czwartek, 30 listopada 2017

CXLVI



        Na krawędzi pojawił się jeden cień.
        Zadarłem głowę, prostując się. Musiałem zmrużyć oczy, żeby go dostrzec, bo wzrok przyzwyczajony do ciemności panującej na dole chciał się buntować, obraz rozmazywał się przed oczyma. Ale z jedną sylwetką pojawiło się nagle dużo głosów. Nie rozróżniałem słów, a  rozumiałem jedynie sam podniesiony ich ton. Pewne było to, że było ich zbyt dużo, jak na jedną osobę; narastały ciągle, kumulowały się. Ktoś krzyczał. Nie wiem co. Z roztargnieniem spojrzałem na Esję, po czym znieruchomiałem. Przestałem nawet oddychać. Wyglądała, jakby pogrążyła się w śnie, nie drżała już, co zauważyłem ze znacznym opóźnieniem. Na twarzy miała spokojny wyraz. Może jeśli chodziłoby o kogoś innego, przyznałbym, że zmarła. Ale to była w końcu Esja! To nie było możliwe!
          Na górze wyrosły kolejne sylwetki. Zauważyłem, że jest ich coraz więcej, a teraz, kiedy mówili w dół rozpadliny rozróżniałem ich głosy i dźwięki. Zamiast jednak odpowiadać na pytania, niczym w dziwnym transie skupiłem się na jednym dźwięku, tak różnym od krzyków. Ktoś płakał. Chlipanie roznosiło się echem w mojej głowie i świadomości, otępiało zmysły. Może ja też już nie należałem do tego świata. Może mnie także coś pokąsało i zostanę tu już na zawsze?
        Ta myśl była tak przepełniona desperacją i tak niepodobna do mnie. Była także tą, która wyrwała mnie z tego stanu. Nie. Nie tutaj jest mój koniec, w tej śmierdzącej rozpadlinie.
        Później, kiedy się otrząsnąłem, wszystko potoczyło się w zastraszającym tempie, niczym lawina na ośnieżonym stoku wokół Sirfallai. Spuszczono na linach prowizoryczne nosze, kawałek materiału owinięty na dwóch grubych gałęziach. Najdelikatniej, jak to możliwe ułożyłem na nich Esję, bez namysłu u jej stóp kładąc także resztki tego, co ją zaatakowało. Patrzyłem, jak powoli, równomiernie ją unoszą i miałem ochotę krzyczeć, by się pospieszyli. Dopiero, kiedy jej ciało znalazło się na górze udało mi się rozluźnić spięte mięśnie. Jest na górze. Bezpieczna.

        Minuty zamieniały się w godziny, a godziny w noce, przez które nie zmrużyłem nawet oka. Zmęczony organizm potrzebował snu, ale chory umysł nie mógł mi go zapewnić. Nawet sam Ithrick nie narzekał już na opóźnienia. Ba; nikt nie ośmielił się tego robić, gdy życie Esji wisiało na włosku. Spędziłem wiele czasu przed jej namiotem, odmawiając jednak wejścia do środka. Czy zobaczyłbym tam zwłoki? Wolałem nie kusić losu, nie próbować.
        Nawet kiedy świt rozlewał się nad pustynią, w stronę której mieliśmy zmierzać, a noc chyliła się po przeciwnej stronie nieboskłonu ku upadkowi, nie potrafiłem dać się przemóc senności. Chciałem tu być, kiedy… Kiedy co? Umrze? Obudzi się?
        Zaraz po wyciągnięciu mnie na powierzchnię, medyk od razu powiadomił, że losy dziewczyny są niepewne; że nie może mi obiecać, jak to się skończy. Nie panując nad drżącymi dłońmi złapałem go wtedy za szatę na piersi, uniosłem do góry, sycząc, że jeśli się nie obudzi, on podąży jej ścieżką. Niepotrzebny, zbyteczny przejaw agresji, na szczęście w moim wykonaniu nikt nie dopatrywał się w nim niczego więcej. Był uznany za codzienność. Dotarliśmy do obozu, gdzie natychmiast położono kapłankę w jej namiocie, a mi nie zostało nic innego, jak czekać. Spędzać bezczynne godziny przed jej namiotem i opóźniać podróż.
        — Powinniśmy jechać. Mamy już opóźnienie, które może zacząć być niebezpieczne. Nie wiadomo, na jak długo wystarczy zapasów — Eliah znowu pojawił się znikąd, choć zwyczajnie to ja nie rozglądałem się dookoła. — Pytałem medyka. Podróż nie zagrozi jej stanu.
        Choć starał się mówić delikatnie, to każde kolejne słowo sprawiało, że moja ochota, żeby rozwalić mu nos rosła. Zupełnie bezpodstawnie. Troszczył się o nią tak samo jak każdy inny żołnierz.
        — Wiesz, że to konieczne. Ludzie mówią, że twoje zachowanie jest motywowane strachem przed dowództwem i ich reakcją na wieść o śmierci kapłanki — usiadł obok, ale nawet na niego nie przewróciłem spojrzenia. Zacisnął dłoń na materiale swojej tuniki. Podobnie jak ja, nie miał na sobie zbroi. — Nie daj im powodu sądzić, że jest inaczej. Większość ponad jednostkę. Wierzę, że nadal pamiętasz nasze podstawowe zasady.
        Siedział w ciszy jeszcze przez chwilę, a kiedy nie doczekał się żadnej reakcji ani odpowiedzi, wstał z ciężkim westchnieniem i odszedł.
        Zostałem sam z okropnym poczuciem, że staję przed wyborem, który kiedyś rozwiązałbym bez zastanowienia, a który teraz jest powodem wewnętrznej bitwy. I poczuciem, że Eliah wie, skąd się to bierze. Że mnie przejrzał.

        — Oficerze! — krzyknął ktoś z przodu. Zebrałem wodze wierzchowca. — Kapłanka!
        Wiedziałem, że to może oznaczać wszystko. Zarówno jedno, jak i drugie, ale poczułem niespodziewaną ulgę, że chociaż coś się zmieniło. Rozepchnąłem się niedelikatnie pomiędzy kolumną maszerujących żołnierzy i zatrzymałem dopiero przed wozem, w którym siedziała Esja. Siedziała. Miała otwarte oczy i wyglądała na kurewsko żywą. Wylądowałem na ziemi na stopach i ugiętych kolanach, a później podszedłem bliżej do wozu.
        Przez moment badałem ten stan rzeczy, a później na mojej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Jakbym w tym momencie uwierzył, że to nie chora wizja podsyłana mi przez mózg. Medyk mruczał coś pod nosem, mieszając miksturę, a Eliah stał obok, z dłonią na ramieniu Esji. Nawet to się teraz nie liczyło. Wszystkie wspomnienia z tamtego dnia były żywe; dla kontrastu z tym, co nastąpiło później i co wydawało mi się niejasne, mętne. Rozkaz wyruszenia z obozu, ograniczenie racji jedzenia. Jakby to było snem, a krótka chwila na dnie wąwozu rzeczywistością. Przez chwilę szukałem głosu w głębi gardła.
        — Dobra robota — odpowiedziałem w końcu, a później schyliłem nieco głowę. Mały gest, niewielka notyfikacja. Taka, na którą nigdy wcześniej bym się nie zdobył.
        — Proszę, wypij to — medyk podsunął dziewczynie małą miskę wypełnioną po brzegi.
        Cała kolumna ludzi stanęła, zaglądając do wnętrza wozu, jeśli tylko miała do tego sposobność. Wydawało mi się, że słyszę za plecami śmiechy i luźne rozmowy, słowa pełne ulgi. Do mojej świadomości nie docierało jednak nic innego jak fakt, że Esja żyje. Krzywi się, pijąc niesmaczną miksturę, zerka na Eliaha, który także się uśmiecha. Wszystko jest tak, jak było wcześniej.
        I jednocześnie wszystko jest zupełnie inaczej.
        — Jesteś zbyt słaba, żeby siedzieć. Powinnaś odpocząć — wtrąciłem, zakładając dłonie na klatce piersiowej. — Musimy kontynuować podróż, teraz praktycznie bez przerw aż do późnej nocy. Słońce niedługo zajdzie, zrobi się chłodniej, musimy chociaż postarać się nadrobić drogi — poinformowałem cichym głosem, po czym z tęsknotą w klatce piersiowej odwróciłem się do niej plecami.
        W jednym susie znalazłem się na grzbiecie wierzchowca i odwróciłem go przodem do większości ludzi. Teraz wszyscy widzieli mnie dokładnie. Gdzieś w oddali, pośród tłumu, bieliła się także głowa Aelnei i jej męża.
        — Kapłanka żyje! Esja powróciła! — krzyknąłem dobywając siły aż z dołu brzucha, unosząc do góry dłoń zaciśniętą w pięść, a po moim okrzyku wybuchł radosny entuzjazm wokół. Żołnierze krzyczeli i wiwatowali. — Bogowie nadal nam spzyjają! — dorzuciłem, a wrzawa tym bardziej urosła. Zgrzytała stal dobywanych radośnie mieczy, a ludzi ponownie napełniła otucha. Uśmiechnąłem się z satysfakcją i pozwoliłem im jeszcze chwilę wrzeszczeć i się cieszyć.
        Obróciłem konia bokiem do kierunku jazdy i kątem oka zerknąłem na Esję.
        To jedno, drobne spojrzenie zawierało w sobie całą prywatność, jaką miałem w sobie. Całą siłę tego, co się wydarzyło, a chociaż trwało nie dłużej niż kilka sekund i nikt poza nią nie mógł go dostrzec, niosło w sobie niewypowiedziany ciężar.

niedziela, 26 listopada 2017

CXLV



       Było tyle gestów, na które nigdy się nie zdobyłam i tyle słów, które przełknęłam, miast wypowiedzieć. Były emocje, które powinnam pokazać, a nie chować pod warstwą wstydu. Były niewylane łzy i nierozbrzmiewający nigdy śmiech. Wiele podziękowań, których się bałam i zbędne przeprosiny, którymi się usprawiedliwiałam. Ogrom błędów, których już nigdy nie naprawię i jeszcze większa liczba marzeń, których nigdy nie spełnię, ani nawet nie spróbuję spełnić. 
       Każde słowo Nevana odbijało się echem w mojej głowie. Kolejna łza, jedna za drugą, płynęły cichutko, jakby nie chciały mu przeszkadzać, czy przerywać. Delikatnie potrząsałam głową na boki, nie zgadzając się z tym co mówi. Tak bardzo chciałabym jednak, aby miał racje, bo jeśli teraz przeżyję, to nie będę już tchórzem, nie będę uciekać. Bogowie, jeśli pozwolicie mi przeżyć, oddacie mi też dawno straconą wolność. Będę podejmować decyzję, a przynajmniej marzyć pewniej, bez ograniczeń. Jeśli na marzeniach faktycznie ma się skończyć, to niech będą one piękne i ambitne, jak u osoby, która wie, że może wszystko. 
       W powietrzu między nami wisiał nieopisany ból i nawet w tym stanie potrafiłam zauważyć, że to nie tylko ode mnie emanują tak silne emocje. Nevan cierpiał. W każdej innej sytuacji byłabym gotowa go pocieszyć, ale teraz nie miałam sił. Cóż za ironia. Kiedy już dowiedziałam się, że i on potrafi pozwolić sobie na chwilę słabości, stało się to akurat wówczas, gdy nie mogłam mu w żaden sposób pomóc. Jaką okrutną istotą jestem, wywoływać w nim takie cierpienie. Ile bym dała, by móc dotknąć jego twarzy, dodać mu otuchy. Dłoń jednak nie chciała mnie słuchać, a ja odpływałam coraz głębiej, teraz jeszcze świadoma, że nigdy nie poczuję pod palcami dotyku jego polika. Nie poznam faktury, temperatury, uczucia, jakie towarzyszy kobiecie, gdy bada skórę mężczyzny, który nie jest jej obojętny. Za mało czasu... dlaczego dostałam tak mało czasu? Czym zawiniłam? Czy to jest kara za zapominanie o własnej roli? O naukach świątyni? Chciałam więcej, więc odbierzecie mi życie, a jego ukarzecie widokiem mego ostatniego tchnienia? 
       Tak bardzo chciałam posłuchać rozkazu. Zostać. Żyć. Silny szloch wstrząsną moim ciałem, pod naporem słów, jakich nikt nigdy mi nie powiedziała. Chciałam żyć... błagam, nie zabierajcie mnie od niego. Moje ciało odmawiało sercu, które jeszcze próbowało pompować krew. Teraz, gdy powiedział tak wiele, nie mogę zniknąć, nie wolno mi. A jednak czułam, że wszystko jest już przesądzone. Znak na plecach nie piekł mnie wcale, nie czułam go, jakby nie istniał, jakby bogowie faktycznie się ode mnie odwrócili. Kiedy pewna już byłam, że nigdy nie poczuję niczego, że oto odpłynęłam w nicość, na moim ciele poczułam dotyk. Szorstki, ale był jedynie zapowiedzią. 
       Usta. Bez wątpienia jego, znacznie bardziej miękkie, niż się tego spodziewałam. Ciepłe, w akompaniamencie oddechu, tak żywego, że niemalże na moment zachłysnęłam się siłą witalną. W tych sekundach czułam się taka lekka, jakbym nie miała wcale umrzeć, jakby nic mi nie groziło. Był to przepiękny prezent. Najpiękniejsza śmierć, jaka mogła mnie spotkać. Pragnęłam więcej, gdybym tylko mogła wziąć go w ramiona, zachłysnąć się tym zbliżeniem, poznać każdy jego aspekt... to jednak nie w tym życiu. Resztkami sił chciałam przynajmniej mu podziękować. Rozchyliłam wargi, lecz miast słów wydobyło się z nich jedynie westchnienie... ostatnie.

***

       O śmierci wiemy niewiele. Religia każe nam wierzyć, że w zależności od tego, jakie życie wiedliśmy będąc żywymi, taki los czeka nas na drugiej stronie. Ile w tym prawdy? By się dowiedzieć trzeba niestety umrzeć. Nigdy zbyt wiele nie zastanawiałam się nad tym, co mnie czeka, zawsze jednak byłam pewna jednego. Wierzyłam, że śmierć to spokój. Brak bólu, cierpienia... nie ma w niej miejsca na problemy. Chciałam więc z godnością oddać się w jej ramiona, przyjąć to, co nieuniknione, dumnie znosząc tęsknotę, z jego obrazem w myślach i wspomnieniem na wargach. Miałam odejść spokojnie, a tym czasem dryfując w nieświadomości, słyszałam swój własnych krzyk, gdzieś w oddali. Czułam cierpienie, inne głosy, awanturę, uspokajanie i w dalszym ciągu palący ból. 
       Czas mijał, a to się nie zmieniało. Tylko momentami dawano mi spokój, było cicho, ale czy tak miała wyglądać śmierć? Miałam wrażenie, że tylko oczekuję kolejnej porcji bólu, która nadchodziła, wraz z krzykami. Głosy... rozpoznawałam je? Nevan? Chciałam płynąć w jego kierunku i za każdym razem, gdy zdawało mi się, że jestem już tego bliska, coś strącało mnie w odmęty ciemności. 
       Znów trwałam zawieszona w ciszy, pośrodku niczego. Dlaczego tak? To nie raj? Co to właściwie..? 

***

       Coraz rzadziej słyszałam krzyki, rzadziej odczuwałam też ból. Czasem tylko jakieś głosy, urywki rozmów. Cudzych. Może to moja kara? Zawsze już będę obecna, ale na tyle daleka, by nie dotknąć tego, kogo tak bardzo dotknąć chciałam? Ile czasu już trwała moja kara? Dni? tygodnie? Lata? A może wielki? Nie, to niemożliwe, przez wieki mogłabym zapomnieć, a tymczasem wspomnienia były żywe. Dotyk na poliku... jakby odżył na nowo. 
       - Ne.... - spróbowałam go zawołać. Uczucie dotyku na twarzy zamarło. 
       - Esja! Esja... - dotarło do mnie z oddali. Więcej nie usłyszałam. 
       - Ne... van... - wychrypiałam znów, a potem zrobiłam coś, co musiało graniczyć z cudem. Otworzyłam oczy, niepewnie, pomału. Z miejsca zaszły łzami, podrażnione światłem, którego w moich ciemnościach przecież nie było. Obraz miałam zamazany. Męski głos wołał kogoś, krzyczał. Nie należał jednak do Nevana. Widziałam blond kosmyki, przerażenie i ulgę. - Eliah... - wyszeptałam, jakby na nowo ucząc się wypowiadać imiona. 
       Coś turkotało i przestało po chwili. Usłyszałam konia, kopyta, wóz... bez wątpienia byłam na wozie, który teraz się zatrzymał. Był zadaszony, ale posiadał jedynie trzy ściany, tylna była więc otwarta na widok wojska. Ja jednak nie skupiałam się na tym, a na odzyskaniu świadomości. Z opóźnieniem dotarło do mnie, że blondyn został odepchnięty przez medyka... Febiasza. Ten podniósł moją dłoń. Czułam ją. Była obandażowana. Spróbowałam unieść drugą, nie przejmując się mężczyzną. Ta także miała bandaż na nadgarstku. 
       - Najświętsza spójrz na mnie - poprosił medyk, usłuchałam, krzywiąc się, gdy naciągał mi powieki. Chciałam rozmawiać. 
       - Żyję? - zapytałam jedynie. 
       - Dziękujmy bogom, że tak - westchnął Eliah. Wydawał się taki stary. 
       - Byłaś pani nieprzytomna przez trzy dni. Dwa pierwsze spędziliśmy na postoju, wierząc, że tak będzie dla ciebie najlepiej. Dopiero wczoraj wieczorem zdecydowaliśmy się na podjęcie dalszej drogi - wyjaśnił medyk, mieląc już coś w moździerzu. - Musiałem upuścić krwi przy ugryzieniach, resztę trucizny musisz wypocić, ale jeśli odzyskałaś przytomność, to antidotum działa... - mówił do siebie, a ja zauważyłam, że trzęsą mu się dłonie. Mimo to nie słuchałam już go. Jakby instynktownie czując, co, a raczej kto się zbliża. Spróbowałam podnieść się do siadu, zaraz blondyn wraz z Febiaszem użyczyli mi pomocy, przy czym ten drugi tłumaczył, że muszę odpoczywać. Ja jednak przejęta byłam czymś innym. Widokiem jeźdźca, przepychającego się przez kolumnę żołnierzy, zaglądających chętnie do wozu, z ulgą wymalowaną na twarzach. 
       Nevan zatrzymał się przy samym wejściu na pojazd, od razu zeskakując miękko na ziemię. Nie wiem, czy udało mi się uśmiechnąć, czy też nie. Cieszyłam się jednak na jego widok. Żył, miał się dobrze. Mila nie zawiodła. Pamiętałam dokładnie każdą chwilę, ale teraz nie czas na to. 
       - Żyję, oficerze... - wychrypiałam. - Rozkaz wykonany. 


CXLIV

        W tym miejscu, o którym zapomniał świat, na dnie wąskiej, długiej rozpadliny czas powinien płynąć wolno. Dla mnie jednak tak nie było. Każda minuta przepływała mi niezauważona przez palce, a było ich w moim wyobrażeniu tyle, żeby uwierzyć, że zostawiono nas tutaj na pastwę śmierci i czegoś, cokolwiek tu mieszka, okrutnego. Dziewczyna, wcześniej blada, teraz przybrała wręcz sinoniebieski kolor. Co chwilę zadzierałem spojrzenie, żeby wypatrywać najdrobniejszego ruchu na tle jasnego nieba, ale za każdym razem czekało na mnie rozczarowanie, gdyż nikogo tam nie było. Ciągle i za każdym razem krawędź była pusta, a my we dwoje byliśmy tu zupełnie sami. Chwilowo powinno mnie to cieszyć, choć o ile dobrze już się rozglądnąłem pod dnie, na pewno żyło tu coś, co obgryzało kości i drapało pazurami kamień na ścianach. Być może wypełzało z którejś szczeliny? Nie potrafiłem określić. Jedyne, co mogłem przewidzieć to to, jak mało czasu jej zostało, jak szybko śmierć wyciągała po nią kościste palce. Nie wiedziałem, jak jej pomóc. Nie miałem pojęcia, co zrobić, żeby ulżyć w bólu, a ten musiała odczuwać, był odbity widocznie na jej twarzy i w całym ciele.
        Rozproszył mnie niespodziewany dźwięk słów, które z trudem opuściły jej usta i spojrzałem w dół. Na widok, którego starałem się nie zauważać. Cokolwiek to było, zadziałało zniewalająco szybko. Rozdarło mnie straszliwe poczucie, jak niewiele jest do zrobienia w tej sytuacji.
        Zacisnąłem mocno szczęki, niemal boleśnie zgrzytając zębami. Miałem wrażenie, że potrafiłbym w mocno zaciśniętej pięści polnej dłoni zmiażdżyć skałę, tak wiele siły w to wkładałem. Drugą dłonią podtrzymywałem głowę blondynki, jej włosy rozsypały się po brudnej, wilgotnej ziemi. Zdawałem sobie sprawę z tego, że panika w niczym tu nie pomoże, ale czułem, jak powoli zbliżam się do jej granicy, powstrzymywany przed zanurzeniem się w niej jedynie latami ciężkiej, twardej dyscypliny.
        — Sama je jej dasz — wysyczałem przez zaciśnięte zęby stłumionym głosem. Jakby świadomość, że może tego nie doczekać odbijała się ode mnie z każdą kolejną próbą, nie docierając głębiej. Zerknąłem na jedną z jej dłoni, w której trzymała mały bukiet kwiatów. W przytłumionym świetle wydawały mi się pozbawione kolorów. Nie zatrzymałem na nich spojrzenia na dłużej. — Jeśli chcesz im coś powiedzieć, sama będziesz musiała to zrobić. Będziesz miała tyle okazji, żeby im to przekazać, wcale mnie nie potrzebujesz — mówiłem, choć te słowa wcale mnie nie przekonywały. Miały być ostre, ale wychodziły przepełnione żalem. Na krótką chwilę, jakby bojąc się, że za moment ten obraz zniknie mi sprzed oczu, zacisnąłem powieki, a później znowu zadarłem głowę ku górze.
        Spotkało mnie gorzkie rozczarowanie. Nikogo nie było. Ile czasu już minęło?
        Nie potrafiłem opanować drżenia; ani jej ciała, ani własnych dłoni. Nie chciałem też wierzyć, że tak to się tutaj skończy, ale nie potrafiłem odpierać dużo dłużej ataków własnej świadomości na to, czym stałem się teraz.
        Pochyliłem się nad nią nieco, bo siła jej słów słabła z każdą sylabą. Ostatnie praktycznie wyszeptała. Płakała bezgłośnie, jedynie własnymi oczami, które wylewały z siebie czyste łzy i znaczyły ślady na policzkach.
        — Wcale nie umierasz — wydusiłem w końcu, pochylając się jeszcze niżej, przybliżając głowę do klatki piersiowej, która nierównomiernie unosiła się i opadała. Ledwo wyczułem tętno, kiedy ułożyłem dwa palce na jej nadgarstku. Bicie serca było nieregularne, zanikało coraz szybciej. Przerażająco szybko. Sprawiało, że krew w moim ciele sama zamierała. — Nie umierasz… — powtórzyłem, sam już nie wierząc w te słowa. Nie było w nich siły, charakterystycznego przekonania, pewności. — Rozkazuję ci nie umierać…
        Bardzo chciałem, żeby w tej chwili moje słowa miały jakąkolwiek moc. Chciałem się za ich pomocą odwrócić od rzeczywistości, a może nawet ją zmienić. Niestety, nie miały tu żadnej mocy sprawczej. Esja odpływała coraz dalej i dalej, znikała wręcz w oczach.
        — Nie możesz umrzeć… Nie możesz iść do miejsca, w którym nie będę miał szans iść za tobą. Mogą cię wydzierać do stolicy, nawet na koniec tego świata, a zawsze poszedłbym za tobą. Ale tam, gdzie zmierzasz… — głos niespodziewanie nawet dla mnie załamał się, zmienił, zmiękł. Miałem wrażenie, że wewnątrz coś pęka boleśnie. — Tam nie mogę się za tobą udać.
        Nie rozważałem jej prośby długo. Praktycznie w ogóle się nie zastanawiałem. Kiedyś nie było mowy, nie było takiej mocy, która skłoniłaby mnie, Nevana Tealvasha, szlachcica z dobrej rodziny, o rodowym nazwisku ze wspaniałą historią do sprzeciwienia się zasadom, ustalonym zwyczajom i religiom. Nie wierzyłem w nie, ale nie złamałbym przykazania danego rodzicom. To wszystko było jednak zanim poznałem Esję.
        Teraz, tu, na dnie tej rozpadliny tytuły, podziały i to, co wypada a czego nie nie istniało. Byliśmy zwykłą dwójką ludzi, nie należącą do żadnej kasty. W obliczu śmierci dla mnie nie istniało nic, co można było obrazić. Śmierć była końcem. Nie było nic poza nią. Jak więc mógłbym jej odmówić? Skłamałbym wręcz, mówiąc, że zrobię to tylko przez wzgląd na nią. Jeśli umrze, jeśli nikt nie przyjdzie tu na czas, ona zniknie, a ja zostanę z tym pocałunkiem śmierci do końca swoich dni. To była bolesna perspektywa i czułem, jak oczy pieką mnie nieprzyjemnie. Nie czułem się na siłach, żeby cokolwiek jeszcze powiedzieć. Kolejne zaprzeczenia nie chciały przejść mi przez gardło.
        Podniosłem głowę z jej klatki piersiowej i chwilę przyglądałem się pozbawionej koloru twarzy. Zbliżyłem się powoli, jakby każdy mój nagły ruch mógł sprawić, że ciało Esji zamieni się w popiół. Złożyłem na jej ustach pocałunek, szorstkim policzkiem od kilkudniowego zarostu podrażniając lekko jej twarz. Nie zamknąłem jednak oczu. Chciałem ją widzieć, wyryć w pamięci tą chwilę jako świadomą decyzję. Jej usta były chłodne, ale miękkie. Przez chwilę trwałem w tym stanie, któremu bliżej było do snu, a później moje usta ponownie pocałowały jej. Wydawało mi się, że przy tym czuję, jak uchodzi z niej życie, ale nie pozwoliłem sobie na nawet jedną, samotną łzę. Chciałem ten moment zapamiętać jako piękne spełnienie jednego marzenia. Jako coś, czego nikt mnie nigdy nie będzie w stanie pozbawić.
        Nie liczyłem czasu, który mijał, nawet nas nie zauważając. Esja była lodowato zimna, ale pocałunek rozpętał w moim wnętrzu nieokrzesany, niemożliwy to oswojenia ogień, który trawił wnętrzności.
        Miała zamknięte powieki, kiedy w końcu się podniosłem o niecały cal. Żyła? Oddychała?
        Wszystko zatrzymało się w tym momencie. Przestałem nawet zadzierać głowę w poszukiwaniu ratunku. Dokładnie w momencie, kiedy ten nadszedł.

sobota, 25 listopada 2017

CXLIII




       Miałam wrażenie, że moje ciało zastyga razem z podłożem, tworząc jedną nierozerwalną całość, jakbym się wtapiała w to miejsce i nawet mi już ta wizja nie przeszkadzała, podobnie jak stworzenia, jakie po mnie chodziły, całkowicie nieprzejęte tym, jak skończyły ich pobratymcy. Chyba docierało do mnie, co się dzieje, docierał do mnie koniec, a kiedy po raz kolejny przymknęłam powieki, nie miałam już siły, aby ich otworzyć. Powoli odechciewało mi się oddychać, jakby każde zaczerpnięcie powietrza potęgowało ból, który i tak był już przeraźliwy. Moje ciało całe spływało potem, a jednak było lodowate, czułam przynajmniej to. Marzyłam więc o śnie, kojącym, zabierającym cierpienie. Z radością odpływałam w objęcia niebytu, a kwestia tego, że gdzieś w swojej świadomości słyszałam czyjeś głosy nie była istotna. Po prostu miało się to skończyć, cierpienie. W tym wszystkim nie było miejsca na żal, tak sobie tłumaczyłam, koniec nie miał być piękny, a żałosny. Oto głupia kapłanka, która wpadła do dziury pośrodku niczego i dała się pokąsać stworzeniom wielkości własnej stopy. Nikt o mnie nie zaśpiewa, a może i ta historia zamieni się w żart dla tych, którzy nie boją się szydzić z bóstw. Tak właśnie będzie. W tym wszystkim będzie Nevan, czy będzie zły, a może rozczarowany? Nie chciałam go rozczarować, a chyba od początku taka miała być moja rola. Tak bardzo chciałam, aby nigdy nie żałował, że mnie spotkał. Nie tylko on, a cały jego oddział... Niech chociaż wspominają mnie dobrze, przecież nie proszę o wiele. 
       Już czułam, jak opatula mnie ciemny całun nicości, gdy coś mną wstrząsnęło. Ból rozniósł się po ciele, stęknięcie odruchowo opuściło usta. Warknięcie, nie spokojne słowa, a warknięcie wdarło się do moich uszu i zdawać by się mogło, że poznam ten głos zawsze i wszędzie. Jakbym już była naznaczona w pewien sposób przez jego właściciela. Z trudem podniosłam powieki, by zobaczyć twarz oficera. Był stanowczy, nie pozwalał mi zasypiać, a przecież tak bardzo teraz o tym marzyłam. Mimo to bałam się sprzeciwiać, gardło miałam jakby zaciśnięte i teraz walczyłam z nim, robiąc co w mej mocy, aby było mi posłuszne. 
       W tym samym czasie Tealvash gdzieś mnie przesunął, pociągnął, znów stęknęłam, ale potem poczułam się lepiej. Jego ciało było wciąż nagrzane słońcem i w zetknięciu z moim kojąco ciepłe. To dobrze, przyjdzie mi więc umrzeć w jego ramionach, w bezpiecznym i odprężającym miejscu. To nie będzie aż tak żałosna śmierć, może nawet najlepsza, jaka mogła mnie spotkać. Krzyczał coś do Mili, ale o tym nie myślałam, bardziej skupiałam się na jego obecności przy mnie. Skupiałam się na twarzy, zaciętej, męskiej, nieprzeniknionej i na rubinowych oczach. Na dłoni, którą czułam na poliku, chociaż ciało miałam przecież takie odrętwiałe. 
       - Przepraszam... - syknęłam, dumna z siebie, że byłam jeszcze w stanie mówić cokolwiek. Równocześnie wewnętrzne kąciki moich brwi uniosły się nieco, w wyrazie boleści i żalu. - Gdybym nie uciekła z obozu, nic takiego by się nie stało... - wycharczałam dalej, przynajmniej skupiając się na słowach, a nie na bólu, czy kuszącym mnie stale uczuciu zmęczenia. - Zbierałam kwiaty... dla Girven na wianek... dasz jej je, dobrze? Powiesz... że jest wspaniałą kobietą... - głos mi się załamał, w tym wszystkim nie powinnam mieć sił na łzy, a jednak te przepełniły moje oczy, cichutko, jakby chcąc uniknąć zauważenia, spływając raz po raz po polikach. - I podziękujesz Eliahowi... za to, że znalazł mnie wtedy w świątyni, przeprosisz, że zmarnowałam trud, jak włożył w zachowanie mojego życia. Poprosisz Ithricka, by żył spokojniej, bo bywa zbyt nerwowy... powiedz Lancowi, aby nieco spokorniał, bo inaczej napyta sobie biedy... Febiaszowi podziękuj za maści i... zaopiekuj się Milą, dobrze? To dobra dziewczyna, gdyby nie znak na plecach mogłabym być nawet mniej warta, niż ona... miej to na uwadze, proszę... - nieoczekiwany potok słów okazał się tak łatwy do wypowiedzenia. Wszystko było takie kojące, godziłam się najpewniej z tym, że to już koniec, ale Nevan nie wydawał się podzielać mojego zdania. 
      Z każdą chwilą było coraz gorzej, moje ciało mimo bliskości jego zaczęło drżeć okrutnie, pot przybrał na sile, z wielkim trudem utrzymywałam oczy otwarte, a gdyby mężczyzna nie podpierał mojej głowy, ta dawno już poleciałaby bezwładnie. 
       - ...Tak... bez wątpienia... - mruknęłam, nieco majaczącym głosem. Zdanie wyrwane z kontekstu, ale sama tego nie zauważyłam. - ...Nie mogłam wymarzyć sobie lepszej śmierci... jestem wolna i nadal nas nie rozdzielili - jeśli się nie mylę, z mojego gardła wyrwało się coś, co miało być chichotem, ale zabrzmiało okrutnie gardłowo. Resztkami świadomości utrzymywałam swoją osobę w przytomnym stanie. Nic już się nie liczyło, żadne zasady... a jeśli i tak umrę, to chcę umrzeć tak, by nie żałować zbyt wiele. 
       - Mogę cię o coś prosić? - kolejna porcja łez popłynęła po mojej twarzy. W normalnych okolicznościach nigdy bym tego nie powiedziała, rumieniąc się na samą myśl, ale to nie były normalne okoliczności. Mogłam mieć pragnienia, mogłam się do nich przyznawać, a jeśli ceną będzie potępienie od bogów, za chwilę szczęścia jestem w stanie zapłacić wieczną pogardą. - Możesz mnie pocałować? Całe życie byłam zamknięta... nie chcę umierać, nie zasmakowawszy tak wielu pięknych uczuć, jakie inne dziewczęta znają doskonale... chociaż w ostatnich minutach, chcę czuć się normalnie... poznać coś, co podobno jest źródłem piękna... proszę, nie odmawiaj mi - wychrypiałam i znów wstrząsnął mną silny dreszcz bólu, przejmujący, ale jeszcze nie ostateczny. Jeszcze nie. 

CXLII



        Mnie jej entuzjazm nie zdziwił, jak zapewne zdziwiłby niejednego, który akurat by nas obserwował. Miała to już do siebie, cieszyć się wszystkim, jakby było największym darem w jej życiu, nawet kiedy inni narzekali na odciski, bolącą żyć albo chociażby pieczące słońce. Obserwowałem ją ze stoickim wyrazem twarzy. Uniosłem jedynie pytająco brew, kiedy dorzuciła wzmiankę o martwieniu się, ale ostatecznie nie skomentowałem – była cała w skowronkach, o ironio! tylko dlatego, że mogła wybrać się na durny spacer sama. Pokręciłem głową, obserwując plecy odchodzącej Esji i jej służącej. Alethariończycy tak zachwalają swoje świątynie, nie chcąc dostrzec, że niebezpiecznie blisko im do więzienia o zaostrzonym rygorze; dla najniebezpieczniejszych przestępców.
        Postanowiłem jednak nie martwić się losem Esji. Z pewnością miała na tyle oleju w rozumie, żeby jej zaufać. Nie odejdzie zbyt daleko. Odwróciłem się z ciężkim westchnieniem i wróciłem do miejsca, w którym spontanicznie wytworzyło się centrum postoju i w którym Ithrik wykrzykiwał groźby pod adresem kilkunastu żołnierzy. A robił to głosem wyjątkowo zawziętym. Takim, co zmarłego by obudził, jeśli miałby możliwość.
        Nie minęło wiele czasu, kiedy zwiadowcy wrócili, raportując o odnalezionej niedaleko oazie i chwilowym braku potencjalnych zagrożeń. Odetchnąłem z ulgą.
        — Weźcie tam konie i napójcie je — poinstruowałem, pochylając się nad małym kociołkiem ze strawą, który Girven postawiła na ogniu. Na jedzeniu znała się jak nikt inny i tą kobiecą cechę trzeba jej było oddać bez ociągania; nawet najgłośniej komentujący jej brak kobiecości Lance zawsze zajadał się ze smakiem. — A później wypełnijcie bukłaki z wodą. Zapasy prawie zupełnie opustoszały.
        — Pójdę z nimi, Nevanie — odezwał się Eliah, który stał niedaleko prowizorycznego ogniska.
        — Mhm. Przypilnuj ich — mruknąłem, nie obrzucając go nawet przelotnym spojrzeniem.
          Kiedy wyznaczeni ludzie zniknęli, w końcu poczułem się nieco bardziej odprężony. Upał dawał się we znaki nawet mnie. Nie mogłem się doczekać, aż moja noga oraz wszystkie inne, za jakie tutaj odpowiada, staną w bezpiecznym miejscu. Tymczasowy obóz, opuszczany i odwiedzany przez różne oddziały leżał szczęśliwie w bardziej przyjaznym, znośnym klimacie. Wiedziałem, że oczekiwanie tam zupełnego bezpieczeństwa byłoby naiwną głupotą, ale przynajmniej nie będzie mną wzdrygał każdy nieplanowany szmer brzuchu jaszczurki sunącej brzuchem po kamieniu.
        Wszystko szło zgodnie z planem. Ludzie odpoczywali w cieniu, jedli i nastroje też wreszcie stały się mniej ponure. Mniej więcej w momencie, kiedy uznałem, że wszystko zmierza ku dobremu i postój tutaj jest dobrą decyzją, coś nieprzyjemnie zassało mnie w brzuchu. Niepokój. Rozglądnąłem się, ufając swojemu instynktowi i na pagórku dostrzegłem samotną sylwetkę w szarych szatach.
        Serce, pomimo upału i niezmordowanego słońca, zamarzło w mojej klatce piersiowej. Zmroził je strach. Przełknąłem ślinę. Zanim służąca zdążyła zbiec z pagórka, byłem już obok niej. Przepychałem się między ludźmi, nie przepraszając ani nie rozglądając się. Potrąciłem czyjś kociołek z jedzeniem, ale nawet to mnie nie zatrzymało. Kilkanaście jardów od krańców obozu dopadłem dziewczynę i chwyciłem ją za ramiona. Mocno. Niekontrolowanie silnie. Nawet nie pisnęła, choć musiała poczuć ból.
        — Co z nią zrobiłaś?
        Mój głos przypominał syk jadowitego węża, kiedy zmusiłem ją, żeby zaglądnęła prosto w moje oczy. Czaiła się w nich niewypowiedziana groźba. Dziewczyna zadrżała; była wątła, z pewnością kiedyś przeżywała straszliwą biedę.
        — Panie… Pani… — zaczęła, starając się odwrócić spojrzenie. — Panienka kazała po oficera posłać… Na pagórku… Wiele… Daleko w dół… — Słowa jej się plątały, nie potrafiła też opanować drżenia głosu. Nie mogłem wiedzieć, że to z lęku o losy Esji i o konieczność jak najszybszego powadzenia dla niej pomocy.
        — Prowadź — rozkazałem chłodno, wypuszczając ja z dłoni. Wyprostowałem się. — Obiecuję ci, że jeśli się jej coś stało, nie obejrzysz się, a podzielisz jej los. Szybciej, dziewczyno!
        Dopiero to sprawiło, że dygnęła i zaskakując mnie, niemal biegiem rzuciła się w przeciwną stronę do obozu. W miejsce, gdzie ostatni raz widziałem je razem, zanim zniknęły z pola widzenia. Biegła przerażająco szybko, jak na szczupłą, kościstą dziewczynę, jaką była. Droga nie była długa, ani skomplikowana. Widziałem stąd nawet znacznie zieleńszą oazę na zachodzie, ale nie poświęciłem jej wiele czasu. Serce boleśnie tłukło się w moim wnętrzu wraz z przekonaniem, że Esji grozi poważne niebezpieczeństwo. Panika, jaką dostrzegłem w spojrzeniu służącej na pewno nie była spowodowana tylko konfrontacją ze mną twarzą w twarz.
        Rozstępu w skale nie zauważyłem na pierwszy rzut oka. Służąca jedynie pisnęła ciche „uwaga”, przez co zwolniłem kroku. Faktycznie, w dole była wąska, bardzo głęboka jaskinia, na dół której ledwo sięgało światło.
        — Esja?!
        Mój głos rozniósł się powtarzalnym echem, które odbijało się od wąskich ścian. W dole coś się poruszyło, upadł jakiś głaz.  I rozległ się cichy, dziewczęcy bez wątpienia należący do Esji przeciągły jęk. Zacisnąłem palce na mieczu i rozglądnąłem się za czymś, co ułatwiłoby mi zejście na dół. Niedługo później znalazłem małą półkę skalną, szeroką na ¾ stopy i oceniłem swoje szanse. Jeśli przykleję się do ściany, uda mi się pokonać co najmniej pół wysokości jaskini. Co później? Odwróciłem spojrzenie w stronę służącej.
        — Zostań tutaj i nie ruszaj się o krok. Masz czekać na mój znak — warknąłem. Pokiwała szybko głową. Nadal się trzęsła. A mnie świadomość, że muszę zostawić swój los w dłoniach tej dziewczyny skręcała wszystkie flaki. Nie było czasu na powrót do obozu i sprowadzenie pomocy, bo kto wie, czy Esja jest cała i ile czasu jej zostało.
        Nie pozwoliłem dać się opanować panice. Chociaż strach smagał mnie jak lodowa burza, to podniosłem się z kolan znad rozpadliny, cofnąłem o dwa kroki, a później z krzykiem na ustach rzuciłem się naprzód, na przeciwną ścianę rozpadliny. Sapnąłem, kiedy obiłem się o ścianę i o mały włos nie upadłem przez impet zderzenia do tyłu, na plecy, w przepaść. Rozpaczliwie szukałem dłoniom oparcia. Służąca krzyknęła, przypadając do drugiej krawędzi. Była jednak za daleko, żeby mi pomóc. Ratunkiem okazała się nierówna faktura skały. Kiedy uspokoiłem oddech i umysł, złapałem się pewniej rosnących tu pędów, upewniając się, że są w stanie mnie utrzymać. I ruszyłem w bok, w dół, zgodnie z małą półką skalną, która prowadziła mnie coraz niżej.
        W połowie drogi zrobiło się ciemno i zaczęło śmierdzieć. Śmiercią, resztkami rozkładających się ciał nieszczęśników, którzy dokończyli swój żywot na dnie. Odnalazłem pęd wystarczająco długi, żeby zsunąć się po nim w miarę bezpiecznie na dół. Od razu wiedziałem, że nie będzie możliwości dostać się po nim na górę, ale teraz to też wcale się nie liczyło.
        Opadłem z kilku ostatnich metrów na stopy, pęd uderzenia rozwiał osadzony na dole kurz i piasek. Walały się tu kości i resztki. W takiej scenerii zobaczyłem Esję; miała zamknięte oczy, rozchylone wargi. Moje spojrzenie wyłapało też dwa stworzenia, które starały się dostać do jej skóry. Rozpaczliwie do niej dopadłem, zgoniłem uderzeniem ręki i rozgniotłem butem. Śladów było więcej. Niedobrze.
        — Słyszysz mnie? — warknąłem przez zaciśnięte z lęku gardło i potrząsnąłem ją delikatnie za ramiona; a później nieco mocniej, aż w końcu lekko uchyliła powieki. — Nie wolno ci zasypiać, rozumiesz? Masz mieć otwarte oczy i patrzeć cały czas na mnie — poinstruowałem rzeczowo.
        Nie wolno mi było teraz panikować. Panika nigdy nikomu jeszcze w takiej sytuacji nie pomogła. Rozmiotłem kości na boki i upewniwszy się, że małych szkodników już nigdzie na razie nie ma, przyciągnąłem dziewczynę do siebie. Opadłem na wilgotną skałę i ułożyłem ją sobie na kolanach, nie dbając ani o niuanse ani o moralność.
        Zadarłem spojrzenie. Służka nadal tam była, widziałem ciemny cień jej sylwetki pochylonej nad krawędzią na jaskrawym tle nieba. Niewyraźna, rozmazana, ale tam była.
        — Milo! — krzyknąłem, przełykając swoją dumę i jej oczywiste podrażnienie. — Sprowadź pomoc. Jakieś liny, nosze, cokolwiek, co mogłoby ją stąd wyciągnąć! Jest prawie nieprzytomna, nie da rady wspiąć się na górę. Rozumiesz, co do ciebie mówię?
        Dziewczyna miała rozedrgany glos, niemal widziałem, jak się trzęsie. Ale jej zapewnienie, że rozumie było tak pewne, że nie mogłem mieć złudzeń. Jesteśmy zdani na nią, czy tego chciałem, czy nie. Jeśli nie uda się jej sprowadzić pomocy na czas… Wolałem powstrzymać parującą nienawiść. Nie było na to miejsca ani czasu. Skupiłem spojrzenie na bledszej niż zwykle twarzy Esji. Jej usta zaczęły zmieniać barwę na siwą, podobnie jak powieki. A może to tylko to światło dawało mi takie poczucie?
        Uniosłem swoją dłoń i umieściłem niepewnie na jej policzku. Był zimny i śliski od potu. Mimo to nie cofnąłem dłoni, a jedynie pogładziłem smukły policzek czule.
SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/