czwartek, 24 sierpnia 2017

XCI


     Nie oczekiwałam, że do mnie podejdzie i mnie pocieszy, nie dlatego, że nie byłby do tego zdolny, a dlatego, że nauczył mnie już, aby niczego po nim nie oczekiwać. Był zmienny, kiedy przyzwyczaiłam się już do jednego stanu rzeczy, zmieniał się nagle, pokazywał nową twarz, raz wspanialszą, a raz paskudniejszą od poprzedniej. Było to wielką łamigłówką, którą niesposób rozwiązać. Nawet nie próbowałam, a już na pewno nie w tej chwili, w której tak ciężko było mi skupić się na czymkolwiek. Musiałam się uspokoić, podejść do tego na spokojnie, przecież nic mi się nie stało, więc skąd u mnie takie przerażenie? Znałam odpowiedź na to pytanie, ale usilnie ją zagłuszałam, a jednak była oczywista. Bałam się, bo myślałam, że czas, w którym mi coś zagraża, jak i miejsce, są już daleko stąd. Nie miałam racji, nawet pod czujnym okiem wojska wciąż wisiało nade mną widmo, z którym nie byłam w stanie się mierzyć. 
     Zastanawiało mnie, czy będę musiała go błagać, jak dziecko niezdolne do niczego. Czy będę musiała się poniżać i we łzach namawiać do opieki nade mną. Upadłabym nisko, niżej niż kiedykolwiek, ale ludzie wiele są w stanie poświęcić, kiedy w grę wchodzi ich własne życie. Te myśli mnie brzydziły, bo wiedziałam, że moje marzenia o byciu wojowniczką w tej chwili były żałosnym żartem. Byłam słaba, bezsilna i godna pożałowania. Nie było we mnie nic, co można było uznać za wartościowe, nie miałam nic oprócz znaku na plecach, który w tej chwili wydawał się palić pod materiałami ubrań. 
     Słuchałam jego słów, prostych, niczym nieozdobionych. Niosły ze sobą prawdę, neutralną prawdę, bo nie planował ni pozytywnego, ni negatywnego wydźwięku. Próbował przynajmniej, a to już i tak było wielkim prezentem, może nawet największym, jaki w życiu otrzymałam. Dlatego też odruchowo uznałam za pewnik, że tutaj jego dobroć, a może raczej empatia się kończy. Widocznie stale muszę popełniać błędy, bo i tym razem się tego dopuściłam. Na usprawiedliwienie miałam jedynie to, że obraz Nevana klęczącego na mojej wysokości wydawał się wręcz mityczny, a dotyk jego dłoni fascynujący, biorąc pod uwagę, że nigdy wcześniej nie miałam styczności z jego nagą skórą. Palce miał szorstkie, ale nie tak szorstkie, jak się tego spodziewałam. Czułam, że gdyby się postarał, zaciśnięciem dłoni mógłby mi zrobić niemałą krzywdę. Pierwszy raz analizowałam pod tym kątem potęgę tego człowieka, może przez to, że wcześniej się go bałam, a teraz strach coraz rzadziej łączył się w mojej głowie z jego osobą. 
     Uczono nas, by się uśmiechać. Niezależnie od otoczenia, kobiecy uśmiech upiększa mężczyznę, który jest jej małżonkiem. Niezależnie od krzywd uśmiech jest najważniejszy, jak maska, którą spojono z moją twarzą. Przez lata zaczęłam lekceważyć ten gest, widując częściej wyuczone, sztuczne wyrazy, niż takie, które faktycznie coś ze sobą noszą. Tak oto przerażający, krwistooki mężczyzna nieco we mnie to odczucie zabił. Na jego często przerażającej twarz nie wykwitł promienny uśmiech, jedynie lekkie uniesienie kącika ust, a jednak okazało się być bardzo skuteczne w swym wydźwięku. 
     - Tarczę? - zapytałam cicho, czując jak po moim ciele rozpływa się ulga. Nie mniej jednak zawstydził mnie jego dotyk, do tego stopnia, że rozchyliłam usta, ale nim zdążyłam cokolwiek zrobić, sapnęłam cicho, bo podniósł naszą dwójkę sprawniej, niż ja samą siebie. Nie puścił moich ramion, a ja miałam wrażenie, że zaraz niekontrolowanie się speszę. Atmosfera między nami zrobiła się dość dziwna, nie rozumiałam jej do końca i może przez to bałam się jej przerywać. Nic nie zakłócało ciszy, a skóra pod jego dłońmi zdawała się mi pulsować, zgodnie z biciem serca. Dopiero gdy się odezwał oderwałam się od innej rzeczywistości, skinęłam głową, ale nie ruszyłam się z miejsca. Nadal mnie trzymał. Pokiwałam twierdząco głową, na znak, że się z nim zgadzam, po czym kierowana nie wiem sama czym, uniosłam swoje dłonie i położyłam na tych od niego, co okazało się jeszcze dziwniejszym uczuciem. Może przesadziłam, ale niemalże drgnęłam i postąpiłam krok w tył, tym samym rozrywając stykające się ze sobą ciała. 
     - Przepraszam, chciałam ściągnąć pelerynę - wytłumaczyłam szybko, po czym faktycznie zdjęłam z siebie okrycie. Musiałam wziąć się w garść. Odłożyłam materiał na oparcie krzesła po czym rozejrzałam się po pomieszczeniu. Na jednym z niewielu mebli stała misa z wodą, a obok niej ładnie poskładane, białe ręczniki. Może nie było tutaj luksusów, ale widziałam, że o oficera mimo wszystko się dba. 
     - Mogę obmyć twarz? - kiedy się zgodził podeszłam do misy, odwiązując sznureczek od koszuli przy szyi. O kąpieli mogłam pomarzyć, więc wolałam zadowolić się taką ilością wody. To jednak przypomniało mi o czymś... - W moim namiocie została moja koszula nocna... to znaczy zwykłą koszula, w której zazwyczaj sypiam... - powiedziałam pod nosem, ale zaraz machnęłam głową na boki, wciąż stojąc do niego tyłem. - Z resztą nieważne, mogę spać w tej - dodałam dalej. Mówienie było łatwiejsze, niż wytrwanie w ciszy. 
     Odwróciłam się po dłuższej chwili. Było niezręcznie. A przynajmniej ja tak to odbierałam. Nie chciałam wprowadzać takiej atmosfery. Przysiadłam na skraju jego łóżka i niepewnie zaczęłam rozplatać swoje włosy. 
     - Przepraszam... za to, że jestem takim ciężarem. Mimo to proszę... nie przejmuj się szczególnie moją obecnością - rzuciłam, kiedy już moje włosy się rozsypały na plecach. Teraz jeszcze pozostawała jedna kwestia. Ani drgnęłam, ale ciągle o niej myślałam. Mało tego, miałam wrażenie, że Nevan słyszy, co mam w głowie i już się ze mnie śmieje, a to sprawiło, że mimo wszelkich chęci zrobiłam się czerwona. Odwróciłam spojrzenie. - Wiem, że i tak będę spała w koszuli, ale mimo to nie potrafię się rozebrać, jak tak na mnie patrzysz. Może mógłbyś... się odwrócić? - zapytałam zażenowana, bo miałam wrażenie, że jak zwykle wszystko nadinterpretuję. W końcu ja z zażenowaniem sklejałam słowa, a on płynnym ruchem się odwrócił. Dopiero wtedy zaczęłam ściągać buty, potem zsunęłam skórzane spodnie. Odwiązałam gorset i poprawiałam koszulę, która teraz była długa do połowy ud. Podłoga byłą chłodna, gdy ostrożnie na palcach zbliżyłam się do stołu, a tym samym do Tealvasha. - Tylko to tutaj położę - mruknęłam układając poskładaną kupkę, a potem usiadłam z powrotem na łóżku i poprawiłam włosy tak, by te spływały po dwóch stronach mojej twarzy.
     - Możesz się już odwrócić - zauważyłam i przygryzłam lekko dolną wargę. - Łóżko jest twoje i nie pozwolę, żebyś na nim nie spał, więc ja mogę przespać się na ziemi... - wyjaśniłam mu zaraz, mówiąc od razu, aby powstrzymać jakiś dziwne zażenowanie. Nigdy nie spałam w jednym pomieszczeniu z mężczyzną. Nigdy też wcześniej w obecności mężczyzny nie byłam w samej koszuli... nie licząc zwierzchników i straży świątynnej. - Pewnie nigdy nikt tak bezczelnie nie wtargnął do twojej kwatery na noc... dlatego też nie chcę w żaden sposób wadzić - dodałam po chwili, zaczesując włosy za ucho.

XC



        Wszystko w jednej sekundzie zrobiło się tak prywatne i tak niezręczne, że nawet nie zdołałem drgnąć. Esja znalazła się zbyt blisko mnie i tak bliskość napawała mnie nieznanym przerażeniem. Paniką, której nie potrafiłem zrozumieć ani rozszyfrować. Przeniknęła od miejsca, w którym oparła głowę aż do samych czubków palców i przez moment nie wiedziałem, jak się poruszać, jak oddychać i funkcjonować. Cała wcześniejsza zimna krew nagle zawrzała, zostawiając w mojej głowie pustkę. Na nic stawia się czoła największemu zagrożeniu, jakie człowiek może sobie wyobrazić, jeśli nie potrafi się odpowiedzieć na tak spontaniczny gest. Jeśli w sytuacji normalnej dla każdej innej osoby jest się nieporadnym niczym dziecko, które jeszcze nie nauczyło się chodzić.
        Przez chwilę po prostu stałem i gapiłem się na ujście uliczki i skrzyżowanie z większą drogą, czekając aż ktoś się tam pojawi. Aż ktoś nas zobaczy i nie będzie chciał zrozumieć, co właściwie ta sytuacja znaczy. Bezmyślnie gapiłem się przed siebie. A później dopiero w mojej głowie eksplodowało wszystko inne. Paniczne szukanie drogi ucieczki.
        Z jednej strony nie przeszkadzała mi bliskość kobiety. Tak długo, dopóki nie była zbyt prywatna. Zbyt osobista. A Esja, która trzęsła się delikatnie i przywierała do mojego munduru była zjawiskiem, którego nie dane mi było wcześniej zasmakować.
        Nie musiałem długo się zastanawiać, dokąd się udać. Jedynym miejscem, w którym wiedziałem, że oboje będziemy bezpieczni był mój namiot. Niespodziewane, niecodzienne miejsce, w którym nikt nie będzie szukał kapłanki. Dopiero, kiedy znaleźliśmy się w jego wnętrzu, dziewczyna zareagowała na zewnętrzy bodziec. Odsunąłem się o krok od stołu i spojrzałem na nią. Starałem się utrzymać chłodny wyraz twarzy, ale ona nawet nie zwracała na to uwagi.
        Kiedy uważnie sprawdziłem każdy kąt, odwróciłem się w stronę dziewczyny. Niepewny. Niezręczny. Nie wiedząc, co zrobić. Ona najwyraźniej tego też nie zauważyła.
        Drgnąłem, kiedy upadła. Ale nie rzuciłem się na ratunek. Nie chciałem znowu znaleźć się blisko niej. Zadziwiające, jak bezsilny i bezradny się wtedy czułem. Nienawidziłem tego uczucia. Nie potrafiłem zaakceptować w sobie ani w innych słabości.
        — Nic nie jest nam pisane, na wszystko mamy wpływ — odpowiedziałem mechanicznie, praktycznie nie zastanawiając się nad sensem tych słów. Czy wskazywały na to, że wszystkich bogów i religię tego świata miałem za nic? Zacisnąłem mocniej zęby, przez co uwypukliły się moje kości policzkowe. Oto, do czego nadała się religia: do tworzenia dziewczyn takich, jak Esja, sprzedawanych niczym bydło szlachcicom, którzy są skłonni zapłacić więcej od innych. Nie po raz pierwszy poczułem uszczypnięcie złości na tą myśl. Wbiłem spojrzenie przed siebie, w miejsce, gdzie znajdowała się poła namiotu. — Każdy z nas tutaj mierzy się ze śmiercią — zauważyłem, zniżając głos.
        Niezaprzeczalną prawdą było to, że nie potrafiłem znaleźć pocieszających ją słów. Ani ją ani nikogo innego. Może po prostu nie istniało nic, co należało w tej chwili powiedzieć. Obserwowałem ją z góry spokojnym wzrokiem, nasze postacie zalewało nierówne światło świeczki poruszonej przy każdym ruchu i pogłębiającej cienie. A te w tym momencie wydawały się tak głębokie, jakby osunięcie się w ich ramiona mogłoby zdjąć ciężar z naszych barków. Choć wolałem uważać, że z tym ciężarem i tylko z nim człowiek ma jakąkolwiek wartość.
        — Nie należy żałować tego, co już się wydarzyło. Ważne jest to, co przed nami — powiedziałem powoli, swobodnie przeciągając sylaby. W moim głosie brzmiała stal, ale teraz bliżej tym dźwiękom było do skojarzenia z przyjacielskim pojedynkiem, mieczem uderzanym o miecz, a nie stali trzaskanej mrozem.
        Moje oblicze, nadal spokojnie, nie obiecywało cudów. Nie przyrzekałem, że wszystko odmieni się na lepsze, że życie stanie się łatwiejsze, jeśli tylko spojrzymy na nie optymistycznie. Miałem tylko pewność, że jeśli nauczymy się z nim odpowiednio obchodzić, będzie dało się przejąć kontrolę nad sprawami, które można ujarzmić.
        Podszedłem do niej, spoglądając na wątłą sylwetkę skuloną na podłodze. Ugiąłem kolana i pochyliłem się powoli, przykucając tuż przed dziewczyną, na wysokości moich oczu z jej oczami. Zdjąłem skórzane rękawiczki i odłożyłem na podłogę obok. A później ująłem w swoją dłoń jej podbródek i zmusiłem do spojrzenia prosto na mnie. Nie mam dla ciebie cudów, kapłanko. Nie mam obietnic, że wszystko się ułoży, a na swojej ścieżce nie spotkasz nieprzychylnych ci osób. Ale mogę podarować ci narzędzie. Nauczyć cię z niego korzystać. Dać ci broń, którą będziesz mogła się bronić przed światem. Uniosłem jeden kącik ust, przechylając lekko głowę w jedną stronę.
        — Możesz tu zostać. Będę mógł osobiście przypilnować twojego bezpieczeństwa. — Jeszcze nie wiedziałem, komu ufać. Mogłem odprowadzić ją do kogoś z gwardii, ale… Nie lubiłem nie zakończonych spraw. — Dostaniesz tarczę, którą będziesz mogła się bronić przed tym, co grozi niebezpieczeństwem.
        Puściłem jej twarz, opuszkami palców jedynie jeszcze raz dotykając jej skóry, kiedy odgarniałem włosy z jej twarzy. Była niczym delikatne dzieło sztuki, coś wykonanego przez mistrza w swojej dziedzinie. Nie pasowała do tego obozu, ale jednocześnie miałem poczucie, że to jedyne odpowiednie miejsce, w jakim powinna się teraz znajdować. Niespodziewanie złapałem ją za ramiona i podźwignąłem naszą dwójkę do góry.
        Świeca znów zafalowała, wydłużyła cienie na mojej twarzy i lepiej oświetliła jej. Miała zaszklone oczy, rozczochrane włosy, nieco brudną po treningu twarz, którą pokrywał kurz i pot. Była słaba, a jednocześnie wydawała się silna. Pewna siebie. W przedziwny sposób niezwyciężona. Dotarła do tego miejsca, w którym oboje stoimy, podczas gdy wiele dziewczyn na jej miejscu dawno już by nie żyło. Budziła we mnie potrzebę. Silną, pierwotną potrzebę, żeby nauczyć ją się chronić przed złem naszego świata. Potrzebę, która zakorzeniła się we mnie długie lata temu. Być może tym razem uda mi się naprawdę komuś pomóc. Odkupić to, czego nie udało mi się zrobić wcześnie. Być silniejszym, lepszym i mniej niedoskonałym.
        Odchrząknąłem. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że między nami zapadła nienaturalnie długa cisza, podczas której badałem wzrokiem całą jej twarz.
        Otworzyłem usta, żeby coś powiedzieć. Zamknąłem je równie szybko.
        Nie było nic, co przychodziłoby mi na myśl. Po prostu zacisnąłem dłonie nieco mocniej na jej ramionach, obserwując. Otaczała nas cisza. Drogą przed namiotem nikt już nie chodził, musiało się zrobić późno. Cały obóz powoli oddawał się w ramiona snu.
        — Czas odpocząć, kapłanko – powiedziałem w końcu, a mój głos był nienaturalny, ochrypły od długiego milczenia w tej dziwnej, magnetyzującej atmosferze. Adrenalina nadal była żywa i krążyła w moim ciele, nie pozwalając odpocząć. Wiedziałem, że kiedy opuści moje ciało zrobię się senny, zbyt zmęczony, żeby zmusić się do większego wysiłku.

środa, 23 sierpnia 2017

LXXXIX


     Słyszałam każde słowo Nevana i naprawdę chciałam się do nich dostosować, jednak nie było to tak łatwe, jak podczas treningu. Tam zagrożenie mogłam sobie jedynie wyobrażać, a tutaj faktycznie ono występowało, było żywe i miało na mnie ochotę. W głowie milion razy przeżyłam już scenę w której o mały włos nie zostałam ugryziona. niemalże czułam ból nieistniejącej rany, ale stale próbowałam współpracować z Tealvashem, którego głos wydawał się absurdalnie opanowany. Może przez to łatwiej było mi współpracować, bez cienia zażenowania oddać mu nad sobą władzę, aż do chwili, gdy jakimś cudem wyprowadził nas z namiotu. Świeże powietrze niekoniecznie ukoiło moje nerwy. Nie mogłam przyjąć do wiadomości, że jestem już bezpieczna, nawet jeśli tutaj tego obrzydlistwa nie było. 
     Dookoła nas nikogo nie było. Widziałam po Nevanie, że go to niepokoi, z resztą nie było to dziwne. Nie wiem, jakie są wszystkie zasady, jakie tutaj panują, ale nie muszę być żołnierzem, aby wiedzieć, że te potwory nie znalazły się tam prze przypadek. Ktoś chciał mnie skrzywdzić - to zdaie, chociaż oczywiste, to jednak niemalże mnie zabiło. Nogi zaczęły mi się trząść jeszcze bardziej, niż w namiocie. Teraz mogłam na spokojnie przeanalizować całą tą sprawę. Mimo to nie miałam żadnych tropów, bo cóż złego zrobiłam? Mieli mnie tuta bronić... Nagle nadgorliwość Nevana co do mojej ochrony przestała mi się wydawać przesadzona, jak dotychczas. Tylko wciąż nie rozumiałam... miałam być bezpieczna. Wspomnienia pomknęły do tamtego dnia rzezi świątynnej, do krzyku, płaczu, bólu. To mnie wykańczało. Jeszcze niedawno pomyślałam, że znalazłam w tym obozie coś na kształt domu i już ktoś próbuje mi pokazać, że nie jestem tutaj mile widziana. 
     Głos Nevana wydawał mi się czymś abstrakcyjnym w tej chwili. Poza tym, kiedy wyjaśniał mi swoje plany, jedyne co byłam w stanie zrobić, to całkowicie odruchowo się do niego przysunąć i zacisnąć dłonie na jego pelerynie. W obecnych okolicznościach nie myślałam o wstydzie, o tym, jak dama powinna się zachowywać, na co może sobie pozwolić odnośnie mężczyzny, który nie jest jej narzeczonym. Zasada zachowania dystansu również mnie nie dotyczyła... nie teraz, kiedy nadal byłam w rozsypce, a on mi mówił, gdzie mnie zaraz odstawi. 
     - Nie możesz mnie zostawić, nie ufam tutaj nikomu poza tobą - rzuciłam szybko, równocześnie analizując jego słowa. - W namiocie medyków jest za dużo mężczyzn, żebym czuła się bezpieczna, a u księcia nie będę czuła się bezpiecznie. Co jeśli to coś jakoś mnie znajdzie? Nie wiem jak, ale może tak się stać... - ponownie podjęłam przeżywanie tego wszystkiego od nowa. Prawie nogi się pode mną ugięły, ale mężczyzna zdążył m pomóc. Uniosłam jedynie głowę do góry, czując, że chłodne powietrze zaczyna mi przeszkadzać.  - Proszę, chodźmy stąd... - jęknęłam i chyba w jego głowie rozpoczęła się bitwa myśli. Nie pozwolił sobie na długie rozmyślania. Skinął głową, mechanicznie, jak zawsze i zaczął mnie gdzieś prowadzić. Nie powiedział nic, miał tak często, a mi wyjątkowo to nie przeszkadzało. Nawet nie miałam siły na śledzenie drogi. Chyba ie obchodziło mnie gdzie idziemy, wierzyłam bowiem, że przy nim nic mi nie grozi. Nie wiem, czym dokładnie zaskarbił sobie moje zaufanie, ale było mi to na rękę... taka myśl, że jest tutaj ktoś, kto nie wbije mi ostrza w plecy, bo jak widać... ktoś inny ma co do tego plany. 
     Dopiero kiedy weszliśmy gdzieś, dotarło do mnie, że jesteśmy na miejscu. Poczekałam, aż mężczyzna zapali światło i nawiązałam jakiś kontakt z otoczeniem. Pierwszym trzeźwym odczuciem było zdziwienie. Byliśmy u niego w namiocie... co ciekawe drugim była ulga. Musiała być ona zauważalna, podobnie jak nieco mniej oczywista wdzięczność. 
     - Twój namiot... - powiedziałam spokojnie, ale nie ruszyłam się z miejsca, bojąc się najbardziej podchodzić do łóżka. W końcu ostatnio, gdy ruszałam pościel, o mały włos nie zginęłam. Przygryzłam na moment wargę, a potem spojrzałam na Nevana. - Mogę tutaj zostać? - zapytałam wprost, nie kryjąc, że taka kolej rzeczy jest mi na rękę. Tylko przy nim, bądź przy Eliahu czułabym się teraz bezpiecznie.   
     Widziałam, że wszystko wyraźnie sprawdza. Tutaj było czysto, ale nadal byłam przerażona. Miałam zaszklone oczy, którymi wodziłam po ścianach i podłodze namiotu. Chciałam być jednak twarda, było mi wstyd, że się nie popisałam. Że po treningu nie wyszedł ze mnie żaden wojownik, tylko słaba dziewka, która nie potrafi się odnaleźć w chwili zagrożenia. 
     - Myślę, że śmierć jest mi pisana - powiedziałam nagle cicho i bez ostrzeżenia upadłam na kolana, nic sobie z tego jednak nie robiąc. Załamałam pod sobą nogi, już nie będąc w stanie udawać, że mam jakąkolwiek siłę. Najwyżej mnie znienawidzi i zacznie mną pogardzać. Budowanie szacunku, niemalże walka o niego... to wszystko rzuciłam w błoto, przez jedno załamanie. - Nigdy przed nią nie ucieknę, nie wiem dlaczego, ale ona nade mną ciąży, a ja nie mam siły, żeby się przed nią bronić... - rzuciłam roztrzęsionym głosem. Po chwili podniosłam na niego spojrzenie, na te czerwone oczy, w kolorze ciepłej, płynącej po posadce krwi. - Byłoby wam... Tobie byłoby łatwiej, gdyby twoi ludzie mnie wtedy nie znaleźli. - dokończyłam wywód, bolesną wręcz w mym mniemaniu prawdą. 

LXXXVIII



        Machnąłem jedynie dłonią na sugestię tego, że jej przypuszczenia mogłyby mnie obrazić. Nie byłem pewny, czy zrozumiała moją intencję, ale szybko przeskoczyła do innego tematu, a ja nie zamierzałem się z niczego więcej tłumaczyć. Nie byłem nawet pewny, czy dało się mnie w jakikolwiek sposób obrazić – zdenerwować, rozwścieczyć owszem, ale zarysować moją dumę? Uważałem to za coś wysoce nierealnego. A przynajmniej, dopóki rozmawialiśmy o kwestiach rodowych i rodzinnych. Na inne tematy uznawane powszechnie za prywatne nie chciałbym pozwolić nikomu się tak łatwo zapuszczać, ja teraz robiła to Esja.
        Mogłem oddać jej jedynie to, że robiła to całkiem naturalnie, zachodziła mnie od strony, od której się jej nie spodziewałem i wyciągała informacje, o których rzadko rozmawiałem. Na razie nie mogłem się na to nawet złościć. Agresję zostawiłem sobie na inny czas, kiedy moje mięśnie nie będą spinały się boleśnie po długich godzinach treningu, a nogi reagowały powolniej na wydawane im polecenia.
        Byłem zmęczony. Dopiero, kiedy się zatrzymaliśmy zrozumiałem, że moje ciało powoli zaczyna się sprzeciwiać takiemu traktowaniu. Późne chodzenie spać, nieprzespane noce, całe dnie aktywnej czynności… Nie pozwalałem sobie na zbyt wiele czasu wolnego. Nie było go właściwie gdzie upchnąć.
        Spiąłem się, kiedy dziewczyna postanowiła wejść do swojego namiotu, ale natychmiast upomniałem się w duchu. Zmęczenie musiało sprawić, że wszędzie widziałem niebezpieczeństwo. Na pewno nic nie grozi jej w obozie. Pełno tutaj żołnierzy… Zakląłem cicho pod nosem, kiedy przez chwilę po wejściu do wnętrza Esja się nie odezwała. Długie sekundy minęły, zanim wewnątrz zapaliło się światło. Odetchnąłem, przestępując na drugą nogę.
        To wszystko przez zmęczenie, pomyślałem, zadzierając spojrzenie na ciemne niebo i na jedyny widoczny na nim teraz księżyc. Nic z tego dobrego nie wyniknie, jeśli się przepracuję…
        Kolejne słowa dziewczyny sprawiły jednak, że moje mięśnie napięły się, przyjąłem pozycję gotowości do skoku. Z dłonią na mieczu. Nikogo jednak nie było dookoła. W namiocie, co widziałem przez małą szparę w kapie, też był widoczny tylko jeden cień, należący do dziewczyny.
        — Sprawdzić? Poczekaj — mruknąłem, postępując krok naprzód.
        Nic jednak nie zdążyłem zrobić. Krzyk zaalarmował moje zmysły i zadziałałem szybciej, niż wydawałoby się to zwykłemu obserwatorowi możliwe. Długie lata praktyk i intuicja naostrzona niczym krawędź najlepszego miecza wystarczały, żeby uratować mi życie. I często nie tylko mi. Wpadłem do wnętrza, nie pytając ani nie ostrzegając, jednym susem pokonując przestrzeń pomiędzy mną a namiotem, przeskakując kilka schodków praktycznie bez zatrzymywania się. Zatańczyłem z połą wejściową na wietrze, którą uniósł pęd mojego skoku.
        Wyciągnięty, nagi czarny miecz błyszczał w mizernym świetle jednej świeczki wyciągnięty w bok, jako przedłużenie mojego ramienia. Niewprawne oko nie zauważyłoby nawet, kiedy go dobyłem.
        Poczułem uderzenie jeszcze zanim zdążyłem zauważyć Esję. Wpadła na mnie w pełnym rozpędzie, co nieco wytrąciło mnie z równowagi, ale mimo wszystko byłem większy i cięższy. Nie udało jej się wypchnąć mnie z namiotu. Potoczyłem spojrzeniem po wnętrzu czując, jak adrenalina odpycha zmęczenie. Niebezpieczeństwo zauważyłem od razu. Pełznące, rozlewające się potwory z wielkimi szczękami, tak nieporadnie poruszające się po łóżku i tak bardzo niebezpieczne.
        — Reagują na dźwięk i na ruch. Są w stanie wyczuć drgania podłoża i zlokalizować swój cel — rzuciłem przyciszonym tonem. Czułem pulsowanie krwi w uszach, ale zachowanie zimnej krwi w tej sytuacji przyszło mi z zaskakującą łatwością. Miękko ugiąłem się na kolanach, jednocześnie dłonią położoną na ramieniu dziewczyny przyciskając ją w dół i każąc zrobić to samo. — Nie ruszaj się — dodałem ostro, nawet nie wyczuwając narastającej paniki w jej głosie. Rozsądna, oziębła część mnie racjonalizowała drogę ucieczki. Złapałem nadgarstek dziewczyny mocno, tym samym starając się ją unieruchomić. To okazało się niezbyt łatwym zadaniem.
        Potwory nie wydawały żadnego dźwięku. Były bezszelestne, ale jeśli i my się nie ruszaliśmy, nie wiedziały, gdzie atakować. Nie miały oczu. Odepchnąłem obrzydzenie ich śliskimi, wijącymi się ciałami i opuściłem miecz.
        Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę – mentalnie pojąłem całość sprawy – że nie jestem tutaj sam. I że kapłanka jest na skraju wytrzymałości.
        — Możesz zamknąć oczy. Pamiętasz, czego cię dzisiaj uczyłem? Świadomość otoczenia, spokój, zachowanie rytmu oddechu, balans i równowaga ciała. Zamknij oczy — powtórzyłem miękko, wręcz opiekuńczo, ściszonym tonem głosu niemal prosto do jej ucha, jednocześnie zataczając kilka kroków w stronę wyjścia. Cichych, powolnych kroków w różnych kierunkach, mające na celu zmylić małe kreatury. Ramieniem i dłonią, którą nie trzymałem swojego miecza objąłem Esję w talii i uniosłem lekko, tak, że tylko palcami mogła dotykać podłoża. Była wyjątkowo lekka.
        Powoli, krok po kroku, myląc przeciwników dostaliśmy się do wyjścia, na deski małego podestu. Zniosłem ją ze schodów i dopiero kiedy się upewniłem, że jest w stanie stać na własnych nogach na ubitej ziemi bez tracenia równowagi, odsunąłem się. Zmarszczyłem brwi. Nie jestem pewien, co właściwie to wszystko przed chwilą miało znaczyć, ale łatwo było zrzucić winę na karb zagrożenia. Poza tym w tym momencie coś innego miało priorytet.
        Dlaczego, do jasnej kurwy, ta pułapka znalazła się w namiocie kapłanki? I kto za tym stał?
        Wsunąłem broń do pochwy, stal zazgrzytała przyjemnie dla mojego ucha o stal. Dookoła nas, na zewnątrz, nic się nie zmieniło. Wartownicy nie wrócili. Nie chciałem wierzyć, że to możliwe, że zostali przekupieni i na razie wolałem nic nie zakładać z góry.
        — Odprowadzę cię do jakiegoś bezpiecznego miejsca, gdzie będziesz mogła spędzić noc. Jutro zajmiemy się rozwiązaniem tej sprawy — skłamałem sprawnie, przenosząc twarde spojrzenie na jej twarz. Zamierzałem zacząć zajmować się tym niezwłocznie, już tej nocy. — Może namiot medyków albo któryś z namiotów księcia będzie gotowy cię przyjąć. Chodźmy stąd — dodałem, spoglądając na namiot dziewczyny z nieukrywanym obrzydzeniem.

sobota, 5 sierpnia 2017

LXXXVII


     W ustach Nevana, co bardzo mnie dziwiło, wizja mojego zamążpójścia zawsze wydawała się czymś przyjemnym i wspaniałym. Tak, jakbym faktycznie miała żyć szczęśliwie w luksusach do końca swoich dni. Nie mniej jednak nie potrafiłam ślepo w to wierzyć, zaufać mu do końca w tej kwestii. Przecież mój mąż, chociaż zapewne bogaty, to wcale nie musi być mi łaskawy. Nie lubiłam tego tematu głównie przez tą myśl, może nawet się jej bałam. Dlatego też, paradoksalnie, słysząc same superlatywy wypowiadane przez oficera, na własnym języku czułam smak delikatnej goryczy. 
     Nie wracałam do tego tematu. Mógł mówić, co chce, ale dla mnie prezent, jaki dziś otrzymałam będzie wyjątkowy. Głównie przez to, że nie jestem jego narzeczoną i nic nie stoi za tym, aby musiał mi cokolwiek ofiarować. Bezinteresowność, to jedno z piękniejszych zjawisk tego świata. Wiedziałam jednak, że znając go, nie przyznałby się do tego, zapewne uznałby, że ma w ty  własne pobudki, dlatego nie wypowiadałam tego słowa na głos. 
     Nawet zbyt długo o tym nie myślałam. Temat jego rodziny wydawał mi się znacznie ciekawszy, a już w szczególności przez jego podejście. Rzadko kiedy się przy mnie śmiał, może nawet śmiech to za dużo powiedziane, ale samo prychnięcie było już czymś niesamowitym. 
     - Nie chciałam was obrazić - zaznaczyłam energicznie, kiedy wspomniał o dzikusach. Może faktycznie tak to brzmiało, ale całkowicie nie myślałam o tym. Poza tym trudno było się skupić, moje nogi nie były tak długie, jak te należące do niego, więc musiałam się starać, aby dotrzymać mu kroku, tym bardziej, że to on prowadził. Swoją drogą to miłe, że bez krępacji mówił mi o swojej rodzinie, naprawdę mnie to interesowało, chociaż przyznaję, że coś takiego brzmiało bardzo restrykcyjnie. - Może w świątyni nie obcowało się z mężczyznami, ale zapewniam ciebie, że wiem skąd się biorą dzieci, Nevanie - odpowiedziałam, kiedy zapytał, czy wiem kim są bękarty. Specjalnie przybrałam też poważniejszy ton głosu, aby dodać sobie animuszu. - Mimo to nie podoba mi się, że te z nieprawego łoża są tak nazywane... dzieci nie powinny odpowiadać za błędy rodziców - dodałam po chwili zgodnie z własnymi przekonaniami. Naprawdę mi sie to nie podobało. Poza tym nadal byłam ciekawa, czy aby na pewno każde dziecko rodzi się zawsze z takimi oczami. Co jeśli dwa rody połączą się ze sobą? To był ciężki temat i uznałam, że nada się na dłuższą rozmowę w innych okolicznościach. 
     Do mojego namiotu dotarliśmy całkiem szybko. Nevan wydawał się jakiś nieswój, ale może to przez temat rodziny? Sama nie wiem. Może po prostu był zły, że nigdzie nie ma moich wartowników. Uważam, że nieco zbyt restrykcyjnie podchodził do tego tematu, ale nie zamierzałam o tym mówić. On tu dowodził i jego reguły panowały. Nie chciałabym wrócić do czasów, kiedy każda nasza rozmowa była zwyczajną kłótnią. Teraz takie rozmowy były znacznie bardziej przyjemnymi. Polubiłam jego towarzystwo. 
     - Nie zostawię ciebie samego przed namiotem, kiedy sama będę sobie odpoczywała w środku, to niegrzeczne - ściągnęłam delikatnie brwi, a mej uwadze nie umknęło to, jak jego dłoń zbliżyła się do broni. Długo jednak się nad tym nie zastanawiałam, bo on sam zmienił temat, tym samym całkowicie mnie nim pochłaniając. - Bardzo możliwe, zaraz sprawdzę - oznajmiłam spokojnie i niewiele myśląc weszłam do namiotu. Pewnie gdybym wróciła tutaj jedynie na spoczynek, to ruszyłabym prosto do łóżka, ale miałam szukać listu, a tego bez światła nie zrobię. Odnalazłam więc świecę, która zawsze stała w tym samym miejscu i zapaliłam ją spokojnie. 
     - Mam list - zawołałam do Nevana, widząc, że faktycznie na malutkim stoliczku leży biała, zalakowana kartka. Już miałam wychodzić, ale wydawało mi się, że dostrzegłam jakiś ruch przy moim łóżku. Nie wiem po co tam podeszłam, wszystko wyglądało tak, jak wcześniej. - Sekundę, chcę coś sprawdzić - powiedziałam jeszcze do mężczyzny który nadal stał na zewnątrz. Byłam już przy łóżku i teraz wizja ruszającej się delikatnie pościeli była jeszcze bardziej realna. Odstawiłam świecę na bok i sięgnęłam do koca, nie wiedząc czemu to robię. Nie wiem, co dokładnie stało się pierwsze po odsłonięciu pościeli - mój krzyk, czy mój skok w tył, który uchronił mnie przed chapnięciem szczęk należących do czegoś, co wyglądało jak grubszy i krótszy wąż na maleńkich nóżkach. Odskoczyłam w tył, uderzając plecami o wannę, w której brałam kąpiele. Tutaj światła było już niewiele, ale teraz zauważyłam, że i w niej, podobnie jak w łóżku nie brakuje tych kreatur. Rzuciłam się do wyjścia w chwili, w której Nevan przez nie wszedł. W rezultacie wpadłam prosto na niego, ale o jakimkolwiek zażenowaniu nie było mowy. Byłam przerażona i chętnie czerpałam jakieś uczucie bezpieczeństwa z jego bliskości, wiedząc, że teraz nic mi nie grozi. 
     - Tam coś jest, w łóżku i w wannie! Chciało mnie ugryźć, chodźmy stąd, proszę... - jęknęłam, bojąc się, że stwory zaraz do nas przypełzną. Nie byłam przyzwyczajona do takich kreatur, ale sama też nie zamierzałam wychodzić, wiedząc, że co, jak co, ale najbezpieczniej na pewno będzie przy Tealvashu, do którego teraz przywarłam, tak na wszelki wypadek, gdyby miał mnie tutaj zostawić samą, co było zwyczajnie absurdalne. 
     Nie mogłam się czegoś takiego spodziewać, w obozie czułam się bezpiecznie, a teraz miałam obraz tego, że gdyby nie on, to pewnie leżałabym teraz w tych stworach. Ta myśl sprawiała jedynie że jeszcze bardziej sie trzęsłam. Odwróciłam wzrok, sama nie wiem po co, a widząc jak jedno z tych obrzydliwych stworzeń spada z łóżka, i wpełza pod nie, pisnęłam mimochodem i zaczęłam wypychać Nevana w stronę wyjścia. 
     - Błagam, nie chcę tutaj być... - jęknęłam ponownie, niemalże czując już, jak to coś mnie dotyka i kąsa. Wbrew pozorom kły miało całkiem duże i teraz ciągle myślałam o tym, jak niewiele brakowało, żeby się we mnie wgryzły. 
SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/