Niedługo zastanawiałam się sama, czy Nevan koło mnie usiądzie, czy nie. Wydawało mi się, że będzie się wahał, a jednak zajął miejsce i dotarło do mnie, że to całkiem intymne, tak z nim chować się za tymi kamieniami. Szczególnie sprzyjały temu spostrzeżeniu okoliczności, w jakich widziałam go jeszcze chwilę temu, a mianowicie, jego kąpiel, której chyba nigdy nie pozbędę się ze swoich wspomnień. Chciałam wierzyć, że ten temat już między nami się nie pojawi, ale on sam do niego powrócił prychając przy tym. Zatem nie był zły... a powinien? Chyba tak, to wydawało się logiczne, w końcu nie powinnam była go podglądać w tak bezczelny sposób. Z drugiej strony on sam kiedyś podejrzał mnie podczas kąpieli... raczej wszedł, gdy się myłam i wcale tak szybko nie wyszedł... teraz, jak o tym pomyślałam, poczułam, że robię się czerwona, więc wlepiłam spojrzenie we własne kolana.
- To, że wychowałam się w świątyni nie oznacza, że nie znam budowy ludzkiego ciała! - prychnęłam, nie potrafiąc na czas ugryźć się w język. Nie wiem dlaczego z taką łatwością przy nim traciłam kontrolę nad sytuacją. Wydawać by się mogło, że ciężar, jaki wisiał w powietrzu przy Tealvashu nie był już tak dotkliwy, jakby moje brzemię rozkładało się na dwie pary ramion, już nie ciążąc jedynie moim własnym. Mimo to wiedziałam, że są kwestie, których już nie można ignorować i może nawet sama nie chciałam tego robić.
Patrzyłam na niego przez dobrą chwilę, kiedy uznał, że powinniśmy iść do jego skryby. Nie rozumiałam i póki co nie chciałam skupiać się na tym, a na pierwszych jego słowach. Też wiele o tym myślałam, to nie było majaczenie, oboje musieliśmy mieć tego świadomość. Przygryzłam dolną wargę, przeciągając uparcie ciszę z mojej strony. Musiałam się odezwać, już koniec z uciekaniem od czegoś, czego nie rozumiem.
- Myślę... że to mogła być wizja - powiedziałam w końcu, spokojnie, chociaż sama nie chciałam w to wierzyć. Miałam świadomość tego, że oficer zaraz mnie wyśmieje, albo nic nie powie, bo nie będzie miał na to przygotowanego komentarza. Pokiwałam więc sama do siebie głową, jakbym to ze sobą prowadziła dialog. - To ma sens. Jak wtedy, gdy wiedziałam, że Lance zostanie ranny, że w podziemiach świątyni coś się zalęgło. Wiem, jak absurdalnie to brzmi, ale równocześnie jest to jedynym sensownym wyjaśnieniem - nie wiedziałam już czy bardziej próbuję przekonać do tych faktów siebie, czy jego.
Znów zapadła między nami cisza, tylko w tle dało się słyszeć typowe dla obozu odgłosy jakiś komend, rozmów i kroków. Byliśmy jednak bezpieczni, może nawet zapomniani tutaj, za tymi kamieniami, bo kto by przypuszczał, że oficer do mnie dołączy, w mojej skrytce.
- Mam tylko nadzieję, że nie chcesz mnie zabrać do swojej skryby po to, by zapytać, czy rozkazy co do mojego wyjazdu już przybyły... - teraz dopiero poruszyłam ten temat, mimochodem i niby bez żadnego większego powodu. Prawda była jednak taka, że mój lekki ton głosu daleki był od tego, jak czułam się naprawdę. Znów na niego spojrzałam, na moment skupiając się na tym, co pamiętam ze świątyni.
- Podobno kiedy kapłanka się rodzi ma tylko jeden symbol boga, ten który ja mam pośrodku łopatek... - powiedziałam niby spokojnie, jednak zaraz zapiekły mnie policzki. Fakt, widział mnie, ale nie zapominajmy w jakich okolicznościach. Starałam się przynajmniej udawać, że wcale nie jestem czerwona. - Raz na jakiś czas zdarza się jednak, że znamię rozrasta się, a wraz z tym pozycja kapłanki wzrasta... wzrasta jej... cena - wyrzuciłam z siebie tępo, jakby słowo to sprawiało mi duży dyskomfort. Skrzywiłam nieco brwi, wspomnieniami wracając jeszcze dalej, jakby w czymś grzebiąc, do czego nie miałam dostępu. - Takie dziewczęta trzyma się krótko, temperuje je dokładnie, uczy zasad i posłuszeństwa, a kiedy nadejdzie czas, zwierzchnicy mogą zbić na nich duży majątek. Kiedy taka dziewczyna wyjdzie za mąż, wówczas już po... - zawahałam się na moment. Przypomniałam sobie skrawki podsłuchanych rozmów, jaki i własnych domysłów, kiedy przyglądano mi się, bądź mnie upominano. Poza tym ten moment nie był tak łatwy do wypowiedzenia. Nie dla mnie i nie przy nim. - Już po... "pełnym" zawarciu małżeństwa szlachcic może ogłosić, że jego żona jest nosicielką pełniejszego znaku. Wówczas rośnie jeszcze bardziej jego status, rośnie jego potęga, bo mówi się, że... dzieli łoże z córą boską, jest więc jakoby bożym zięciem, więc podważanie jego słów, to podważanie słów samego boga - znów nastała cisza, w której patrzyłam na swoje palce. Byłam lekko mówiąc wyprana z emocji, nie wiem kiedy przestałam przeszywać wzrokiem Nevana, ale teraz zdawałam się dziwnie mała.
- Myślę... że gdybym wcześniej powiedziała, jaki mam znak na plecach, znalezienie mojego męża byłoby znacznie łatwiejsze. Jednakże... mam też teorię, że może te wizje są z nim związane... mam na myśli znamię, nie męża - wyjaśniłam skąd u mnie ten wywód. Teraz dopiero niepewnie na niego zerknęłam. - A jeśli mam rację, pójdziemy do twojej skryby, a ona zapyta o mój boski znak, to będzie mogła sprawić, że niebawem odeślą mnie do stolicy, a ja Nevanie... bardzo nie chcę tam jechać - zakończyłam, wyrzucając z siebie wszystko to, co mi ciążyło. Nie, nie przestało, ale jak już zauważyłam, teraz ciężar był rozłożony po równo.
Ugryzłam się jedynie w język, by nie dodać, że nie chcę jechać nigdzie, gdzie on nie będzie na mnie czekał.
Patrzyłam na niego przez dobrą chwilę, kiedy uznał, że powinniśmy iść do jego skryby. Nie rozumiałam i póki co nie chciałam skupiać się na tym, a na pierwszych jego słowach. Też wiele o tym myślałam, to nie było majaczenie, oboje musieliśmy mieć tego świadomość. Przygryzłam dolną wargę, przeciągając uparcie ciszę z mojej strony. Musiałam się odezwać, już koniec z uciekaniem od czegoś, czego nie rozumiem.
- Myślę... że to mogła być wizja - powiedziałam w końcu, spokojnie, chociaż sama nie chciałam w to wierzyć. Miałam świadomość tego, że oficer zaraz mnie wyśmieje, albo nic nie powie, bo nie będzie miał na to przygotowanego komentarza. Pokiwałam więc sama do siebie głową, jakbym to ze sobą prowadziła dialog. - To ma sens. Jak wtedy, gdy wiedziałam, że Lance zostanie ranny, że w podziemiach świątyni coś się zalęgło. Wiem, jak absurdalnie to brzmi, ale równocześnie jest to jedynym sensownym wyjaśnieniem - nie wiedziałam już czy bardziej próbuję przekonać do tych faktów siebie, czy jego.
Znów zapadła między nami cisza, tylko w tle dało się słyszeć typowe dla obozu odgłosy jakiś komend, rozmów i kroków. Byliśmy jednak bezpieczni, może nawet zapomniani tutaj, za tymi kamieniami, bo kto by przypuszczał, że oficer do mnie dołączy, w mojej skrytce.
- Mam tylko nadzieję, że nie chcesz mnie zabrać do swojej skryby po to, by zapytać, czy rozkazy co do mojego wyjazdu już przybyły... - teraz dopiero poruszyłam ten temat, mimochodem i niby bez żadnego większego powodu. Prawda była jednak taka, że mój lekki ton głosu daleki był od tego, jak czułam się naprawdę. Znów na niego spojrzałam, na moment skupiając się na tym, co pamiętam ze świątyni.
- Podobno kiedy kapłanka się rodzi ma tylko jeden symbol boga, ten który ja mam pośrodku łopatek... - powiedziałam niby spokojnie, jednak zaraz zapiekły mnie policzki. Fakt, widział mnie, ale nie zapominajmy w jakich okolicznościach. Starałam się przynajmniej udawać, że wcale nie jestem czerwona. - Raz na jakiś czas zdarza się jednak, że znamię rozrasta się, a wraz z tym pozycja kapłanki wzrasta... wzrasta jej... cena - wyrzuciłam z siebie tępo, jakby słowo to sprawiało mi duży dyskomfort. Skrzywiłam nieco brwi, wspomnieniami wracając jeszcze dalej, jakby w czymś grzebiąc, do czego nie miałam dostępu. - Takie dziewczęta trzyma się krótko, temperuje je dokładnie, uczy zasad i posłuszeństwa, a kiedy nadejdzie czas, zwierzchnicy mogą zbić na nich duży majątek. Kiedy taka dziewczyna wyjdzie za mąż, wówczas już po... - zawahałam się na moment. Przypomniałam sobie skrawki podsłuchanych rozmów, jaki i własnych domysłów, kiedy przyglądano mi się, bądź mnie upominano. Poza tym ten moment nie był tak łatwy do wypowiedzenia. Nie dla mnie i nie przy nim. - Już po... "pełnym" zawarciu małżeństwa szlachcic może ogłosić, że jego żona jest nosicielką pełniejszego znaku. Wówczas rośnie jeszcze bardziej jego status, rośnie jego potęga, bo mówi się, że... dzieli łoże z córą boską, jest więc jakoby bożym zięciem, więc podważanie jego słów, to podważanie słów samego boga - znów nastała cisza, w której patrzyłam na swoje palce. Byłam lekko mówiąc wyprana z emocji, nie wiem kiedy przestałam przeszywać wzrokiem Nevana, ale teraz zdawałam się dziwnie mała.
- Myślę... że gdybym wcześniej powiedziała, jaki mam znak na plecach, znalezienie mojego męża byłoby znacznie łatwiejsze. Jednakże... mam też teorię, że może te wizje są z nim związane... mam na myśli znamię, nie męża - wyjaśniłam skąd u mnie ten wywód. Teraz dopiero niepewnie na niego zerknęłam. - A jeśli mam rację, pójdziemy do twojej skryby, a ona zapyta o mój boski znak, to będzie mogła sprawić, że niebawem odeślą mnie do stolicy, a ja Nevanie... bardzo nie chcę tam jechać - zakończyłam, wyrzucając z siebie wszystko to, co mi ciążyło. Nie, nie przestało, ale jak już zauważyłam, teraz ciężar był rozłożony po równo.
Ugryzłam się jedynie w język, by nie dodać, że nie chcę jechać nigdzie, gdzie on nie będzie na mnie czekał.

