piątek, 28 lipca 2017

LXXXVI



         Nie zaprotestowałem. Po prostu pozwoliłem jej odnieść miecze. Jak każdemu innemu uczniowi. Wiedziałem podświadomie, że ona nie będzie chciała ulgowego traktowania i nie zamierzałem sobie na to pozwalać. Dziewczyna czy nie, kapłanka czy nie, na polu treningowym podlegała mi tak samo jak każdy inny rekrut.
        Zadarłem głowę nieco do góry. Niebo było czyste, mieniło się gwiazdami. Dym z rozpalonych w obozie ognisk unosił się w powietrzu, gryzł w nos swoim ostrym zapachem. A jednak wcześniej go nie poczułem. Zaskakujące, jak bardzo potrafi mnie wciągnąć walka i jak bardzo potrafię się na niej skupić. Jak niemal na niczym innym. Wciągnąłem w płuca duży haust powietrza. Pachniało swobodą, wolnością od strachu nadchodzącej w walce śmierci. Pachniało uwolnieniem się z domu spod straży rodziców, oczekiwań rodzeństwa i własnych kompleksów.
        Tak właśnie pachniało teraz moje życie. Uśmiechnąłem się.
        Najpierw usłyszałem, że Esja wraca, a dopiero później ją zauważyłem. Choć zwiewna i lekka – czasem wydawało się, że nic nie waży – nie poruszała się bezszelestnie. Nie była wojownikiem. Piasek skrzypiał pod jej stopami. Przywróciłem naturalny wyraz twarzy i odwróciłem się w jej stronę. Poza tym Esja nie zamierzała się skradać, wręcz przeciwnie, sama zaczęła rozmowę. Zmierzyłem ją spojrzeniem, nie wiedząc jak zareagować na jej słowa. W końcu wzruszyłem tylko ramionami.
        – W takim razie powinienem się cieszyć, że to zrobiłem. Kiedy dotrzesz do swojego narzeczonego prezentom nie będzie końca i żaden już nie będzie mógł być tym wyjątkowym – zauważyłem, podnosząc powoli z ziemi elementy zbroi wykutej dla dziewczyny. Stal przyjemnie ciążyła mi w dłoni. Znajomy ciężar. Uspokajający wręcz. W moim głosie wbrew słowom, które wypowiedziałem wcale nie było radości. Być może wręcz brzmiały gorzko. Bynajmniej nie dlatego, że kapłankę niedługo stąd wywiozą, ale raczej na myśl o miejscu, do którego przyjdzie jej się udać. Poza tym w jej obecności zapominałem, co to jest poprawność polityczna. Takie podejście mogło mnie w przyszłości słono kosztować.
        Wyszliśmy na udeptaną ulicę przed areną ćwiczeń. Ciągle było tu dużo ludzi i nikt nie zwracał na nas większej uwagi. Można było uznać, że czułem się całkiem bezpiecznie.
        Rozbawiło mnie jednak to, jak Esja próbowała zapytać się o coś, co już chyba zrozumiałem. Prychnąłem cicho, zaplatając dłonie za plecami i narzucając naszemu marszowi całkiem szybkie tempo. Kiedy ludzie chodzili szybko i zdyscyplinowanie, w dziwny sposób nikt nie zwracał na nich uwagi ani nie chciał zatrzymywać. Kręcenie się bez powodu zazwyczaj sugerowało, że nie wie się, gdzie się zmierza.
        – Rozumiem, że możesz mieć o nas pojęcie jak o rodzie dzikusów, którzy są niecywilizowani, ale to tylko głupie pogłoski. Nie, nie sprzeciwiamy się bogom w taki sposób jakim są kazirodcze małżeństwa, czerwone oczy są genetyką naszego rodu. Niemal każda ważna rodzina arystokracka posiada swoją genetyczną cechę. To wyznacznik naszego statusu – wytłumaczyłem, skręcając e mniej uczęszczaną ulicę i prowadząc nas w kierunku namiotu zajmowanego przez kapłankę. Przez chwilę zastanawiałem się nad jej kolejnym pytaniem, ale odpowiedź była równie niewymuszona jak wcześniejsza. – Zdarza się. Tylko, kiedy dziecko jest bękartem. – Zawahałem się na moment, spojrzałem koso na Esję. – Wiesz co to znaczy?
        Minęła nas para żołnierzy patrolujących tą część obozu. Albo nas nie poznali albo należeli do innego dowództwa, bo przeszli bez słowa i salutowania. Znów skręciliśmy w inną drogę, ciasną, prowadzącą między namiotami zamieszkanymi przez wyższych rangą żołnierzy. W tej jednostce umieścili namiot dziewczyny.
        Chyba celowo pominąłem kwestię tego, że rodzina wcale nie oznacza ciepłych uczuć i że być może czasem nie wiedzieć, z kim jest się spokrewnionym. Ktoś, kto nigdy nie zaznał więzów genetycznych na pewno nie zrozumiałby, o czym mówię. Poza tym w jej głosie wyraźnie dało się wyczuć gorzką nutę, a to mnie wyraźnie ostrzegło, że nie chcę wchodzić na te tematy. Po chwili milczenia dotarliśmy pod namiot kapłanki. Żołnierzy nie było jeszcze na warcie. Rozejrzałem się, ale musieli udać się na wieczorny posiłek, najwyraźniej zakładając, że skoro kapłanka do tej pory nie wróciła, to ich obowiązku zostały anulowane.
        – Poczekam tu z tobą, aż warta wróci. Możesz wejść do środka, będę na zewnątrz w razie czego. Nie mogę zostawić cię samej bez ochrony… Nawet jeśli jesteś stosunkowo bezpieczna.
        Położyłem dłoń na rękojeści miecza. Martwiła mnie jeszcze jedna sprawa, ale sam nie wiedziałem, czy powinienem o niej mówić. Ostatnio do moich uszu dotarły niepokojące plotki. Co prawda, były plotkami powtarzanymi przez wiele ust, a ich wartości prawdy nie sposób było ocenić, ale to nie sprawiało, że zamierzałem być mniej czujny. Przestąpiłem z nogi na nogę. Czy to nie dziwne, że wartownicy tak nagle zostali odesłani? O tej porze?
        Zawsze kładłem nacisk na dyscyplinę. Moi ludzie znali smak niesubordynacji i kary, jaka jest za nią wymierzona.
        – Czy dostałaś wiadomość od tancerki? – zapytałem, chcąc zająć czymś myśli. Mimo wszystko nie przestałem analizować sytuacji, którą tutaj zastaliśmy. – Miała się z tobą skontaktować odnośnie planowanych lekcji. Może zostawiła ci wiadomość, kiedy trenowaliśmy.
        I pomimo, że poniekąd rozkazałem jej wejść do środka, to samym zaczęciem rozmowy zmuszałem ją do bycia ze mną na zewnątrz. Dłoń niespokojnie zacisnąłem na rękojeści swojego miecza wykutego z czarnej stali.

niedziela, 16 lipca 2017

LXXXV


     Przeprosił. Tego się nie spodziewałam i nawet poczułam się z tym dość źle, bo za spojrzenie raczej nie musiał tego robić. Mało tego, ciągnął temat, tłumaczył się, nie zbył mnie, a to wszystko razem wzięte było dużą porcją nowości. Przy okazji mogłam się czegoś dowiedzieć. Wszyscy w jego rodzinie są posiadaczami takich oczu, ciekawe, czy kiedyś będę miała możliwość spotkać jeszcze jakiegoś ich posiadacza. Taka cecha charakterystyczna wydawała mi się czymś niezwykłym. 
     - Możemy trenować siebie nawzajem, ty mnie w walce, ja ciebie w rozmowie - zaproponowałam chętnie, widząc, że naprawdę się uśmiechnął. Nie okazałam tego w jakim szoku jestem, jak miło mi się zrobiło. Przecież nie musiał tego robić. Poza tym było mi nieco żal jego, jako człowieka, bo ze słów, jakie wypowiedział wywnioskowałam, że jest raczej samotną osobą. Wcześniej uważałam, że sam się o to prosił, ale teraz wydawało mi się, że więcej dostrzegam. Zaczyna się od spojrzenia na które nie miał wpływu, potem trud dowodzenia i ostatecznie ludzie wolą się nie zbliżać. Ja także znalazłam się tutaj przez przypadek i z początku wcale nie byłam zadowolona, kiedy musiałam mieć z nim jakąkolwiek styczność. Nie był to przyjazny i opiekuńczy Eliah, nie dał się polubić od pierwszego wejrzenia, nie starał się szczególnie o to, aby rozmowa się kleiła, ale to on zaproponował mi więcej, niż w całym swoim życiu dostałam. Nie był zły. 
     Uśmiechnęłam się promiennie, nie mogąc się powstrzymać. To był duży postęp, on też nie był już w moich oczach tak surowy i może był to mój błąd, bo w sekundzie pozbawił mnie broni, uśmiechając się przy tym bezczelnie! Sama się prosiłam, cała ta sytuacja mnie rozbawiła, więc nie powstrzymałam chichotu.
     - Zapamiętam, że rozmowa nie wyklucza możliwości ataku - rzuciłam i ruszyłam po miecz, który leżał na piachu. 
     Starałam się. Robiłam, co mogłam, nawet jeśli nie byłam do tego stworzona, a zmęczenie całkiem sprawnie mnie atakowało. Podobało mi się to, każdy błąd, a było ich wiele tylko mnie motywował, sprawiał, że chciałam więcej. Za to satysfakcja z każdego drobnego sukcesu pozwalała zapomnieć o zmęczeniu. Musiałam przyswajać więcej wiadomości, niż zwykle, ale w Nevanie zaszła może jakaś zmiana. Cieszyłam się, że nie spanikowałam, nie przemilczałam tego, co miałam w głowie, tylko wprost mu o tym powiedziałam. Z drugiej strony ja sama do serca wzięłam sobie jego słowa. Kiedy coś mi nie wyszło pozwalałam sobie na słowa niezadowolenia pod własnym adresem, a kiedy coś mi się udało... także się z tym nie kryłam. Wcześniej sądziłam, że jazdy konnej nic nie przebije, a jednak bawiłam się równie dobrze. Może też przez to, że niezależnie od wyrazu twarzy, przy oficerze czułam się bezpiecznie. 
     Nim się obejrzałam było już wyjątkowo późno i pewnie nawet bym tego nie zauważyła, gdyby Tealvash sam nie zaproponował końca. Faktycznie byłam zgrzana, oddychało mi się dość ciężko i nogi nie miały już tyle siły, co na początku. Łapczywie wdychałam kolejne porcje zbawiennego tlenu, patrząc na swojego nauczyciela. Nie wyglądał na tak zmęczonego, jak ja, ale cieszyło mnie, że nie był też w pełni wypoczęty. To niesamowicie pocieszało. 
     - Eliah mnie zawsze budzi - zauważyłam, kiedy po raz kolejny tego dnia wspomniał o wczesnej pobudce. Nie byłam rannym ptaszkiem, tym bardziej, że w świątyni pozwalali nam się wysypiać, bo to polepszało wygląd i zdrowie. - Mogę poprosić strażników, żeby to zrobili, czy lepiej nie? - naprawdę ta kwestia stresowała mnie najbardziej. Zaraz sięgnęłam po pelerynę i wyciągnęłam w jego kierunku dłoń. Chyba nie zrozumiał, więc skinieniem wskazałam na miecz. - Odniosę oba - powiedziałam i nie czekając zabrałam jego i swój miecz. Zabrałam, jak kazał ten, który dostałam na początku, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Był piękny. Prosty, ale mój, więc najcudowniejszy. 
     Kiedy wróciłam, nadal nie mogłam powstrzymać radości, ale nawet nie próbowałam tego robić.
     - Wiesz, że to drugi prezent, jaki dostałam w życiu? - zagadnęłam przyjaźnie, uznając, że przyszedł czas na rozmowę. Nie możemy rozstawać się w ciszy, tym bardziej, że nie żartowałam, kiedy uznałam, że podszkolę go w konwersacji. Nawet jeśli tego nie chciał, to zamierzałam spróbować. Schowałam ostrze pod peleryną, przygotowując się do drogi. - Może jak już będę mężatką, to uda mi się jakoś odwdzięczyć - odpowiedziałam żartobliwe, jednak... nie był to szczególnie lubiany przeze mnie temat. Znów poczułam, że jest mi tutaj lepiej, niż może być w domu mojego przyszłego męża. Może to normalne? Każdy boi się tego, co nieznane, prawda? Taki strach jest zdrowy, bo nie oczekujemy zbyt wiele. Jednakże strach ten też potrafił paraliżować i przy tym spojrzenie Nevana było wiecznie ciepłe i pełne współczucia. 
      Ruszyliśmy do wyjścia. Poprawiłam kosmyk włosów, aby te były jak najbardziej ułożone. Nie chciałam zbierać żadnych podejrzeń, których żadne z nas nie potrzebowało. 
     - Wcześniej wspominałeś, że wszyscy z twojego rodu mają takie oczy, jak ty... - podjęłam temat który naprawdę mnie interesował, ale wcześniej nie było chwili spokoju. Nie wiedziałam też, czy to grzecznie tak się dopytywać, ale ostatecznie on sam mi przecież o tym powiedział. - Czy to oznacza, że... nie wiem, jak o to zapytać... - zrobiłam się czerwona szybciej, niż o tym pomyślałam. Warto było dokończyć, skoro już i tak moja reakcja była szybsza. - Bierzecie ślub jedynie wśród członków rodu, czy jest to jakaś cecha dominująca? - dokończyłam wcześniej męczącą mnie kwestie. - Zdarzył się ktoś o innych tęczówkach? To musiałoby być straszne... pewnie wina zeszłaby na kobietę... - chyba nieco zbyt pochłonęła mnie ta kwestia. - Z drugiej strony zazdroszczę. Widzisz kogoś o takich oczach, jak twoje i już wiadomo, że jesteście rodziną. Moim ojcem mógłby być nawet stojący na warcie przed moim namiotem żołnierz i prawdopodobnie nigdy bym się o tym nie dowiedziała - zakończyłam, połykając gorzką gulę, jaka wiązała się z tymi słowami. Naprawdę mu tego zazdrościłam. Może nawet sama chciałabym mieć takie oczy, a może po prostu bardziej niż wszystko inne chciałam mieć rodzinę i od kilku dni wmawiałam sobie, że odział Tealvasha mógłby mi ją zastąpić.  

LXXXIV



        Nie uderzył o ziemię. Nie wiem, czy oczekiwałem, że dziewczyna wypuści miecz z rąk, a ten upadnie na piasek, ale mimo wszystko to się nie stało. Zmrużyłem powieki, obserwując jej dłoń, którą teraz mocniej zacisnęła na kawałku drewna służącego za rękojeść broni. Jak mięśnie przedramienia odsłoniętego przez podwiniętą koszulę napięły się, a dalej z pewnością także ramię, bark, mięśnie po prawej stronie pleców. Odchyliłem nieco głowę do tyłu, przez krótki moment pozwalając temu wyobrażeniu trwać, tak po prostu, bez żadnego konkretnego powodu.
        Dopiero głos Esji sprawił, że myśl urwała się jak cienka nić. Nadal trzymała miecz, choć wydawało mi się, że nieco mniej pewnie niż przed chwilą. I być może nawet zauważyła zdziwienie, jakie pojawiło się na mojej twarzy na moment, wyrażone uniesieniem brwi i rozszerzeniem oczu. Oparłem dłoń na swoim drewnianym przedmiocie ćwiczeń, którego końcówka była wbita w piasek. Był większy niż ten dzierżony przez kapłankę. Nawet w tej chwili nie bardzo martwiło mnie to, jak oczywiste i łatwe do odczytania mogą być emocje malujące się na mojej twarzy. Ta dziewczyna… Odzywała się tak szczerze i prosto, bez owijania w bawełnę.
        Powiodłem spojrzeniem mniej więcej w punkt, w który wydawało mi się, że ona też patrzy. Na moment zapadła cisza, ale to było tylko złudne wrażenie. Za bramami areny ciągle było słychać głosy i oznaki tego, że obóz jeszcze nie usnął.
        Przerażający? Nie, chyba nikt nigdy mi tego nie powiedział. A przynajmniej na pewno nie tak otwarcie. Powietrze opuściło moje płuca z cichym świstem.
        – Przepraszam – powiedziałem w końcu, przestępując na drugą nogę. Podrzuciłem miecz, łapiąc go do wiodącej ręki i przez moment balansując jego ciężarem w dłoni. To był przyjemny, znajomy ciężar, który sprawiał że czułem się bezpiecznie. Niesamowite, jak bardzo przywiązałem się do posługiwania się bronią przez te wszystkie lata. – Może to przez ich kolor. – Sam nie wiedziałem, dlaczego właściwie ciągnę ten temat. Może przez otwartość dziewczyny, która z nieznanych mi przyczyn popychała mnie do tego? – Jest charakterystyczny dla naszego rodu, wszyscy go posiadamy.
        Zacisnąłem mocniej szczękę. Kilka pełnych, przyjaznych zdań? Głupio jest się uśmiechać? Dlaczego poczułem w tym głosie ton pretensji? Zdawałem sobie sprawę z tego, że ludzie czują się nieswojo w moim towarzystwie, że oddychają z ulgą, kiedy tylko odchodzę. Co więcej, niespecjalnie mi to przeszkadzało.
        – Możemy rozmawiać, jeśli sobie tego życzysz. Ale nie wiem czy będę ciekawym rozmówcą, bo niewielu postanowiło sprawdzić moje predyspozycje w tym zakresie – uśmiechnąłem się. Chyba nawet całkiem przyjaźnie. Miałem wrażenie, że coś jest z nią nie tak, bo zasłona jedna po drugiej opadała jakby nigdy jej nie było. – Nie powinnaś uważać mojej awersji do uśmiechania się za coś, co obowiązuje wszystkich dookoła. Ludzie czasem wnioskują, że powinni dopasowywać się do tych, którzy ich otaczają, ale to sprawia że wszyscy są nudni. Jeśli przestaniesz się cieszyć z tego, czego się uczysz, bo ja podchodzę do tego surowo, zachowasz się niezgodnie ze sobą.
        Przeszedłem dwa kroki naprzód, a później odwróciłem się przodem do Esji, tym samym tyłem do źródła światła. Zamachnąłem się nagle, nie nabierając prędkości z szerokiego cięcia. Szybki, gwałtowny i silny gest sprawił, że miecz wytrącony z rąk kapłanki poszybował na dobre kilka kroków, a później ze stłumionym dźwiękiem wylądował na piasku.
        – Trzymaj pewnie miecz – powtórzyłem, tym razem uśmiechając się złośliwie jednym kącikiem ust. Możliwe, że specjalnie wykorzystywałem swoją przewagę. Możliwe też, że mnie to bawiło, choć nieco złośliwie. – Jeszcze raz. Podnieś go, a później spróbuj naśladować moją postawę. Szeroko nogi, środek ciężkości ciała pomiędzy nimi, jeśli nie atakujesz ani się nie bronisz. Na lekko ugiętych kolanach, z prostymi plecami.
        Mówiłem dużo i szybko, zaczynając od prawidłowej postawy w przygotowaniu do ataku, przechodząc poprzez podstawowe ciosy. Czas mijał szybko, księżyc wznosił się wysoko na niebo, a niedługo miał się pojawić na nim kolejny. Starałem się poprawiać pozycję, w jakiej stała Esja, prostować przybrane pozycje i pokazywać błędy. Straciłem poczucie czasu nawet w momentach, kiedy pokazywałem jej jak powinny wyglądać kolejne ruchy, przechodzenie pomiędzy każdą sylwetką. Najtrudniejsza okazała się praca nóg, chociaż nie było w tym nic dziwnego. Jako kapłanka nie miała najlepszej kondycji pod słońcem, choć na to byłem akurat przygotowany. Wiedziałem, że najważniejsze rzeczy już posiada, a reszta przyjdzie z czasem. Nastawienie do nauki było czymś, czego nie dało się wymóc. Postawy ciała zaś czymś, czego można było ją nauczyć.
        – Jeśli jesteś zmęczona, możemy na dzisiaj skończyć – uniosłem jedną brew, znów opierając się na drewnianej broni. Ja sam czułem, że zmęczenie powoli zamyka mnie w swoich sidłach, starannie oplata każdą część ciała. – Jutro rano czeka cię wczesna pobudka. I nie zapomnij wziąć swojego miecza, dobrze? To prezent, nie czuj się zobowiązana dziękować. Podziękujesz, kiedy okaże się czymś więcej niż tylko ładną ozdobą.
        To brzmiało jak swoistego rodzaju obietnica. Jak obiecanie, że nauczę ją robić użytek z broni, choć nie byłem pewien, czy ona odczyta te słowa w podobny sposób. Ja czułem się usatysfakcjonowany dzisiejszym dniem. Okazało się być lepiej niż z częścią początkujących żołnierzy, choć Esja była nieco starsza od chłopaków, którzy zaczynali tu swoje szkolenie.

LXXXIII



     Nic nie powiedział, ale nie zaskakiwało mnie to już. Dotarliśmy bez słowa na miejsce, a w powietrzu wisiała atmosfera świadcząca o tym, że nasze poczynania nie powinny być dla wszystkich znane. Rozejrzałam się dookoła, szybko i mam nadzieję, że dyskretnie. Nikogo oprócz nas tutaj nie było. Będziemy czekać na nauczyciela? Byłam ciekawa kim będzie, czy polubię tą osobę, czy raczej niespecjalnie. Czy będze ciężko, przyjemnie... tyle pytań, ale z naszej dwójki tylko ja zdawałam się oczekiwać czegokolwiek. Nevan zapytał jedynie, czy wzięłam naramienniki i chyba nie zauważył, jak skinięciem odpowiedziałam. Wciąż trudno było mi zdobyć się do zmącenia ciszy własnym głosem. 
     Uwagę skupiłam na oficerze dopiero w chwili, w której wyciągnął jakąś nieznaną mi broń. Nir jestem znawcą, właściwie nic o niej nie wiem, ale potrafię powiedzieć czy coś mi się podoba, czy nie, a ten oręż na pewno potrafił zachwycać. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy usłyszałam, że ma on należeć do mnie. Znów nie potrafiłam nic powiedzieć, słuchałam każdego słowa, jakie padało z ust Tealvasha i pierwszy raz nie potrafiłam na nic odpowiedzieć. Sam fakt, że... mało w życiu dostałam prezentów. Miałam harfę i to tyle, więc broń była drugim. Odebrałam z rąk mężczyzny ostrze. Było cięższe, niż wskazywał na to wygląd, ale lżejsze, niż się spodziewałam, że może być. Słowem, byłam w stanie je dźwigać. Odeszłam w wiadomym kierunku i dopiero wtedy pozwoliłam sobie na chwile zachwytu. Serce zabiło mi mocniej. Kazał je zrobić dla mnie? Nie przypominało ciężkich mieczy, jakie nosili jego żołnierze. Może przez moje oczarowanie i wyszukiwanie odpowiedniego miejsca dla oręża, który potem jeszcze odłożyłam ze szczególnym namaszczeniem, nieco zbyt długo mnie nie było, ale ostatecznie wróciłam z mieczem, który wydawał się w moim rozumowaniu być odpowiednim. 
     Wciąż nic nie mówiłam, ale tym razem przeżyłam jeszcze jeden szok. Może to głupie, ale nawet nie podejrzewałam, że Nevan mnie czegoś będzie uczył. Nie brałam go pod uwagę i teraz było mi głupio, w końcu jest oficerem, też zna się na wszystkim. Czy miało być to aż tak poufne? Może właśnie przez to się zdecydował być moim nauczycielem. Wiedziałam jedno... nie będzie traktował mnie łagodnie tylko dlatego, że jestem kapłanką. Nawet Freya, której towarzystwo nie odpowiadało mi tak samo, jak towarzystwo Verry, miała na uwadze to, kim jestem, a Nevan... chociaż często przypomina o mojej pozycji, to sam nigdy nie był nią oczarowany. 
     Przełknęłam ślinę. 
     Słuchałam wszystkiego, robiłam, co kazał, drgnęłam gdy warknął. Przerażający. Kiedy zacisnął dłoń na moim nadgarstku, poczułam się jak drobniutka istota. Oczywiście wiedziałam, że nie należę do wielkich ludzi, ale teraz wydawało mi się to być bardziej dotkliwe, niż zwykle. Poza tym jedyny raz, gdy Tealvash pozwolił sobie na taką bliskość był podczas wyprawy, ale wtedy okoliczności były całkiem inne, bo świątynia się waliła. Aktualnie nic nie miało nam zaraz spaść na głowę, a jednak trudno było mi się skupić. 
     Kiedy puścił mój nadgarstek, poczułam się trochę tak, jak wtedy, gdy strącił mnie z muru. Pamiętałam jednak lekcję z tamtego dnia, dłoń drgnęła, ale nie opadła. Nie było idealnie, wiedziałam doskonale, nie musiałam na niego patrzeć, jednak starałam się, chciałam przed nim dobrze wypaść, szczególnie przed nim. Tylko, że teraz, kiedy był sam moim nauczycielem nie miałam jak popełniać błędów poza jego wzrokiem. Zobaczy każde potknięcie, każde niedociągnięcie, uchybienie. 
     Miałam nieco rozwarte usta, a na twarzy malowała mi się niepewność. Trzymałam drewniany miecz, ze wzrokiem utkwionym gdzieś przede mną. Nie wytrzymałam, obejrzałam się przez ramię i napotkałam spojrzenie Tealvasha. Z jednej strony przenikliwe, z drugiej chłodne i puste. Miecz opadł, skrzywiłam się, uniosłam go wyżej, przestąpiłam na bok i jak dziecko, które coś spsociło czekałam na krzyk mężczyzny. Już niemalże kuliłam się z głupiego odruchu. W świątyni czasem się obrywało po rękach, ale wiedziałam, że oficer mnie nie uderzy, mimo to byłam lekko podenerwowana. 
     - Twój wzrok - powiedziałam pierwsza. Byłam zmieszana. Opuściłam swoją broń wzdłuż ciała i dopiero teraz odpięłam pelerynę i rzuciłam ja na bok, zgiętą w pół. Przetarłam twarz dłonią, było późno, ale wcale nie byłam zmęczona. - Nie wiem, czy ktoś ci mówił, ale jest przerażający - chyba pierwszy raz powiedziałam mu to wprost. Spodziewam się, że miał świadomość, że jest tak, a nie inaczej. Westchnęłam i uniosłam drewniany miecz, robiąc to (przynajmniej w moim mniemaniu) tak jak pokazywał oficer. - Nie oczekuję, że będziemy się do siebie uśmiechać, ale może od czasu do czasu wymienimy kilka zdań? Pełnych, może nawet przyjaznych? - chyba mówiąc to zrobiło mi się jeszcze bardziej głupio. Dlatego wciąż stałam z uniesionym mieczem, aby nie myślał, że migam się od ćwiczeń, bo od tego byłam daleka. - Kiedy jesteś taką skałą, nie potrafię nawet podziękować za miecz w taki sposób, w jaki wypada... a muszę podziękować, muszę też się otrząsnąć, nie wiem, może okazać jakąś radość, a tym czasem jest mi głupio się uśmiechnąć, bo mam wrażenie, że wtedy zrezygnujesz z uczenia mnie i uznasz za niepoważną - wyrzuciłam z siebie, nawet nie wiedząc w której chwili mój głos przybrał nieco pretensji. Zrobiło mi się ponownie niezręcznie, jak to zauważyłam. Zamrugałam i poczułam, że się rumienię. - Przepraszam... nie zgłasza się pretensji nauczycielowi - skarciłam sama siebie, nim on to zrobił, bo pewnie był w tym o wiele lepszy ode mnie. Może, gdybym miała jeszcze jedną szansę, to siedziałabym jednak cały czas cicho, ale słowa już opuściły moje usta... było mi w zasadzie lżej. 

LXXXII



        Wzdrygnąłem się lekko, słysząc słowa podziękowania. Nie byłem pewny, czego dotyczą i nie zamierzałem o to dopytywać. Sam fakt, że padły między nami był wystarczająco dziwny i niezręczny. Jeszcze nie tak dawno temu sądziłem, że nigdy nic nas nie połączy, bo pochodzimy ze zbyt różnych światów i środowisk, a teraz… Proszę. Jednak coś nas połączyło. Coś, czego nie potrafiłem nazwać prostym słowem. Jeśli nie dało się tego prosto opisać, to wolałem nie robić tego wcale.
        Rozstaliśmy się na pierwszym skrzyżowaniu, które ją zaprowadziło najprawdopodobniej do namiotu medyków, a mnie do kuźni. Ten dzień, choć praktycznie niedawno się zaczął, zdawał się być zbyt długi.
        Odebranie miecza zajęło niedługą chwilę. Obiecałem płatnerzowi odebrać go osobiście. Nie zadawał pytań, nie musiał. Na pewno słyszał o tym, kto jest w obozie. Odprowadziło mnie jego przeszywające spojrzenie które sugerowało, że wie więcej, niż powinien i które sprawiało, że czułem jak dreszcz biegnie wzdłuż pleców aż do kości ogonowej. Niewielu ludzi potrafiło mieć na mnie taki efekt. Otrząsnąłem się z tego stanu jak tylko wyszedłem na ulicę z bronią zawiniętą w zwykły materiał pakunkowy. Na szczęście nie był to dziwny widok w obozie.
          Przez resztę dnia nie potrafiłem stłumić iskry ekscytacji. Niespodziewanego oczekiwania na wieczór. Upominałem sam siebie jak dziecko, które nie może doczekać się nowej zabawki, której tak długo już oczekiwało. I bawił mnie ten stan rzeczy. Do tego stopnia, że zapominałem się przy ludziach, przy których to było wyjątkowo niebezpieczne.
        – Czy moja pozycja w tej sprawę cię bawi, oficerze Tealvash?
        Książę brzmiał na oburzonego, kiedy bawił się piórem w dłoni, podrzucając je w nerwowy sposób. Skupiłem na sobie spojrzenie kilku innych oficerów. Cholera. Dlaczego się uśmiecham? Jak podlotek który czeka na swój pierwszy raz z najpopularniejszą w dzielnicy dziwką i który uważa, że to uczyni go dorosłym i poważnym.
        Odchrząknąłem, przywracając naturalny wyraz twarzy. Spojrzałem na księcia, który wydawał się być naprawdę urażony. Co za paskudny dzieciak. Nigdy nie będzie potrafił przyjąć słowa krytyki.
        – Przepraszam, książę. – Kolejne odchrząknięcie. Położyłem palec na mapie w miejscu, gdzie przed chwilą narysował niewielki znak x. – Sądzę, że to zbyt odkryte miejsce do przechowywania zapasów. Wróg będzie próbował atakować i odciąć nas od zasobów.
        – Muszę zgodzić się z Tealvashem – nieoczekiwanie odezwał się ktoś po drugiej stronie stołu. Jeden z oficerów posiadających pokaźną armię i doświadczenie w walce.
        Jego poparcie mojego zdania zaskoczyło mnie do tego stopnia, że oparłem obie dłonie na stole, pochylając się nad nim.
        – Naprawdę?
        – Dlaczego tak to cię dziwi, że się z tobą zgadzam? To dobre rozumowanie. Powinniśmy chronić zapasy i ludzi.
        – Myślałem, że uznasz moją opinię za zbyt otwartą.
        Mężczyzna skrzywił się lekko, założył ręce na piersi i łypnął spojrzeniem w stronę Azira. Ten zdążył już poczerwienieć ze złości albo wstydu, ciężko powiedzieć. Jak dziecko, które nie potrafi przyjąć sprzeciwu. Naprawdę, czasem nie miałem pojęcia, co robi ten bachor starając się pchać do armii.
        – Zostawmy to na razie – zadecydował, zajmując swoje miejsce za stołem. Siedział jako jedyny z zebranych.
       To będzie długie i ciężkie spotkanie, mogłem być tego pewien. Westchnąłem, prostując się powoli i zerkając na wyjście z namiotu. Iskierka ekscytacji wcale nie zgasła. I teraz to sam siebie mogłem nazwać zwykłym dzieciakiem.

        Zdobycie się na cierpliwe czekanie było dość trudnym zadaniem w tym momencie. A jednak stałem jak posąg, niemal bez ruchu, z dłonią na rękojeści miecza i drugą luźno opuszczoną wzdłuż tułowia, wzrokiem przeczesując mijających mnie ludzi. O tej porze nie było ich już dużo. Zaczynało się robić późno nawet jak na wojskowe standardy. Nikt nie myślał też na pewno, żeby w nocy udać się na plac, żeby ćwiczyć. Wszystko wskazywało na to, że mój plan ma szansę ujść niezauważony przez niepożądane oczy.
        Drgnęła mi dłoń, zaciskająca się na rękojeści miecza pod wpływem głosu dziewczyny. Nie zauważyłem, z której strony podeszła, choć wydawało mi się, że patrzę cały czas prosto w miejsce, z którego prowadziła droga do jej namiotu. Skinąłem głową, rozglądając się jednocześnie, żeby sprawdzić dyskretnie, czy ktoś podąża naszym krokiem. Wydawało się, że nie. Że Esja naprawdę zrobiła to, co poleciłem.
        Bez słowa dotarliśmy na miejsce. Nikt nie zwracał na nas większej uwagi, być może dzięki temu, że dziewczyna nie miała na sobie zwyczajowej białej sukni, po której łatwo można by było ją rozpoznać. Otworzyłem ciężką stalową bramę prowadzącą na mały dziedziniec, z jednej strony otoczony budynkami, a z jednej niewielką widownią. Pozostałe dwie otoczone były murem, w którym umieszczono stalowe bramy, a wszystko po to, żeby osłonić ćwiczących przed resztą obozu. Jedynym źródłem światła był obecnie księżyc.
        – Wzięłaś swoje naramienniki? – zapytałem, odchodząc od niej i zapalając dwie z pochodni, które znajdowały się najbliżej bramy. Ruchome światło padło na piasek, tworząc cienie naszych sylwetek. Obróciłem się w jej stronę, starannie stawiając stopy w szyku, który był czymś tak dobrze mi znanym. – Na razie nie musisz ich zakładać.
          Nie czekałem na odpowiedź. Wyciągnąłem ten miecz, który miał należeć do niej i odsłoniłem ostrze z materiału, które go chroniło. Błysnął w niepewnym świetle pochodni. Niewielka, ale poręczna broń jednoręczna wydawała się idealnie pasować do kapłanki. Tym łatwiej będzie wytłumaczyć, że to tylko ozdoba, piękny prezent otrzymany od mojego oddziału, a nie broń którą nauczy się posługiwać. Przez chwilę wpatrywałem się w kunsztownie wykonaną stal, pozwalając jej podejść bliżej, żeby mogła się przyjrzeć dokładnie prostemu jelcowi, który zapobiegał zsuwaniu się palców z rękojeści, która była wykonana ze znacznie większym polotem. Niesamowita praca. I bardzo kosztowna.
        – Ten od dzisiaj należy do ciebie. Ale nie będziesz nim ćwiczyć, dopóki nie nauczysz się wszystkich podstaw. Na razie idź do zbrojowni i znajdź drewniany miecz – wyciągnąłem broń w jej stronę, trzymając płasko za ostrze tak, żeby mogła złapać rękojeść. – Niech waży tyle, co ten. W przybliżeniu.
        Kiedy odeszła we wskazanym kierunku, ja obszedłem arenę, paląc jedynie niektóre ze znajdujących się na niej pochodni. Nie chciałem zwracać na nas zbyt wielkiej uwagi. Esja wróciła szybko, nie miała już ze sobą stalowego miecza. Zapewne odłożyła go na czas ćwiczeń. Znów skinąłem głową. Prosty w wyrazie gest aprobaty.
        Nie było tu nikogo oprócz nas. Zorientowała się już, kto będzie ją uczył posługiwania się mieczem czy jeszcze nie? Podstępny uśmiech zaprezentował się na moich ustach, kiedy oparłem dłoń na przygotowanym wcześniej dla siebie mieczu. Również drewnianym. Wyprostowałem się i podszedłem do niej blisko. Praktyczni dzielił nas jeden krok i spora różnica wzrostu. Dlaczego to sprawiało, że nadal czułem ekscytację? Chorą ambicję, która popychała mnie do tych wszystkich działań. Coś nienormalnego. I uzależniającego.
        – Każda walka i każda broń wymaga odpowiedniej postawy ciała. Odpowiednich kroków i pewnego trzymania. Zaczniemy od tego ostatniego – mówiąc to końcem swojego drewnianego miecza do ćwiczeń podniosłem do góry ten trzymany przez nią do pozycji równoległej z ziemią. – Złap rękojeść. Trzymaj go pewnie. – Zmrużyłem oczy gniewnie. – Nie tak.
        Opuściłem miecz nieoczekiwanie, przez co musiała złapać swój mocniej, nie pozwalając mu upaść na ziemię. Z pewnością nie był czymś lekkim. Wyciągnąłem dłoń i łapiąc za jej nadgarstek przesunąłem jej rękę bliżej jelca, oceniając czy złapała do w dobrym miejscu.
        – Nie za daleko i nie za blisko. Musisz czuć, że trzymasz go pewnie, balansujesz całością, a nie tylko rękojeścią. Pamiętaj, że ostrze jest dużo dłuższe od niej. Jeśli ktoś mocno uderzy, wytrąci ci go z dłoni. Dlatego ważne jest, żebyś widziała broń jako całość… Jako przedłużenie ręki, a nie tylko balast.
        Nie puszczając jej nadgarstka wysunąłem jej dłoń, obracając uchwyt tak, że trzymała ją teraz od spodu, celując prosto przed siebie. Równowaga i balans czymś o takich kształtach były podstawowymi wartościami, których musiał się nauczyć każdy, kto chciał posługiwać się dłonią. Puściłem jej ramię nagle, w ten sposób sprawdzając, czy słuchała tego o czym mówiłem i czy utrzyma ciężar miecza w takiej samej pozycji. Na mojej twarzy nie było już uśmiechu, jedynie czysta, wydestylowana powaga.

LXXXI


     Nauczyłam się już, że Nevan do zbyt wylewnych nie należy, ale mimo to wciąż oczekiwałam po nim pełnych emocji wypowiedzi, które nigdy nie miały nastąpić. Tym razem również poczęstował mnie dawką rzeczowych faktów, na co nie byłam gotowa. W pierwszej chwili nie zrozumiałam, chciałam nawet zapytać o to, dlaczego mam się wymykać do Lance'a, ale na całe szczęście nim niepotrzebnie otworzyłam usta, wiedziałam już, że to nie do namiotu medycznego mam przemknąć niezauważenie. 
     Pokiwałam powoli głową, zastanawiając się już teraz nad dobrą wymówką dla strażników. Nie miałam żadnej, ale nie zamierzałam prosić Tealvasha o pomoc, do nocy zdążę coś wymyślić, ale sama, poradzę sobie. Najwyraźniej jakoś zasłużyłam sobie na pewnego rodzaju szacunek ze strony oficera, chciałam więc wypaść jak najlepiej. Poza tym towarzyszyła mi pewnego rodzaju ekscytacja. Wiem doskonale, że to co robiliśmy zostałoby na pewno źle odebrane, ale nie mogłam się wyprzeć tego uczucia. Niemalże paliło moją skórę, sprawiało, że perspektywa oczekiwania wydawała się wyjątkowo nieznośna. Już teraz zmieniłam plany, chcąc iść do Lance'a jak najszybciej, żeby stracić czas, który dłużyłby się w nieskończoność, gdybym teraz wróciła do siebie. 
     - Dam sobie radę - powiedziałam w końcu, nieco niepewnie, ale głównie przez postawę mężczyzny. Wydawał się być zmęczony,  a mnie paliła myśl, iż to wszystko z mojego powodu. Może żałował? Po pijaku powiedział kilka słów za dużo, a teraz, jako honorowy człowiek nie mógł się z tego wycofać... ta myśl była nieprzyjemnie ciężka, tym bardziej, że to, co dla niego było tak ryzykowne, mi dawało tak dużo radości. Nie potrafiłabym teraz zrezygnować, wycofać się, nawet wiedząc, że może to byłoby dla niego lepsze. Czy to czyniło mnie samolubną? Nie znałam tego uczucia i co powinno napawać mnie wstydem, nie czułam się winna. Niewiele myśląc uśmiechnęłam się do tej chłodnej skały, jaką Nevan często przypominał. Wydawało mi się, że taki gest wiele potrafi zmienić, a już w szczególności w obozie w którym tak wiele osób wygląda po prostu nieżyczliwie. 
     - Dziękuję, oficerze - dygnęłam grzecznie, odruchowo, nieszczególnie planując ten ruch. Przechyliłam lekko głowę na bok, zastanawiając się, czy coś warto byłoby dodać. - Pewnie w ustach ocalałej kapłanki nie zabrzmi to wartościowo, ale jestem twoją dłużniczką - ostatecznie uznałam, że to jedyne, co mogłam mu powiedzieć. Była to prawda i nic by mnie tak nie cieszyło, jak możliwość odwdzięczenia się. Niestety do tak głupich nie należę, aby wierzyć, że w najbliższej przyszłości moja pomoc w jakikolwiek sposób mu sie przyda. Nie było to miłym spostrzeżeniem, ale jak najbardziej prawdziwym. 
     Niedługo po tym pożegnaliśmy się, a ja zaraz ruszyłam do Lance'a, który na całe szczęście był w znacznie lepszym stanie, niż dzień wcześniej. Nie mogłam mówić zbyt wiele, aby nie dopuścić do tego, że ktoś usłyszy naszą rozmowę, ale o jeździe konnej nie mogłam nie wspomnieć. Wcześniej planowałam, że będzie to wizyta jedynie z grzeczności, ale nim się obejrzałam rozmowa sama zaczęła się kleić, a wyszłam dopiero w chwili, w ktorej medyk dał mi do zrozumienia, że powinnam zostawić żołnierza w spokoju. Po tym odwiedziłam moje siostry, zapytałam o ich stan, ale nic konkretnego mi nie przekazano. Reszta dnia minęła całkiem przyjemnie. Posiłek zjadłam z Eliahem, któremu opowiedziałam o porannej lekcji, nie wiem czemu, ale zachowywał się miejscami posępnie, jednak zapytany wprost zbywał mnie uśmiechem. 

     Nim się obejrzałam wszedł nocny księżyc. W głowie miałam pustkę i dopiero w chwili wyjścia poczułam, że nie wiem, co powinnam zrobić. Postanowiłam pójść na zywioł, wyszłam z namiotu i wiedziałam już, co powiem, ale na samą myśl czułam, że nie dam rady. Może obejdzie się bez kombinowania. 
     - Dziękuję, nie potrzebuję eskorty - jak tylko wyszłam na zewnątrz, dwójka stojących przy mojej kwaterze żołnierzy ruszyła za mną. Miałam nadzieję, że nie będą mieszać, ale spojrzeli po sobie, a potem na mnie i już wiedziałam, że tak łatwo nie pójdzie. 
     - Wybacz pani, ale to niebezpieczne. Spacer o tej porze bez eskorty jest zakazany - powiadomił mnie jeden z nich. Nie mogli zauważyć, jak dłonie, schowane pod peleryną zaciskają się w pięści. Cóż, wyglądał na kogoś, kto szybko nie odpuści, a ja nie miałam czasu na cackanie się. Musiałam działać i stracić ich jak najszybciej. Mówi się trudno. 
     - Nie zamierzam spacerować - oznajmiłam dosadnie. Pozwoliłam sobie wziąć głęboki wdech i nie patrząc im w oczy kontynuowałam. - Muszę się udać do medyczki z powodów czysto kobiecych i nie życzę sobie męskiej obstawy - rzuciłam z naciskiem, w głowie powtarzając sobie słowa Nevana, który nieraz próbował mi uświadomić, że posiadam pewnego rodzaju władzę. Czy się uda? Widziałam, jak z miejsca się wyprostowali. Sądziłam, że coś jeszcze powiedzą, ale tak nie było. Po chwili uznałam to za zwycięstwo, odwróciłam się i chowając w cieniu nocy rumieniec ruszyłam przed siebie. 
     Po drodze zgubiłam się delikatnie, ale uznałam, że to nawet lepiej. Straciłam wszelkie ogony, jesli jakiekolwiek miałam, aż w końcu znalazłam się na głównym placu. Zatrzymałam się w cieniu, pozwalając sobie na zapoznanie się z otoczeniem. Dostrzegłam jedną postać i niedługo potem szłam już powoli w jej kierunku, wierząc, że to Nevan. Kiedy zatrzymałam się przy nim, nawet w nikłym świetle nie byłam w stanie pomylić tego spojrzenia. 
     - Zrobiłam, co kazałeś - powiedziałam cicho, czując, że oddycham nieco mocniej, niż zwykle. Serce także biło głośniej, niż potrzeba i dotarło do mnie, że pierwszy raz czuję się w ten sposób. Jakbym faktycznie robiła coś niedozwolonego, a chociaż zakazany owoc zawsze smakuje najlepiej, a ta sytuacja wcale aż tak zakazana nie była, to jednak pierwszy raz w życiu miałam styczność z czymś ogólnie pojmowanym za nieodpowiednie. Słowem nie łamałam prawa, ale w całym swoim życiu bez wątpienia większego przewinienia, od obecnej sytuacji nie doświadczyłam. Czułam więc, że mimo poważnych wytycznych moje oczy błyszczą, pełne emocji i nieco patetycznej radości. Nie mogłam nic na to poradzić, a na ustach czaił się uśmiech, nawet jeśli te ułożone były w wyrazie poważnej obojętności. Nie potrafiłam ukryć tego, co czułam. 
     Noc była niezbyt ciepła, co po ostatnich było nowością. Co jakiś czas między nami majaczyły chłodne powiewy wiatru, targające materiał ubrań. Wiatr ten wydawał się nieść ze sobą woń nowej przygody, odgłos broni, której gdyby nie zapał oficera Tealvasha pewnie nigdy bym nie dotknęła. W prawdzie jeszcze nie miałam tej przyjemności za sobą, ale już oczami wyobraźni byłam tam, trenowałam...
     - Możemy juz iść? - ponagliłam, zdradzając w dosadny sposób swoje podekscytowanie. Nieco się zmieszałam, rozejrzałam całkowicie zbędnie i poprawiłam wciąż spięte włosy. - Wiem, że nie lubisz tracić czasu - dodałam, udając, że to stąd moja chęć do ruszenia z miejsca. 
SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/