wtorek, 19 grudnia 2017

CLVII



       Niedługo zastanawiałam się sama, czy Nevan koło mnie usiądzie, czy nie. Wydawało mi się, że będzie się wahał, a jednak zajął miejsce i dotarło do mnie, że to całkiem intymne, tak z nim chować się za tymi kamieniami. Szczególnie sprzyjały temu spostrzeżeniu okoliczności, w jakich widziałam go jeszcze chwilę temu, a mianowicie, jego kąpiel, której chyba nigdy nie pozbędę się ze swoich wspomnień. Chciałam wierzyć, że ten temat już między nami się nie pojawi, ale on sam do niego powrócił prychając przy tym. Zatem nie był zły... a powinien? Chyba tak, to wydawało się logiczne, w końcu nie powinnam była go podglądać w tak bezczelny sposób. Z drugiej strony on sam kiedyś podejrzał mnie podczas kąpieli... raczej wszedł, gdy się myłam i wcale tak szybko nie wyszedł... teraz, jak o tym pomyślałam, poczułam, że robię się czerwona, więc wlepiłam spojrzenie we własne kolana. 
       - To, że wychowałam się w świątyni nie oznacza, że nie znam budowy ludzkiego ciała! - prychnęłam, nie potrafiąc na czas ugryźć się w język. Nie wiem dlaczego z taką łatwością przy nim traciłam kontrolę nad sytuacją. Wydawać by się mogło, że ciężar, jaki wisiał w powietrzu przy Tealvashu nie był już tak dotkliwy, jakby moje brzemię rozkładało się na dwie pary ramion, już nie ciążąc jedynie moim własnym. Mimo to wiedziałam, że są kwestie, których już nie można ignorować i może nawet sama nie chciałam tego robić.
       Patrzyłam na niego przez dobrą chwilę, kiedy uznał, że powinniśmy iść do jego skryby. Nie rozumiałam i póki co nie chciałam skupiać się na tym, a na pierwszych jego słowach. Też wiele o tym myślałam, to nie było majaczenie, oboje musieliśmy mieć tego świadomość. Przygryzłam dolną wargę, przeciągając uparcie ciszę z mojej strony. Musiałam się odezwać, już koniec z uciekaniem od czegoś, czego nie rozumiem.
       - Myślę... że to mogła być wizja - powiedziałam w końcu, spokojnie, chociaż sama nie chciałam w to wierzyć. Miałam świadomość tego, że oficer zaraz mnie wyśmieje, albo nic nie powie, bo nie będzie miał na to przygotowanego komentarza. Pokiwałam więc sama do siebie głową, jakbym to ze sobą prowadziła dialog. - To ma sens. Jak wtedy, gdy wiedziałam, że Lance zostanie ranny, że w podziemiach świątyni coś się zalęgło. Wiem, jak absurdalnie to brzmi, ale równocześnie jest to jedynym sensownym wyjaśnieniem - nie wiedziałam już czy bardziej próbuję przekonać do tych faktów siebie, czy jego.
       Znów zapadła między nami cisza, tylko w tle dało się słyszeć typowe dla obozu odgłosy jakiś komend, rozmów i kroków. Byliśmy jednak bezpieczni, może nawet zapomniani tutaj, za tymi kamieniami, bo kto by przypuszczał, że oficer do mnie dołączy, w mojej skrytce.
       - Mam tylko nadzieję, że nie chcesz mnie zabrać do swojej skryby po to, by zapytać, czy rozkazy co do mojego wyjazdu już przybyły... - teraz dopiero poruszyłam ten temat, mimochodem i niby bez żadnego większego powodu. Prawda była jednak taka, że mój lekki ton głosu daleki był od tego, jak czułam się naprawdę. Znów na niego spojrzałam, na moment skupiając się na tym, co pamiętam ze świątyni.
       - Podobno kiedy kapłanka się rodzi ma tylko jeden symbol boga, ten który ja mam pośrodku łopatek... - powiedziałam niby spokojnie, jednak zaraz zapiekły mnie policzki. Fakt, widział mnie, ale nie zapominajmy w jakich okolicznościach. Starałam się przynajmniej udawać, że wcale nie jestem czerwona. - Raz na jakiś czas zdarza się jednak, że znamię rozrasta się, a wraz z tym pozycja kapłanki wzrasta... wzrasta jej... cena - wyrzuciłam z siebie tępo, jakby słowo to sprawiało mi duży dyskomfort. Skrzywiłam nieco brwi, wspomnieniami wracając jeszcze dalej, jakby w czymś grzebiąc, do czego nie miałam dostępu. - Takie dziewczęta trzyma się krótko, temperuje je dokładnie, uczy zasad i posłuszeństwa, a kiedy nadejdzie czas, zwierzchnicy mogą zbić na nich duży majątek. Kiedy taka dziewczyna wyjdzie za mąż, wówczas już po... - zawahałam się na moment. Przypomniałam sobie skrawki podsłuchanych rozmów, jaki i własnych domysłów, kiedy przyglądano mi się, bądź mnie upominano. Poza tym ten moment nie był tak łatwy do wypowiedzenia. Nie dla mnie i nie przy nim. - Już po... "pełnym" zawarciu małżeństwa szlachcic może ogłosić, że jego żona jest nosicielką pełniejszego znaku. Wówczas rośnie jeszcze bardziej jego status, rośnie jego potęga, bo mówi się, że... dzieli łoże z córą boską, jest więc jakoby bożym zięciem, więc podważanie jego słów, to podważanie słów samego boga - znów nastała cisza, w której patrzyłam na swoje palce. Byłam lekko mówiąc wyprana z emocji, nie wiem kiedy przestałam przeszywać wzrokiem Nevana, ale teraz zdawałam się dziwnie mała.
       - Myślę... że gdybym wcześniej powiedziała, jaki mam znak na plecach, znalezienie mojego męża byłoby znacznie łatwiejsze. Jednakże... mam też teorię, że może te wizje są z nim związane... mam na myśli znamię, nie męża - wyjaśniłam skąd u mnie ten wywód. Teraz dopiero niepewnie na niego zerknęłam. - A jeśli mam rację, pójdziemy do twojej skryby, a ona zapyta o mój boski znak, to będzie mogła sprawić, że niebawem odeślą mnie do stolicy, a ja Nevanie... bardzo nie chcę tam jechać - zakończyłam, wyrzucając z siebie wszystko to, co mi ciążyło. Nie, nie przestało, ale jak już zauważyłam, teraz ciężar był rozłożony po równo.
       Ugryzłam się jedynie w język, by nie dodać, że nie chcę jechać nigdzie, gdzie on nie będzie na mnie czekał. 

poniedziałek, 11 grudnia 2017

CLVI



         Pochyliłem się do przodu, żeby mieć w polu widzenia więcej z tego, co działo się za kamieniem, a później oparłem na nim łokcie i kątem śledziłem Esję, choć ta wiele się nie poruszała. Nawet nie wstała, a jej pierwsze słowa brzmiały ponuro. Może nawet bardziej, niż sobie to zaplanowała. Jedynie pokiwałem wolno głową, bo nie przychodziło mi do głowy nic, żadne słowa pocieszenia, a zaprzeczanie byłoby ordynarnym fałszem. W stolicy jej swoboda skończy się jak los skazańca na stryczku. Milczałem długą chwilę, podążając wzrokiem na drugą stronę rzeki, a później w górę, ku gwiazdom, bo chociaż potok był czymś niespotykanym tak daleko na pustyni, to drzewa nie rosły tu wcale, więc nie było w tym krajobrazie nic, na czym mógłbym zawiesić spojrzenie. Niebo za to… Och, niebo było spektakularne. Szeroki nieboskłon rozciągał się daleko, dalej, niż gdziekolwiek indziej, nie ograniczony górami ani większymi wzniesieniami. Ciemna płaszczyzna na której nierówno były upstrzone gwiazdy – a każda z nich podobno na cześć najświętszych, ludzi i bogów, którzy przyczynili się za sprawą naszego kraju – zapraszała, by śledzić każdą najmniejszą nawet nowinkę.
        Przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w niebo, nie szukając tam nic konkretnego. Nie było sensu, porządku, ładu ani odpowiedzi, ot, piękny widok, który będzie mi długo towarzyszył. Wyprostowałem się powoli na kolejne przerwanie przez dziewczynę ciszy.
        Swoją drogą, cóż to musiały być na głupoty z przypisywaniem przez naszych uczonych imion do każdej tej jasnej, miniaturowej plamki na niebie? Jaki był sens w nadawaniu im ogromnego znaczenia, jakoby gwiazdy rodziły się wraz z każdą kapłanką, boginią, królem i jego potomkiem? Czyż nie na te same gwiazdy paczą heretycy, Zakaarianie, którzy mają odmienną religię? I dlaczego jakiś człowiek miałby móc decydować o znaczeniu czegoś tak odległego, czegoś, czego nigdy nie dotknie nawet dłonią?
        Przeszedłem powoli naokoło kamienia i osunąłem się na dół, siadając obok blondynki. Prychnąłem cicho, kiedy wspomniała o kąpieli i odwróciłem głowę w kierunku, z którego przyszedłem. Miała niezły punkt obserwacyjny. Nie przejmowało mnie to jednak bardziej, niż powinno, a może nawet skrywało w sobie jakąś zdrożną przyjemność.
        — Jesteś pewna, że to nie przez fakt, że miałaś tutaj całkiem dobry punkt widokowy? — zapytałem, maskując po chwili rozbawienie. Nie powinno mnie to bawić. A tym bardziej cieszyć. Zdecydowanie nie powinno mnie to cieszyć! — Gdybym wiedział, że się tu ukrywasz, to pewnie oszczędziłbym ci takich widoków. Przynajmniej pewne sekrety dotyczące tabu w świątyni już cię nie dotyczą, a to zawsze przydatna lekcja.
        Zaskakująco łatwo przychodziło mi mówienie o tym. Również oparłem wygodniej głowę o kamień i znowu spojrzałem w niebo. Czy czułem, że to czas, żeby przejść do trudnych tematów? Do wysłania jej w niedalekiej przyszłości do stolicy? Jak tylko wysłany oddział wróci z głównej bazy, z pewnością przyniesie także informację i pierwsze wytyczne dotyczące kapłanki. Byłem pewny, że nie będą zwlekać ani chwili dłużej po tym, co tu zastaliśmy, po zrabowanym obozie spalonym do ostatniej deski. Nie chcieli ryzykować jej życiem i chociaż rozumiałem to z logicznej strony, to nie chciałem się na to zgodzić. Ale wiedziałem, że Esja jest w niebezpieczeństwie. I to być może większym, niż podejrzewała. Pewnie nawet nie zdawała sobie sprawy że tym, którego powinna się bać jestem ja sam.
          Ale to nie był temat na obecną chwilę. Sam wolałem odciągnąć go w czasie do ostatecznej konieczności. To jeszcze nie teraz. Nie tego wieczoru, nie jutro.
        — Kilka dni temu, kiedy wstałaś z wozu i poszłaś się przejść pierwszy raz po upadku — dłonią zaznaczyłem nieokreślony znak w powietrzu, nie spuszczając spojrzenia na dziewczynę — mówiłaś o popiołach. Wtedy uznałem to za majaczenie w gorączce, ale medyk powiedział, że to nie gorączka ani jego medykamenty wywołały ten efekt. W takim razie co? — Zawiesiłem głos, ale nie czekałem na jej odpowiedź. Mogłem podejrzewać, że nie ma pojęcia, skąd się tu wzięło, a niejasne przesłanki przekazywane w bajkach dla dzieci nie mogły być żadnym oparciem dla osoby takiej, jak ja. — Powinniśmy odwiedzić Aelneę późnym wieczorem, kiedy jej mąż uda się na spoczynek.
        To była nagła, spontaniczna decyzja. Nie przemyślałem jej, ale coś wewnątrz popychało mnie do postawienia tego kroku. Może świadomość, że nie ma już innej, bardziej odpowiedniej drogi, albo że nie wiem do kogo się z tym problemem zwrócić. Faktycznie, pani Sherr była osobą śliską i godną wątpliwej ufności, ale nic nie przychodziło mi innego do głowy. Żadne rozwiązanie, które podałoby nam odpowiedź dosadniej, niż ona. Świadomość, że muszę prosić ją o przysługę też nie była mi miłą, ale chciałem… Nie, musiałem znać odpowiedź.

niedziela, 10 grudnia 2017

CLV



       Zaletą tego miejsca było to, że patrol widział mnie, gdy tutaj siedziałam, jednakże kiedy ten odejdzie dalej wgłąb obozu, a w jego miejsce przyjdzie następny, istniała duża szansa, że moja obecność nie będzie dla nich czymś oczywistym. Słowem, zyskałam pewną prywatność, która w ostatnich dniach była luksusem na jaki nie mogłam sobie pozwolić. Ostatnio miało to miejsce, gdy Nevan pozwolił mi na samotny spacer, a jak się to skończyło wie każdy w obozie. Zastanawiałam się, czy dowódca miewał myśli, w których obwiniał siebie za pozwolenie mi na taką swobodę. Może, kiedy leżałam nieprzytomna? W końcu potem mój świat w dużej mierze zaczął się sprowadzać do wozu, a dookoła niego znajdował się zawsze ktoś ważniejszy, niż byle żołnierz, którego nie znałam z imienia. Było to przypadkiem, czy może świadomą decyzją? Jeśli tym drugim, to tym bardziej skuliłam się, by odetchnąć pełną piersią. Popatrzeć przed siebie i nie widzieć nic, żadnej ściany wozu, kolumny ludzi, czy materiału namiotu. 
       Nie czułam, że robię coś złego, by byłam bardzo blisko miejsca w którym powinnam się znajdować. Dlatego nieco przekręcałam znaczenie pojęcia "bezpieczeństwo" i nieco nachalnie przekonywałam samą siebie, że Tealvash nigdy nie kazał mi wprost pozostać w obozie. Poza tym nie ma go tu, a czego oczy nie widzą, to w dupę nie szczypie... jak to posłyszałam od Ithricka. Tym razem nawet dałam sobie spokój z rozmyśleniami, czy to powiedzenie jest językowo poprawne. Poza tym chwilę po moim spostrzeżeniu usłyszałam plusk wody i serce zabiło mi ze strachu, że to barbarzyńcy nas atakują. Już miałam się poderwać, kiedy wyjrzałam zza skały. Z początku nie widziałam kompletnie nic, a potem... serce zabiło mi szybciej, a w gardle zrobiło się sucho. Przełknęłam nieprzyjemną gulę, jaka się w nim zrobiła, widząc plecy i pośladki, które bezbłędnie dopasowałam do ich właściciela. W tej chwili wszystko mówiło mi, że powinnam w najgorszym wypadku się odwrócić. Nawet tego nie zrobiłam, a krew pulsowała mi w skroniach. Miałam świadomość, że moje zachowanie jest niepoprawne, a mimo to... czułam, że ze stresu robi mi się gorąco. Oparłam dłonie o surowy bok skały zza której się wychylałam, póki co próbując zignorować fakt, że to nieodpowiednie by kogoś podglądać, w jakiejkolwiek sytuacji, a co dopiero mężczyznę podczas kąpieli. Ulżyło mi nieco, a raczej memu sumieniu, gdy woda zakryła go do połowy torsu. Kiedy odchylił głowę do tyłu, a krople wody spływały mu po twarzy... nie widziałam tego, ale oczami wyobraźni dorabiałam sobie każdy szczegół. 
       Byłam oczarowana. Tak po prostu, widokiem, który dla mnie nie powinien być dostępny. Nie widziałam nigdy nagiego mężczyzny. W zasadzie Nevana też całego nie widziałam, ale już tyle, ile udało mi się podejrzeć było dla mnie dawką z jaką nie powinnam mieć styczności. Sądziłam, że będę zawstydzona... dobrze, byłam. Tylko, że przy okazji skłamałabym mówiąc, że mi się to nie podobało. Że drżenie mojego ciała nie było uzależniające. Że chciałabym podejść bliżej, zobaczyć więcej... zagapiłam się nieco, nie licząc czasu, jak wypadało. Na całe szczęście w chwili, w której się odwrócił, miałam na tyle rozsądku, by skryć się za ścianką głazu. Jednocześnie byłam zawiedziona. Pluskanie wody ustało, musiał wyjść, a ja nie zdążyłam zobaczyć tyle, ile bym chciała. Skarciłam siebie za takie podejście. Ten widok nie był dla mnie! Co się ze mną dzieje? Jakim prawem mi się to podoba? Dlaczego nadal czuję dreszcze, a twarz mi się czerwieni? 
       Zaczęłam się uspokajać. Z pomocą przyszła ciekawość, która doprowadziła mnie na powrót do melancholijnego nastroju. Zainteresowało mnie, czy i mój mąż będzie wywoływał we mnie takie emocje. Wtedy też zdałam sobie sprawę, że może tak się nie stać. Co jeśli... zmarnowałam swoją fascynację na człowieka, który chwilę temu wyszedł z rzeki? Poza tym... znów powróciły wspomnienia z jaskini i okrutna myśl, że gdybym nie była umierająca, nigdy nie poznałaby dotyku jego ust. 
       Skuliłam się jeszcze mocniej, świadoma bardziej, niż kiedykolwiek tego, jak nie chcę wychodzić za mąż. Bezwiednie uniosłam dłonie do obręczy na szyi, dość boleśnie wsunęłam palce pod metalowe krawędzie, a potem zaczęłam ciągnąć ją na boki. Wierzyłam, że puści, nie przejmowałam się bólem, tym, że zdrapuję sobie naskórek z dłoni. Niech puści, będę wolna.... niech tylko puści.
       Podskoczyłam słysząc za plecami JEGO głos i bogowie mi świadkami, w pierwszej chwili bałam się odwrócić, rozważając to, czy ma na sobie jakiekolwiek ubrania. Przyszedł okrzyczeć mnie za to, że go podglądałam? Wiedział już? Oczywiście pierwszym, co zrobiłam było natychmiastowe zabranie dłoni, zawinięcie ich gdzieś między brzuchem, a zgiętymi kolanami. 
       Nie powiedział nic o swojej kąpieli. Uspokoiłam się nieco, ale nie całkowicie. Tym bardziej, że poruszył temat bezpieczeństwa, a więc przygotowałam się na jakąś karę, może złość, czy rozkaz natychmiastowego powrotu do swojego namiotu. Zamiast tego zapytał o posiłek. Zaskoczyło mnie to na tyle, że odwróciłam się. Był już ubrany. Spojrzałam na niego i zamiast powiedzieć cokolwiek pomachałam jedynie głową na boki, w odpowiedzi. Jego twarz była łagodna, ponownie miało mi się upiec, a to przypomniało mi o języku i zdolnościach mówienia. 
       - Chciałam... - zaczęłam, uznając po chwili, że nie chcę go dołować swoją wypowiedzią. Może dlatego spróbowałam się uśmiechnąć delikatnie, nie zmieniając jednak swoich planów co do tego, co zamierzam powiedzieć. - skorzystać z poczucia, że jestem wolna, póki jeszcze mam ku temu szanse - odpowiedziałam prosto, nie udając niczego. Wzruszyłam nieładnie ramionami, nie był to zbyt wyszukany gest, ale nie miałam na nie szczególnej siły. 
       Patrzyłam na niego przez moment, unosząc głowę, bo inaczej byłoby to niemożliwe, po czym odruchowo przesunęłam się, wtulając nieco bardziej w swoją kamienną kryjówkę, po czym poklepałam dłonią miejsce obok siebie. 
       - Może usiądziesz? - zapytałam szybciej, niż to przemyślałam. Znów się nieco speszyłam. - Oczywiście jeśli masz ochotę, z drugiej strony dopiero co brałeś kąpiel, więc może siedzenie na ziemi nie jest tym o czym marzysz... - zaczęłam snuć już własne domysły, dając mu wybór. Tylko, że sama wcześniej zauważyłam, że nie wspomniał nic o kąpieli. Ostrzegawczo przeszedł mnie dreszcz, na sekundę otworzyłam oczy szczerzej, mając ochotę uderzyć siebie samą. - To przez włosy, widać, że masz mokre włosy, stąd wiem o kąpieli  - wyjaśniłam szybko, delikatnie podnosząc głos, ale nie na tyle, aby ktoś w obozie mnie usłyszał. Było już po ptakach. Jęknęłam pod nosem, opierając tył głowy o ścianę skały, tym samym nie patrząc już na niego, tylko przed siebie. 
       - Gdyby mój narzeczony wiedział, jaką żonę przyjdzie mu mieć, pewnie nie dopraszałby się tak gorliwie o mój rychły przyjazd do stolicy... - westchnęłam, wsuwając odruchowo dłonie we włosy. Nie był to mój ulubiony temat i może właśnie specjalnie karałam siebie, poruszając go przy Nevanie. Ponieważ przy nim szczególnie często zapominałam, że jestem już własnością jakiegoś mężczyzny. Mężczyzny, którego nie znałam i który nie ma nic wspólnego z oficerem. 

CLIV



        Staliśmy w ciszy aż do momentu, kiedy dziewczyna w towarzystwie dwóch żołnierzy znikła nam z oczu. Jednak nawet po tym żaden z nas nie podniósł konwersacji, którą rzuciła między nami. Wszystko, co się wydarzyło musiało mieć najwyraźniej jakiś sens, ale ja nie zamierzałem go szukać. Bogowie, w których wszyscy tak usilnie wierzyli chyba chcieli nam dać jasny sygnał, że nie można na nich polegać. Odwróciłem się plecami do Eliaha, bez słowa zabrałem swojego wierzchowca i wróciłem do części obozu, który badałem wcześniej.
        Ceniłem swojego zastępcę bardziej, niż byłem skłonny to po sobie pokazać. Był moją prawą ręką i być może bez niego nie wiedziałem już, jak rządzić. Myśl, że Esja mogła bezwiednie rzucić pomiędzy nas ziarno niezgody nie chciała mnie opuścić przez długie godziny ciężkiej pracy i nawet poświęcanie się jej w całości nie odciążyło mnie od niej. Kiedy zrobiło się późno nie zostało mi już przyciskanie żołnierzy do cięższej pracy. Słyszałem ich szepty, które wymieniali między sobą, nazywali to miejsce przeklętym, mówili o duszach zmarłych, które wstaną o mroku, żeby zemścić się na najeźdźcach.
        Udawałem, że nie słyszę, spacerując pomiędzy trupami, które ułożyliśmy w jednym miejscu, na centralnym placu. Zaiste, dookoła robiło się ciemno, zmierzch zapadał szybciej niż się tego spodziewałem.
        — Bzdury i zabobony — mruknąłem, stając obok zastępcy.
        Eliah spoglądał w dal, ponad stertą ciał. Oboje byliśmy brudni aż po łokcie, a nasze twarze zmęczone, ale blondyn wyglądał na zdecydowanie starszego, niż był w rzeczywistości. Kopnąłem hełm, który leżał obok mojej nogi, wgnieciony od strony potylicy. Możliwe, że była w nim jeszcze czyjaś głowa albo jej resztki.
        — Ludzie wolą obawiać się zmarłych, nie żywych — odparł zagadkowo. Miał w tym jakiś cel? Nie chciało mi się go doszukiwać, więc czekałem po prostu obok.
        Nic po tym już nie nastąpiło. Rozmowa z resztą była zbędna. Tu czcze gadanie, nad mogiłą tylu dobrych ludzi było tym, co mogłem nazwać świętokradztwem. Obok nas pojawił się mężczyzna z pochodnią, która rozproszyła półmrok, a także wyłowiła z cienia więcej detali szczątków ludzi. Niw mdliło mnie na ten widok. Każdego martwego nazywało się dobrym człowiekiem, nie ważne czy kiedy plądrując wrogą wioskę kradł i gwałcił kobiety. Śmierć wybaczała martwym więcej niż życie, które weryfikowało człowieczą duszę. Założyłem dłonie na plecami. Ledwo dostrzegalnie skinąłem głową, a żołnierz zamachnął się i rzucił pochodnię naprzód.
        Ciała zajęły się ogniem, a przemożny smród wdarł się do mojego nosa i byłem pewny, że nie pozbędę się go jeszcze przez długi czas. Będę pamiętał, mam pamiętać. I poczynić zemstę, kiedy przyjdzie na to czas.

        Kąpiel w rzece, nad którą się zatrzymaliśmy, była luksusem, na który nie było nas stać od wielu dni. Chociaż woda była kurewsko zimna, to powietrze było na tyle ciepłe, że nawet nie zwróciłem na to uwagi. Nadal unosiła się nieprzyjemna duchota, nawet po zapadnięciu zmroku. Chciałbym, żeby woda zmyła ze mnie cały trud tego dnia, nie – cały trud tej wyprawy i wszystkich jej komplikacji, ale nic w życiu nie mogło być tak łatwe, więc zadowoliłem się tym, ze brud zniknął. Wychodząc ze strumienia czułem się młodszy, rześki, nawet wspomnienia nieco przygasły. W górze rzeki, gdzie rozbiliśmy obóz, nie unosiła się mgła powstała ze spalonych ciał i smrodu zrabowanego, spalonego obozu. W dole dogasało wielkie ognisko, pracowało nadal sporo ludzi, ale ja pierwszy raz od dawna cieszyłem się, że nie muszę tam być. Że jestem, o narcyzmie, zbyt ważny, żeby nadal taplać się w krwi i wnętrznościach. A raczej na moich barkach teraz spoczywał znacznie cięższy problem. Wybudowanie nowego obozu od podstaw było znacznie trudniejszym zajęciem.
        Ubrałem się i zaczesałem mokre włosy do tyłu. Nie nosiłem tego wieczora zbroi, jedynie luźną, lnianą koszulę w białym kolorze i skórzane spodnie. To sprawiało, ze czułem się lżej, a fakt, że krew i błoto nie pokrywała mnie już w całości także pomagał. Wszedłem do obozu, który prowizorycznie był strzeżony na granicach, w snop światła pochodni rozmieszczanych strategicznie na każdym skrzyżowaniu i poczułem się przyjemnie bezpiecznie. Choć wiedziałem, ze do istoty bezpieczeństwa na tym terenie jeszcze daleka, żmudna droga.
        Droga, którą przyjdzie przejść w większości bez Esji.
        Zamarłem, kiedy ta myśl dotarła do mojej świadomej części mózgu. Zatrzymałem się obok pierwszego patrolu, na jaki trafiłem.
        — Czy kapłanka jest w swoim namiocie? — zapytałem, zachowując chłodny wyraz twarzy. Żołnierz zasalutował, poprawił przekrzywiony lekko hełm.
        — Nie, oficerze.
        Nie? Ściągnąłem brwi i przechyliłem lekko głowę.
        — Patrol mijał ją nad rzeką. Siedziała tam niecały kwadrans temu — pospieszył z wyjaśnieniem kolega, stawiając krok w moją stronę, ale już nie zwróciłem na to zbyt wielkiej uwagi. Zamiast tego coś innego przyszło mi do głowy.
        Odwróciłem się bez słowa w kierunku, z którego właśnie przyszedłem. Myśl, że Esja być może cały czas tam była, siedziała bez ruchu wydawała mi się nieprawdopodobna. Przecież chyba bym ją zauważył… Moje zmysły, nawet pomimo zmęczenia, nadal były na swoim miejscu. Odszedłem od dwójki mężczyzn bez słowa, ale chyba się tym zbyt nie przejęli, a może przyjęli to z ulgą, że słowa zachowałem dla siebie.
        Kiedy dotarłem do miejsca, w którym się myłem, rozglądnąłem się dookoła. Było ciemno, ale nie na tyle, żeby zupełnie nic nie widzieć; łuna świateł z obozu docierała tutaj, sączyła się wolno, rozlewała po kamieniach. Nie była silna, ale przecież gdyby dziewczyna tutaj była… Zerknąłem w lewo, na sporych rozmiarów głaz. Stał kilka do kilkunastu jardów stąd i czy mi się wydawało, czy coś tam się poruszyło? Przy skórzanym, grubym pasie jak zwykle miałem przytroczony miecz, ale nie położyłem na nim dłoni, zamiast tego powoli skierowałem się w tamtą stronę. Faktycznie, Esję zauważyłem niedługo później, zwiniętą za skałą.
        — Nie spodziewałem się ciebie tutaj spotkać — zacząłem cichym, ale dosłyszalnym głosem, który jeszcze nie został zabarwiony żadną konkretną emocją. Jak długo tu była? Podobno kwadrans, więc czy zauważyła, że przed chwilą brałem tutaj kąpiel? — Zawsze wybierasz sobie ciekawe miejsca, w których lubisz się zaszyć. Męczy cię ilość ludzi w obozie, czy straży? A może sam fakt, że tam jest zdecydowanie bezpieczniej niż tutaj?
        Zatrzymałem się przy formacji skalnej i oparłem na niej dłoń, żeby wyjrzeć za skałę, gdzie siedziała kapłanka. Ziemia tutaj była twarda, sucha, skalista wręcz, ale miejsce było chronione częściowo przed wiatrem. Nie tak dobrze, jak oryginalny obóz, bez wątpienia jego położenie było bardziej dogodne.
        Nie wyczułem żadnego napięcia w atmosferze. Ale jeśli o to chodziło, moja intuicja była wyjątkowo tępa, a wielu rzeczy zwyczajnie nie potrafiłem zobaczyć.
        — Jadłaś już kolację? — zapytałem, czując, że to pytanie jest bardziej… Krępujące, niż powinno. To zwykła rzecz, wspólne zjedzenie obiadu. Nie było w niej przecież nic zdrożnego. Mimo wszystko wyraz mojej twarzy nieco złagodniał. Oboje mieliśmy ostatnio nie najłatwiejszy czas, a rozmowa w samotności taka jak ta była przez czas podróży wręcz luksusem. Dlatego nie spieszyło mi się, żeby odejść i wrócić do obozu. Na dłuższą chwilę zajęły mnie myśli, przez co umknął mojej uwadze fakt, że intensywnie się jej przypatruję.

sobota, 9 grudnia 2017

CLIII



       Słowa Nevana były ciężkie, może nawet zbyt ciężkie, by w obecnej sytuacji taki ton uznać za odpowiedni. Poczułam, jak moje barki opadają w dół pod ich naporem. Mimo to czekałam na kazde słowo. Powstrzymałam w sobie chęć wtrącenia się w to, co mówił. Przypomnienia, jak on mi, że może i faktycznie nie pierwszy raz poruszam ten temat, ale nigdy nie udzielił mi konkretnej odpowiedzi. Zwodził mnie, nie wiem, czy świadomie, czy odruchowo, ale nigdy nie byłam usatysfakcjonowana wiadomością zwrotną. Jego słowa natomiast, tak ciężkie, dały mi nadzieję, że może tym razem będzie inaczej, nie zostawi mnie z niczym. Nigdy nie mogłam jednak przewidzieć tego, co mnie czeka, przygotować się na słowa, jakie niebawem miały zawisnąć w powietrzu. Czy on sam był na nie gotowy? Jeśli tak, to od kiedy?
       Bardzo chciałam odpowiedzieć, dać z siebie cokolwiek, ale nie wiedziałam co mogłoby to być. Spoglądałam na niego już żywiej, może nawet zapominając o tym, co znajduje się dookoła mnie. Emocje zapewne zabarwiły moją twarz, która jeszcze chwilę temu była z nich goła. Tak wiele myśli zaczęło szaleć w mojej głowie, krzyżując się w jednym prostym pytaniu "czy dobrze rozumiem"? Nie chciałam spoglądać na te słowa opacznie, świadoma tego, że będąc sierotą bez nikogo, mogę na siłę szukać większego znaczenia tam, gdzie go nie ma. Mogę mieć skłonności, by szybciej się przywiązywać, by wmawiać sobie, że dba o mnie ktoś, kto wcale tego nie robi z chęci, a z rozkazu. Jednakże nie potrafiłam teraz świadomie widzieć w nim jedynie obowiązkowego żołnierza i to za jego sprawą tak się stało. 
       Z lekkością pociągnął mnie na siodło, a ja nawet nie pisnęłam, będąc w jego dłoniach potulnym manekinem. Musiałam ochłonąć, na spokojnie wszystko przemyśleć. Zostawił mnie i wszedł gdzieś. Czy i on nie radził sobie z sytuacją, do jakiej doprowadziły jego słowa? Ja jednak, jak wielkiego spustoszenia one nie zasiały, poczułam w sobie przyjemne ciepło. Może nawet uśmiechnęłam się sama do siebie, kapłanka pośród gnijących ciał. Owszem, była to chwila w której jeszcze nie dotarło do mnie, iż mój wyjazd, ten który miał spędzać mu sen z powiek był coraz bliżej. Teraz moje myśli krążyły wokół przyjemnej wizji, w której mężczyźnie miałoby na mnie zależeć i może nawet przyjemniejszej, że i mnie zależy na nim i jest to mój własny wybór, a nie kodeks wpojonych w świątyni wartości. 
       Nie rozmawialiśmy już, kiedy wyszedł nawet nie dosiadł konia. Znów naszły mnie obawy, że żałował, a chociaż słowa jego tak żywo rozbrzmiewały w mojej głowie, to z każdą sekundą nie zakrywały już tak dobrze smrodu wszechobecnej śmierci. Oto wydało mi się, że jestem zmęczona, jakbym co najmniej od tygodnia nie spała. Nie skarżyłam się jednak słowem. Chciałam pomóc, pokazać, że potrafię, że też dam radę, jak jego ludzie. Że nie jestem inna, a we mnie płynie ta sama krew, zniosę wszystko, jeśli będzie trzeba. Tylko, że nikt nie dał mi okazji, aby to pokazać. 
       Powróciliśmy do Eliaha i pozostałej części oddziału. Jedno spojrzenie Nevana i już wiedziałam, że moja samowola tutaj się skończyła. Zabawne... człowiek, który powiedział mi najpiękniejsze słowa, jakie w życiu słyszałam, jednocześnie jednym spojrzeniem potrafił uświadomić mi, że nie mam co podejmować z nim dyskusji, dla własnego dobra. Zrozumiałam teraz, że znacznie łatwiej było mi postawić się Eliahowi, czy nawet wyjść z wozu i bez zgody dosiąść konia. Nevan nie potrzebował słów zakazu, a bardzo chciałam móc mu się postawić. Mimo to opuściłam głowę, mając świadomość, że jeszcze długo w jego towarzystwie nie będę potrafiła być panią własnego zachowania. Już na pewno nie po dzisiejszej odpowiedzi, jaką mi udzielił. 
       Kiedy blondyn nakazał dwóm mężczyznom mnie eskortować, posłusznie zsunęłam się z siodła, by zaraz stanąć obok Nevana, który chwilę temu potwierdził rozkaz swojego zastępcy. Podeszłam mężczyzn. Chciałam iść pieszo, chyba to zrozumieli, bo ustawili się w wyczekującej pozycji. Zrobiłam z nimi kilka kroków, po czym odwróciłam się by jeszcze raz spojrzeć na oficera i Eliaha. 
       - Proszę... opiekujcie się sobą nawzajem i nie przemęczajcie siebie zanadto - powiedziałam do nich jeszcze, po czym skinęłam głową i odeszłam z żołnierzami. Spacer nie był lekki, czułam, jak bolą mnie mięśnie, ale nie skrzywiłam się. Dopiero gdy dopadłam swojego wozu, bez prób ukrywania zmęczenia opadłam na posłanie. Poprosiłam Milę, tym samym pokonując własną dumę, aby posłała po Febiasza, by ten dał mi coś na sen. Nie chciałam znów się bać, czy mieć koszmarów. Wypiłam wszystko, udając, że nie widzę, jak na mnie patrzy. Czy to litość? Byłam ostatnią osobą na tej wyprawie, która teraz zasługiwała na to spojrzenie. 
       Pierwsze przebudzenie było dość niechętne. Ktoś przenosił mnie wówczas, ale nie wiedziałam kto, ani też gdzie mnie niesie. Będąc pod działaniem leków, nie próbowałam się rozbudzać, aby odkryć tożsamość ów mężczyzny. Szczytem moich możliwości było odgadnięcie, że przeniesiono mnie z wozu do namiotu. Jak tylko znalazłam się na posłaniu, zwinęłam się i poszłam spać dalej. 
       Druga pobudka była już o wiele bardziej wymuszona przez otoczenie. Mimo to dłoń Mili delikatnie mą szturchała, jakby ta chciała mnie obudzić i bała się tego, że może to zrobić równocześnie. Otworzyłam niechętnie oczy, przeciągając się przy tym. 
       - Wybacz pani - zaczęła od tego, pochylając głowę. Dookoła było ciemno, więc musiał już być wieczór. W moim namiocie paliło się światło pojedynczej świecy. - Nasz obóz jest w zakolu rzeki, z którego pozyskano wodę. Oznacza to możliwość kąpieli - wyjaśniła i faktycznie, teraz zauważyłam, że ktoś musiał nieźle się natrudzić, aby umiejscowić tutaj blaszaną wannę z przyjemnie parującą wodą. 
       - Czy żołnierze już wrócili? - zapytałam dziewczyny, nadal nieco nieprzytomnym głosem. Przez swoje zaspanie nawet nie próbowałam udawać, że nie potrzebuję pomocy z rozebraniem się. Mila bez słowa wszystkim się zajęła, uważając przy śmiesznych opatrunkach, jakich twórcą był Febiasz i które według niego nadal były potrzebne. 
       - Nie wszyscy, pani, ale przeszukiwania już się skończyły, zostawiono w zniszczonym obozie wartowników - pospieszyła z informacjami. Nigdy nie pytałam, jak udało jej się o wszystkim dowiedzieć. Miałam wrażenie, że wie doskonale o co chciałabym zapytać i dokłada wszelkich starań, żeby móc mi odpowiedzieć. 
       Pomogła mi wejść do wanny. Nawet teraz byłam nieco zarumieniona, ale woda była tak kusząca, że nawet o wstydzie zapomniałam. Kierowana odprężeniem przymknęłam oczy, zaraz szybko je otwierając. Mila nie mogła tego na szczęście widzieć. Znów przypomniała mi się wykręcona z bólu twarz martwego żołnierza. Ta myśl z kolei przywiodła obraz Nevana. Wspomnienie jego słów odżyło na nowo. 
       - Milo, co wiesz o małżeństwach? - zapytałam niespodziewanie. Dłoń dziewczyny przestała się poruszać, a tym samym zamarła z mokrym materiałem na moim ramieniu. Zaraz jednak wznowiła swoje zajęcie. 
       - Niewiele pani... tyle, że mówi się o nich słowa piękniejsze, niż te, których faktycznie są warte - skwitowała. Cóż, nie zaskoczyła mnie, ale łudziłam się, że odpowie inaczej. Mimo to chciałam brnąć dalej. 
       - Czy to złe, aby mieć kogoś, kto o ciebie dba? Kto jest rodziną? - do czego brnęłam? Nie potrafiłam zrozumieć tego, co siedzi w mojej głowie. Ten temat, niby luźny, a jednak wbijał się we mnie boleśnie. 
       - Nie pani, to piękne... nie wiem jednak, czy jest to opis małżeństwa. Widziałam jedynie te szlacheckie i zwykle nie był to widok piękny - wypuściła z siebie te słowa z wyczuwalnym namysłem. Tym razem pokiwałam jedynie głową, powoli, jakby analizując jej wypowiedź, a moje dłonie niby mimowolnie, przez przypadek przejechały po metalowej obręczy wokół szyi. Mila nie mogła zauważyć, jaką gafę popełniła. Nie miałam jej tego za złe, właśnie szczerość w niej lubiłam. 
       Umyta czułam się nieco lepiej, może nawet mogłam swój stan porównać do tego, sprzed mojego wypadku. Zasnąć ponownie nie umiałam, chciałam w pierwszej chwili posłać po Febiasza, ale ostatecznie opuściłam swój namiot, uznając, że sama się do niego udam. Tylko, że po drodze nieoczekiwanie zmieniłam kierunek w który zmierzałam, na taki bliżej nieokreślony. Po przespanym dniu miałam siłę, by pochodzić, a kiedy ta się skończyła, znalazłam duży głaz, za którym się schowałam i usiadłam na piasku, przytulając kolana do torsu. Zza skały wystawał mi w prawdzie czubek głowy, ale żaden patrol do mnie nie podszedł. Myślę, że byli świadomi tego gdzie jestem, ale ostatecznie nie robiłam nic złego. Byłam też na tyle blisko, by w razie potrzeby zawołać o pomoc. Ta jednak nie będzie potrzebna, za mną był obóz, a przede mną rzeka, z niej raczej nic się nie wyłoni. 
       Niebo dzisiejszej nocy było piękne. Gwieździste niczym biżuteria pięknych dam. Jakby bogowie rozsiali na niebie wszystkie gwiazdy, jakie tylko mieli. W noce takie jak te, dawno z innymi kapłankami uwielbiałyśmy patrzeć w niebo i marzyć o obrazach, które każda z nas widziała. 
       - W stolicy będzie te same niebo - mruknęłam do siebie, jakby chcąc się pocieszyć. Boleśnie jednak zrozumiałam, że to jedyne z tego, co mam teraz, co dane mi będzie posiadać również tam. Tylko niebo, które przecież dostępne jest dla każdego. Czy to oznacza, że nie mam prawa do niczego? A gdybym mogła prosić o jedną rzecz, jaka ona by była? I właśnie wtedy zauważyłam ją, przecięła sklepienie świata białą smugą. Zwyczaj tak stary, prosty i znany nakazał mi zamknąć oczy. Bałam się wypowiedzieć życzenie, jakby świadoma tego, że los może zrozumieć je opacznie. Wiedząc, że nie wolno decydować mi za niego, wiedząc, że wciąż nic nie rozumiem, powiedziałam w swojej głowie to, co wydawało się odpowiednie "byśmy byli szczęśliwi". Po prostu. Nie miałam wielkich marzeń, ale to bez wątpienia należało do listy pragnień. Szczęście... niczym nieskrępowane. Czy możliwe, że to właśnie czeka za następnym zakrętem? Uśmiechnęłam się sama do siebie, pobłażliwie. Losy każdego z nas były już zapisane, jeśli nie ma w nich szczęścia, to spadająca gwiazda nic nie zmieni. Wiedziałam doskonale, a mimo to nie chciałam rezygnować z możliwości wypowiedzenia życzenia. 
       

piątek, 8 grudnia 2017

CLII



        Czas ciszy, tego przeraźliwego milczenia wykorzystałem na rozglądnięcie się dookoła. Wyglądało w pierwszym odczuciu na to, że ktokolwiek napadł na obóz, już go tutaj nie było. Sam fakt, że było tak cicho, wręcz niebezpiecznie cicho, mógł świadczyć, że napastnicy zniknęli długi czas temu. W podłożu nie zostały żadne bardzo rozpoznawalne ślady, a ogniska albo dogasały albo już były zupełnie stłumione. Dym unosił się wolno, sączył do powietrza i wszystko wskazywało na to, że obóz po prostu jest już pusty. Że nie ma w nim żywej duszy, tylko te okropne trupy walające się wszędzie pod nogami. Zauważyłem też niemal od razu, że wszystkie zwłoki należą do naszych ludzi i ktokolwiek zrabował obóz, dobrze ukrył swoją tożsamość, paląc lub wywożąc ciała własnych ludzi. A z pewnością byli to ludzie. Tylko oni zostawiali po sobie takie pobojowisko. Żaden nawet najgorszy potwór nie zostawiłby ciał na zgniliznę, a raczej ucztował całymi dniami.
        Przeczesywałem spojrzeniem teren, nie tracąc czujności. Ocknąłem się z wcześniejszego transu i osłupienia, a czujność odżyła gwałtownie. Miałem świadomość, że Esja najprawdopodobniej się do czegoś zbiera, w końcu nie bez powodu zeszła w dół, do bram obozu.
        Jej słowa brzmiały obco i pusto, a twarz wyprana z emocji jakby nie należała do niej samej.
        Nie skrzywiłem się, właściwie nawet nic nie powiedziałem. Lepiej jednak nie proś i nie prowokuj losu do tego, żeby ci pokazał jak bardzo dużo gorzej może jeszcze być. Że to ty możesz w przyszłości stać za zabójstwem i mieć tą krew nie tylko na spódnicy i na sercu, ale także na rękach. Że życie może potoczyć się takimi kolejami, takim szlakiem, z którego nie będzie ścieżki powrotnej. Na szczęście Esja nie dała mi ani chwili na wypowiedzenie tych gorzkich słów. Nadal skupiałem się bardziej na otaczającym nas bagnie niż na niej, świadom możliwego potencjalnego zagrożenia, które nadejść może z każdej strony.
        Do tej pory nie tylko nie zastanawiałem się nad jej majaczeniem – chociaż powtórzyło się także w przeszłości, ale nie przypisywałem mu żadnego specjalnego znaczenia. Teraz jednak sytuacja zmusiła mnie, żeby ponownie obejrzeć trzymane w dłoniach argumenty i rozpatrzyć sprawę tajemniczych… Zdolności. Poza tym w pamięci nie sięgałem także do tamtego czasu na dnie rozpadliny. Łatwiej było udawać, że nie pamiętam. Że to nie ma znaczenia. Że nie odcisnęło swojego piętna. A najbardziej musiałem się skupić, żeby udawać to wszystko w zasadzie przed sobą samym.
        Poczułem, że powoli nadszedł nieunikniony moment, w którym przyszło mi także otworzyć usta. Nie czaiła się w nich jednak żadna górnolotna odpowiedź. Żadne słowa pocieszenia i wsparcia. Wiedziałem, ze jedyne, co mam teraz dla niej na języku to gorzkie rozczarowanie, a mimo tego powoli zbierałem się do odpowiedzi.
        — Wiesz, że zadajesz mi to pytanie nie pierwszy raz? Sugerujesz, że nie powinnaś żyć, a jednak stoisz na własnych nogach, chociaż twoi bogowie tyle razy próbowali już zabrać cię do siebie. I zaiste nie wiem, czy to dar, czy twoje przekleństwo — powiedziałem powoli, cicho, praktycznie bez cienia emocji. Wydawało mi się, że przed chwilą drżała, delikatnie, ale teraz to uczucie zniknęło. Im dalej zmierzałem w myślach w tym kierunku, tym bardziej proste i okrutne się one stawały. — I nie każ mi nigdy więcej odpowiadać na takie pytanie. Moja odpowiedź bowiem zawsze będzie niezmienna. Twoja śmierć jest ostatnią z rzeczy, na które mógłbym sobie pozwolić. Twój los i powierzenie mężczyźnie w stolicy tym, co spędza mi sen z powiem. Fakt, że muszę przyłożyć do tego rękę karą, na jaką nie zasłużyłem.
        Poczułem, że wzbiera we mnie dziwne, bardzo silne uczucie. Przemogło wszystkie bariery i zalało mnie silniej niż złość i furia, a jednak w niczym poza siłą nie było im podobne. Przesunąłem się do tyłu i posadziłem dziewczynę na siodle, wcisnąłem wodze w wątłe dłonie, po czym zeskoczyłem z siodła. Peleryna zafalowała w ciężkim, gęstym powietrzu, wylądowałem na twardym podłożu z głuchym uderzeniem ciężkich butów. Chciałem pozbyć się tego uczucia, wydrapać go z własnego wnętrza, ale ono za nic nie chciało mnie opuścić. Dałem żołnierzom znak dłonią, żeby pilnowali kapłanki, po czym wszedłem do drewnianej, podpalonej z jednej strony chatki, której brakowało części dachu i dwóch ścian. Kwatera dowódcy była splądrowana, ale zginęły tylko wartościowe rzeczy. Mapy i notatki zostały na swoim miejscu, a także były porozrzucane po podłodze, większość spłonęła wraz z pożarem, który w tym klimacie nie dogasał szybko. Docisnąłem jedną kartkę butem do podłoża, gasząc ledwo tlący się ogień.
        Niestety moich myśli i uczuć nie dało się stłumić podobnie łatwo.
        Kiedy dotarliśmy do centrum obozu, Eliah i większość wysłanych żołnierzy już tam była. Większą część karawany zatrzymaliśmy przed płaskowyżem, wiedząc, że nie zostaniemy tutaj i tak na dłużej. Ja szedłem pieszo, pozwalając Esji podróżować przez obóz na moim wierzchowcu. Na nasz widok zastępca spiął się, rzucił coś do kogoś przez ramię.
        — Nie znaleźliśmy żadnych śladów — zacząłem lakonicznie, spoglądając na niego w górę. — Obóz musiał spłonąć dwa, może trzy dni temu. Z kwatery dowódców pewnie jeszcze coś da się odzyskać.
        Spojrzałem szybko, wymownie na Esję. Jej czas przebywania w obozie się skończył, podczas kiedy my spędzimy tu pewnie długie godziny, przeszukując pozostałości, przeczesując cały teren dokładnie, na ile pozwalał półmrok, jaki tu panował. Był spowodowany przez dym, popiół i kurz, przez który słońce przebijało się z trudem, przez co w dolinie było znacznie ciemniej niż w rzeczywistości. Eliah zdawał się zrozumieć moje intencje, a pewnie nawet martwił do stan Esji.
        — Zapasy zniknęły, ale poza tym nie znaleźliśmy żadnych innych śladów — zrelacjonował. — Lamir, Marbeth, zabierzecie Esję do jej wozu i poprowadzicie do miejsca, w którym rozbijemy obóz. Reszta zostaje z nami, trzeba dokładniej zbadać teren.
        Z chmurnym, ale nieprzeniknionym wyrazem twarzy skinąłem głową na potwierdzenie tych słów.
SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/