czwartek, 14 września 2017

XCVII


       Spojrzał na mnie w dziwny sposób, a kiedy się odezwał, poczułam dziwne ukłucie zawodu. Rozkaz. To tak, czemu spodziewałam się czegoś innego? Kiedy w ogóle zaczęłam oczekiwać czegokolwiek? Myślałam, że zapyta się o mój dzień, o samopoczucie? Naprawdę dałam sobie wmówić, że nasza relacja mu na to pozwala? Nie wiem sama, co mam w głowie, dlaczego zależy mi tak na jego aprobacie? Przecież do niedawna łączyła mnie z nim jedynie chłodna rezerwa. Teraz mnie trenował, dał szansę za nauki... Opacznie, może nawet głupio wzięłam to za znak, że mu na mnie zależy. Jestem jak sierota bez szczególnej przeszłości i z nieznaną przyszłością. To żałosne, że na siłę próbuje szukać sobie jakiś powodów, by czuć się z kimś związaną. Mogłam jednak wcześniej zauważyć, że to jedynie ja tak to postrzegam... Myślami wciąż wracałam do wizyty księżniczki w namiocie Nevana. Do jego słów, tak prostych, nie ozdobionych żadnym uczuciem. Byłam głupia i będę musiała z tym żyć, bo sama sobie wyrzadziłam krzywdę.
       Skinęłam jedynie głową i zrzuciłam z siebie pelerynę. Bieganie nie było moją mocną stroną. Co innego pełne ekscytacji pląsanie... Chociaż i tego zabraniano nam w świątyni. Kobieta miała być ostoją spokoju, wyrafinowana i zawsze opanowana. Nie dla nas treningi fizyczne. Czułam się więc dość niezręcznie biegając przy nim, ale oficer zajęty był sobą, a ja ukradkiem przypatrywałam mu się, podziwiając płynność jego ruchów.
       Zdyszana, ciężko oddychająca zatrzymałam się po kilku okrążeniach. Nim jednak zdążyłam poinformować o zakończonej rozgrzewce, on już nakazał dalsze bieganie. Zacisnęłam dłonie w pięści. Czułam, że rośnie we mnie irytacja, nie wiem skąd u mnie to uczucie, ale po prostu byłam zła... Zła na niego, za własne wyobrażenia tego, jak powinno między nami wyglądać. Wiedziałam, że to głupie, by karać kogoś za osobiste błędy, ale wcale mi nie pomagało to, że nie poświęcał mi uwagi. Nie musiał tego robić, ale... Ale mógł na mnie spojrzec.
       Ja obserwowałam go cały czas, jednak przyznaję, że byłam zbyt pochłonięta myślami, aby w pełni kontrolować otoczenie. Dlatego też dopiero w ostatniej chwili zrozumiałam, że jestem atakowana. Moje oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej, gdy dotarli do mnie, że przecież nie drewniany miecz, a normalny znajduje się w dłoniach mężczyzny. Pisnęłam, ale ciało zareagowało odruchowo, przechodząc w płynny unik z odskokiem. Może jednak nie tak idealny, zbyt nagły, szybki i paniczny, bo zaraz z głośnym stęknięciem poleciałam do tyłu, czując jak moje pośladki boleśnie amortyzują upadek.
       Spojrzałam na niego zszokowana, mrugając  dłuższą chwilę. Chciałam na spokojnie to przekalkulować, ale emocje zbierające się we mnie caly dzień, teraz nałożyły się na siebie. Wiedziałam, że nie zostawię tego bez komentarza, w zasadzie już otwierałam usta.
       - Mogłeś mnie zranić! - rzuciłam oskarżająco, a zamiast się podnieść, odpełzlam kawałek w tył, aż nie poczułam pod ręką znajomego materiału. Peleryna, w w niej schowany prezent od niego, prezent, którego nie miałam jeszcze używać. On pierwszy zagrał nieczysto. Dlaczego ja miałam być dobra? Jestem kapłanką, owszem, ale to on tak naprawdę mnie nauczył, że nie zawsze muszę o tym pamiętać.
       Palcami wyczułam rękojeść swej broni i najszybciej jak potrafiłam, dobyłam jej, widząc jak ostrze przecina powietrze. Nie wątpiłam, że zauważy, zawsze będzie widział więcej, niż ja. Nie chodziło o to, by go nastraszyć. Chciałam... Nie wiem, może pokazać, że ja też mam coś do powiedzenia. Że nie będę grzecznie siedziała i udawała, że wszystko mi pasuje.
       Podniosłam się na nogi i wymierzyłam pierwszy cios. Był pełen wahania, ostrożności. Gdy jednak ostrze obiło się o to, które dzierżył Nevan poczułam, jak pewność siebie we mnie wzrasta. Odbiłam w tył i znów zaatakowałam, frustracja zdawała się kumulować w moich dłoniach i z każdym uderzeniem jakaś jej część ze mnie ulatywała, dźwięk uderzającej o siebie stali był niczym ukochaną muzyka, koił nerwy.
       - Nie oczekuj, że będę grzecznie stała, gdy będziesz mnie atakował! - kolejne dwa cięcia. Jeden z butów ujechał delikatnie po piasku, nie wybiło mnie to z równowagi. Pewność siebie otworzyła mi usta. Włosy dawno pożegnały się z porządnym upięciem. Cały ogrom emocji, jaki od dnia najazdu na świątynię tylko przybierał na siłę, zdawał się szukać w tej chwili ujścia. Nie potrafiłam dłużej go utrzymać. Nie bylo szans, że się powstrzymam. Dopóki miałam siły, umówiłam raz po raz odpychane przez niego ostrzę. - Wszyscy tu traktujecie mnie, jak bezmyślny symbol, głupi, tchórzliwy i niedoświadczony! Też jestem człowiekiem, i jestem do jasnej cholery rozumną istotą!!! Nie rozkazem... Tylko istotą... - ramiona zaczynały mnie boleć, nogi powoli z trudem odnajdywały odpowiednie tory ruchów. Oddech był nierówny i szybki, a w słowa wdarła się frustracja, pozwalająca mi nawet użyć słowa, jakie usłyszałam wśród żołnierzy, a jakiego nigdy wcześniej nie wypowiadałam.
       - Dlaczego więc nie spojrzysz na mnie, jak na Esję..? - opuściłam miecz w jednej chwili, ramiona opadły, wzrok nieco spuścił z tonu. Głos... Nie był już pełen jadu, a raczej dziwnej nostalgii. Nie patrzyłam mu w oczy. Czułam się rozbita. Cały dzień się tak czułam. - Jak na kobietę, normalną ludzką istotę... - kontynuowałam, czując dopiero teraz, jak długo trwała nasza potyczka. Ile czasu tak pozwalał mi na to, bym go atakowała? Miałam wrażenie, że wszystko mnie boli, a przecież to on musiał się bronić. - Nie chcę być rozkazem... Czy nikt... Nie może dbać o mnie? Ale o mnie, a nie o kapłankę, czy ja się nie liczę? - i po tych słowach nie wytrzymałam i uniosłam spojrzenie. Jego czerwone oczy, różne od wszystkich, jakie widziałam w swoim życiu.
       Zacisnęłam dłonie na mieczu, chociaż mięśnie delikatnie nimi potrząsała, to jednak znalazłam w sobie siłę, by podnieść broń do góry, zawiesić w powietrzu, z ostrzem wycelowanym w jego stronę. Przez moment miałam mocno zaciśnięte usta, brwi opuszczone do dołu. Zastanawialam się, czy powiem to, co sobie wymyśliłam. Czy się odważę zagrozić komuś, kogo przecież sama się lękałam.
       - Nie uciekniesz od odpowiedzi - spróbowałam warknąć, ale chyba nie byłam w tym najlepsza. Mimo to nie rezygnowałam z pewnej siebie postawy, wmawiając sobie, że ta na pewno jest wiarygodna. - Nie próbuj nawet, bo będę zmuszona zrobić ci krzywdę... - jakby na potwierdzenie tych słów jeszcze pewniej wycelowałam w niego broń. Wcale nie myślałam o tym, ile moich ciosów już dzisiaj sparował. W głowie miałam bowiem... Bałagan. Nie potrafiłam sobie z nim poradzić.

poniedziałek, 11 września 2017

XCVI



        Zdziwił mnie zarówno oficjalny ton głosu jak I prosty sposób odpowiedzi. Żadnych sprzeciwów, żadnych wyrzutów, uśmiechów ani nawet żadnego miłego słowa? Przez chwilę siedziałem bez ruchu, a kiedy usłyszałem, jak opuszcza namiot odwróciłem się energicznie w tamtym kierunku.
        Głupcze, co cię tak zaskoczyło?, upomniałem się, przykładając dwa palce do skroni i powoli znów odwracając się do dokumentów czekających na biurku. I co to było za ukłucie? Dlaczego w ogóle oczekiwałem po niej czegokolwiek? Nic nas przecież nie łączyło. Czysty rozkaz i posłuszeństwo. A jednak kiedy moje oczekiwania stały się rzeczywistością… Coś wydawało się nie w porządku. Czułem, że rozmyślanie o tym przyprawia mnie o rosnącą migrenę, warknąłem rozrzucając kartki po nierównej drewnianej powierzchni. Bez Esji nie byłoby tu tyle problemów. Bez niej wszystko byłoby tak proste, jak było wcześniej. Zabijać albo zostać zabitym. Teraz tymczasem… Nagle nawet to moje proste żołnierskie życie stało się bardziej skomplikowane.
        Kiedy wyszła i kiedy widmo jej osoby zniknęło z mojej świadomości, sam niechętnie podniosłem się ze swojego miejsca. Codzienne poranne ubieranie swojej zbroi, którą nosiłem do służby w obozie było ulubioną częścią każdego mojego poranka, ale teraz zdawało się przykrym obowiązkiem. Jakby kapłanka była w stanie rzucić na mnie klątwę, po której wszystko przychodziło mi z trudem.
        Bzdury. Co za kretyńskie, pieprzone bzdury.
        Ubrany w mundur i ze swoim czarnym mieczem przytroczonym do szerokiego pasa wyszedłem na zewnątrz, w głowie mając utworzone początki swojego planu. Odnalezienie żołnierzy, którzy mieli pełnić wczorajszą wartę znalazłem niemal od razu, w koszarach, gdzie przeglądali zapasy swojego oddziału. Skierowałem się prosto w ich stronę. Zauważyli mnie o chwilę za późno, żeby się wycofać bądź zwyczajnie uciec.
        Byłem zły. Być może wyczuli to w mojej aurze, a ich zachowanie od razu podpowiedziało mi, że wiedzą, że zrobili coś złego, niczym dzieci przyłapane przez gospodynię na wykradaniu cukierków ze spiżarni. Pytanie, czy zdawali sobie sprawę z tego, na jaką skalę spierdolili swoje zadanie. Zamierzałem się tego dowiedzieć.
        W koszarach o tej porze był mały ruch. Większość z mężczyzn na służbie albo zajmowała się własnymi sprawami albo była na treningu, który miał prowadzić dzisiaj Eliah. Dopadłem do nich szybkim, ale niewymuszonym krokiem i zasalutowałem
        Odpowiedzieli. Nieco opieszale, patrząc po sobie.
        — Oficerze Tealvash… — zaczął niższy, poprawiając mundur. — Właśnie sprawdzaliśmy…
        — Cisza. Proszę zdać raport z wczorajszego wieczoru. — Mocno starałem się, żeby wyraz mojej twarzy pozostał niewzruszony. Żeby nie skrzywiła się gniewnie. — Krótki i treściwy. Gdzie do chuja byliście, kiedy kapłanka wróciła do namiotu?
        Wyprostowali się, słysząc ton mojego głosu.
        — Myślmy tylko pomyśleli — podjął wyższy, odkładając fragment tarczy, który trzymał w dłoniach na bok — znaczy się, zaproponowano nam kolację… W namiocie medycznym, a tam żarcie mają treściwsze…
        — Chorych lepiej tu karmią — wcisnął niższy.
        — A jak wróciliśmy, to najświętszej jeszcze nie było wewnątrz, świecy nikt nie zapalił. Przecie pomyśleliśmy jeno, że nic wielkiego się pod naszą nieobecność stało.
        Zadarłem lekko głowę do góry. Złość niczym szpila wbijała mi się w przerwę między żebrami, kuła prosto w zlodowaciałe gniewem serce, objęte rządzą brutalności. Zauważyli chyba subtelną zmianę wyrazu mojej twarzy, bo wyższy tym razem nieco się zgarbił.
        — No i jest coś więcej, oficerze.
        — To dlatego ta wizyta? — chciał upewnić się drugi, niepewnie rozglądając się dookoła.
        — Ale myśmy niewinni! Nie wiemy, gdzie kapłanka spędziła noc!
        Zamachał nerwowo dłońmi w powietrzu przed sobą. Być może gdzieś daleko na północy oboje mieli rodziny, które musieli utrzymywać ze swojego żołdu. Może obawiali się, że utnę im miesięczną wypłatę, a rodzina umrze z zimna lub głodu. Zwyczajnie mogli też liczyć na niedługi awans, a taka sprawa mogła bardzo niepochlebnie odbić się na ich karierze. Obserwując ich widziałem, że wiedzieli, że robią źle schodząc z warty. A mimo wszystko to zrobili. Sprzeciwili się prostemu rozkazowi! To sprawiało, że nie miałem nawet poczucia winy za to, co zamierzałem zrobić. Za karę, jaką miałem ich wymierzyć. Jeśli mieli rodziny, mogli o ich dobrze myśleć wczoraj, kiedy planowali się nażreć darmową ucztą. A jeżeli skazali je na zagładę… Byłem gotowy ponieść to brzemię. Jak zwykle, brzemię nieludzkiego brutala. Pasowała mi taka opinia.
        — Wrócicie dzisiaj do tego namiotu. Wejdziecie do środka, zobaczycie, dlaczego kapłanka nie spędziła tam nocy. Waszym zadaniem jest go doprowadzić do używalności — zadecydowałem w końcu, rozluźniając ramiona i opuszczając dłonie wzdłuż ciała.
        — Oh… Dzięki ci panie!
        Zmarszczyłem brwi, a później odwróciłem się w stronę wyjścia
        — To nie wszystko. W tym miesiącu dostaniecie jedynie połowę z przynależnego wam żołdu.
        W akompaniamencie westchnięć i cichych przekleństw opuściłem koszary. Czując się przynajmniej nieco lżej na duszy ze swoją decyzją. Jeśli potwory nie zabiją ich, kiedy będą sprzątali, to przynajmniej taka kara będzie równie dotkliwa.

        Reszta dnia zniknęła w zastraszającym tempie. Dalsze śledztwo wykazało co prawda kilka możliwych tropów, którymi można było podążyć, ale nie doprowadziło mnie – ku mojej rosnącej frustracji – do żadnej konkretnej odpowiedzi. Z ciężkim sercem przyznałem, że na tym etapie problemem planowanej akcji zabójstwa kapłanki będę musiał podzielić się przynajmniej ze swoją gwardią honorową. Nakazać im mieć oczy otwarte i szukać niebezpieczeństw wszędzie. Dzięki rozmowie z kilkoma ludźmi z Gwardii dowiedziałem się ciekawych informacji. Dotarły do mnie pogłoski na temat panujących w obozie nastrojów i to było kolejną wskazówką. Cała sprawa na razie jednak nie układała się w żaden spójny obraz. Szukanie poszczególnych fragmentów zajęło mi większość popołudnia i wieczora.
        Oczywiście nie licząc odwiedzin księcia. Te ja zwykle sprawiały, że miałem ochotę wyćwiczyć sobie mięśnie do takiego bólu, że będę miał ochotę je wyszarpać. Znalazł mnie w stajniach, gdzie przygotowywałem kilka ze swoich ulubionych wierzchowców do służby i patroli poza terenem obozu.
        Opowiadał szczegółowo i z zapałem. Jak zawsze, kiedy planował konkretne marnowanie czasu wojska i pieniędzy ze skarbu państwa. Słuchałem z uprzejmą obojętnością jak rozprawiał o zaplanowanym pikniku, zaproszonych na nią gościach i splendorze planowanego przedsięwzięcia. Zaznaczył, że potrzebuje ochrony dodatkowej z naszego obozu. Nie omieszkał dodać, że chodzi mu o mój oddział. W ustach mełłem przekleństwa na tego dzieciaka, który nic nie wiedział ani o życiu w wojsku ani o wojnie, ani w ogóle o niczym.
        — …odbędzie się polowanie, ale mamy ze sobą konie z królewskich stadnin. — Rzucił łaskawie okiem na znajdujące się w stajni wierzchowce. — Nie potrzeba nam dodatkowych stąd. Nasze rumaki mają najszlachetniejszą krew, hodowane od wielu pokoleń na łąkach wewnątrz gór, na pastwiskach, które nie są skute lodem. Prawdziwe konie dla wojowników takich, jakich potrzeba nam w stolicy.
        Po raz kolejny skinąłem głową. Machinalnie, jak na rozkaz.
        — Ale nie mam teraz niestety więcej czasu na naszą przyjemną pogawędkę, oficerze. Liczę, że pojawicie się jutro na czas, ty i wasi ludzie. — Odwrócił się i razem ze swoją eskortą skierował się do wyjścia. Zatrzymał się dopiero przy drzwiach. — Ach, oczywiście. Proszę, nie zapomnij przyprowadzić także naszej najświętszej kapłanki. Powinna zobaczyć to przedstawienie na własne oczy, z pewnością będzie warte jej pięknych oczu.
        Uśmiechnął się melancholijnie, odgarniając jasne włosy ze swojego czoła. Straż przyboczna ruszyła za nim niemal od razu.
       Kiedy tak, jak poprzedniego wieczoru, na niebo wszedł jeden z księżyców, wyszedłem ze swojej kwatery i pod osłoną nocy udałem się na arenę, gdzie mieliśmy się spotkać. Byłem pewien, że nikt nie interesuje się tym, co robię wieczorami. Moja wysoka pozycja w wojsku sprawiała, że w tym temacie byłem niemal nietykalny. A przynajmniej lubiłem tak myśleć. Kiedy wszedłem w cień pierwszej rozpalonej przeze mnie latarni zauważyłem, że Esji jeszcze nie ma. Wykorzystałem tą chwilę na przyniesienie nam naszych mieczy, które oparłem o niewysoki murek okalający piaszczystą arenę.
        Pojawiła się kilka minut później. Weszła w krąg światła i odnalazła mnie wzrokiem, a ja starałem się przeanalizować, czy coś się zmieniło. Zwłaszcza wewnątrz mnie. Z ulgą jednak zauważyłem, że nic nie uległo zmianom, być może przez wszystkie wydarzenia tego dnia skumulowane razem ze sobą. Skinąłem głową, podchodząc do mieczy.
        — Zacznij trening od obiegnięcia całej areny dziesięć razy.
        Rozkaz krótki, prosty i być może zrozumiały. Dla niej mógł być treningiem wytrzymałości, ale naprawdę chciałem sam się zmęczyć. Potrenować swobodnie, dać zatrzasnąć się w tym świecie wysiłku mięśni niczym pod powierzchnią wody bez tlenu. Ale powietrzem dla mnie był ten palący ból i zmęczenie. Chciałem zająć ją czymś, żeby móc skupić się na sobie, jakkolwiek egoistyczne to było.
        Odeszła bez słowa, więc złapałem pewniej za drewniany miecz, który używaliśmy do treningów. Po kilku minutach jednak uznałem to za dziecinną zabawę i odrzuciłem go gniewnie na piasek. Dobywając swojego skarbu ze stalowej pochwy z charakterystycznym sykiem sprawiło, że poczułem nagłe rozluźnienie. Intuicyjnie ustawiłem się w pierwszej postawie, gotowości do działania. Każda kolejna, znajoma poza i ruch mięśni sprawiał, że moje myśli powoli klarowały się i destylowały z niepotrzebnego chłamu. Nie zauważyłem nawet, kiedy dziewczyna skończyła biegać i wróciła – zdyszana, ale starająca się zamaskować zmęczenie. Przekrzywiłem lekko głowę. Trenowanie wytrzymałości z pewnością jest ważną rzeczą, zwłaszcza dla dziewczyny takiej jak ona, która nie znała żadnego wysiłku fizycznego innego niż – zapewne – taniec.
        — Jeszcze dziesięć — rzuciłem nieco chłodno, stopami rozrzucając dookoła piasek i wyciągając przed siebie miecz. Kątem oka obserwowałem ją sylwetkę. Jako potencjalne źródło zagrożenia i ataku. A później, właściwie bez słowa i ostrzeżenia, odbiłem się silnie z miejsca, powodując fontannę drobinek piasku i rzuciłem się w jej stronę z nagim, czarnym mieczem.
        Powinna umieć odskoczyć przed tak podstawowym ciosem – wczoraj ćwiczyliśmy to co najmniej kilka godzin. A jeśli nie… Cóż, może byłem w stanie zatrzymać się, zanim stałoby się coś złego. Może.

piątek, 8 września 2017

XCV



       Odprowadziłam go spojrzeniem, kiedy siadał za biurkiem. Nadal czekałam na jego słowa, a kiedy te nastąpiły, skrzywiłam się lekko, czując, że rumienię się jeszcze bardziej. Zatem o to chodziło. Bał się podobnych plotek, a przecież wiem doskonale, że w życiu by mnie nie tknął. Nie był złym mężczyzną, więc jakże ktoś mógłby go oskarżyć o coś takiego? Niedorzeczne! Nie mniej jednak robienie mu problemów nigdy nie było w moich planach. Poza tym podskoczyłam lekko, gdy kazał mi się ubrać.
       Moja obecność musiała rzeczywiście nie być mu na rękę, skoro tak mnie poganiał. To jeszcze bardziej mnie przygnębiło. Sama nie wiem, sądziłam, że może jednak mnie nieco polubił, a od początku wizyty tej kobiety, wyszło na jaw, jak nieistotna dla niego byłam. Wszystko to niesamowicie mnie męczyło. Wierzyłam, że znaleźliśmy nic porozumienia, jakieś wspólne cele, ale widocznie zbyt wiele sobie wyobrażałam. Nawet wiadomość o tym, że to nie była jego narzeczona jakoś mnie nie zainteresowała. Obecnie chyba nie chciałam już ciągnąć tematu związanego z jak się okazało księżniczką. Najlepiej byłoby gdybym zapomniała o jej wizycie. Poza tym… Nevan dziwie się zachowywał. Lepiej było nie drążyć dalej, nie wypominać, że przecież inni oficerowie mają żony i jakoś służba wojskowa w ogóle im nie przeszkadza. Może po prostu Tealvash nie lubił kobiet? Jest chłodny, często mało mówi, a dla mnie bywa wręcz niemiły. Opiekuje się mną, a wówczas wyobrażam sobie, że to przez sympatię, ale takie chwile, jak obecna uświadamiają mi, że to tylko rozkaz… jestem w jego mniemaniu misją, niczym więcej.
       - Niczym się nie martwię – skłamałam wstając z łóżka i sięgnęłam po swoje rzeczy. – Nie odwracaj się proszę – dodałam i dla pewności stanęłam tyłem, aby zacząć się ubierać w spokoju. Minął jakiś czas, nim Nevan odezwał się ponownie. Tym razem jednak nie odpowiadał na moje słowa. Na pewno pominął je specjalnie, innego wytłumaczenia nie było. Uznałam, że nie będę się dopraszać i wysłuchałam go w spokoju, kiedy relacjonował, co mam w planach na dzisiejszy dzień. Było tego dużo, może nawet więcej, niż przypuszczałam.
       Chyba pierwszy raz poczułam się problemem. Nie mogłam znieść atmosfery jaka tu panowała, jak i silnego zapachu perfum, który nieustanie przypominał mi słowa o których wolałabym zapomnieć. Przeszłam w końcu na początek namiotu, kończąc zaplatanie długiego warkocza. Teraz mężczyzna mógł już mnie zobaczyć, ale nie wiem nawet, czy to go interesowało.
       - Nie musisz nigdzie ze mną iść, nie chcę zabierać ci twojego czasu – powiedziałam niezbyt głośno, zgodnie z prawdą. Miałam ochotę już stąd wyjść, wyzbyć się poczucia, że na siłę zarzucam go swoją obecnością. Gdzie ja miałam oczy? Jest dowódcą, a ja powinnam znać swoje miejsce, pewnie nawet byłoby mu na rękę, gdyby już mnie stąd zabrali, a ja, głupie dziecię prosiłam, aby jakoś odwlekł to w czasie. Muszę dorosnąć, bo jak widać stale robię z siebie idiotkę. – Rozumiem, zajmę się wszystkim. Dziękuję za pomoc, oficerze Tealvash – skinęłam mu rzeczowo, tak jak powinnam według etykiety i tak, jak jeszcze ani razu nie zrobiłam. Za bardzo sobie zaczęłam folgować w jego otoczeniu, ale nie chcę, aby przez to stracił jakąś iskierkę sympatii. Jeśli więc muszę zachowywać się tak, jak teraz, aby nie stracić w jego oczach, to jestem gotowa udawać kogoś, kim nie jestem.
       Nie czekając na jego słowa odwróciłam się i wyszłam równym, niemalże żołnierskim krokiem. Szybko wtopiłam się też w tłum i zaraz skierowałam swe kroki do namiotu tancerek. Nie był on zbyt blisko, ale dotarłam bez problemu. Przyznaję jednak, że wolałabym, aby Tealvash był tutaj ze mną. Żałowałam, że wszystko tak się potoczyło, ale z drugiej strony karciłam się za takie myśli. Nie mogę stale na nim polegać, tym bardziej, że najwidoczniej to go męczy. Dlatego też sama przywitałam się z Freyą i robiłam cały czas wszystko, co mi kazała. Tym razem była już milsza, a taniec okazał się naprawdę przyjemny, chociaż miejscami zbyt wyzywający, jak dla mnie, co ją osobiście bawiło. Ostatecznie pochwaliła mnie, a ja mogłam skierować się do Lance’a, którego chciałam odwiedzić. Jego stan polepszył się już znacznie. Ucieszył się na mój widok, co było najmilszą rzeczą, jaka mnie dziś spotkała – szczery uśmiech.
       - Muszę się już zbierać… mam lekcje jady konnej – siedziałam u niego długo, opowiadając mu o różnych sprawach i dopytując o jego stan zdrowia. Poprawił mi znacznie humor, więc wstąpiło we mnie nieco energii.
       - No proszę! W takim razie muszę stąd szybko wyjść i zabrać ciebie na przejażdżkę – zaśmiał się, co i u mnie wywołało tą samą reakcję. Pożegnałam się z nim i znacznie weselej poszłam na trening. Miałam na powrót dobry humor, pewna tego, że nic mi go nie zepsuje. Trening poszedł dobrze, ale kiedy przechadzałam się w kierunku namiotu Eliah’a, aby zjeść z nim obiad, ktoś zastąpił mi drogę. Niby żołnierz, ale ubrany strojniej. Czekała na mnie księżniczka Maurycja, wraz z bratem. Skrzywiłam się lekko, ale skinęłam głową i ruszyłam na spotkanie.
       Rozpoczęło się ono naturalnie, poproszono mnie, żebym usiadła i zjadła wraz z nimi. Zrobiłam to. Księżniczka była bardzo zadbaną kobietą. Nie widziałam jeszcze takiej, ale miałam pewność, że właśnie ona była w namiocie Nevan’a, bo w powietrzu unosił się znany już mi zapach. Mogłabym nawet powiedzieć, że nie byłam aż tak spięta, do czasu, gdy minęło już kilka minut od rozpoczęcia posiłku.
       - Na pewno znana ci jest data oddania… mogłabyś mi ją podać ? – odezwała się księżniczka, a ja przełknęłam niespokojnie kęs, który miałam w ustach.
       - Pierwszego dnia wiosny… pani – odpowiedziałam niezbyt pewnie i odłożyłam sztućce. Chociaż nic złego się nie wydarzyło, wiedziałam, że nie przełknę już kęsa. Kobieta wstała ze swojego miejsca i zaczęła kierować się do mnie. Okrążyła mnie jednak, zatrzymując się za moimi plecami.
       - Mogłabym sprawdzić symbol na obręczy? Pozwoli zlokalizować twego narzeczonego – wyjaśniła, a ja bez słowa zabrałam warkocz na jedną stronę. Cmoknęła pod nosem, naskrobała coś na pergaminie i na powrót zajęła swoje miejsce. – Oficer Tealvash zdał mi już raport, mogę jednak zapytać czemu nosisz męski strój?
       - Jest mi w nim wygodniej… pani – wyjaśniłam, a ona uniosła jedynie brew.
       - Tak się nie godzi, by osoba z twoim statusem wyglądała jak byle żołnierz. Każę niezwłocznie dostarczyć do twej kwatery suknie, byś wyglądało, jak na twoją pozycję przystało – rozkazała, a mi naprawdę się to nie podobało. Najpierw przez nią mój dzień zaczął się okropnie, a kiedy wyszłam na prostą, znów postanowiła go skomplikować? Poza tym kim ona jest, żeby tak się starać o moje zamążpójście? 
       - Pani wybaczy, ale to jest obóz wojskowy. Tutaj umierają ludzie. Ja widziałam już jedną rzeź i jeśli zastanie mnie kolejna, chcę mieć możliwość ucieczki, zamiast męczyć się z ciężką suknią – powiedziałam zdecydowanie, patrząc w jej piękne, zadbane lico. Mierzyła mnie wzrokiem, aż w końcu prychnęła.
       - Dobrze więc… Nie martw się jednak o swój los, zadbam o to być jak najszybciej trafiła do swego męża, a tam ciężkie suknie będą już na porządku dziennym – oznajmiła sucho. Jej brat mało się odzywał. Widać było, że jest starsza. Ja sama na nowo stałam się raczej wrakiem, niźli sobą i w taiej formie udałam się też na trening z Nevanem.
       Prawdę mówiąc przez cały dzień wolałam o tym nie myśleć. Po tym, jak opuściłam jego namiot nie czułam się najlepiej i nadal nie wiedziałam, jak powinnam się przy nim teraz zachowywać. Z drugiej strony zbyt wiele o tym myślałam, kiedy dobijało mnie to, iż on zapewne w trakcie dnia nie przejmował się mną wcale. Dochodząc do miejsca spotkania stale w głowie miałam te same słowa „jesteś tylko misją wojskową, Esjo”, nie wyobrażaj sobie zbyt wiele. Czemu chciałam tak bardzo się z nim przyjaźnić? Może bez tego nie mogłam w pełni wierzyć, że ten obóz to miejsce dla mnie? Stale wmawiałam więc sobie, że Tealvash jest mi przychylny, podczas gdy on marzył o tym, abym już znalazła się u swojego narzeczonego. Żeby w stolicy przestało wrzeć.
       - Przybyłam, oficerze. Wybacz za spóźnienie, zatrzymała mnie księżniczka i książę – skinęłam z gracją, widząc, że on jest już na miejscu. Nie patrzyłam mu w oczy, stałam prosto, ręce opuściłam wzdłuż ciała, nie bawiłam się nimi, jak zwykle. – Wykonałam też wszystkie przypisane mi obowiązki na dzisiejszy dzień i jestem gotowa na rozpoczęcie treningu – zakończyłam wypowiedź, nie ruszając się z miejsca bez wyraźnego polecenia.
       Tak oto zaczęłam zachowywać się jak przystało na żołnierza. Nie zmieniało to jednak czegoś bardzo naturalnego i dziewczęcego – uczucia smutku, które nie chciało mnie opuścić.   

czwartek, 7 września 2017

XCIV



        Obecność księżniczki w moim namiocie zdecydowanie nie była mi w smak, ale nawet ja miałem wystarczającą ilość przyzwoitości, żeby nie okazywać jej niechęci otwarcie. Uważała się za bogowie wiedzą kogo, a choć w jej krwi podobno płynęła niebieska krew, to swoim zachowaniem i dokonaniami nie zasługiwała nawet na kroplę mojego szacunku. Mimo wszystko zrelacjonowałem jej wszystko, co powinna wiedzieć. Na tyle dokładnie, żeby nie szukała niczego głębiej, z detalami, które powinny zaspokoić jej ciekawość. Jak przewidziałem; kobieta ta nie należała do najbardziej przenikliwych w obozie. A praktykę na co dzień zapewniała mi przecież Aelnea; wąż w ludzkiej skórze, obślizgła i dwulicowa. W porównaniu z nią księżniczka o burzy czarnych włosów tworzących aureolę wokół jej głowy nie była nawet minimalnym zagrożeniem.
        Kiedy usłyszała tyle, ile najprawdopodobniej chciała ode mnie usłyszeć, podniosła się z łóżka. Nie zauważyła, że zerknąłem w tamtym kierunku. Wyszła wraz z chmurą swoich silnych perfum, z aurą władczości i dostosowania się do najnowszej mody panującej w kraju. Dopiero, kiedy ona i jej orszak rozwrzeszczanej straży przybocznej umilkł, rozluźniłem się nieco.
        I właśnie wtedy spod łóżka wylazł mój kolejny problem. Odskoczyłem o krok, zerkając w dół na zawinięty rulonik z kapłanki, kiedy ta starała się uwolnić ze swojej pozycji. Z rosnącym zaskoczeniem obserwowałem, jak walczy z wyimaginowanym wrogiem – a może był tam jakiś minimalnych rozmiarów pająk? Wyciągnąłem dłoń, ale zatańczyła w przestrzeni między mną a łóżkiem, po czym wskoczyła z rozpędem na mebel. Dla pewności zerknąłem w stronę wyjścia z namiotu, ale te nagłe i szalone dźwięki na szczęście najwidoczniej nikogo nie zainteresowały.
        Za to obserwowanie tego szamańskiego tańca Esji był całkiem niecodziennym i śmiesznym doświadczeniem. Oczywiście, gdyby nie fakt, że nie było mi do śmiechu. Powoli podniosłem ramiona i zaplotłem je na klatce piersiowej okrytej jedynie cienkim materiałem koszuli.
        — Oczywiście, że nie. Nie zdążyłem jeszcze nic założyć od rana. To ty jesteś tu gościem, nie ja; ja jestem u siebie — przypomniałem, przestępując na drugą nogę i uśmiechając się nieco złośliwie, jednym kącikiem ust. Zaraz jednak spoważniałem, bo Esja skurczyła się niczym dziecko czekające na dokuczliwą lekcję.
        Zdążyłem się już nauczyć, że jeśli to robiła, to coś było na rzeczy. Jednocześnie nie przerywała potoku słów, a wyraz mojej twarzy stężał i zdecydowanie spoważniał. Była w tym momencie niczym dziecko, które przeciwstawia się woli ojca choć wie, że sprawa została już zadecydowana, a przeciw i tak zda się na nic. Przypominała mi w tym momencie skuloną i obrażoną Leilah, której ojciec znów kazał udać się na lekcje zamiast do ogrodu, w którym mogłaby się bawić aż do wieczora. To porównanie sprawiło, że moje serce ścisnęło się boleśnie.
        Ale nie zamierzałem dać zwieść się pozorom. Ani tym bardziej zmięknąć pod tonem jej głosu. Nie dała mi jednak odpowiedzieć. Podszedłem więc do biurka i spojrzałem na papiery, które nadal na nim leżały, nie ruszone.
        — To niezbyt stosowne, żeby nasza dwójka chodziła tak ubrana w swojej obecności, zwłascza rano. Ludzie mogliby pomyśleć… Różne rzeczy. Że pozbawiłem cię świętości albo inne świątynne i przesądne bzdury. A później zaczęliby gadać. Lepiej, żeby twoja obecność w nocy w moim namiocie została naszą tajemnicą — burknąłem, po chwili dopiero przenosząc na nią spojrzenie. Kuliła się na łóżku, zaplątana w moją pościel, w koc podszyty futrem. — Na litość boską, możesz się ubrać? — rzuciłem, machnąwszy w jej kierunku dłonią. Kiedy siedziała w ten sposób… Było widać zdecydowanie więcej, niż powinienem i chciałem widzieć.
        Dopiero, kiedy wyrzuciłem z głowy zbędne obrazy koszuli, która odsłaniała zdecydowanie zbyt dużo ud, postanowiłem znowu na nią zerknąć.
        — To nie była moja narzeczona, co to za niedorzeczny pomysł? Nie mam narzeczonej, jestem oficerem — dodałem, chociaż ten argument zupełnie nie miał żadnej mocy. Wielu oficerów miało żony, czasami nawet po kilka. Ale nie czułem konieczności, żeby tłumaczyć się z tej jednej kwestii przed Esją. — To starsza siostra księcia, córka króla. Przyjechała z nim do obozu, pewnie chciała sprawdzić sprawę na własną rękę. Nie musisz się nią przejmować — łypnąłem na nią szybkim spojrzeniem – jeśli to nią się martwisz.
        Łatwiej niż odpowiadać na jej prośbę było mi to zignorować. A może przede wszystkim wygodniej. Odpowiedź, że to nie ja decyduję o jej wyjeździe padała już między nami wielokrotnie i miałem dodatkowo przeczycie, że Esji wcale nie o nią chodziło. Może o coś bardziej osobistego? O obietnicę taką jak ta kilka dni temu? Że nie pozwolę jej wyjechać bez uprzedzenia, co się zbliża. Zdecydowanie wygodniej było trzymać się na dystans od kolejnych słów obietnicy.
         Przez dłuższą chwilę zajmowałem się dokumentami, które zalegały i wymagały moich podpisów i zapoznania się z nimi, ale w głowie układałem skrupulatny plan prześledzenia tego, co dzieje się w obozie i co zagraża kapłance. Najłatwiej było zacząć nieco staromodnie: od przepytania wartowników, którzy mieli stać pod jej namiotem. Dziewczyna na szczęście zaczęła się naprawdę ubierać, przez co i mi łatwiej było się skupić na swoim zadaniu. Wizyta rozpieszczonej księżniczki też stała się teraz sprawą drugoplanową.
        W końcu, nie odrywając spojrzenia od papierów, zwróciłem się do kapłanki, która nadal była wewnątrz namiotu.
        — Jesteś gotowa? Czeka cię lekcja z Freyą, wczoraj podała mi wszystkie swoje warunki. Możesz iść do namiotu tancerek i do Lance’a, skoro chciałaś go odwiedzić — rzuciłem nieco niedbale, zapisując kilka kolejnych słów na kartce. Po niedługiej chwili wyczułem jednak, że Esja nadal nie wyszła. Podniosłem na nią pytające spojrzenie, tym razem nieco mniej surowe. — O co chodzi? Tam też mam iść z tobą? Czy czekasz na dalsze rozkazy? Bo jeśli na to drugie, to dzisiaj musisz znaleźć czas na lekcję jazdy konnej  spotkanie z księciem i jego siostrą. A wieczorem spotykamy się na placu treningowym, jak wczoraj — dodałem, mrużąc nieco powieki i odkładając pióro. Całą uwagę w tym momencie skupiłem na blondynce. Starałem się też wyczuć, czy klimat wcześniejszej rozmowy jeszcze jej nie opuścił.
       

XCIII


       Bez słowa opuściłam jego łóżko, nieszczególnie przejmując się jego zachowaniem. Byłam mu wdzięczna mimo to, bo mnie przygarnął, a wcale nie musiał tego robić. Ułożyłam się na ziemi, która wcale nie była niewygodna i okryłam swoje ciało szczelnie derką, aby zbytnio w nocy nie zmarznąć. Prawdę mówiąc nie wiem, kiedy ostatnio tak szybko zasnęłam. W świątyni zawsze spałyśmy w towarzystwie innych kapłanek, a tutaj każdej nocy byłam samotna. Właśnie dlatego towarzystwo Tealvasha pomogło mi się uporać z koszmarami dzisiejszego dnia. Sen przyszedł szybko i był mocny, pozbawiony jakichkolwiek snów, nastawiony jedynie na regenerację energii. 
       Rano ani myślałam o podnoszeniu się z miejsca. Niby moja świadomość wyczuła jakieś poruszenie, może nawet byłam w stanie skojarzyć, że to najpewniej Nevan, ale ta wiedza nie robiła na mnie żadnego wrażenia. Mruknęłam jedynie coś pod nosem, słysząc strzyknięcie łóżka i zwinęłam się jeszcze bardziej, nie pozwalając na to, aby jakiś hałas mnie rozbudził. Wszystko było więc przecudowne, do chwili, w której nie poczułam, jak coś mną narywa w niezbyt delikatny sposób. Byłam jednak tak zaspana, że z trudem otworzyłam oczy, a jasność podrażniła mnie w nie na tyle, bym nic nie widziała. 
       - Co..? Gdzie..? - zapytałam starając się nadążyć, ale było to dość trudne. Tealvash wprowadził między nas nerwową atmosferę, ale z opóźnieniem to do mnie dotarło, jak i fakt, że zostałam wsunięta pod łóżko, pod którym oddychanie nie należało do najprzyjemniejszych. Generalnie było tu pełno kurzu i kiedy dotarło do mnie, że pajęczyn również tu nie brakuje, jakoś tak zamarłam w bezruchu. Chciałam już uciekać, ale wtedy ktoś wszedł, Usłyszałam to i zrozumiałam, że właściciel namiotu nie chce, abym była zobaczona przez jego gościa. 
       Słyszałam jedynie głosy, ale za to bez trudu wszystko do mnie docierało. Wiem, że podsłuchiwanie nie jest zbyt grzeczne, ale z drugiej strony Nevan miał świadomość, że wszystko słyszę. Chyba to zwalniało mnie z poczucia winy, prawda? 
       Nie wiem, kim była ta kobieta, ale oficer traktował ją z dużym szacunkiem. Poza tym znała jego rodzinę. Musiała być jakimś gościem w obozie, wysoko postawionym gościem. Serce mi biło, jakbym robiła coś złego, ale naprawdę mnie to interesowało. Poza tym... dlaczego zapytała o mnie? Mężczyzna nie odpowiedział z entuzjazmem, jego głos był rzeczowy i jakby wyprany ze zbędnych emocji. Nie wiem czemu mnie to zmartwiło. Słuchałam jednak, jak opowiadał o wszystkim, o tym gdzie mnie znaleźli, jak długo tutaj transportowali, a nawet o tym, jakie badanie mi wykonali i jaki był ich wynik! Poczułam, że mimowolnie się rumienię. Potem wspomniał o wyprawie na którą się z nimi wybrałam i o tym, co tam znaleźliśmy. W zasadzie nie wspomniał jedynie o lekcjach, jakich mi udzielał, a tak, to niczego nie pominął. 
       Może to śmieszne, ale poczułam się, jakbym była jedynie tematem misji wojskowej. Wiem, że to głupie, a on musiał zdawać raporty, bo w końcu sie mną opiekował, ale.. Ech, to takie durne z mojej strony. Coraz częściej lubiłam zapominać o tym, jak tutaj trafiłam, jak i o tym, że ni będę mogła tutaj zostać. Zwyczajnie dobrze mi się tutaj żyło, ale to nie jest moje miejsce. Zostaję tutaj jedynie tymczasowo. 
       - Rozumiem... Mimo to będę chciała się z nią spotkać osobiście - podsumowała wypowiedź mężczyzny, wcześniej pozwalając sobie na nieco przeciągającą się ciszę. Wstała jednak z łóżka, co przyjęłam z ulgą. Czy to oznaczało, że niebawem zamierza wyjść? - Wyślę też raport, potrzebny do tego, by ustalić komu została przyrzeczona. W stolicy wybuchło wielkie poruszenie na wieść o straconych kapłankach. Szlachta wykłóca się o waszą małą Esję, jak o kawałek mięsa. Lepiej żeby szybko trafiła do swojego narzeczonego, nim ktoś spróbuje pozyskać żonę na własną rękę - zadrżałam pod mocą jej chłodnego tonu. Usłyszałam też kroki, musiała kierować się do wyjścia. Poza tym Nevan ją pożegnał, a ja zauważyłam jak wychodzi. W tej samej chwili poczułam jakieś mrowienie na nosie i nie czekając już dłużej, zaczęłam się wiercić, a tym samym wypadłam spod łóżka, pod którym byłam zawinięta w kokon. 
       Poturlałam sie niewygodnie po deskach, lądując gdzieś pod nogami mężczyzny, a potem zerwałam się na równe nogi, podskakując i strzepując z siebie wszystko, co miało czelność się na mnie znaleźć. Byłam tym szczerze zaaferowana przez dobre trzy minuty, próbując zająć się wszystkim na raz, a kiedy spadł ze mnie jakiś pająk i w popłochu szukał ucieczki, ja sama pisnęłam i niewiele myśląc, skoczyłam na łóżko, klękając na nim i śledząc ucieczkę owada. 
       - Dlaczego mi to zrobiłeś? - burknęłam, w końcu unosząc spojrzenie na mężczyznę. Co ważniejsze... teraz też zauważyłam, że nie ma nawet na sobie zbroi i przyznaję, zacięłam się nieco w swojej wypowiedzi, czując jak moja twarz się rozgrzewa. Przyjmował gościa w takim stroju? To normalne? Szybko odwróciłam spojrzenie. - Nie jesteś ubrany - wymsknęło mi się, jakby sam o tym nie wiedział. Musiałam ochłonąć, odetchnąć, aż w końcu nabrałam powietrza do ust. Byłam skołowana i w dalszym ciągu rozespana, a to nie tworzyło dobrej mieszanki. Najchętniej dalej spałabym w najlepsze. 
       - Czemu musiałam się chować? Przecież nic złego nie robiliśmy... kim była ta kobieta? Twoją narzeczoną? Zwracałeś się do niej z większym szacunkiem, niż zwykle - zaczęły się pytania, które pod łóżkiem wypełniły moją głowę. - Po co chce się ze mną spotykać? No i co to znaczy, że ktoś miałby pozyskać żonę na własną rękę? - bardzo dużo pytań się ze mnie wylewało, ale zaaferowanie coraz bardziej mnie opuszczało. 
       Usiadłam nieco wygodniej, przysuwając kolana pod brodę, po czym przykryłam sobie chłodne stopy i objęłam własne nogi. Podczas wypowiedzi tej nieznanej mi kobiety, jedna myśl przebijała się ponad wszystkie inne. Z jednej strony czułam, że powinnam zachować ją dla siebie, ale z drugiej wiedziałam, że nie upilnuję jej w ustach i lepiej wypowiedzieć to tu i teraz, niż potem, poza namiotem, gdzie moje słowa będą narażone na uszy osób nieodpowiednich. Kiedy byłam z Nevanem nie czułam takiego strachu. Sprawił, że już dawno mu zaufałam i wierzyłam, że z jego ręki krzywda mnie nie spotka. 
       - Nie chcę jechać do stolicy - przyznałam cicho, ale szczerze. W tych kilku słowach pełno było niczym niepohamowanej szczerości. Od dawna przecież o tym myślałam, a tajemnicza kobieta dała mi do zrozumienia, że oto zbliża się data mojego wyjazdu. Dlatego już teraz wiedziałam, że tak długo, jak będzie to możliwe, będę przykładała się, aby zapobiec mojego z nią spotkaniu. - Tu jest mi dobrze, skoro każdy szlachcic stracił narzeczoną, czy i mnie nie powinni odebrać, aby zapewnić sprawiedliwość? Mogłabym wtedy wstąpić do wojska i zostać tutaj, w twoim oddziale... - ręką bezwiednie przejechałam po szyi i zacisnęłam palce na obręczy, jaka nań się znajdowała. Ledwo wsunęłam je między skórę, a metal, przez co trudniej było mi oddychać. - Nie chcę też tego nosić, już dość wycierpiałam... nie odsyłaj mnie samej do stolicy - uniosłam w końcu spojrzenie na jego czerwone oczy, które teraz mnie nie przerażały. 
       Wiem, jaki on jest. Zasadniczy, żołnierz z krwi i kości. Nie miał powodów, aby mnie tutaj zostawić, a był tez zobowiązany wypełnić swe rozkazy. Mimo to nie powstrzymałam się przed wypowiedzeniem tej prośby. Jednakże dotarło do mnie, jak okrutna będzie jego odpowiedź, nim sam otworzył usta. Dlatego też zabrałam głos ponownie, wyprzedzając go. 
       - A przynajmniej jeszcze nie teraz... - dopowiedziałam, wierząc, że może to coś zmieni. Żałośnie liczyłam na to, że jakimś cudem będę jeszcze miała prawo wyboru, którego tak naprawdę od pierwszego dnia swoich narodzin nikt mi nie dał. 

XCII



        Nie potrafiłem tego wytłumaczyć, ale nawet w tej chwili, pełnej stężonej niezręczności, prywatności i intymności wręcz czułem się, jakbym czegoś ją uczył. Być może przeszyła mnie świadomość, że w świątyni życie mogło wyglądać zupełnie inaczej od tego, które prowadzą ludzie poza jej murami. Teraz pomimo całej warstwy dziwacznego nieporozumienia sięgnąłem głęboko do pokładów cierpliwości, zanim odepchnąłem ją od siebie. Dotyk jej chłodnych dłoni sprawiał, że pod warstwą mojej skóry kumulowało się niezrozumiałe uczucie, pragnienie niemożliwe do opisania. To wszystko trwało zaledwie urwany moment. W mojej głowie uformowało się wspomnienie czegoś nierealnego. Na granicy snu i jawy.
        Nie odsunąłem się o krok, ona sama odskoczyła. Przeskoczył między nami mały odpowiednik błyskawicy, a później wszystko natychmiastowo wróciło do normalności. Poprawiłem pojedyncze kosmyki włosów, które opadły mi na czoło. Zmęczone mięśnie nadal paliły mnie przyjemnym bólem, choć teraz ból ten uśmierzony był tym dziwnym zjawiskiem, które zaczęło się parę chwil temu. Najwyraźniej teraz też już miało się skończyć. Przyjąłem to z ulgą.
        Ona zaczęłam znów mówić, a to z kolei pozwoliło mi opaść w miękką ignorancję i chwilę ciszy. Nie musiałem otwierać ust, a Esja nawet chyba na to nie czekała. Miałem wrażenie, że ten poniekąd słowotok nie jest zbyt naturalny. Nie taki, jaki zaobserwowałem już u niej wcześniej.
        Wzrokiem śledziłem zagięcia w namiocie, starając się skupić myśli na czymś innym niż rozbierająca się za moimi plecami dziewczyna. Odwróciłem się powoli. Prawdę powiedziawszy, łatwiej by mi było, gdyby kapłanka okazała się szkaradną paskudą, która pod ubraniem skrywa bezkształtne ciało, niż… Niż to, jaka naprawdę była. Natura wyposażyła ją jednak szczodrze w zgrabne ciało. Oparłem dłonie na biodrach, starając się przestać oceniać jej sylwetkę.
        — W takim razie przynajmniej rozłożę ci na ziemi dodatkowy pled — zdecydowałem, nie zamierzając się z nią kłócić. — Będzie ci trochę wygodniej. Poza tym… — zmarszczyłem brwi, zatrzymując się w pół kroku w swojej krótkiej wędrówce w stronę łóżka. No, i jak tu powiedzieć świętej ponoć kapłance o tym, że raczej nie jest jedyną, która wtargnęła do tego namiotu bez wyraźnego zaproszenia? W końcu odrzuciłem myśl, żeby w ogóle o tym rozmawiać. — Nieważne. Kładź się, zanim zastanie nas tu świt. Jutro dzień wcale nie będzie ani trochę łatwiejszy niż dzisiaj — rzuciłem chłodno, lekko i natarczywie spychając ją otwartą dłonią z materaca mojego łóżka. Miałem nieodparte wrażenie, że dawka dobroci dla jednej osoby już dawno się we mnie wyczerpała.
        Na szczęście najwidoczniej kapłanka wzięła swoje słowa do siebie i położyła się na przygotowanym przeze mnie miejscu. Myślałem, że to przyniesie cień ulgi… Niestety, w tym również się przeliczyłem.
        Obecność innej osoby w moim namiocie sprawiała, że jeżyły mi się włosy na karku i nie potrafiłem spać. Głęboko zakorzeniona intuicja i przyzwyczajenie raczej do czuwania niż snu w obecności innych dawały o sobie boleśnie noc. Poza oczywistym względem, którym była obecność półnagiej kobiety w namiocie dochodził do tego jeszcze fakt, kim ona jest. I jak wytłumaczyć to komuś, kto mógłby tutaj pojawić się niezapowiedzianie.
        Wyboista noc nie przysłużyła się zbytnio odpoczynkowi. Rano z letargu, w jaki zapadłem zaraz po świcie wybudził mnie hałas zbroi, którą ktoś czyścił niedaleko mojego namiotu. Stal stukała rytmicznie, niczym swoista muzyka. Otworzyłem szeroko oczy, pozostając na plecach bez najmniejszego ruchu. Przez chwilę nasłuchiwałem. Równy, systematyczny oddech osoby obok utwierdził mnie w przekonaniu, że wczorajszy wieczór nie był wytworem mojej głowy. Zaniepokoiło mnie to, równie jak wszystkie wątpliwości wcześniejszego dnia. Kto stał za atakiem na kapłankę i dlaczego to wszystko się stało?
        Dzisiaj czekało mnie żmudne zajęcie nasłuchiwania. Zrozumienia nastrojów, jakie panują w obozie w obliczu wszystkich zdarzeń, jakie miały ostatnio miejsce. Przyjazd księcia, kapłanka, zbliżająca się wielkimi krokami wojna… Cień podejrzeń rzucony na naszego wroga za splądrowanie świątyni. To wszystko sprawiało, ze widmo prawdziwego zniszczenia, spustoszenia wręcz zawisł nade mną niczym omen śmierci wielu, wielu ludzi. Dobrych żołnierzy. Poniesienia strat, które są w imię „boga” koniecznością, podobnie jak w imię ludu i władcy, któremu służymy.
        Odrzuciłem gruby podszyty futrem koc i podniosłem się do siedzenia, dłonią podpierając się na twardym materacu za plecami. Zrezygnowane spojrzenie spoczęło na dziewczynie, która nadal spała najlepsze, zwinięta na pledzie na ziemi, przykryta cieńszą derką. Może chociaż ona się wyspała tej nocy, pomyślałem, przeciągając się leniwie. Poranki były jedyną porą, kiedy można było przyłapać mnie bez gardy, która broniła mnie przed innymi cały dzień. Teraz jednak nie mogłem pozwolić sobie się rozluźnić.
        Wstałem z łóżka i przeszedłem nad Esją. Miałem na sobie wyjątkowo koszulę – zazwyczaj spałem bez niej, ale przez wzgląd na specjalne okoliczności… Podszedłem do biurka i wyciągnąłem z jednej z szuflad kilka listów i papierów, które nadal czekały na uzupełnienie. Służba zaczyna się jeszcze zanim nawet zdążę się ubrać.
        Niespodziewanie jednak na zewnątrz wybuchło zamieszanie. Odwróciłem się profilem w stronę wyjścia do namiotu i poczułem, jak pod skórą zbierają mi się złe, paskudne przeczucia.
        Zanim praktycznie coś się właściwie stało, w kilku susach znalazłem się klęcząc obok Esji.
        — Wstawaj — syknąłem, łapiąc ją za ramię i szarpiąc mało delikatnie. Uniosłem spojrzenie zaledwie o kilka cali. — Właściwie to nie wstawaj. Przesuń się… Nie w tą stronę, pod łóżko — wycedziłem znowu, zniżonym tonem głosu. Obróciłem się przez ramię, starając się ocenić sytuację za namiotem. Ktoś szedł tutaj? Słyszałem podniesione głosy strażników i mężczyzn, których nie rozpoznawałem. W tym wszystkim przebijał się także niepokojący, damski głos.
        Zanim zdążyłem ocenić, czy Esja w ogóle jest już przytomna, udało mi się ją wepchnąć pod łóżko. Praktycznie udało się to w ostatniej sekundzie, bo już niedługo po tym rozległ się głos odsuwanej kotary. Powoli podniosłem się z kucania w stronę drzwi. Nadal nie zdążyłem nawet się ubrać.
        — Moja pani… — zacząłem, kłaniając się szybko, po męsku.
        Kobieta miała na sobie drogo zdobione ubranie, w obozie z pewnością wyglądała jak kwiatek w kupie gówna. Choć suknia stylizowana była nieco na podróżną modę męską, to ilość zdobień, zagnieceń, fałdek i biżuterii – a przede wszystkim jej – jasno świadczył o tym, że to osoba, która na co dzień tu nie przebywa. Co więcej; taka, która lubi pokazywać innym, że jest od nich lepsza. Burza kruczoczarnych, kręconych włosów, wystylizowana przez najlepszych fryzjerów, opadała jej na ramiona, spływając na plecy. Nawet czubki butów miała obite szlachetnym metalem.
        Pomimo całego splendoru obecności córki króla, starszej siostry księcia, mnie nie opuszczały złe przeczucia. Właściwie cała jej postawa zwiastowała problemy. Zmarszczyłem brwi, prostując się sztywno, a na twarz przybierając wyraz chłodu i obojętności. Niezbyt uprzejmej obojętności. Kobiecie chyba się nie spodobał.
        — Czemu zawdzięczam tę szlachetną wizytę? — zapytałem prosto, nie zamierzając dać uwikłać się w jakiekolwiek gierki słowne.
        — Mam nadzieję, że nie przeszkodziłam, oficerze Tealvash. — Uśmiechnęła się zimno. Jej ton głosu świadczył, że wcale jej to nie obchodzi. Najwidoczniej nie zamierzała też czekać, aż stosownie się ubiorę, ale skoro jej to nie przeszkadzało, to mi tym bardziej nie. — Przynoszę wyrazy pamięci i pozdrowień od twoich pobratymców ze stolicy wraz z wyrazami zatroskania o twój stan zdrowia i styl życia w obozie. Twój ojciec szczególnie wyrażał zainteresowanie tym, jaką reputację tworzysz własnemu nazwisku.
        Wymusiłem chłodny uśmiech, pochylając po raz kolejny głowę. Nie odezwałem się jednak ani słowem. Księżniczka przestąpiła z nogi na nogę, a później rozglądnęła się po pomieszczeniu. Zatrzymała wzrok na łóżku.
        Drgnąłem nerwowo, ale odsunąłem się, zwalniając kobiecie drogę do mebla; jednego z niewielu w namiocie.
        — Widzę, że wszystko trzymasz tutaj pod kontrolą. Doskonale. Przyszłam odebrać raport osobiście. Chcę wiedzieć wszystko na temat tej kapłanki, którą podobno tutaj gościcie. Wszystko, co do każdego szczegółu, który może być istotny — zaznaczyła, z gracją opadając na materac na łóżku. Opuściłem nieco głowę i wbiłem w kobietę spojrzenie spod byka. Jakikolwiek miała w tym interes, z pewnością nie był też moim interesem.

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/