wtorek, 2 maja 2017

II



        Przyzwyczaiłem się do tego, że w obozie jako dowódca batalionu nigdy nie miałem czasu dla siebie. Zawsze było coś do zrobienia. I chociaż wyglądało na to, że w najbliższej przyszłości nie będzie miało miejsca żadne starcie z oddziałami wroga, wcale nie sprawiało to, że miałem mniej pracy. Wszystkiego trzeba było dopilnować. Wszystko musiałem ocenić własnym okiem. Król i książęta nie patrzyli przychylnie na tych, którzy w armii nie wypełniali swoich obowiązków. Nie zależało mi na wpływach. Zależało mi na wygranej.
        – Musisz zapewnić wartę przy północnych murach obozu. Ostatnie ataki dzikusów z Puszczy uszczupliły tam moje oddziały. – Podniosłem wolno spojrzenie na starszego mężczyznę. Był już dawno po pięćdziesiątce, włosy posiwiały oprócz jednego pasma za uchem. Dziwna przypadłość. Takie rzeczy uznawane były przez społeczeństwo za cud, znak bogów.
        Idiotyzmy, zabobony, ciemnota. Tradycja, która nie była nic warta. Na szczęście poza domniemanym „błogosławieństwem” bogów Trathir był dobrym strategiem, ważnym dowódcą w naszych szeregach. Cenny, bystry mózg i jego spostrzegawczość w przeszłości nie raz uratowały mnie przed młodzieńczymi zapędami; często samobójczymi. Skinąłem powoli głową i obszedłem stół dookoła. W namiocie oprócz mnie były jeszcze trzy inne osoby, nie wliczając straży przy wejściu, para po każdej stronie. Na nierównej powierzchni grubego, drewnianego blatu przymocowana była mapa obozu. Od dwóch stron chroniła nas przełęcz – jej ściany były zbyt strome, zbyt urywiste, żeby spodziewać się ataków. To z południem i północą zawsze mieliśmy problem.
        – Mury nie są wystarczające. Wiele z nich jest przegniłych miejscami, gdzie przetykane są palisadą, dziurawych, gdzie powinny stać solidne kamienie! Żadna armia tego nie utrzyma bezpiecznie i bez szkód, nawet cały kurewski batalion ludzi!
        Młodszy mężczyzna, który stał obok Trathira, wysoki i przeraźliwie kościsty brunet o cienkiej, pergaminowej skórze uderzył zaciśniętą pięścią w stół. Prowizoryczna, deskowana podłoga namiotu zatrzęsła się. Najstarszy dowódca zmarszczył brwi.
        – Powinniśmy wydawać pieniądze na ochronę naszych ludzi, nie na sprowadzanie kolejnych dziwek dla naszych żołnieży – sarknął jeszcze, łypiąc w naszą stronę z nieukrywaną złością.
        Gdybyśmy stali na zewnątrz, splunąłby na ziemię. Tak przynajmniej wyglądał, jak ktoś, kto przed chwilą przegryzł coś gorzkiego.
        – Uspokuj się – zagrzmiał siwy mężczyzna, chociaż nie mówił głośno. Tembr jego głosu wzbudzał respekt.
        Każdy z nas został przywódcą z konkretngo powodu. Trathir miał przewodzenie we krwi. Umiał trzymać w ryzach tych, którzy nie chcieli dawać sobą kierować i miał odwagę, żeby wystąpić przed szereg. Był szanowany. Laeeth, kościsty człowiek wywodzący się z rodziny rolniczej z drugiej strony nigdy nie przebierał w środkach. Potrafił zdobyć się na straty, których żaden z nas nie chciał ponieść. W tym wszystkim byłem też ja.
        Siebie widziałem w krzywym zwierciadle, które wypaczało obraz. Lubiłem nazywać się stanowczym, ale między ludźmi można było zdecydowanie łatwiej usłyszeć brutalny. Zdecydowany. Poświęcony wygranej. Żołnierze, którzy nie należeli do mojego batalionu mówili częściej opętany. A nie wiedzieli nawet połowy prawdy, którą ukrywałem.
        W namiocie powietrze stężało. Trathir spojrzał na mnie wyczekująco, oczekując, że zakończę ten idiotyczny spór swoją zgodą na propozycję użyczenia moich ludzi do obrony terytoriów przed atakami dzikusów z pobliskuch lasów. Byli niegroźni, zazwyczaj, ale należało się przed nimi umieć bronić.
        Zacmokałem, opierając dłonie na wyprostowanych łokciach na blacie. Pochyliłem się przez to do tyłu. Wnętrze namiotu oświetlaliśmy lamplami oliwnymi. Teraz chyboczące się światło tworzyło na mojej twarzy dziwaczne cienie.
        – Moi ludzie nie będą zadowoleni – Laeeth prychnął. Pozostała trójka się nie odzywała. – Chcą walczyć na wojnie, nie chronić obóz, który z założenia jest tylko tymczasowy. Musisz zrozumieć, Trathirze, że nie będą szczególnie chętni. – Przeżułem w ustach kolejne słowa, rozważając wszystkie za i przeciw. Nie chciałem podejmować tej decyzji zbyt lekkomyślnie. Na polu bitwy każdy człowiek jest potrzebny. – Ale myślę, że nie mamy wyboru. Ktoś musi bronić tych, którzy chcą spać spokojnie.
        Posłałem niezbyt przyjazne spojrzenie najwyższemu z mężczyzn. Wykrzywił twarz w paskudnym grymasie.
        – Niech cię księżyc pochłonie, Tealvash. Ciebie i wszystko, co ziemia twojego rodu nosiła.
        Z tym przekleństwem na ustach opuścił namiot. Przeklął, odrzucając tkaninę chroniącą nas od przedpola obozowego. Wyprostowałem się powoli. Dotychczas milczący Railev otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zobaczył coś za moimi plecami i zacisnął wargi. Obróciłem się przez ramię, na tyle swobodnie, na ile pozwalała mi lekka zbroja noszona niemal codziennie. W wejściu, zapewne równocześnie z wychodzącym dowódcą, pojawił się jeden z moich ludzi. Hełm z czarnym porożem trzymał pod pachą. Skłonił się sztywno.
        – Obowiązki – rzuciłem z odrobiną irytacji. – Weź, ilu ci potrzeba. Tylko do jasnej kurwy, zostaw mi kogoś do walki. – Te słowa skierowałem w stronę starszego mężczyzny. Na jego twarzy zabłysnął wyraz odniesionego triumfu. Czasem wydawało mi się, że potrafił manipulować mną lepiej, niż ktokolwiek inny. – O co tym razem chodzi?
        Nie potrafiłem powstrzymać frustracji. Nie lubiłem, kiedy mi przerywano, ale cały oddział wiedział o tym boleśnie dobrze. Jeśli ktoś tu się pojawił, sprawa musiała być wysokiej wagi. Ruszyłem za żołnierzem. Dotarcie z namiotu obrad do mojego zajęło dobre piętnaście minut. O tej porze, kiedy niedługo miał zapadać zmierzch, w obozie zawsze robiło się tłoczno. Każdy szukał odrobiny rozrywki, odpoczynku od codzienności wojny. Wina, kobiety, śpiewu, jedzenia.
        Bez słowa dotarliśmy na miejsce, gdzie czekało kolejnych kilku moich ludzi. Coś musiało stać się na patrolu. Teraz dotarło do mnie, żeby nie było ich dłużej, niż zapowiadał plan. Zmarszczyłem brwi, ale nie zadałem pytana. Cokolwiek to było, odpowiedź czekała najwidoczniej w moim namiocie. Stłumiłem złe przeczucie, które powoli zaczynało łapać mnie za żołądek. Nerwy nigdy nie doporowadziły jeszcze do podjęcia dobrej decyzji ani zmierzenia się z... Z tym, co na mnie wewnątrz czekało. Moi ludzie byli milczący. Nikt nie żartował, nie śmiał się. Nawet nie rozmawiali. To było do nich niepodobne.
        Z pewnego rodzaju obawą odsłoniłem przed sobą wejście do namiotu.
        Wewnątrz stała... Dziewczyna.
        Zwykła dziewczyna. W pierwszej chwili poczułem ulgę, ale później uświadomiłem sobie, że to nie jest takie łatwe. Kim była? Co robiła w obozie? Oczy zwężyły mi się niebezpiecznie, kiedy patrzyłem krótką chwilę na jej plecy. Była zakryta peleryną.
        Obeszłem ją dookoła. Jedna deska zaskrzeczała pod naciskiem mojej stopy. To zdradziło moją obecność. Zatrzymałem się dopiero, stojąc naprzeciwko niej.
        – Eliah – wypowiedziałem imię podwładnego powoli, głośno i władczo. Nie spuszczałem spojrzenia z mojego gościa, dopóki mężczyzna nie pojawił się w środku. – Wytłumacz.
        Podszedł do mnie, z wyraźną obawą albo troską skojrzał na dziewczynę. Była brudna i wyglądała jak siedem nieszczęść. Ale wiedziałem, kim jest. Na szyi miała obręcz, którą ludzie darzyli szacunkiem, zupełnie nieadekwatnym jak na kawałek metalu albo jakiegoś kruszywa. Kapłanka. Co tu robi? Gdzie ją znaleźli i dlaczego wzięli ze sobą zamiast odstawić do świątyni?
        Blondwłosy mężczyzna podszedł i mówił. Długo, cicho. Stał blisko mnie, więc dziewczyna nie mogła usłyszeć tego monologu. Mówił o świątyni, spalonych stertach ciał, o masakrze, rozerwanych zwłokach, zdabowanych skarbach. Wahał się, mówiąc o zniszczonych posągach i podobiznach bogów. Dla normalnych ludzi było to najgorszym świętokradztwem. Ale nie równało się temu, że ktoś zniszczył całą świątynię. Wymordował kapłanki. Wiedziałem, co to oznacza.
        Wojna.
        Wyraz mojej twarzy nie zmienił się. Ale pomimo wszystkich okropności, o któryc opowiedział przed chwilą Eliah, miałem ochotę się śmiać. Świętować, bo nadszedł dzień, na który się przygotowywałem. Ta zniewaga nie zostanie bez odezwu. Zamiast tego skupiłem spojrzenie na dziewczynie i rozkazałem blondynowi opuścić namiot.
        – Dlaczego przeżyłaś? – zapytałem najpierw, mrużąc oczy. Miałem w planach dowiedzieć się wszystkiego. Prześledzić cały przebieg rabunku świątyni, a dopiero później zdecydować, co z nią zrobić. – Jak wyglądali ci ludzie? Były wśród nich kobiety? – Zmarszczyłem lekko brwi. – Mów – dodałem, siadając na fotelu naprzeciwko niej. W namiocie było oprócz tego łóżko wyłożone skórami, duży stół, kilka krzeseł.
        Prawie zapomniałem, że kapłanki nie są przyzwyczajone do rozkazów.

.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/