środa, 24 maja 2017

XXIX

     Dość zabawnie było siedzieć nad przepaścią. Dłuższe patrzenie w dół, na nogi kołyszące się delikatnie, na powiewającą w powietrzu tkaninę, na znajdującą się nisko ziemię, mogło przyprawić o zawroty głowy. Dlatego wolałam spoglądać daleko w dal, wyobrażać sobie, że gdybym chciała, to mogłabym odepchnąć się od muru i polecieć daleko, niczym nie obciążona, wolna i decydująca za siebie sama. Wybrałabym miejsce gdzieś z dala od problemów, bólu, cierpienia, wojny i przemocy. Tylko pytanie, czy w takim razie kiedykolwiek zakończyłabym swój los? Czy takie miejsce w ogóle na tym świecie istnieje? Nie wiem, póki co poznałam świątynie, jak i obóz i zaczynam tracić nadzieję na szczęście. Może łatwiej zatem byłoby przerzucić się na mrzonki o życiu bez nieszczęścia? Tak niewiele różni te dwa pragnienia, a jednak jest między nimi przepaść, której nie można przeskoczyć. 
     W głowie biły się ze sobą dwie myśli, ta poświęcona ucieczce na skrzydłach, których niestety nie posiadałam, jak i ta w której rozważałam, rozkładając na czynniki pierwsze, słowa oficera. Miał zapewne świadomość ile informacji pod sobą skrywał, ale wydawało mi się, że bardziej, niżli wydarcia tych informacji spod cegiełki, obawiał się tego, że ktoś nieodpowiedni zrówna mur z ziemią, nie dbając o wartości, jakie mógłby w nim znaleźć. Czy to go obawia? Że mimo różnic na tle innych, polegnie, tak jak każdy szary element jakiejś wielkiej układanki? To było moje spostrzeżenie, jakie przyszło do mnie mimowolnie. Nie miałam żadnych podstaw, aby wierzyć, że mam rację, ale już teraz postanowiłam zapamiętać ten trop i czym prędzej sprawdzić, ile faktów w sobie nosi, a jaki jego procent, to domysły niedoświadczonej młodej dziewczyny. 
     Chyba zbyt wiele myślałam, a może raczej nie spodziewałam się, że chwila swobody bardzo brutalnie da mi się we znaki. Cena widocznie, za jedno marzenie, to po prostu jedna przykra nauczka. Uczucie, jakie w jednej chwili mnie dopadło było ciężkie do opisania. To tak, jakby w ułamku sekundy ciało było pewne, że umrze, że nie ma już ratunku. Jakby wszystkie czynności życiowe zanikały tylko dlatego, że niebawem i tak nie będą już potrzebne. Nie miałam czasu, ani na krzyk, ani na żaden ruch, ani nawet na dreszcz. Barki lecące do przodu pociągnęły ciało, pośladki nieprzyjemnie przejechały po kamieniu, gdyż przez lekką tkaninę wszystko się dało wyczuć, pięty ucierpiały najmocniej, dociśnięte do muru, zatarte w jednej chwili do krwi, jak i dłonie, które usilnie wierzyły, że w powietrzu znajdą punkt oparcia. Och, jakbym chciała mieć skrzydła w tej chwili. Niby tak krótka, ulotna, a wydawało mi się, że całe moje życie było krótsze. Miałam czas się przerazić, błagać o ratunek bogów, jak i pogodzić z rychłą śmiercią. Zrozumiałam, że oto przyszedł czas na mnie, że dostałam tylko kilka dni więcej, niż me siostry, ale śmierć nie zrezygnowała z mej duszy. Wtedy też, jak zbawiciel szarpnął mnie mój własny oprawca. A ja? Ja ucieszyłam się, że mnie ratuje, chociaż wiedziałam, że mógł mieć moje życie na sumieniu. Ale nie krzyczałam. Nie krzyknęłam nawet w głowie. Zrozumiałam bez jego słów, co uczynił. A w myślach tylko jedno zdanie przebijało się przez inne "on jest szaleńcem, z kodeksem, którego twoje jestestwo nigdy nie pojmie, Esjo". 
     Stanęłam na blance, nie puszczając go nawet na chwilę, on również nie puścił mnie. Wiedziałam, że byłam mu potrzebna. Nie chciał mnie zabić, chciał pouczyć. Jeśli to zrobił, jeśli ryzykował tak wiele, to na pewno był świadomy swoich czynów. Świadomy i odważny. Chociaż zapewne chciał mnie zniechęcić, pierwszy raz uderzyła we mnie myśl, że może faktycznie jest on godny zaufania, na tyle, by tylko jemu powierzać sekrety. Ale czy to mogło być dobrym tropem, czy może zasadzką doświadczonego woja? 
     Serce biło mi, jak szalone. Nic dziwnego. Nogi się trzęsły, a ja wciąż myślałam o strachu. Odezwał się w końcu, a we mnie uderzyło dziwne uczucie. Postawa jego świadczyła, że nie był pewien, że mnie uratuje. Czy to więc możliwe, że w tej całej chorej sytuacji, w której miałabym prawo byc na niego wściekła i żądać zmiany opiekuna, ufam mu bardziej, niż on ufa sobie? 
     - Gdybym spadła - odezwałam się w końcu, słysząc, że biegną do nas strażnicy, nic więc dziwnego, niecodziennie na ich warcie kapłanka o mały włos spada z muru. Wiadome było, że zareagują, jednak póki byliśmy sami mogłam sobie pozwolić na wszystkie słowa. Kierowało mną dziwne uniesienie, mieszanka strachu, adrenaliny, niepewności i chęci zrozumienia. Głos nie brzmiał tak lekko, jak zwykle. - ... To co stałoby się z tobą, Nevanie? - zapytałam go o to samo, nie ściągając spojrzenia z jego oczu. W jednej chwili ściągnęłam lekko brwi. - Uważaj mnie za głupca, ale chcę ci zaufać, nie za twoją dobroduszność, bo jej nie widzę, ale dlatego, że jestem twoim darem i przekleństwem. Musisz mnie pilnować, a ja... będę sprawiać problemy, bo nie wiem o tym miejscu tyle ile powinnam, a od kilku dni boginie śmierci gładzą moje ciało swymi dłońmi. Twój dotyk daleki jest od tego, którym one mnie obdarowują. Nie zginę z twych rąk. - zakończyłam dosadnie. Byłam mu wdzięczna za słowa odnośnie tego, co stanie się z moimi siostrami. Jednakże teraz nie miałam siły, ni okoliczności, aby dłużej o tym myśleć. Wolałam na spokojnie przeanalizować jego wypowiedź, kiedy nikt nie będzie na mnie patrzył. teraz z kolei oczu było zbyt wiele.  
     Stanęłam na twardym gruncie. Żołnierze byli już przy nas, gotowi pytać, co tu się dzieje. Ja pierwsza zabrałam głos. 
     - Dziękuję, panie! Nie wiem, jak mogłam się tak wychylić, gdybyś mnie nie złapał... - załkałam. Nie było to trudne, łzy były naturalne, bo i strach był niewymuszony. Teraz jednak mogłam sobie na niego pozwolić, bo nie słabością się popiszę, a inteligencją. Niech nie wiedzą, że uczy mnie przetrwania, bo gotowi sądzić, że to gorsze, niźli próba morderstwa. Na swój szalony i przerażający sposób, opiekuje się mną, a bogowie podpowiadają, by się nie lękać. Dlatego robię, co w mej mocy, aby patrzeć na niego bez obaw, nawet jeśli było to trudne. - Przepraszam, muszę odpocząć... - dodałam zaraz, łapiąc się za głowę. Uniosłam oczy ku niebu, zachwiałam się i poleciałam jak długa w stronę żołnierzy. Boleśnie wpadłam w obite metalem ramiona jednego z nich. Wszyscy zrozumieli, że zasłabłam, usłyszałam jeszcze głos Tealvasha, rozkazujący odniesienie mnie do mojego namiotu. Cały czas oczy miałam zamknięte i nie wiedziałam, jaki wyraz malował się na twarzy mężczyzny. Postanowiłam więc, że skorzystam z okazji i odpocznę, bo miałam po czym. 
     Przez następne dwa dni niewiele się działo. Bałam się tylko, że kiedyś oznajmią mi, że muszę się zebrać, bo podróż do stolicy czeka. Bardzo tego nie chciałam i kiedy tego ranka Eliah przyszedł do mnie z pakunkiem w postaci nowych ubrań, o mały włos nie wyskoczyło i serce z piersi. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy w pakunku znalazła się koszula, spodnie, damskie oficerki i skórzany, brązowy gorset. Prawdę mówiąc z tym ostatnim miałam niemały problem. Chyba nie zawiązałam go najlepiej, ale na całe szczęście sznurki były z przodu i trzymał sie odpowiednio. Zastanawiało mnie jedynie skąd ten pomysł, ale po wyjściu z namiotu Eliah powiedział, że mam być spokojna, bo wybieramy się na wyprawę. Prawdę mówiąc wcale mnie to nie uspokoiło. Podobno Tealvash mnie wzywał na miejsce zbiórki. Przyznaję, że dość ciekawie się czułam ubrana tak po męsku. 
     - Niewygodnie? - zagadnął mnie blondyn. Zaraz pomachałam przecząco głową. 
     - Nie, po prostu inaczej. W świątyni wszystkie nosimy takie same, zwiewne szaty. Pierwszy raz mam na sobie gorset - przyznałam, a jego mina wskazała na to, że chyba nie powinnam mówić o tym tak otwarcie. Zaraz jednak się rozpogodził. 
     - Widać... - przyznał ostatecznie, co nieco mnie zmartwiło. - Przyślę do ciebie asystentkę medyka po naszym powrocie, nauczy ciebie, jak wiązać go do końca - zaproponował, a ja pokiwałam głową na znak, że się zgadzam. Podobał mi się sposób, w jaki blondyn o mnie dbał, był po prostu miły i spokojny. Nie martwiłam się, że zaraz skądś mnie zrzuci. 
     Z daleka widziałam Tealvasha. Stał przy zagrodzie z wieloma końmi, gdzie już czekało ich trochę uszykowanych. Miałam do koni pewien szacunek, bo były naprawdę wielkie, nieco przerażające, ale też bardzo piękne. 
     - Przyprowadziłem Esję, sir - skinął głową Eliah, więc sama zrobiłam to samo. Nie wiedziałam co mam powiedzieć, więc uznałam, że powiem cokolwiek, albo uraczę go tą samą informacją, którą uraczyłam dziś rano Eliaha. 
     - Wieczorem twój medyk ściągnął mi opatrunek, panie. Podobno moja dłoń niebawem będzie w pełni sprawna, dziękuję więc za opiekę - uśmiechnęłam się delikatnie. Może uda nam się dziś utrzymać między sobą przyjazną atmosferę? Trudno mi stwierdzić, jak będzie to wyglądało, wiedziałam jedynie, że powrót do świątyni nie będzie dla mnie łatwy. Już miałam dreszcze, ale starałam się tego nie pokazywać. 

XXVIII


       Na mojej twarzy pojawił się, choć musiałem przyznać – niechciany – uśmiech. A właściwie grymas, który można by było za niego uznać. Wyglądało na to, że kapłanka szybko zaczynała pojmować, w jakim miesjcu się znalazła i chociaż nie miała pojęcia, jakie niebezbieczeństwa tutaj na nią czekają i jakie okazje, które będzie mogła wykorzystać do osiągnięcia własnych celów, to uczyła się w zastraszającym tempie. Sam nie zatrzymywałem na niej już dłużej spojrzenia, chociaż od czasu do czasu przestawałem wodzić spojrzeniem po namiotach i ludziach znajdujących się dookoła tylko po to, żeby przyjrzeć się jej plecom. Wydawała się krucha. Stworzona do tego, żeby opływać w luksusy. Ale czy była taka naprawdę czy po prostu tak głęboko zakorzenił się we mnie wciskany przez społeczeństwo stereotyp?
        Rozplotłem palce zza pleców i założyłem ramiona na klatce piersowiej, wyjątkowo dzisiaj nie chronionej żadną zbroją. Wewnątrz obozu nie było czuć upału, który rozciągał się po jego południowej stronie, ale mimo wszystko było tutaj niewiele drzw i teraz cień rzucał na nas jedynie mur. Namioty nie były wystarczająco duże, żeby ukryć nas przed jego promieniami. Skinieniem głowy odpowiedziałem na znaczący gest dotknięcia czapki palcami jednego z moich ludzi. Obserwowali i mnie i ją, dokładnie taki rozkaz dostali. Mieli pilnować bezpieczeństwa kapłanki. Wolałem nawet nie myśleć, co stałoby się, gdyby pod moją opieką włos spadłby jej z głowy. Z pewnością byłaby to bardzo dobra okazja dla obozowych hien, ale nie zamierzałem do niej dopuścić.
        Dlatego też kapłanka nigdy naprawdę nie będzie sama w obozie. Nie, dopóki moi ludzie będą spoczywali na niej swoje czujne spojrzenie, obserwowali każdy krok. Nie czułem też konieczności, żeby ją o tym poinformować, bo z czasem pewnie zauważy, że zawsze ktoś za nią podąża w niedalekim odstępie.
        – Zatajanie prawdy w obliczu prawa naszego kraju w określonych okolicznościach także jest kłamstwem, pociąga dokładnie te same konsekwencje – odparłem od niechcenia, przeciągając sylaby. Chociaż temat rozmowy, który pociągnęła wydawał mi się być bardziej interesujący niż plotkowanie o tym, co dzieje się z jej siostrami, a raczej co się z nimi stanie. Oczekiwałem, że będzie chciała wiedzieć, że będzie pytać, zwłaszcza po tym, jak szybko opuściła namiot medyków. Podniosłem głowę, a w moich oczach błysnęło zainteresowanie. Dziewczyna nie mogła go zobaczyć. Słyszała przecież jedynie mój znudzony ton głosu, stała do mnie tyłem. – Choć z pewnością masz rację, kapłanko. Lepiej udawać, że jest się cegłą i nie wspominać o informacji zapisanej na jej spodzie, czekać na moment, w którym opłaci się ją wykorzystać. Problem nie leży jednak w tym, że cegły są do siebie podobne, że nie mają ukrytego przekazu, tajemnej karty na której leżą. Większość ludzi nie ma cierpliwości albo możliwości zwlekania. Większość planuje tylko następny dzień, następny krok i nie myśli o tym, co będzie przyszłą zimą.
        Uderzyła mnie własna szczerość i prawdziwość tych słów. Intryga, którą planuje się z dnia na dzień, kradzież, której plan układa się jedynie o krok naprzód – w końcu z pewnością zawiodą. A co z tymi planowanymi przez lata? Lata kłamstw i oszustw jedynie po to, żeby uzyskać swój cel?
        Szpołeczeństwo uważa kapłanki za święte i nieskalane. Kłamstwem, obłudą, nieczystymi zagrywkami. Mówi się, że w świątyniach panuje spokój i zgoda. Na szczęście nie byłem jak większość, nie wpasowywałem się w wierne śledzenie kościoła cielęcym wzrokiem. Wiedziałem, że gdzie jest władza, znajdą się też ludzie chętni ją wykorzystać. Ci ludzie rodzą więc ofiary kłamstw i niesprawiedliwości. A co ma większą władzę w naszym kraju niż kapłani? Uśmiechnąłem się. Sprytna metoda na ukrycie kłamstwa. Ta dziewczyna potrafi więcej, niż przypuszałem.
        Wolno podążyłem jej krokiem, wspinając się na schody prowadzące na wysoką fortyfikację. Z rozmysłem nie spieszyłem się. Nie było zagrożenia. Nie poczułem nawet zbytniego zmęczenia, pokonując przeszkodę, moje mięśnie przyzwyczajone były do większych wysiłków.
        Dwójka żołnierzy patrolująca tą część muru wzruszyła ramionami, kiedy usłyszała jej słowa. Właściwie nie musiałem nawet ich potwierdzać. Odeszli niespiesznym krokiem w stronę wieży strażniczej, gdzie znajdywało się więcej żołnierzy pilnujących bezpieczeństwa tej strony obozu. Chociaż trakt wychodzący z północnej bramy prowadził wgłąb naszego państwa, to lasy nas otaczające wcale nie były bezpieczne i obóz wymagał umocnień także z tej strony – choć te na południu były zdecydowanie bardziej spektakularne.
        Rozglądnąłem się, względnie leniwie. Patrol odwrócił się do nas plecami, a wieża była wystarczająco daleka, żeby stacjonujący tam ludzie mogli mieć wątpliwości. Bez praktycznie żadnego dźwięku pokonałem odległość od schodów do wyrwy w blance. Miałem świadomość, że jestem obserwowany, nie tylko przez swoich ludzi, ale cały obóz śledził moje poczynania. Esja nie patrzyła w moją stronę, najwyraźniej zafascynowana widokiem.
        Nie wiem, kiedy moje ciało i instynkty same przejęły nade mną kontrolę. Dziki głos wewnątrz mnie krzyczał, że to przydatna lekcja. Że należy jej udzielić. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, dopadłem do blondynki. Nieuzbrojony, ale niebezpieczny. Niezrównoważony i nieprzewidywalny – może w tym tkwiła niechęć do mnie i mojego oddziału.
        Wyrwa w blance, w której siadła Esja była nierówna, bardziej wyłamana w stronę zewnętrznej części muru, opadała w tamtą stronę. Dlatego pchnięcie nie musiało być mocne, żeby blondynka straciła równowagę, żeby jej punkt został przeniesiony na przepaść poza blanką.
        Długie, jasne włosy zafalowały w powietrzu. Otoczyły mnie niczym złote nici, przez chwilę, która ciągnęła się w moim odczuciu minuty nie widziałem nic więcej, tylko kosmyki niczym pajęczyny zawieszone w powietrzu, niemal w bezruchu. Ktoś krzyknął. Czyjeś stalowe buty uderzyły o kamienną podłogę. Cały świat zamarł na niedługą chwilę. Biały materiał falował w powietrzu. Kto krzyczał? Ona? Żołnierze? Czy ktoś nas w ogóle zauważył? Nikt nie widział, że to ja ją popchnąłem. Tak mi się wydawało, a dokładnie oceniłem sytuację.
        Ułamki sekund trwały minuty.
        Pewnie i silnie złapałem ramiona Esji. Mięśnie na moich przedramionach napięły się pod białym materiałem lnianej koszuli. Wiedziałem, że ją utrzymam. Wiedziałem, że ją złapię. To wszystko było zaplanowane, wcale nie naraziłem jej życia.
        Prawda?
        – Gdybyś spadła, Esjo – wysyczałem, kiedy moje ciało napięło się z wysiłku. Opierałem łokcie o kamienną wyrwę w blance, zaciskając dłonie na jej przedramionach. Ona w odruchu złapała moje. Przechylony nad krawędzią muru patrzyłem prosto w jej oczy. Nie miałem pewności, co teraz malowało się w moich oczach, jaka emocja. – Co by się z tobą stało? – Mięśnie zaczynały powoli piec znajomym bólem. Euforia i adrenalina wypełniły moje ciało. Miałem wrażenie, że się uśmiecham, a może nawet śmieję. – Jeśli chcesz wiedzieć, jak się zachowywać, oto kolejna nauka: nie odwracaj się plecami do ludzi, którym nie powinnaś ufać. A jeżeli się odwracasz, miej pewność, że wiesz co robią kiedy nie śledzisz ich dłoni spojrzeniem, że masz ich pod swoją kontrolą, że zabezpiecza cię coś więcej niż tylko twoja pozycja. Bo z pewnością znajdą się ludzie, którzy bez względu tę pozycję będą próbowali zrobić ci krzywdę. – Zatrzymałem się na moment, żeby nabrać więcej powietrza w płuca. Powoli docierało do moich zmysłów więcej z tego, co działo się w otoczeniu. – Musisz wiedzieć o nich więcej, niż chcieliby ci powiedzieć. Używać informacje, żeby ich kontrolować. A czasami... działać nieprzewidywalnie – wyrzuciłem z siebie, zmuszając ramiona i nogi do wysiłku.
        Podniosłem ją z westchnieniem, pomogłem oprzeć stopy ubrane w pantofelki na blance, ale nie puszczałem jej ramion, nawet kiedy miała już odrobinę stałego gruntu pod stopami. Czułem, jak krew przyjemnie, szybko obiega całe moje ciało, jak dreszcz emocji spływa po plecach, a na czole perlą się pierwsze krople potu spowodowane wysiłkiem.
        – Jeśli się obudzą – podjąłem temat, czując, że nie mogę zostawić tego pytania bez odpowiedzi – dowódca zadecyduje, co z nimi będzie. Szukając u mnie obietnicy, że nie zostaną zdegradowane do Wygnanych, tracisz czas. Nie zapisano pode mną na tyle ważnej informacji, żebym mógł o tym zadecydować.
        Pomogłem jej przejść przez blankę i kiedy miałem pewność, że stoi na bezpiecznym gruncie, puściłem jej ramiona. Ktoś biegł w naszą stronę.
        – Słyszałem informację, która może cię zainteresować – dodałem, zanim otoczyli nas zaniepokojeni żołnierze. Miałem nadzieję, że potraktuje to jako dowód na to, że traktuję ą na równi ze sobą. Nie sprzedaje się informacji pierwszej lepszej osobie. – Zostaną wysłane z tobą razem do stolicy, o ile zdążą do czasu twojej poróży wydobrzeć do stanu, w którym ta nie zagrozi im życiu. Król ma sam ocenić, czy odesłać je do innej świątyni jako służące czy zadecydwać o innym ich losie – dokończyłem przyciszonym głosem. Dosłownie w pół minuty po całym zdarzeniu nie byliśmy już na murze sami.

.

piątek, 19 maja 2017

XXVII

     Wiedziałam, że odpowie. Niewiele mężczyzn w swoim życiu poznałam, a kiedy już jakiś miał mnie wziąć pod swoje skrzydła, to akurat trafił się wyjątkowo skomplikowany i dalece idący od tego, co chciałabym w nim widzieć. Mimo to, byłam pewna tej jednej, jedynej takiej sytuacji, czułam, że mnie nie zignoruje, może to moje przeczucie, a może sam Arathor dodawał mi pewności? Tak, czy inaczej, nie zawiodłam się. Jedyne co tak naprawdę mnie zdziwiło, to  jego dopytywanie. Czy naprawdę aż tak był ciekawy tego, co mną kierowało? Sądziłam, najwyraźniej tym razem mylnie, że nie przywiązuje do moich pobudek żadnej wagi. Kolejne zaskoczenie, na pewno nie ostatnie. Sama musiałam się zastanowić, ale na jego słowa, w których zawarł swoją rolę w "machinie wojny" zaśmiałam się. Krótko i szczerze, bo okoliczności nie pozwalały na nic więcej. Mało tego, sam fakt, że po odwiedzinach u mych sióstr pozwalałam sobie na śmiech powinien mnie boleć, w istocie tak też było.
     - Mówisz więc, że jesteś jedynie cegłą - nawet na niego nie spoglądałam, dookoła było o wiele więcej rzeczy, których jeszcze nie znałam. Poza tym wciąż na mogłam przyzwyczaić się do koloru jego oczu. - Jaka jest więc szansa, że trafi mi się ktoś więcej, niż cegła? A jeśli szansa jest niewielka, to po co szukać dalej, skoro mam już w dłoniach, coś na wzór stabilności? - zapytałam, nie powołując się na żadne konkrety. Nie czułam takiej potrzeby i nie potrafiłam tego zrobić. Poza tym mogłam jeszcze wspomnieć o intuicji, ale po co? Nie wiem, czy by zrozumiał, a już na pewno wątpię, że mógłby docenić taką szczerość.
     Skrzywiłam lekko nos, odgadując tym samym, że przechodzimy obok kuchni. Posiłki, które dostałam nie były niczym wymyślnym, ale nigdy nie odpychały. Naglę zaczęło mnie zastanawiać, czy starają się dla mnie specjalnie, a może jadam to, co mężowie wysocy rangą? Bądź po prostu jeszcze nie trafiłam na potrawkę o tak cudownym zapachu, jak to, co unosiło się w powietrzu? Możliwości było wiele, a rozmyślanie o nich dawało mi szansę na oczyszczenie umysłu. Twarze dwóch, pozornie martwych kapłanek wciąż czaiły się gdzieś z tyłu głowy, a mnie ten widok po prostu ranił, lepszego określenia nie mogłam na to znaleźć. Pewnie dlatego też byłam wdzięczna Tealvashowi, za to, że dotrzymywał mi towarzystwa i nie nawet raczył rozmową. Nie wiem, czy była ona dla niego przyjemna, czy kłopotliwa, ale ja sama nie narzekałam. Tym bardziej, że pierwszy raz faktycznie czułam, że moje zdanie... zdanie, a nie informacje, może mieć jakieś znaczenie. Przyjemna wizja, napawająca niemalże dumą, a ja chyba smakowałam tego uczucia pierwszy raz od dawna.
     Pokiwałam ze spokojem głową, w odpowiedzi na jego słowa. Czy cegiełkę i kartę przetargową dzieli wielka różnica? Nie zapytałam, a bardzo chciałam poznać jego opinię. Obawiałam się jednak, że to, co mógłby mi powiedzieć, mogłoby mi się zwyczajnie nie spodobać. Dość już miałam smutnych rewelacji na dziś.
     Każdy kolejny krok dodawał mi jednak pewności siebie. Wolność, której pewnie nikt nie widział w prostym spacerze, dla mnie była czymś niesamowitym. Możliwość zmęczenia się wynikająca jedynie z własnej woli. Chyba nie ma piękniejszego uczucia na świecie, daru większego, niż szansa wyboru w którą stronę skręcić, kiedy skierować swe ciało. Jakże brutalnie na ziemię ściągnął mnie widok muru, który mówił niemalże, śmiał się ze mnie, przypominał, że obóz, nawet jeśli większy od świątyni, to wciąż pozostaje ogrodzony. To nie wolność, to większa klatka.
     Zaskoczona przeniosłam na niego wzrok. Powinnam pracować nad tym, aby tak nie odpływać w obłoki, bo jeszcze mnie to straci.
     - Proszę? - nie byłam pewna, czy mówił poważnie. Wszystko wskazywało jednak na to, że nie żartował, a ja zaraz zaczęłam snuć w głowie plany, jkabym mogła go oszukać. Przez przypadek napotkałam na jego oczy i dotarło do mnie, jak przenikliwe potrafią one być. Cokolwiek teraz nie powiem, przecież i tak będzie wiedział, że skłamałam. To bez sensu, opuściłam głowę. - Nigdy nie musiałam kłamać, skąd mam wiedzieć, jak to robić? - zapytałam, tym samym zawierając w tych słowach odpowiedź na jego pytanie, rezygnując też z propozycji oszukania go. Cóż innego miałam powiedzieć? Oczekiwał czegoś? Sama nie wiem, ale... zastanawiało mnie tylko jedno - zauważył, że skłamałam?
     Dopiero po wypowiedzeniu tych słów, pozwoliłam sobie na odwrócenie od niego spojrzenia. Mój wzrok spoczął teraz na dwóch żołnierzach, nad którymi powiewał już wcześniej zauważony przeze mnie symbol. Znajome twarze, które kiedyś już mi mignęły, pozwoliły mi zrozumieć, że to musi być sztandar Tealvasha, może właśnie stamtąd go kojarzyłam?
     - Potrafię zatajać prawdę - stałam do niego tyłem i nie próbowałam tego naprawić. Od tej strony wiał akurat przyjemny wiatr o leśnej nucie, był wprost cudowny. Dodawał świeżości, a także lekkości, z każdym podmuchem, który targał delikatnie włosy, ubrania i ściany namiotów. - W moim mniemaniu to lepsze od kłamstwa, łatwiej zweryfikować błędne informacje, niż brak jakiejkolwiek. Ja natomiast drogi oficerze, nie mam nic poza znamieniem na skórze i garstką tychże informacji. Sam więc rozumiesz, że muszę ich chronić. Los zechciał tak śmiesznie, że oboje jesteśmy więc w posiadaniu cennych danych na temat tego drugiego. Zatem możesz być jedynie jedną z wielu cegieł w monotonnym murze, ale jeśli pod tą cegłą znajduje się tajna wiadomość, nie możesz już mówić, że nic nie różni ciebie od innych - dokończyłam swój wywód i spojrzałam na niego przez ramię, ale sama nie byłam pewna jakie emocje, a właściwie jaki brak emocji maluje się na mojej twarzy. - To taka moja chłodna kalkulacja - wyjaśniłam i znów spojrzałam na żołnierzy i mur. Bez wahania podeszłam do niego wiedząc, że przez cały czas jestem obserwowana. Rozejrzałam się dookoła, dostrzegłam schody i pozwoliłam sobie na pokonanie ich, biorąc dwa stopnie na raz. Widok był tego wart. Takich widoków również życie mi zaoszczędziło.
     - Pani, to niebezpieczne - podszedł do mnie jeden z żołnierzy. Tealvash albo się nie śpieszył, albo w ogóle nie zamierzał do mnie dołączyć. Ja natomiast niewiele myśląc podskoczyłam, by zaraz usiąść w wyrwie blanki i spuścić nogi w przepaść.
     Spojrzałam na żołnierza, przypominając sobie słowa oficera, który sprawował nade mną pieczę, byłam czegoś ciekawa, czy to zadziała? Sama nie wiem.
     - Oficer Tealvash dał mi pozwolenie - powiedziałam pewnie. Żołnierz uniósł brwi, spojrzał na mnie i gdzieś nieco za moimi plecami. Czyli, jak mniemam dowódca do mnie dołączył. Skinął głową, ustąpił i odsunął się, a ja spojrzałam przed siebie, zachwycona widokiem. Teraz żaden mur nie będzie ze mnie igrał. Patrząc na te ziemię czułam, że bliżej jestem bogów, niż byłam kiedykolwiek w życiu.
     - Co będzie, jak się obudzą? - zapytałam nagle, niczym grom, bez zapowiedzi i bez analogii do tego, co było niedawno. Nie musiałam dopowiadać, kogo mam na myśli, a przynajmniej tak sądziłam. - Przestanie uważać się je za boskie, więc co z nimi będzie? Bez kłamstw i zatajania prawdy - ostatnie zadałam chyba niepotrzebnie, ale na wszelki wypadek. Chciałam też w ten sposób podkreślić swoją wartość, jako sprzymierzeńca. Nawet jeśli dłonie nieznacznie zaczęły mi drżeć. Potrafiłam wyprać z emocji twarz, ale palce mogły mnie zdradzić, były zwierciadłem zwykłej, dziewczęcej słabości, bo przecież tego siłą rzeczy było we mnie najwięcej. Chociaż bardzo żałowałam, to nie mogłam z chwili na chwilę stać się wojownikiem. Obawiam się, że jest to całkowicie niemożliwe, ale na tym etapie mam jeszcze wiarę w swoje możliwości. Ciekawi mnie tylko, czy wygra wola, czy realia w jakich się wychowałam. 
    

czwartek, 18 maja 2017

XXVI



       Patrzyłem na jej proste plecy przekryte jasną tkaniną i czekałem na jakąś reakcję. Zorientowałem się też, że byłem gotowy na łzy, panikę, zaprzeczenie. Gorączkową próbę odepchnięcia świadomości, że te dwie dziewczyny, jedyna nić, jaka łączyła ją jeszcze z dawnym życiem – o ironio, zakończonym zaledwie kilka dni temu – że one połową swojego ciała stoją już w grobie. Garbią się nad trumną, przygotowaną specjalnie dla nich, z wyrytym imieniem, który przy narodzinach nadali im rodzice. A może kapłankom w ogóle nie nadawano normalnych, ludzkich imion? Nie wiem. Nie jestem pewien, czy kiedykolwiek w życiu są traktowane normalnie, jak każdy z nas, jak śmiertelnik, skórzany worek na krwi i kości.
        Patrzyłem na nią, jasną dziewczynę, która nawet w dobrze oświetlonym pomieszczeniu wydawała się być anielsko biała i oczekiwałem reakcji. Ale nie nastąpiła. Być może udało jej się pogodzić tak szybko z faktem, że przeszłość została napisana i że nie można jej skreślić.
        A ja? Ja potrafiłem trzymać się jej latami, rozpamiętywać, oglądać z każdej strony, żałować, że nie postąpiłem inaczej. Cóż za zgubne podejście głupca! Poczułem złość jak dziecko, któremu czegoś się odmówiło i nie rozumiało dlaczego.
        Przestąpiłem z nogi na nogę, gotowy do wyjścia z prowizorycznego pomieszczenia.
        Zatrzymały mnie jej słowa. Oprócz naszej dwójki nikogo nie było w pobliżu. Nikt nie słuchał, nikt nie patrzył. Nikt nie mógł zobaczyć żałoby kapłanki, tylko ja, stojąc samotnie za jej plecami, nie wiedząc co zrobić z dłońmi.
        One jeszcze nie umarły, upomniałem się, prostując plecy. Położyłem rękę na rękojeści miecza przytroczonego do paska. To mnie uspokajało. Skinąłem głową, chociaż dziewczyna nie mogła tego teraz zobaczyć. One jeszcze nie umarły.
        Co właściwie się teraz zmieniło, po przeprowadzeniu badań? Kapłanka czy nie, nie zasługiwała na mój szacunek, jeśli sobie na niego nie zarobiła. Dlaczego czystość miała tak wielkie znaczenie? Ta religia nie miała żadnego sensu, żadnego szacunku dla kobiet ani całych społeczeństw, a mimo wszystko nadal dominowała silną ręką nad naszym krajem. Zrozumiałem jej słowa znacznie później po tym, jak je wypowiedziała.
        „Proszę”. Nie musiała tego wcale dodawać. A później...
        Złamało ją coś niewidzialnego, podcięło nogi.
        Zamarłem bez ruchu, wręcz z szacunkiem dla tego, co musiała teraz przechodzić. Miałem wrażenie, że patrzę na coś ulotnego i coś, czego nikt nie powinien być świadkiem. To było na moment miejsce kultu, religii, której nigdy nie szanowałem. Moja obecność była z pewnością świętokradzka i dobrze, że kapłanka nie zdawała sobie z tego sprawy. Po prostu patrzyłem, z maską obojętności i spokoju na twarzy. Wszystko zakończyło się tak nagle, jak zaczęło, Esja opuściła szybko prowizoryczny pokój. Nie poszedłem od razu w jej ślady. Kiedy zniknęła, w środku pojawiła się postać, dostrzegłem ją kątem oka. Medyk, pielęgniarki i podrzędni pracownicy baliby się do mnie odezwać. Nie z szacunku, ze strachu. Nie przeszkadzało mi to.
        – Na razie ich stan jest stabilny, oficerze, ale niewiele więcej mogę powiedzieć – pochylił się nad łóżkiem i zamlaskał. – Niewiadomo, kiedy ani czy się obudzą.
        – Dowódca obozu został już poinformowany.
        – Odbyło się spotkanie?
        W jego ciemnych oczach pojawił się błysk, zgasł szybko.
        – Nie musisz już ukrywać ich obecności. Nie wpuszczaj tutaj też nikogo, kto jest niższy rangą ode mnie. Może być szczególnie niebezpiecznie – odparłem, zamyślając się. Faktycznie, teraz, kiedy wszyscy wiedzieli... – Zostawię dodatkowych żołnierzy pod namiotem.
        – Dziękuję, panie – skłonił się. Nie był szczery ani w tym geście ani w całej któtkiej rozmowie. Z pewnością i on mną gardził. Gdybym miał wyliczać tych ludzi...
        Skinąłem dłonią, na której opinała się skórzana rękawica i odchyliłem klapę wejścia do pomieszczenia. Skierowałem się do wyjścia z namiotu. Skórzane pasy, skomplikowana konstrukcja materiału, miała unieruchomić najbardziej jak to możliwe mój bark, jednocześnie nie ograniczając zbytnio swobody ruchów. Chirurg, do którego udałem się z tym problemem, jednocześnie najbardziej zaufany medyk w obozie, zaprojektował go dzisiaj rano. Od razu został uszyty. W obozie, a przynajmniej w tej części, nad którą panowałem, wszystko działo się bez zwlekania.
        Po wyjściu z namiotu natrafiłem na kapłankę. Zdziwiło mnie to, że czekała, zamiast odejść, ale skinąłem głową i skierowałem kroki na lewo.
        W tamtą stronę obóz zaczynał rozrastać się, rozpływać wręcz nieregularnie, bez kontroli. Stało tutaj kilka kramów z użytecznymi bardziej lub mniej przedmiotami. I co najważniejsze, nie pachniało już ziołowymi naparami, które w namiocie medycznym nieprzyjemnie wbijały się do nosa.
        Wystarczyło jedno zdanie, kilka słów przypominających o jej pozycji, żeby poczuła się pewnie. Może udawała. A może naprawdę zauważyła, że może wydawać rozkazy. Nie zaskoczyło mnie to. Ludzie, którzy odkryli, że mają jakąkolwiek moc, panowanie nad innymi zazwyczaj w ten sposób go wykorzystywali. Nie byłem nawet sceptyczny. To było oczywiste, nie mogłem nawet mieć o to pretensji.
        Zanim się odezwałem, okazało się że nie pytania były końcem jej wypowiedzi. Szła sztywno, wzrokiem wodziła po wszystkim dookoła, ale na niczym się nie skupiała. Obserwowałem ją przez chwilę uważnie, starając się ocenić, co znaczy ta postawa wyrażająca pewność i wszystkie inne gesty, które świadczą o czymś zupełnie przeciwnym. Ludzie schodzili nam z drogi, byłem do tego przyzwyczajony. Teraz jednak, w obecności kapłanki, robili to z większym szacunkiem, z bojaźnią. Nie posyłali pogardliwych spojrzeń, nie koemntowali otwarcie za plecami. Wyprostowałem się, założyłem ręce za plecami idąc przed siebie. Ta wojskowa postawa dodawała mi spokoju, stabilności.
        – Twoje siostry zostaną pomszczone – odpowiedziałem cicho. Na język pchało mi się niechciane pytanie, dlaczego prosi o to mnie. Chyba nie byłem w jej oczach wzorem przykładnego obywatela, oddającego kapłankom boską cześć, chwałę i uwielbiebie. Nie poszedłem w tą stronę. W jej głosie zabrzmiało coś dziwnego, nieznajomego. Najwidoczniej naprawdę nie zależało jej na pozycji, poza tym, czy to była skrucha? – Cały kraj mógłby ci to obiecać, po co więc moje słowa? Jestem tylko cegłą w murze machiny wojennej. – To nie była falszywa skromność. Ale coś w jej wypowiedzi mnie zafascynwało. Może móglbym... Może umiałbym jej pomóc.
        Przeszliśmy obok kuchni, z której nie pachniało zbyt znakomicie. Tutaj było więcej ludzi, a większość z nich i tak na nas patrzyła, powstrzymaliśmy się więc od rozmowy. Nie zostawałem w tyle. Dotrzymywałem jej kroku, choć szła szybko. Skupiłem się na ludziach, na ich twarzach i jak zawsze, starałem się dojrzeć coś niezgodnego z otoczeniem, zanim to zdołałoby nas zaatakować. Musiałem polegać na refleksie i spostrzegawczości, a jednocześnie znać się na obozowych inrtygach i docinkach słownych. Niewiarygodne, jak wszechstronny musiał być żołnierz.
        – W każdym razie masz rację, jeśli podejrzewasz, że staniesz się kartą w grze. Wojna to nie tylko walka mieczem. – Dlaczego właściwie postwnowiłem jej pomóc? – Masz też rację sądząc, że moje słowa mają większą wartość niż większości ludzi w tym miejscu. Ale nie ucz za bardzo się w nie wierzyć.
        Wojownicy i wszyscy inni mieszkańcy obozu patrzyli na nią, kiedy przechodziliśmy. W ten sposób plotki rozchodziły się jeszcze szybciej, nawet jeśli uderzyły już w obóz zdecydowanie wcześniej. Obserwowałem ich. W międzyczasie przeszliśmy już kilka przecznic, zostawiliśmy za plecami małe stoiska targowe i powoli zbliżaliśmy się do muru otaczającego obóz od północznej strony. Przełęcz z tej strony prowadziła w stronę głębi królestwa.
        – Umiesz kłamać? – zapytałem nagle, przenosząc jedną dłoń na rękojeść miecza. Skinąłem głową w stronę patrolu składającego się z dwóch ludzi i niosącego mój sztandar. – Zrób to, spróbuj mnie okłamać. Spraw, żebym uwierzył w coś, co nie jest prawdą.
        Przydatna umiejętność. Przekonwanie innych do swoich racji, nawet jeśli nie były prawdziwe ani szczere. Z pewnością przyda się na jej pozycji. Inni oficerowie nie będą jej oszczędzać, właściwie podejrzewałem że użyją wszystkich możliwych środków, żeby nagiąć ją do swojej woli. Ja też.

czwartek, 11 maja 2017

XXV

     Jeśli wcześniej wierzyłam, że powoli zaczyna się między nami zawiązywać nić porozumienia, to teraz na moich oczach bladła ona, niczym pajęczyna porwana przez wiatr. Może po prostu znalezienie wspólnego języka nie jest nam pisane? Nie wiem nawet, czy powinnam się tym przejmować, czy też nie. Dla niego jestem pewnie jedynie kolejnym zadaniem, po wykonaniu nie będzie wracał do mnie pamięcią, ale ja nie potrafiłam podejść w ten sposób do ludzi. Może to przez to, że w moim życiu przewinęło ich się mniej? Nawet tragarze, którzy mnie teraz nieśli mieli swoje własne miejsce w mej pamięci. Nie znałam ich imion, ale nie chciałam, sama przed sobą traktować ich tak, jakby ich rola nie miała wrażenia. Taka byłam i nie mogłam tego zmienić, przynajmniej nie teraz, kiedy wciąż uczę się żyć wśród ludzi. 
     Uniosłam nieco brwi, kiedy przypomniał mi kim jestem. Nie ukrywam, że nie zrozumiałam, a może raczej nie chciałam zrozumieć. Musiał to wyczuć, bo dodał niebawem wytłumaczenie, a mi wcale się ono nie spodobało. Chciałam powiedzieć, że nie lękam się śmierci, ale byłaby to wypowiedź buńczuczna, pełna dumy, a uboga w szczerość. Bałam się jej i zrozumiałam to dopiero w chwili, w której powolutku zaczynała mnie otulać swoimi dłońmi. Od kilku już dni nadal czułam te dłonie na sobie, przyzwyczaiłam się do tego, że stoję na przepaści, zaakceptowałam to.
     - Ja już jestem martwa, ruchomy palankin nie zmieni losu, jaki wybrali dla mnie bogowie - odpowiedziałam na jego słowa, nie wierząc, że je skomentuje. Nie lubił takich rozmów, tak mi się wydawało, ale była to jedyna opinia na jego temat, na jaką sobie pozwalałam. Dobrze, przyznaję, że było ich więcej, ale ta wydawała mi się najprawdopodobniejsza, na tyle, bym chwilami uznawała ją za pewnik. 
     Obawiałam się jedynie tego, że był to wstęp do odmowy, która miała zaraz nastąpić. Czy byłby gotowy na taką hipokryzję? Mówić, że sama mogę decydować, a potem zaprzeczać swoim słowom? Nie miałam pewności. Z początku chciałam sobie powiedzieć, że nie, ale potem coś podpowiadało, że jednak mógłby to zrobić. To tylko podkreślało pustkę, jaką na temat znajdujących się tutaj żołnierzy mogłam zaprezentować. Wiedzy jednak nie zdobywało się w łatwy sposób, tak naprawdę czułam, że niemalże mi jej odmawia. Budował między nami mur, nie wiem tylko, czy z powodów personalnych, czy może każdego traktował w ten sposób. Im dłużej z nim przebywałam, tym mniej mnie to dotykało. przyzwyczajałam się do chłodu, nie liczyłam na zmiany, nie mąciłam sobie oczu nadzieją, która nie byłaby niczym poparta. 
     - Jestem kapłanką, rozsądek z naszej dwójki o wiele bardziej pasuje tobie, panie - odpowiedziałam na jego słowa nie ubarwiając tej wypowiedzi żadnymi emocjami. Co ciekawe, wydaje mi się, że nauczyłam się tak mówić od niego. Może nawet chciałam zobaczyć, jak coś takiego brzmiałoby w moich ustach. U niego czułam suchość, odrzucenie i brak jakiegokolwiek punktu odniesienia, natomiast u mnie wyczuwałam jedynie melancholie. Cóż, za ciekawe spostrzeżenie, tylko moje, którego nikt nigdy nie wychwyci z miliona rozmów, jakie odbywają się teraz w tym obozie. 
     Zatrzęsłam się nieco, kiedy nagle moje siedzenie zostało opuszczone w dół. Nie zauważyłam, kiedy Tealvash nakazał to zrobić. Mój błąd, powinnam być bardziej spostrzegawcza, za dużo szczegółów mi umyka. Obiecałam sobie, że od teraz zacznę nad tym pracować. Podniosłam się więc szybko, wyprostowałam zwiewną, białą tkaninę, jaka stanowiła moją suknię i ruszyłam za oficerem, który odsłonił już przede mną wnętrze namiotu. Szybko zrozumiałam po co tutaj jesteśmy, przypomniało mi się, że proponował, abyśmy odwiedzili moje siostry. 
     Skinęłam głową chyba każdemu, kogo w środku mijaliśmy, ale mój towarzysz wcale się tym nie trudził. Inni ustępowali mu z drogi, a ja zadawałam sobie pytanie, czy to szacunek, czy może strach nimi kieruje. Moim oczom nie umknął też fakt, iż co jakiś czas na wydzielonych pomieszczeniach widniały inne symbole. Jeden wydał mi się znajomy, ale szybko umknęło mi to w morzu kolejnych, jakie zobaczyłam. Żyłam nowymi doznaniami tak długo, jak Tealvash się nie zatrzymał. Wiedziałam, że jesteśmy na miejscu, przełknęłam ślinę, rozumiejąc, że przepuszcza mnie pierwszą.
     Ostrożnie, już nie tak szybko, jak wcześniej, weszłam do środka. Leżały tam obie, zarówno Kasta, jak i Melepa nie były przytomne, oddychały nierówno, a ich ciała były nieruchome. Postąpiłam jeszcze bliżej, z rozwagą stawiając kroki. Ta pierwsza miała czarne włosy, proste, jak struny, teraz brakowało im blasku. Pochyliłam się nad nią, chwyciłam jej dłoń i ułożyłam wierzchem do góry, a tam ujrzałam znak, jaki zdobił ciało każdej z nas. Usłyszałam poruszenie za sobą, nie miałam pewności, czy to oficer, ale wyobraźnia zaraz podpowiedziała, że to musiał być on. 
     - Zostań ze mną - rozkazałam. Pierwszy raz rozkazałam i zdałam sobie z tego sprawę dopiero po chwili. Sama przeżyłam lekki szok, a chociaż pozwolił mi na to, to towarzyszyło mi także uczucie wstydu. Nie potrafiłam teraz na niego spojrzeć, bo chociaż kierował mna absurdalny strach, to nie powinnam się nim usprawiedliwiać. - Proszę... - dodałam, bo tylko tak mogłam nieco zmiękczyć wydźwięk mych słów. Zaraz potem znalazłam się przy Melepie, była moją przyjaciółką, chociaż starsza ode mnie o trzy lata. Nie była typową pięknością, włosy miała kręcone, ale cienkie, jednak oczy... jej oczy potrafiły mnie rozśmieszyć, pocieszyć, zrozumieć i uspokoić. Znaku też nie trzeba było szukać daleko, umiejscowiony był na jej poliku, nachodząc na nos i jedną z powiek. Bała się, że przez to żaden mężczyzna jej nie pokocha, była taka głupiutka... 
     Nie pamiętam kiedy dokładnie padłam na kolana, nie pamiętam też czy z bezsilności, czy może z własnych zamiarów. Po postu ułożyłam się na tych starych, nierównych deskach, dotykając ich czołem, po czym zaczęłam klepać modlitwę. Tą samą, którą mówiliśmy w dzień katastrofy. Nie była krótka, szeptałam ją pod nosem, wierząc w jej moc, wierząc, że jakoś mi pomoże, albo chociaż moim siostrom, ale kiedy sentencja dobiegła końca nic nie poczułam, oprócz znanych mi już nudności. Ze zdenerwowania, jakie mną owładnęło zacisnęłam ręce w pięści, obie, jednak stelaż na jednej z nich mnie powstrzymał, pozostawiając tępy ból, przez który syknęłam. 
     - Dlaczego mnie ocaliłeś..? - zapytałam, tak jakby Arethor miał mi odpowiedzieć. Nie zrobił tego, a ja nie czekałam dłużej, niż było to potrzebne. Wszystko przez to, że w blaszanej misce leżącej na niedużym stoliku dostrzegłam jakieś dwie czerwone plamki... przypomniały mi one, że nie jestem tutaj sama, że za mną stoi Tealvash. To wystarczyło, bym się podniosła. 
     Minęłam go bez słowa, nie patrząc mu w oczy. Nie sądziłam, aby dbał o mój stan, ale nie oznaczało to, że mi samej nie było wstyd. Pozwoliłam sobie na odsłonięcie swojej słabości przed kimś, kto nie zamierzał udawać opiekuńczego. Nie było to rozważne i nie chciałam też wyjść na taką, która zamierza brać go na litość... ale nade wszystko, tak bardzo pragnęłam, aby zarówno on, jak i jego ludzie uznali, że mogę być pomocna. W obecnej sytuacji na pewno nie byłam. 
     Bez zatrzymywania się opuściłam namiot. Dopiero w chwili, w której świeże powietrze połaskotało moją twarz, mogłam pozwolić sobie na próby uspokojenia się. Odwróciłam się w chwili, w której Tealvash wyszedł z namiotu. 
     - Mogę liczyć na krótki spacer? Chcę iść, mam kilka pytań, chcę rozmawiać - pierwszy raz w tak otwarty sposób wyrażałam swoje oczekiwania. Chyba podziałało, a przynajmniej taką miałam nadzieję. Kiedy już mogłam mieć pewność, że nie muszę siadać na palankin, ruszyłam przed siebie, patrząc na boki, aczkolwiek nic nie widząc. Musiałam się na czymś skupić, ale nie było mi łatwo. 
     - Obawiam się, że będę teraz chodliwym towarem w obozie. Jak powinnam postępować? Jak się zachowywać, co mówić, czego nie obiecywać? - dużo pytań, bardzo dużo pytań. Nie mogłam się powstrzymać i w końcu na niego spojrzałam. - Jeśli obiecasz mi, że pomścisz moje siostry, że znajdziesz tych, którzy są odpowiedzialni za masakrę w świątyni, to stanę się kartą przetargową, nie będę się spierać, podważać twoich decyzji. Chcę tylko sprawiedliwości i wiem, że sama nie jestem w stanie jej zdobyć. 
     Czy obieca? Czy mnie wyśmieje? Nie mogłam mieć nawet cienia pewności. Byłam jedynie roztrzęsioną dziewczyną, która jakimś cudem przeżyła. Wiedziałam jedynie tyle, że nie jestem tutaj na darmo, mój los został starannie zapisany i muszę wierzyć, że postępuje słusznie.

XXIV



       Odpowiedzi na swoje słowa, o ile liczyła na jakąkolwiek odpowiedź, nie doczekała się. Mógłbym jej powiedzieć, że jest naiwna nie wykorzystyjąc swoich silnych stron przeciwko innym, ale czy umiałaby wyciągnąć z tego mądrą naukę? Pewnie nie. Na usta pchało mi się stwierdzenie, że takie podejście doprowadzi ją do zguby, ale też go nie wypowiedziałem na głos. Bez sensu. Marnowanie śliny i języka na coś, co nie wydałoby jeszcze owoców, bo nie miało podatnego gruntu, na które mogłoby paść. Pozwoliłem temu tematowi po prostu rozpłynąć się w powietrzu, roznieść na wietrze. Tragarze nie patrzyli ani na mnie ani na nią. Spojrzenia mieli wbite przed siebie. Wiedziałem dlaczego. Gdyby zostali posądzeni o podsłuchiwaniealbo ocenianie rozmowy osób wyższych rangą o tyle, co ja i Esja, skończyliby jako Wygnani, bez źródła zarobku i miejsca do spania. Nie słyszeli niczego, nie zapamiętywali rozmowy. A to właśnie oni mieli dostęp do często ścisłych informacji.
        Ręce miałem cały czas splecione za plecami, postawę podczas chodzenia sztywną, spojrzenie czujne, ale obojętne na wszystko, co wydawało się normalne i codzienne. Słuchałem jej słów, nie dają znaku, że rozumiem ani słucham. Nie skinąłem nawet głową, kiedy wytłumaczyła, o co chodziło. Po prostu dałem jej czas na powiedzenie tego, co chciała. Ostatecznie wyglądało na to, że jesteśmy zmuszeni zostawać w swoim towarzystwie dłużej niż początkowo zakładałem, a na dodatek zależało mi na tym, żeby została pod opieką mojego oddziału. Musiałem pozwolić jej mówić.
        Przez chwilę powtarzałem jej słowa w głowie. Kapłanka, a skromna i nierozpieszczona. To nie zdarza się często. Nie zajęło mi długo przeanalizowanie sytuacji.
        – Nie chowaj urazy, ale jesteś kapłanką – powtórzyłem po niej, zwolniając nieco krok. Byliśmy prawie na miejscu. – Wolę żebyś była żywa, nie martwa.
        Wrogów można było spotkać wszędzie. Nie było takiego miejsca, gdzie idee wszystkich ludzi skupiały się na jednym celu. Każdy miał inny obraz świata, inne pojmowanie rzeczywistości i z pewnością nawet wśród wojska znalazłaby się jedna osoba, która chętnie targnęłaby się na życie kapłanki.
        – Przez to, że palankin się kołysze ciężej trafić cię strzałą prosto w miejsce, które zabije cię na miejscu – wytłumaczyłem, zanim zdążyła zapytać, co ta mizerna konstrukcja ma wspólnego z bezpieczeństwem. I zdawałem sobie sprawę, że dobieram słowa w ten, a nie inny sposób. Nigdy nie byłem delikatny, nie owijałem w bawełnę i nie widziałem potrzeby, żeby zmieniać swoje zawchowanie ze względu na jedną dziewczynę. – Przed wszystkim innym mogę cię obronić ja albo osoba, która będzie z tobą. Poza tym tragarze nosili już takich jak ty, ważnych ludzi. Zapewniają ci dodatkową ochronę. Pierwszy obóz po obozie powinien zachowywać chociaż pozory twojego bezpieczeństwa, najświętsza.
        Czułem się odrobinę jak ojciec tłumaczący dziecu, dlaczego czegoś mu zakazał. Wypełniło mnie to niespodziewaną goryczą. Jakbym odsłonił czarne skrzydła, które miały kogoś bronić, a w gruncie rzeczy tylko skazały go na szybszą śmierć. Już nie raz tak było. W mojej głowie pojawił się obraz Xii, która wpatrywała się w oddalającą sylwetkę konia. Zobaczyłem dokładnie wyraz jej spokojnych, rozumiejących oczu i zrobiło mi się niedobrze.
        Na szczęści byliśmy już prawie na miejscu i z pewnością nikt nie zdołał tego zauważyć. Kapłanka wpatrywała się w namiot, a ja zorientowałem się, że nie odpowiedziałem jeszcze na zadane mi przed chwilą pytanie.
        – Nie wydaje mi się to rozsądnym pomysłem – skrzwiłem się nieco, nakazując gestem tragarzom postawić palankin na ziemi. Zrobili to z wytrenowaną ostrożnością. – Ale nie mogę ci tego zabronić. Z pewnością straż będzie cię obserwowała, ktoś postara się mieć ciebie na oku. Z tego nie mogę zrezygnować. Ale teraz, kiedy wszyscy wiedzą o twoim pobycie w obozie, możesz robić, co uważasz za słuszne.
        Czy zamierzałem ją pouczać, że ufanie wszystkim jest błędem? Nie. Nie była moim dzieckiem, żebym to robił, a protekcjonalność tego rodzaju z pewnością nie była moim zajęciem. Obróciłem się, opuszczając teraz dłonie luźno wzdłuż ciała. Staliśmy przed namiotem, w którym wolontariusze, medycy i chirurdzy umieszczali ciała rannych.
        Bez słowa, ostro i sztywno, bo bark nadal odzywał się bólem, a od rana też bolały mnie poobijane żebra i nogi, odsunąłem kotarę przed wejściem do kliniki. Wewnątrz znajdywały się rzędy łóżek, z których większość była pusta. Z drugiego końca podłużnego namiotu dostrzegła mnie stojąca tam pielęgniarka i natychmiast podeszła, skłaniając się w zupełnej ciszy. Wiedziała, że ma nic nie mówić. I tak bym nie odpowiedział, jedynie zbył ją gestem ręki.
        Minąłem ją, deski pod moimi stopami zatrzeszczały ostrzegawczo. Aż prosiły się o renowację, ale na to nigdy nie było czasu ani pieniędzy. Teraz, kiedy szykowaliśmy się zapewne na wojnę spital też ich nawet nie zobaczy. Każdy z dowódców miał tutaj swoje małe kilkunastułóżkowe dystrykty oznaczone znakiem oddziału.
        Dotarłem do tego, na który widniał znak rodowy Tealwashów, minąłem go jednak. Kapłanki leżały w osobnym, specjalnie wydzielonym pokoju tak, żeby nikt nie zakłócał ich spokoju i żeby mężczyźni nie mogli przyglądać się tym bardziej intymnym badaniom. Odsunąłem materiał z drzwi, spojrzałem na Esję i skinąłem do niej głową na znak, żeby weszła.
        Wewnątrz nie było nikogo oprócz dwóch leżących na łóżkach dziewczyn. W powitrzu unosił się zapach śmierci, paskudny, wdzierający się przez nos aż do samego mózgu. Nie skrzywiłem się jednak. Pozowliłem kapłance przejść przodem.

.
SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/