W końcu odrzuciłem nerwowe zerkanie w
bok na rzecz gapienia się w ujście uliczki pomiędzy dwoma płachtami namiotów.
Była szeroka, w dodatku o tej porze raczej pusta. Właśnie. Do kurwy. Zupełnie
pusta. Nie było w niej nikogo.
Z gniewnym warknięciem w końcu
odwróciłem się plecami od tego miejsca i przeszedłem do miejsca, gdzie uwiązane
były konie. Zwierzęta były już w całości oporządzone, stały pod ciężarem
podróżnych siodeł i wielkich sakw przypiętych do ich boków, niemal równie
niecierpliwie jak ja przechodząc z nogi na nogę. Helikaon parsknął gniewnie,
kiedy pojawiłem się obok. Po raz trzeci sprawdziłem, czy list z królewską
pieczęcią i dołączony do nich państwowy dokument znajdują się w bezpiecznym
miejscu. Głupi kawałem pergaminu znacznie ułatwi nam podróż po kraju objętym
wojną.
Wszyscy zaczynali się niecierpliwić.
Ale tylko ja i zwierzęta w zaistniałej sytuacji odważyliśmy się to okazać.
Minęło dużo czasu, zanim w obozie zaczęło podnosić się życie, a my nadal
staliśmy na suchym, zakurzonym dziedzińcu i wdychaliśmy pierwsze powiewy wiatru
zapowiadające przyszłą zmianę pogody. Obszedłem wszystkie sprzęty ponownie,
skupiając swoją uwagę na dodatkowych bzdurach, które miały odwrócić moją uwagę
od faktu, że kapłanka każe nam czekać. Że w tak jawnie królewski sposób
wykorzystuje swoją pozycję i fakt, że nie mogę wysłać nikogo, kto byłby w
stanie ją pospieszyć. Musiałem przełknąć to gorzkie ziarno. Nie było to jednak
zadanie łatwe.
Zauważyłem, że moja jasnowłosa skryba
również pojawiła się na dziedzińcu, w cieniu drewnianych krużganków ustawiła
się tak, żeby spojrzenia żołnierzy przepełnionych ciekawością nie padały w jej
stronę. Moje również nie padało. Nie ważne, w jakim celu się tutaj pojawiła, co
chciała mi albo sobie tym udowodnić. Zdążyłem zapomnieć o jej istnieniu, kiedy
w kierunku, w którym za często kierował się mój wzrok w końcu pojawiła się
pożądana osoba. Oczy zapłonęły mi gniewem, a na twarzy nie ukrywałem tego
grymasu, choć był tylko chwilowy.
Wyprostowałem się, kiedy podeszła. Dla
postronnego oka mógł być to wyraz pewnego szacunku z mojej strony, ale prawda
była inna. I o ile bardziej trudna.
Wewnątrz mnie starły się dwie siły, dwa
wielkie uczucia, targnęła chęć przełamania dystansu, chęć… Ucieczki. Spalenia
rozkazów. Wyjazdu daleko w głąb terenów wroga i odepchnięciu od siebie tego, co
wydawało się nieuniknione. Z drugiej strony było jednak nie mniej silne
poczucie obowiązku i narastająca odległość, która miała mnie od niej odsunąć.
Długo patrzyłem bez słowa w jasne, błagające oczy, długo stałem prosto,
pozwalając wiatrowi targać moje ciemne włosy, a usta były zaciśnięte w wąską
linię. Spojrzenie twarde. Myśli galopujące tak daleko, że aż wzdrygnęła mną
perspektywa, że naprawdę mam czelność rozważać pierwszą opcję. Wierzyć, że coś
w tej dziewczynie naprawdę należy do mnie. I tylko do mnie. Czułem się jak głupiec,
który z łatwością nowicjusza dał się omamić.
Na końcu jednak… Była wielka pustka.
Czarna dziura wewnątrz mnie, która pożerała każdą myśl, każde uczucie, która
sprawiała, że wszystko ostatecznie ginęło. Przywiązanie, kołatające serce, chęć
wzięcia jej w ramiona, krzyk, płacz, szept. Wszystko.
— Ja — odpowiedziałem w końcu krótko,
przerywając narastające milczenie. Po chwili zdobyłem się też na dodanie
drugiego słowa: — najświętsza.
Ze świadomością, że jeśli będziemy tak
stać jeszcze chociaż sekundę dłużej, to któreś z nas nie wytrzyma, któreś
weźmie to drugie w ramiona obróciłem się powoli przez ramię na pięcie i
podbródkiem wskazałem przygotowane konie, a kiedy dziewczyna ruszyła w ich
stronę, dotrzymałem jej kroku. Żołnierze dookoła zaczęli żwawiej podejmować się
do opuszczenia obozu, a na ich twarzach malowała się niecodzienna ulga. Może
nasze napięcie również im się udzieliło. Podszedłem do swojego siodła i mocno
szarpnąłem za puślisko, na którym kołysało się stalowe strzemię, a skórzany
pasek wydał charakterystyczny odgłos uderzenia.
— Nikt nie poinformował cię o tym, kiedy
wyjeżdżamy, bo i nikt nie mógł cię wczoraj znaleźć — mruknąłem, ale zrobiłem to
wystarczająco głośno, żeby Esja znajdująca się przy swojej klaczy mnie
usłyszała. I tylko ona. Na dziedzińcu w jednej chwili zrobiło się tłoczno jak w
ulu. Ktoś krzyczał, ktoś rzucał rozkazy. Wyciągnęli wóz zaprzężony w dwa osły i
wymanewrowali nim tak, żeby był gotowy do drogi. Nie odwróciłem się w kierunku
klaczy i stojącej obok niej jasnowłosej kapłanki. Poprawiając popręg i
dopinając go cmoknąłem cicho pod nosem. W moich słowach nie było złośliwości.
Nie było w nich w ogóle żadnych emocji. Wydawało mi się, że będzie ich tak
wiele, ale kiedy przyszło do tej konkretnej chwili, byłem jedynie skorupą
prawdziwego człowieka. Może ktoś lepszy na moim miejscu wiedziałby, co należy
teraz powiedzieć. Może ktoś inny umiałby się odnaleźć w tej pozycji. Ja nie. — A
nawet, jeśli to przeszkadzałoby moim ludziom, twoje spóźnienie — dodałem z
roztargnieniem zadzierając spojrzenie ponad grzbietem konia. — To nie ważyli by
ci się na to skarżyć. Ja też nie zamierzam, chociaż faktycznie, było to w
pewnym stopniu irytujące.
Patrzyłem przed siebie, na boksy
wypełnione słomą. Kilka koni wystawiło łby, zaciekawionych sytuacją dziejącą
się na placu. Amaltea była za moimi plecami, ale nie potrafiłem ocenić, czy
stała pomiędzy mną a Esją, czy też stanowiła teraz dla nas pewnego rodzaju
zaporę.
Obawiałem się odwrócić przez ramię.
Mogłaby zawładnąć mną trudna do
opanowania chęć wzięcia jej w ramiona i obiecania, że ten wyjazd niczego nie
zmieni, podczas gdy on właśnie wszystko, co jest i było między nami stawiał na
głowie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz