Krzyk. Nie słyszałam go już, ale wciąż powracał w mojej pamięci, taki przeraźliwy, desperacki, a potem zgaszony z piskiem rozpaczy. Siedząc w ciemności przeżywałam wszystko na nowo, chociaż chciałam się uwolnić od wspomnień rzezi, to nie byłam w stanie. Wszystko zaczęło się tak nagle, podczas porannych modłów usłyszeliśmy tętent koni, potem męskie doniosłe głosy. Przełożony świątyni kazał nam kontynuować, sam wyszedł z sali, ale niedaleko doszedł. Zaledwie kilka chwil po wyjściu dotarł do nas odgłos wyłamywanych drzwi, pretensje zwierzchnika i dławiący wrzask, oznaczający tylko jedno. Właśnie wtedy wybuchła panika. Dziewczęta rzuciły się do wyjścia pędem, co szybko okazało się złym pomysłem. Wpadły prosto w ręce bandytów, śmiejących się obrzydliwie, łapiących je za suknie, których materiał darł się, niczym delikatne prześcieradła. Widziałam krew, łzy i sceny, jakich młoda dziewczyna, a już na pewno kapłanka winna nigdy nie poznawać. Czułam smród śmierci, odór potu i palonych włosów. Nie wiedziałam gdzie biegnę, ale adrenalina działała za mnie. Znalazłam się w sali z wielkim posągiem Arethora i tam też zostałam złapana.
- Dokąd to, kwiatuszku? - odezwał się mężczyzna o głowę wyższy ode mnie i szerszy dwa razy. Myślałam już, że zaraz skończę jak inne dziewczyny, czułam jego łapska na swoim ciele, ale wtem w pomieszczeniu znalazło się dwóch kolejnych.
- Kurwa, patrzcie na te kamienie! - wrzasnął podnosząc głowę na posąg. Mój oprawca również uniósł swój wzrok i chyba wiedział, że bogactwa może szybciej zabraknąć, niż kobiet do gwałtów. Pchnął mnie w tył z taką siłą, że zachwiałam się na nogach, dlatego też czołgając się, wpełzłam do niewielkiego, niskiego pomieszczenia w ścianie, w którym kapłani trzymali niektóre dokumenty. Zwinęłam się w kłębek, po cichu miotając nieskładne słowa modlitwy, nie patrząc, jak trzej mężczyźni starają się przewalić posąg. Może to był błąd? Nawet nie zauważyłam, kiedy ich plan się powiódł, kiedy wielka postać Arethora zachwiała się, uderzyła w ścianę, a kawały kamieni osypały się w dół, zamykając mnie w niewielkiej wnęce.
Ciemność była przerażająca, ale ukojeniem była dla mnie cisza. Tylko w głowie krzyki wracały, a tak to nawet byłam już gotowa na swoją śmierć. W nozdrzach czułam smród smalonych ciał, bo głupio z początku starałam sobie wygrzebać drogę do wolności. Oprócz wybitych dwóch palców i zadrapań nic mi to nie przyniosło. Nie wiem też ile czasu siedziałam już tutaj, ale czułam, że dość długo, by opaść z sił, ale nie na tyle, by liczyć na rychłą śmierć. Miałam już dość, jak się okazało zaczęłam zazdrościć tym, które szybko odeszły do bogów. Pewnie dlatego słysząc pierwszy raz od dawna męskie głosy, nie zlękłam się wcale.
- Tutaj... - pisnęłam cicho, licząc na to, że mnie znajdą, wezmą co chcą i skrócą moje cierpienie. Nikt jednak mnie nie usłyszał. Starałam się zwilżyć wargi, ale gardło miałam suche jak pieprz. Palcami wymacałam jakiś kamień, ujęłam go i uderzyłam w stertę oddzielającą mnie od wyjścia. - Tutaj! - spróbowałam jeszcze raz i nie zaprzestałam przez długi czas.
- Słyszysz? - dotarły do mnie jakieś słowa, a wraz z nimi powróciła nadzieja, którą straciłam przecież już dawno.
- Tutaj! - powtórzyłam jeszcze raz, po czym rozległo się uderzenie, ale nie moje... było to uderzenie z drugiej strony. Pierwsze, drugie, trzecie... kamienie się osypały. Najpierw był tylko mały prześwit, potem mężczyzna krzyknął, że ktoś tutaj jest i zaczął uderzać mocniej. W końcu ujrzałam postawnego człowieka, a za nim drugiego, z przerażającym rogatym hełmem pod pachą. Wcześniej takich nie widziałam. Przygotowana byłam na bicie, szarpanie, popychanie, ale nic takiego nie nastąpiło. Zamiast tego poczułam, jak mężczyzna bierze mnie na ręce.
- Ta jest przytomna - powiedział do tego drugiego, ale nie patrzyłam na nich, tylko na szczątki świątyni, w której się wychowałam. Na ciała, które poznawałam i na te, w których nie widziałam już nawet cienia znajomej twarzy. Kiedy wyszliśmy przed świątynię ujrzałam stos, ale tylko przez moment, bo mężczyzna złapał moją głowę i przycisnął do swojej piersi, ale nic nie powiedział. Chyba... ten gest dał mi do zrozumienia, że nie zginę. W tym momencie jasnym się dla mnie stało, że póki co śmierć odsunęła się ode mnie na tyle, by podejrzewać, iż zostałam wybawiona.
Z początku nikt nic mi nie mówił. Wpakowano mnie na wóz, a tam były jeszcze dwie inne kapłanki, Kasta i Melepa. Obie były młodsze ode mnie i wszystko wskazywało na to, że nie miały tyle szczęścia, co ja. Nie chodziło nawet o to, że były nieprzytomne, po prostu ich szaty pobudzały wyobraźnię, a strzępki tkaniny okrywające ich ciała nie pozwalały nie myśleć o tym, co je spotkało. Niedługo jednak patrzyłam, bo jeden z żołnierzy przyniósł koce, którymi okrył dziewczyny i mnie. Następnie odszedł, a cała wyprawa ruszyła niedługo później.
Nie miałam odwagi zadawać pytań, czy w ogóle się odzywać. Nie miałam nawet odwagi pójść spać, chociaż miałam na to ochotę, to bałam się, że wszystkie wspomnienia powrócą wówczas ze zdwojoną siłą. Mijały jednak godziny, a ciało domagało się odpoczynku. Walczyłam jak mogłam, ale przysnęłam, sen miałam zaskakująco spokojny, widocznie zmęczenie wygrało z okropnymi przeżyciami. Obudziły mnie jednak głosy.
- Cholera, nie wiem... nie spodziewałem się, że zastaniemy coś takiego - dotarł do mych uszu pierwszy głos.
- Dlatego mówię, że należy zapytać dowódcy. Dobrze, że jedna z nich jest przytomna, może coś powie - odezwał się rozmówca tego pierwszego.
- Racja, lepiej niech Nevan zdecyduje.
Niewiele wiedziałam, ale z rozmów żołnierzy udało mi się nieco wywnioskować. Przede wszystkim wiedziałam, że najpewniej nie chcą mnie zabić. Po drugie tylko trzy kapłanki, w tym ja przetrwaliśmy. Po trzecie mieli mnie zaprowadzić do swojego dowódcy, imieniem Nevan. Tak mało, a tak dużo zarazem. Mimo to, wiedza, jaką posiadałam nie pozwoliła mi poczuć się pewnie, nawet myśl o tym, iż pierwszy raz opuściłam świątynię nie pomogła. Wrażenie zrobił na mnie dopiero obóz. Mimo okropnych, wciąż żywych we mnie wspomnień najazdu na świątynię, nie mogłam powstrzymać pewnego zachwytu, jaki wywołuje tak nowy i nieznany widok. Nigdym nie widziała tylu mężczyzn, tyle broni, namiotów, czy koni tak licznych. Wszystko było nowe, jak i samo obcowanie z żołnierzami, którzy mimo, iż byli mymi wybawcami, to nie należeli do szczególnie delikatnych.
- Jesteśmy na miejscu, pani. Za chwilę spotkasz się z oficerem Tealvash'em. Odpowiadaj na jego pytania i staraj się współpracować, dla własnego dobra, jak i dobra twych towarzyszek - takie polecenia usłyszałam od łysego mężczyzny, który ściągnął mnie z wozu. Prawdę mówiąc, żałowałam, że nigdzie nie było blondyna, który mnie uratował. Ze wszystkich widzianych żołnierzy wydawał się on najspokojniejszy.
Kiwnęłam głową na znak, że rozumiem i pozwoliłam, by mnie wprowadzono do większego namiotu. Dostałam jeszcze pelerynę, dzięki czemu nie było mi aż tak zimno, chociaż teraz spostrzegłam, że mam bose stopy. Mimo t starałam się wyglądać godnie spotkania, jakie miało mnie zaraz czekać.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz