Na krawędzi pojawił się jeden cień.
Zadarłem głowę, prostując się. Musiałem
zmrużyć oczy, żeby go dostrzec, bo wzrok przyzwyczajony do ciemności panującej
na dole chciał się buntować, obraz rozmazywał się przed oczyma. Ale z jedną
sylwetką pojawiło się nagle dużo głosów. Nie rozróżniałem słów, a rozumiałem jedynie sam podniesiony ich ton. Pewne
było to, że było ich zbyt dużo, jak na jedną osobę; narastały ciągle,
kumulowały się. Ktoś krzyczał. Nie wiem co. Z roztargnieniem spojrzałem na
Esję, po czym znieruchomiałem. Przestałem nawet oddychać. Wyglądała, jakby
pogrążyła się w śnie, nie drżała już, co zauważyłem ze znacznym opóźnieniem. Na
twarzy miała spokojny wyraz. Może jeśli chodziłoby o kogoś innego, przyznałbym,
że zmarła. Ale to była w końcu Esja! To nie było możliwe!
Na górze wyrosły kolejne sylwetki.
Zauważyłem, że jest ich coraz więcej, a teraz, kiedy mówili w dół rozpadliny
rozróżniałem ich głosy i dźwięki. Zamiast jednak odpowiadać na pytania, niczym
w dziwnym transie skupiłem się na jednym dźwięku, tak różnym od krzyków. Ktoś
płakał. Chlipanie roznosiło się echem w mojej głowie i świadomości, otępiało
zmysły. Może ja też już nie należałem do tego świata. Może mnie także coś
pokąsało i zostanę tu już na zawsze?
Ta myśl była tak przepełniona
desperacją i tak niepodobna do mnie. Była także tą, która wyrwała mnie z tego
stanu. Nie. Nie tutaj jest mój koniec, w tej śmierdzącej rozpadlinie.
Później, kiedy się otrząsnąłem,
wszystko potoczyło się w zastraszającym tempie, niczym lawina na ośnieżonym
stoku wokół Sirfallai. Spuszczono na linach prowizoryczne nosze, kawałek
materiału owinięty na dwóch grubych gałęziach. Najdelikatniej, jak to możliwe
ułożyłem na nich Esję, bez namysłu u jej stóp kładąc także resztki tego, co ją
zaatakowało. Patrzyłem, jak powoli, równomiernie ją unoszą i miałem ochotę
krzyczeć, by się pospieszyli. Dopiero, kiedy jej ciało znalazło się na górze
udało mi się rozluźnić spięte mięśnie. Jest na górze. Bezpieczna.
Minuty zamieniały się w godziny, a
godziny w noce, przez które nie zmrużyłem nawet oka. Zmęczony organizm
potrzebował snu, ale chory umysł nie mógł mi go zapewnić. Nawet sam Ithrick nie
narzekał już na opóźnienia. Ba; nikt nie ośmielił się tego robić, gdy życie
Esji wisiało na włosku. Spędziłem wiele czasu przed jej namiotem, odmawiając
jednak wejścia do środka. Czy zobaczyłbym tam zwłoki? Wolałem nie kusić losu,
nie próbować.
Nawet kiedy świt rozlewał się nad
pustynią, w stronę której mieliśmy zmierzać, a noc chyliła się po przeciwnej
stronie nieboskłonu ku upadkowi, nie potrafiłem dać się przemóc senności.
Chciałem tu być, kiedy… Kiedy co? Umrze? Obudzi się?
Zaraz
po wyciągnięciu mnie na powierzchnię, medyk od razu powiadomił, że losy
dziewczyny są niepewne; że nie może mi obiecać, jak to się skończy. Nie panując
nad drżącymi dłońmi złapałem go wtedy za szatę na piersi, uniosłem do góry,
sycząc, że jeśli się nie obudzi, on podąży jej ścieżką. Niepotrzebny, zbyteczny
przejaw agresji, na szczęście w moim wykonaniu nikt nie dopatrywał się w nim
niczego więcej. Był uznany za codzienność. Dotarliśmy do obozu, gdzie natychmiast
położono kapłankę w jej namiocie, a mi nie zostało nic innego, jak czekać.
Spędzać bezczynne godziny przed jej namiotem i opóźniać podróż.
— Powinniśmy jechać. Mamy już
opóźnienie, które może zacząć być niebezpieczne. Nie wiadomo, na jak długo
wystarczy zapasów — Eliah znowu pojawił się znikąd, choć zwyczajnie to ja nie
rozglądałem się dookoła. — Pytałem medyka. Podróż nie zagrozi jej stanu.
Choć starał się mówić delikatnie, to
każde kolejne słowo sprawiało, że moja ochota, żeby rozwalić mu nos rosła.
Zupełnie bezpodstawnie. Troszczył się o nią tak samo jak każdy inny żołnierz.
— Wiesz, że to konieczne. Ludzie mówią,
że twoje zachowanie jest motywowane strachem przed dowództwem i ich reakcją na
wieść o śmierci kapłanki — usiadł obok, ale nawet na niego nie przewróciłem
spojrzenia. Zacisnął dłoń na materiale swojej tuniki. Podobnie jak ja, nie miał
na sobie zbroi. — Nie daj im powodu sądzić, że jest inaczej. Większość ponad
jednostkę. Wierzę, że nadal pamiętasz nasze podstawowe zasady.
Siedział w ciszy jeszcze przez chwilę,
a kiedy nie doczekał się żadnej reakcji ani odpowiedzi, wstał z ciężkim
westchnieniem i odszedł.
Zostałem sam z okropnym poczuciem, że
staję przed wyborem, który kiedyś rozwiązałbym bez zastanowienia, a który teraz
jest powodem wewnętrznej bitwy. I poczuciem, że Eliah wie, skąd się to bierze.
Że mnie przejrzał.
— Oficerze! — krzyknął ktoś z przodu.
Zebrałem wodze wierzchowca. — Kapłanka!
Wiedziałem, że to może oznaczać
wszystko. Zarówno jedno, jak i drugie, ale poczułem niespodziewaną ulgę, że
chociaż coś się zmieniło. Rozepchnąłem się niedelikatnie pomiędzy kolumną
maszerujących żołnierzy i zatrzymałem dopiero przed wozem, w którym siedziała
Esja. Siedziała. Miała otwarte oczy i wyglądała na kurewsko żywą. Wylądowałem
na ziemi na stopach i ugiętych kolanach, a później podszedłem bliżej do wozu.
Przez moment badałem ten stan rzeczy, a
później na mojej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Jakbym w tym momencie
uwierzył, że to nie chora wizja podsyłana mi przez mózg. Medyk mruczał coś pod
nosem, mieszając miksturę, a Eliah stał obok, z dłonią na ramieniu Esji. Nawet
to się teraz nie liczyło. Wszystkie wspomnienia z tamtego dnia były żywe; dla
kontrastu z tym, co nastąpiło później i co wydawało mi się niejasne, mętne.
Rozkaz wyruszenia z obozu, ograniczenie racji jedzenia. Jakby to było snem, a
krótka chwila na dnie wąwozu rzeczywistością. Przez chwilę szukałem głosu w
głębi gardła.
— Dobra robota — odpowiedziałem w
końcu, a później schyliłem nieco głowę. Mały gest, niewielka notyfikacja. Taka,
na którą nigdy wcześniej bym się nie zdobył.
— Proszę, wypij to — medyk podsunął
dziewczynie małą miskę wypełnioną po brzegi.
Cała kolumna ludzi stanęła, zaglądając
do wnętrza wozu, jeśli tylko miała do tego sposobność. Wydawało mi się, że
słyszę za plecami śmiechy i luźne rozmowy, słowa pełne ulgi. Do mojej
świadomości nie docierało jednak nic innego jak fakt, że Esja żyje. Krzywi się,
pijąc niesmaczną miksturę, zerka na Eliaha, który także się uśmiecha. Wszystko
jest tak, jak było wcześniej.
I jednocześnie wszystko jest zupełnie
inaczej.
— Jesteś zbyt słaba, żeby siedzieć.
Powinnaś odpocząć — wtrąciłem, zakładając dłonie na klatce piersiowej. — Musimy
kontynuować podróż, teraz praktycznie bez przerw aż do późnej nocy. Słońce
niedługo zajdzie, zrobi się chłodniej, musimy chociaż postarać się nadrobić
drogi — poinformowałem cichym głosem, po czym z tęsknotą w klatce piersiowej
odwróciłem się do niej plecami.
W jednym susie znalazłem się na
grzbiecie wierzchowca i odwróciłem go przodem do większości ludzi. Teraz
wszyscy widzieli mnie dokładnie. Gdzieś w oddali, pośród tłumu, bieliła się
także głowa Aelnei i jej męża.
— Kapłanka żyje! Esja powróciła! —
krzyknąłem dobywając siły aż z dołu brzucha, unosząc do góry dłoń zaciśniętą w
pięść, a po moim okrzyku wybuchł radosny entuzjazm wokół. Żołnierze krzyczeli i
wiwatowali. — Bogowie nadal nam spzyjają! — dorzuciłem, a wrzawa tym bardziej
urosła. Zgrzytała stal dobywanych radośnie mieczy, a ludzi ponownie napełniła
otucha. Uśmiechnąłem się z satysfakcją i pozwoliłem im jeszcze chwilę
wrzeszczeć i się cieszyć.
Obróciłem konia bokiem do kierunku jazdy
i kątem oka zerknąłem na Esję.
To jedno, drobne spojrzenie zawierało w
sobie całą prywatność, jaką miałem w sobie. Całą siłę tego, co się wydarzyło, a
chociaż trwało nie dłużej niż kilka sekund i nikt poza nią nie mógł go
dostrzec, niosło w sobie niewypowiedziany ciężar.

