tej chwili, w starej pieśni, w obawach, w modlitwie... czymkolwiek to było, być może dla każdego oznaczało coś innego. Nieistotne, dawało ukojenie, pomagało wyciszyć wspomnienia. Aż do ostatniego słowa, do ostatniej sylaby, gdy głosy ucichły, by znów na pustyni zapadła cisza, która już nie miała być przerywana. Stałam jeszcze chwilę, powiodłam spojrzeniem po twarzach, które przez tą krótką chwilę zapomnienia zmieniły się znacząco. Patrzyły na mnie z takim oczarowaniem, jakbym zrobiła coś wielkiego, a nie zrobiłam nic. Zatrzymałam się na Eliahu, skinął mi głową. Zrobiłam to samo, uśmiechnęłam się delikatnie, a potem skłoniłam im grzecznie. Wszystkim, nie przejmując się tym, jak różni rangą ludzie zasiadają dookoła. 
       - Wracam czuwać - oznajmiłam i nim postąpiłam chociażby krok, wszyscy się podnieśli. Uniosłam brew, a gdy skinęli mi zawahałam się na moment. Ciepło. Chyba to poczułam. Płynące od ludzi, którzy z zimną krwią zabijali. Bardzo przyjemne ciepło. Jeśli mógł zostawić mnie, jeśli kochanek może zostawić ukochaną, to na pewno nie mógł porzucić ich. Dowódca zawsze musi być na przedzie, musisz wrócić do swoich ludzi Nevanie, bo bez ciebie... są zagubieni. 
   
       Dwa dni. Dwa dni leżał, czasami mając drgawki, tak silne, że Febiasz przyjmował przerażony wyraz twarz, jaki do niego nie pasował. Czasami był z kolei zimny, lodowaty, a trzymając jego dłoń czułam się tak, jakbym trzymała już martwego człowieka. Najgorsze dwa dni mojego życia. Nie było żadnej poprawy. Ani razu nikt nie powiedział, że jego stan zmierza w dobrym kierunku. Sypiałam przy jego łóżku, a obawa przed utratą dowódcy zabiła poczucie odpowiedzialności i nikt nie widział już w tym nic złego. Wierzyli w boską moc, a ja patrzyłam, jak ulatuje z niego życie i nie mogłam nic na to poradzić. Nic. 
       Oczy mnie bolały. Za mało mrugałam, mięśnie miałam spięte, a gdy kolejna kropelka potu pojawiała się na jego czole, bo oto nastał ten moment, gdy rozgrzany był niemiłosiernie, machinalnie sięgałam do jego skóry, by ją zetrzeć. Och, kolejna... sięgnęłam, otarłam go materiałem, palcami delikatnie odsunęłam włosy z jego czoła. Gdy brwi mu drgnęły, gdy dołączyły do nich powieki, nawet nie ruszyłam się z miejsca. Podczas ostatnich dwóch dni wiele razy wydawało mi się, że odzyskuje przytomność, ale to nigdy nie nastąpiło. Kiedy stęknął, przysiadłam jedynie na brzegu łóżka, chcąc zwilżyć mu kark porcją zimnych okładów. Kiedy czerwone oczy otworzyły się, ja nadal wykonywałam swoją pracę. Byłam zmęczona i nie ufałam już sobie. Nie ufałam temu, co widzę. Zmęczone krwiste oczy mogły patrzeć, śledzić moje ruchy, a na mnie nie robiło to już wrażenia... chciałam, żeby tak było. Okłamywałam się jedynie, serce zabiło mocniej. Złapałam się za głowę. 
       - Ile razy jeszcze będziesz oszukiwał, że do mnie wracasz, by ponownie odpłynąć? - jęknęłam, przecierając własne czoło. Muszę się uspokoić, otarłam jeszcze oczy i spojrzałam na jego twarz, tak jak sądziłam, oczy były zamknięte. Tylko mi się przewidziało. Złapałam go za dłoń wzdychając ciężko, ale ta... zacisnęła sie na moich palcach. Znów odnalazłam jego twarz. 
       - Nevan? - zapytałam przerażona. Zmrużył powieki, a adrenalina odsunęła ode mnie natychmiast zmęczenie. Zeskoczyłam z łóżka, klęknęłam na podłodze przy nim, wychylając się lekko nad pryczą. Z moich ust kolejna fala modlitw, próśb, starych sentencji, aż mi nie przerwał. Zamrugałam dwa razy, spojrzałam na jego bez wątpienia otwarte oczy. Te cudowne, czerwone, pełne życia, chociaż teraz te nadal było w nich słabe. Nieistotne. łzy zaczęły mi spływać po twarzy, serce zagłuszać wszystko, modlitwę przełknęłam, wiem, że nie chciał wcale jej słyszeć. Ujęłam delikatnie jego twarz w dłoń. 
       - Bogowie, żyjesz... żyjesz... - powtarzałam, nie mogąc w to uwierzyć. - Straż! Posłać po Febiasza! Natychmiast! - zawołałam tylko na moment odwracając się od Telvasha, zaraz znów gładziłam jego szorstki policzek. - Nie ruszaj się, leż spokojnie. Och, tak się bałam. Nigdy więcej... ale już jest dobrze, już będzie dobrze - powtarzałam cichutko, na oślep sięgając dłonią po kubek z wodą, aby pomóc mu się napić, bo wargi miał takie suche. Nie wiedziałam, czy to wola boska, czy to jego siła. Nie obchodziło mnie to. Chciałam tylko, by Febiasz natychmiast się tutaj znalazł i oznajmił, że najgorsze już minęło. Chciałam usłyszeć radość jego ludzi, a najbardziej chciałam wziąć go w ramiona i myśl, że tego mogę jeszcze długo nie móc uczynić okrutnie mi doskwierała. 
       

CCXXII


        Zrobiło się tak… Lekko. Ten śmiech miał moc odwrócenia zmartwień i zamiany je w coś pięknego. Taki prosty dźwięk, taki naturalny i szczery. Uniosłem lekko brwi, ściągając ku sobie u góry, ale jej nigdy nie będzie dane zobaczyć tego wyrazu twarzy. Tego rozczulenia, które objęło mnie niespodziewanie, ścisnęło z zastraszającą siłą. Była zbyt blisko, zbliżyła się do ognia, jakby chciała spłonąć, jakby zrobiła to specjalnie, z premedytacją… Głupia. Może nie wiedziała, że później nic już nie ogrzeje jej w ten sposób, nikt inny nie spali, nie poparzy, nie oczyści cierpieniem. Weszła w sam jego środek i wyglądało na to, że już rozglądała się po swoim nowym domu, zastanawiając się jak odpowiednie go umeblować.
        Emocje spłynęły z mojej twarzy wraz z kropelkami wody, które rozprysnęły się wszędzie dookoła, pozwoliłem sobie schować je ten raz, na chwilę po tym jak mojego serca nie broniła już żadna bariera. Stłumiłem westchnienie wywołane nagłym uciskiem klatki piersiowej, a później podążyłem spojrzeniem w dół, na jasne włosy teraz pokryte mgiełką wilgoci, która osiadła na nich.
        — Kto by pomyślał, kapłanko, że oddasz serce takie okrutnemu oficerowi — odpowiedziałem cicho, podobnie jak ona zniżając głos niemal do szeptu. Dookoła mogło nikogo nie być, ale płócienne ściany namiotu nie chroniły nas przed głosem niosącym się daleko. Zawahałem się na moment. Nie potrafiłem powtórzyć tych słów, nawet gdybym ponownie miał otrzymać taką samą jak wcześniej reakcję. Zamiast tego przechyliłem się lekko w przód, opierając wygodniej czoło o to należące do niej.
        Na szczęście sama wytrąciła mi ostrze z dłoni, które nie wiem, w którym momencie się tam znalazłem. Po prostu skinąłem głową bez słowa i to było jedyne zapewnienie, jakie ode mnie dostała. Nie będę mówił. Nie będę wspominał, nie będę używał tego, co było w mojej dłoni, na ustach, w głowie. To nie miało znaczenia. Po prostu pozwoliłem jej być, blisko, bliziutko, kusząco niedaleko. Pozwoliłem jej dotykać mojego ciała, a kiedy zauważyłem, że i to mnie uspokaja, rozluźniłem się zupełnie. Tego wieczoru nie mogło już wydarzyć się nic, co potrafiłoby zepsuć tą pełną rozluźnienia atmosferę. Żadne koszmary tej nocy. Żadne wspomnienia ani pragnienia. Nic.

        Codziennie czekałem na wiadomości, ale te każdego kolejnego dnia nie nadchodziły.
        Wraz z biegiem czasu zupełnie zaprzestałem zaglądania do namiotu Aelnei, która zaczęła witać mnie podniesioną brwią. Możliwe, że była niedaleko odkrycia prawdziwej przyczyny mojej nadmiernej zapalczywości i palącej niecierpliwości dotyczącej sprawy odesłania kapłanki do stolicy i bałem się, że to będzie pierwsza rzecz od wielu lat, którą uda mi się zepsuć brakiem opanowania. Taka nieprofesjonalność bolałaby mnie do granic możliwości, a świadomość że najlżejszą w świetle prawa karą za odkrycie tego, co łączy mnie z kapłanką – dożywotni zakaz zbliżania się do niej – byłaby również ta najtrudniejsza do zniesienia.
          Dlatego przestałem zabiegać o wiadomości. Czułem ich ciężar, choć jeszcze nie nadeszły, ale każdego dnia paskudny oddech zbliżających się wydarzeń był coraz bliżej mojego karku. Nawet pewność, że Aelnea nie ma prawa wydać moich sekretów, jeśli chce chronić swoich nie sprawiła, że tego poranka udałem się do jej namiotu. Wolałem mieć pewność, że tajemnica jest tylko moja. Że nie podzielę się z nią, sam chętnie niosąc jej brzemię. Wystarczyło, że służąca wiedziała o wiele więcej, niż powinna, a jednak nadal zachowywała swoje życie.
        Zabicie jej nie byłoby problemem. Była tylko służącą, psem. Nikt nie zadawałby pytań. Tak długo jednak, jak nie wychylała się poda szereg, tak długo zamierzałem dotrzymywać obietnicy danej Esji, że nic się jej nie stanie. Miałem oczywiście świadomość, że jeśli zdecyduje się na jakiś krok, będzie za późno, żeby cokolwiek ratować. Wtedy jednak z przyjemnością wydrę jej serce z klatki piersiowej i będzie to ostatnia czynność, jakiej oddam się z prawdziwym zapałem.
        Dni mijały, a świadomość, że niedługo przyjdzie mi stracić Esję, oddać komuś innemu sprawiała, że byłem rozkojarzony. Że kilka szczegółów umykało mojemu oku, które przecież zawsze widziało wszystko pierwsze.
        Przymknąłem powieki, bo słońce późnego poranka raniło tęczówki. Było tak silne… Tak bardzo chciało się wedrzeć pod ciemność, która na moment zalała moje białka. Nawet o tej porze roku jego intensywność nie odgoniła cierpienia. Uniosłem dłoń do ramienia, ale ta ześlizgnęła się po zbroi mokrej od krwi. Była jeszcze ciepła. Sączyła się nieustannie. Ktoś krzyczał, ale jakie to nierozsądne… Nie potrafiłem zlokalizować tego głosu. Myśl, że być może w namiocie skryby czeka na mnie już urzędowe pismo była jedyną, którą potrafiłem teraz zlokalizować. Cała rzeczywistość zaś zlewała się w niemożliwą do rozróżnienia całość. Była tylko jasność, która co jakiś czas wypierała nieprzeniknioną ciemność, którą powodowała utrata świadomości spowodowana traceniem krwi.
        — Za szybko… Kurwa, za szybko!
        Ktoś krzyczał. Pochylał się nade mną, a później krzyczał. Czułem natężający się ucisk na ramieniu, a to spowodowało falę ostrego bólu. Nie wiedziałem, czy jęk opuścił moje gardło. Ponownie straciłem kontakt z rzeczywistością.
        Przed oczami miałem jedynie oficjalną pieczęć odciśniętą na czerwonym laku. Żółtawy pergamin, którego nie mogłem rozwinąć…
        — Tyle krwi — głos znalazł się tak blisko, jakby szeptał mi prosto do ucha. W jednej chwili ocknąłem się, błądząc wzrokiem po plamach kolorystycznych, które z każdą minutą teraz zyskiwały na ostrości. — Mogła pójść jakaś główna żyła… Odsuń się, do kurwy nędzy, gdzie się pchasz. — Głośne warknięcie. Więcej przekleństw.
        Nie rozpoznałem żadnego głosu.
        Kształty zaczęły przybierać wyraźniejsze kontury, ale wtedy ktoś ponownie mocno nacisnął na promieniujące takim bólem ramię, że moim ciałem wstrząsnął spazm, a później odwróciłem się na bok.
        Ciało zamierzało się bronić, ale żołądek był pusty.
        Dlaczego ktoś ciągle na nowo wbijał w tą samą ranę pierdolony sztylet, który wydawał się nagrzany do jebanej białości? Wierzgnąłem silnie, ale to sprawiło, że dookoła pojawiło się tylko więcej rąk, które nie posiadały w mojej wizji żadnych właścicieli.
        Był tylko paraliżujący ból, podniesione głosy i mój jeden krótki krzyk.
        I setki, tysiące rąk wyciągniętych w moją stronę.

wtorek, 10 kwietnia 2018

CCXXI



       Bardzo za nim tęskniłam. Nie byłam wcale przyzwyczajona do tego uczucia. W moim życiu nie miałam okazji do tego, aby je poznać. Wszystko co znałam, zawsze było przy mnie, więc przed Nevanem w zasadzie nie wiedziałam jak to jest, gdy odbiorą ci coś, co już miałeś, gdy ktoś zatrzaśnie przed tobą drzwi, które miały być otwarte. W tej chwili nie chciałam też myśleć o tym, że to jedynie początek, że już teraz tęsknota jest nieprzyjemna, więc jaka będzie później? Nieistotne, bo naprawdę chciałam w końcu cieszyć się jego obecnością, mimo, że w obecnej sytuacji nieco obawiałam się reakcji mężczyzny. Wiele razy zaznaczał, że nie jest romantykiem, a ja miałam się z tym pogodzić. Dlatego niczego się po nim nie spodziewałam, wmawiałam sobie, że chcę jedynie aby wiedział, ile dla mnie znaczy, że to mi wystarczy. 
       Pierwszym, co zauważyłam był uśmiech. Nowy. Byłam oczarowana. Pochłaniałam widok jego twarzy, teraz odmłodzonej niesamowicie. Miałam wrażenie, że w jego oczach dane mi było dostrzec coś co dawno minęło. Nie mogłam o tym zapomnieć, ten widok miał mi się wyryć w pamięci, bym mogła do niego wracać. Sądziłam zatem, całkiem trzeźwo, że właśnie dostąpiłam większego zaszczytu, niż się spodziewałam. Już byłam spełniona, już strach ode mnie odszedł, a ja byłam dumna z własnej odwagi, z własnego wyzwania. 
        Zarumieniłam się lekko, kiedy odgarnął mi włosy na plecy, złapał moje ramiona. Mimo to pozwoliłam mu na to, przez moment pozwalając sobie na wodzeni gdzieś wzrokiem bez celu, by poradzić sobie z lekkim zawstydzeniem. Nie trwało to długo, chciałam na niego patrzeć, skrępowanie nie istniało, a jeśli istniało, to na pewno nie miało co konkurować z Nevanem. 
       Przechyliłam lekko głowę, słuchając pierwszych słów ze względnym spokojem. Chciałam zachować jakąś podniosłość, być opanowana, dojrzała być może. Wydawało mi się, że po takiej poważnej deklaracji uczuć byłam zobowiązana zachować pewnego rodzaju klasę. Uśmiech zagościł na mojej twarzy samoistnie, nie spodziewałam się, że to dopiero preludium jego wypowiedzi, nie mogłam się spodziewać. 
       Ulżyło mi na myśl, że Mila będzie bezpieczna. Naprawdę jej ufałam i nie chciałam mówić o tym, jak pomocna się dla mnie stała. Mimo wszystko wydawało mi się, że poruszane przez nas tematy można nazwać typowo kobiecymi i niekoniecznie chciałabym o wszystkich szczegółach mówić Nevanowi. Nie chodziło o to, aby mieć przed nim tajemnice, po prostu oficer niekoniecznie sam chciałby wiedzieć o wszelkich moich rozterkach. Tak mi się przynajmniej wydaje, że nie tylko by go to nużyło, ale może miejscami irytowało. Ta myśl szybko przestała mieć znacznie, a może za wolno? Na pewno za wolno, bo nie zareagowałam od razu. 
       Teraz w zasadzie bałam się, czy dobrze usłyszałam. Patrzyłam na niego, a moje oczy z każdą chwilą otwierały się coraz bardziej, dawno już przekraczając chyba swój dotychczasowy rekord. Kolejnym odruchem było podniesienie dłoni do ust, jakbym chciała powstrzymać krzyk, który przecież nie nastąpił. Nie miało to większego sensu, gdy to do mnie dotarło, opuściłam je... powoli, ostrożnie, nagle nie będąc w stanie znaleźć dla nich miejsca. 
      Przełknęłam ślinę. Serce mi waliło. Oj, jak waliło. Aż klatka piersiowa mi drżała. W uszach pulsowało. 
       Nie wiem kiedy dokładnie to dziwne, niewiadome przerażanie, a może raczej konsternacja zaczęło znikać, a moja twarz powoli wykwitała uśmiechem. Nieśmiałym, niezbyt pospiesznym, a w końcowej fazie znów uniosłam dłonie do twarzy, kładąc je tym razem na gorących polikach. Byłam rozczulona i jeszcze nie umiałam sobie z tym poradzić, teraz wydawało mi się to takie jasne, a jednocześnie nadal nierealne. 
       - Kochasz mnie - powiedziałam cicho. Chciałam się rozkoszować tym uczuciem. Wydawało mi się, że nic o nim nie wiem, w końcu nigdy tego nie doświadczyłam, a w tej chwili? Miałam wrażenie, że doskonale rozumiałam czym jest miłość, że jestem w niej biegła i świadoma tego, z czym właśnie się mierzymy. Zacisnęłam wargi, zwilżyłam je językiem. Kolejny oddech, który miał dostarczyć tlen, bo czułam, że inaczej z ekscytacji byłabym gotowa zaniechać czynności życiowych. 
       Znowu cisza, a tą... tą ostatecznie przerwał mój śmiech. Perlisty, niepoprzedzony niczym, a jednak niewymuszony. Śmiech w którego oprawie runęłam na jego tors, rozchlapując wodę dookoła, zapominając o wszystkim, co miało miejsce. O tym, co mogło mącić mój spokój, nasze szczęście. Kierowana dużą ilością pozytywnych emocji, nie myślałam o tym, że zaczęłam całować jego tors, ramię, zagłębienie szyi. Pozostawiałam słodkie cmoknięcia na skórze mężczyzny, mając wrażenie, że to takie naturalne. Teraz był już mój, jeszcze bardziej, niż wcześniej. Teraz nawet bogowie musieli nam sprzyjać, bo miłość jest zbyt potężna. Być może już od dawna nas łączyła, ale dopiero teraz nazwaliśmy to, co wcześniej obchodziliśmy szerokim łukiem. 
       Ostatecznie wtuliłem mocno twarz w jego szyję, zmrużyłam oczy. 
       - Kochasz mnie... - powtórzyłam, jakbym nadal nie mogła w to uwierzyć. Zaśmiałam się ponownie, prosto w jego szyję, co stłumiło nieco ten dźwięk. Nie mogłam przestać się uśmiechać, nie pamiętam kiedy ostatnio byłam w takim stanie. W końcu podniosłam się na ramionach, aby oprzeć swoje czoło o jego czoło. - Powiedz jeszcze raz... - poprosiłam, ale nie czekałam w ciszy na to, czy się zdecyduje. Uśmiechnęłam się szerzej. - Kto by pomyślał, oficerze, że oddasz serce takiej bezczelnej kapłance - podjęłam cicho temat. Przestałam już się śmiać, ale dobry humor mnie nie opuszczał. Mimo to mówiłam znacznie ciszej, chociaż wcześniej też nie krzyczałam. Nie musieliśmy kusić losu. 
       - Jestem pierwsza? - zapytałam nagle, leciutko krzywiąc czoło. - Pierwsza, której to powiedziałeś. Niestety nie jestem dzieckiem, na żadne inne pierwszeństwo nie mam szans... - mruknęłam wypuszczając jednocześnie powietrze z płuc. Psuć sobie humoru innymi kobietami nie zamierzałam, więc to nie było dobrą opcją. W zasadzie, co jeśli nie byłam też pierwszą której to powiedział? Ponownie otworzyłam szerzej oczy i niewiele myśląc naparłam na jego wargi swoimi. Tylko je przygniotłam, a potem nie odsuwając się wiele, od razu dodałam. - Nie mów lepiej wcale. Nie chcę psuć sobie chwili - wyjaśniłam, a mówiąc te słowa zahaczyłam kilka razy o jego wargi. Było to takie kuszące.... chciałam więcej i sięgnęłam po więcej. Niepewnie, ale paradoksalnie było w tym wiele zdecydowania. Panowanie nade mną przejęła namiętność, jak wtedy na naszej wspólnej przejażdżce konnej. 
       Uklęknęłam na dnie wanny, między jego nogami, unosząc się bardziej, nie zwracając uwagi na to, że kolana nie są zadowolone z takiej pozycji. Wsparłam się na jego ramionach, smakując każdą chwilę. Aż do momentu, w której od tego wszystkiego nie zakręciło mi się w głowie. Podtrzymał mnie, odsunęłam się nieco, nadal byłam wyżej, ale trzęsłam się nieco na nogach. Nie chciałam zmieniać pozycji.
       - Najważniejsze, że będę ostatnia... - mruknęłam, patrząc w krwiste oczy, tonąc w nich, a na języku już układała się kolejne ważne słowa. Kolejne, których miałam nie żałować, chociaż nie mogłam się spodziewać, że faktycznie są aż tak szczere. - Nie oddam ciebie nikomu, oficerze. Nikomu. Będę walczyć zacieklej, niż twoi żołnierze, jeśli będzie trzeba. Nieważne ile będzie kobiet, masz widzieć tylko mnie, masz myśleć tylko o mnie i tęsknić również jedynie do mnie... - zaborczość. Kolejna nowość. Nie tak piękna, jak miłość, ale czy dbałam o to? Nie kłamałam. Nie mogliśmy mieć... wszystkiego. Musiałam więc walczyć podwójnie o to, o co możemy się upominać. 
       Dopiero po chwili moja mina się wygładziła, a ja delikatnie podrażniłam jego nos swoim nosem. Było dobrze. Teraz wydawało mi się, że burza między nami trwała lata, ale to nieważne. Najważniejsze, że ta została zażegnana. Może powinnam się martwić jedynie tym, że w obliczu jego miłości, nieszczególnie myślałam już o zmarłym dopiero co z mojego polecenia żołnierzu.           

CCXX


        Skarżyć się nie zamierzałem. Nie mogłem mieć tej przyjemności i takiej ugody, bo nie potrafiłbym z nią jednocześnie później się rozstać ani żyć. Dlatego właśnie zbagatelizowałem jej wspomnienie o tym, że cieszę się spokojem na rzecz tego, co chciała mi powiedzieć. Nie mogłem tego wiedzieć, ale czułem, że nie jest to nic ani łatwego, ani przyjemnego. Lekkich wieści nie zapowiada się w tak ciężki sposób ani też nie ukrywa, do czego dziewczyna sama się przed chwilą przyznała. Pożegnałem więc spokój, jakbym żegnał dobrego, starego drucha wiedząc, że w końcu ja i on i tak się odnajdziemy, prędzej czy później i przygotowałem na to, co zamierzała powiedzieć.
        Jej ciepłe dłonie ociekające wodą z mydłem na mojej twarzy, opuszki palców pomiędzy moimi mokrymi nadal włosami i bliskość były kojące. Z zaskakującą łatwością oddałem się temu przyjemnemu dotykowi odkrywając, że jest całkiem inny od tych, którym obdarzało mnie wcześniej wiele kobiet. Nie był nasączony erotyzmem, ale niósł nieporównywalnie większe pokrzepienie od tego, który służył wyłącznie przyjemnościom. Dlatego po prostu przymknąłem oczy i już wiedziałem, że cokolwiek to nie będzie, czegokolwiek teraz nie powie, dla mnie nie będzie to miało większego znaczenia. Chciałem wierzyć w to, że jej dotyk ma taką moc możliwą zapewnić mi jeszcze głębsze poczucie spokoju. Dlatego po prostu czekałem. Czujnie, mimo wszystko, obserwując ją spod ciemnych rzęs i przymkniętych powiek.
        Pocałunek był krótki. Ponownie, nie był tym razem nasączony erotyzmem. Wiedziałem, że wydarzenia ostatnich dni żadnego z nas nie oszczędziły, że ona też przeszła przez swoje emocje, a te musiały zmienić ją w stosunku do tego, kim wcześniej była. Może zmywała z dłoni krew. Może płakała w nocy. A może po prostu patrzyła na płonące zwłoki i żegnała tą część siebie, swojej niewinności i dobroci, która nigdy nie wróci.
        Otworzyłem oczy, kiedy zdecydowała się odsunąć. Bliskość jednak między nami zatarła wszelkie inne granice. Nie było złości i irytacji, nie było pośpiesznie wyplutych z siebie słów, oskarżeń, okrutnych zdań, które dzieliły nas niczym ostry miecz dzieli ciało.
        I faktycznie, kiedy padły kolejne słowa, po prosu przymknąłem ponownie oczy. Nie zamierzałem skupiać się na zrozumieniu swoich emocji, które wiązały się z tym momentem.
        — Mila wie o nas — powtórzyłem cicho, odchylając głowę do tyłu i opierając teraz łokcie o brzegi wanny, unosząc przy tym ramiona.
          Czy to było już zagrożeniem? Bez wątpienia każda kolejna osoba, która wiedziała o naszej relacji nim była i zmysł samozachowawczy podpowiadał, żeby wyeliminować ją tak, jak wyeliminowałbym każdego na jej miejscu. W końcu jednak także doszedłem do innych wniosków. Nie zajęło to długo. Szedłem po nici do kłębka. Jeśli Esja pozwoliła jej żyć, jeśli ufała jej na tyle, że nie przyszła z tą sprawą do mnie od razu, kiedy tylko się dowiedziała – a zakładałem, że nie przybiegła tutaj pełna emocji, kiedy tylko służąca zdradziła jej swój sekret – to i ja powinienem pogodzić się z taką koleją rzeczy. Wierząc, że Esja nie sprowadziłaby na nas zagłady. Szkoda, że nigdy nie byłem silną jednostką, jeśli o wiarę chodziło.
        Kiedy ja zatrzymałem się w chwili, w której Esja wypowiedziała pierwsze słowa, ona mówiła dalej. Ich sens docierał do mnie z opóźnieniem, jakbym nadal miał głowę zanurzoną pod powierzchnią wody. W momencie, w którym jednak wypowiedziała swoje szczere i jakże proste wyznanie, moje spojrzenie stężało, przecięło powietrze od płótna namiotu w kierunku jej oczu i pokonało tę drogę w ułamku sekundy. Badałem jej twarz, jej emocje. Ale była taka szczera, taka realna, prawdziwa i nieukrywana…
        Po długiej chwili milczenia moja twarz rozluźniła się, a na wargach pojawił uśmiech. Był to jeden z tych, który nie był przeznaczony do publicznej prezentacji, który przedstawiał we mnie to, co jeszcze zostało z dziecka, jakim byłem.
        Podniosłem dłoń, najpierw jedną, ale zaraz po niej również drugą i ułożyłem na jej ramionach, odgarniając wcześniej stamtąd włosy.
        — I ja jestem gotowy dla ciebie wiele poświęcić — odezwałem się w końcu, patrząc w jej jasne niczym poranne niebo oczy. Była w nich troska, tak, która była tam od zawsze i hardość, którą udało mi się w tym spojrzeniu umieścić. — Dlatego nie podważę twojej decyzji, tej, która dotyczy służącej i żadnej, którą podejmiesz biorąc na siebie pełną odpowiedzialność. To nie znaczy, że wcześniej ci nie ufałem, albo że teraz moje zaufanie uległo zmianie — zauważyłem, nie ruszając się jednak nawet o cal. Czułem napięcie, które rodziło się wraz z tym postanowieniem, z tą swoistą obietnicą. Niezgoda na jej różne poczynanie to co innego, ale otwarte przyznanie, że nie będę kwestionował jej decyzji? Nie potrafiłem nawet stwierdzić, czy w przyszłości uda mi się wywiązać z tych słów. Nikomu wcześniej nie powierzyłem aż tyle. — I zrobię to, bo również cię kocham. Bo mam do ciebie słabość i bo wiem, że ty też zaczniesz sobie zdawać z tego sprawę.
        To przyszło… Tak łatwo. Niespodziewanie łatwo, a jednak jaką wagę miały te dopiero co wypowiedziane słowa dowiemy się oboje dopiero w przyszłości, która rozciągała się przed nami.
SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/