Przyzwyczaiłem się do tego, że w obozie
jako dowódca batalionu nigdy nie miałem czasu dla siebie. Zawsze było coś do
zrobienia. I chociaż wyglądało na to, że w najbliższej przyszłości nie będzie
miało miejsca żadne starcie z oddziałami wroga, wcale nie sprawiało to, że
miałem mniej pracy. Wszystkiego trzeba było dopilnować. Wszystko musiałem
ocenić własnym okiem. Król i książęta nie patrzyli przychylnie na tych, którzy
w armii nie wypełniali swoich obowiązków. Nie zależało mi na wpływach. Zależało
mi na wygranej.
– Musisz zapewnić wartę przy północnych
murach obozu. Ostatnie ataki dzikusów z Puszczy uszczupliły tam moje oddziały.
– Podniosłem wolno spojrzenie na starszego mężczyznę. Był już dawno po
pięćdziesiątce, włosy posiwiały oprócz jednego pasma za uchem. Dziwna
przypadłość. Takie rzeczy uznawane były przez społeczeństwo za cud, znak bogów.
Idiotyzmy, zabobony, ciemnota.
Tradycja, która nie była nic warta. Na szczęście poza domniemanym
„błogosławieństwem” bogów Trathir był dobrym strategiem, ważnym dowódcą w
naszych szeregach. Cenny, bystry mózg i jego spostrzegawczość w przeszłości nie
raz uratowały mnie przed młodzieńczymi zapędami; często samobójczymi. Skinąłem
powoli głową i obszedłem stół dookoła. W namiocie oprócz mnie były jeszcze trzy
inne osoby, nie wliczając straży przy wejściu, para po każdej stronie. Na
nierównej powierzchni grubego, drewnianego blatu przymocowana była mapa obozu.
Od dwóch stron chroniła nas przełęcz – jej ściany były zbyt strome, zbyt
urywiste, żeby spodziewać się ataków. To z południem i północą zawsze mieliśmy
problem.
– Mury nie są wystarczające. Wiele z
nich jest przegniłych miejscami, gdzie przetykane są palisadą, dziurawych,
gdzie powinny stać solidne kamienie! Żadna armia tego nie utrzyma bezpiecznie i
bez szkód, nawet cały kurewski batalion ludzi!
Młodszy mężczyzna, który stał obok
Trathira, wysoki i przeraźliwie kościsty brunet o cienkiej, pergaminowej skórze
uderzył zaciśniętą pięścią w stół. Prowizoryczna, deskowana podłoga namiotu
zatrzęsła się. Najstarszy dowódca zmarszczył brwi.
– Powinniśmy wydawać pieniądze na
ochronę naszych ludzi, nie na sprowadzanie kolejnych dziwek dla naszych żołnieży
– sarknął jeszcze, łypiąc w naszą stronę z nieukrywaną złością.
Gdybyśmy stali na zewnątrz, splunąłby
na ziemię. Tak przynajmniej wyglądał, jak ktoś, kto przed chwilą przegryzł coś
gorzkiego.
– Uspokuj się – zagrzmiał siwy
mężczyzna, chociaż nie mówił głośno. Tembr jego głosu wzbudzał respekt.
Każdy z nas został przywódcą z
konkretngo powodu. Trathir miał przewodzenie we krwi. Umiał trzymać w ryzach
tych, którzy nie chcieli dawać sobą kierować i miał odwagę, żeby wystąpić przed
szereg. Był szanowany. Laeeth, kościsty człowiek wywodzący się z rodziny
rolniczej z drugiej strony nigdy nie przebierał w środkach. Potrafił zdobyć się
na straty, których żaden z nas nie chciał ponieść. W tym wszystkim byłem też
ja.
Siebie widziałem w krzywym zwierciadle,
które wypaczało obraz. Lubiłem nazywać się stanowczym, ale między ludźmi można
było zdecydowanie łatwiej usłyszeć brutalny. Zdecydowany. Poświęcony wygranej.
Żołnierze, którzy nie należeli do mojego batalionu mówili częściej opętany. A
nie wiedzieli nawet połowy prawdy, którą ukrywałem.
W namiocie powietrze stężało. Trathir
spojrzał na mnie wyczekująco, oczekując, że zakończę ten idiotyczny spór swoją
zgodą na propozycję użyczenia moich ludzi do obrony terytoriów przed atakami
dzikusów z pobliskuch lasów. Byli niegroźni, zazwyczaj, ale należało się przed
nimi umieć bronić.
Zacmokałem, opierając dłonie na
wyprostowanych łokciach na blacie. Pochyliłem się przez to do tyłu. Wnętrze
namiotu oświetlaliśmy lamplami oliwnymi. Teraz chyboczące się światło tworzyło
na mojej twarzy dziwaczne cienie.
– Moi ludzie nie będą zadowoleni –
Laeeth prychnął. Pozostała trójka się nie odzywała. – Chcą walczyć na wojnie,
nie chronić obóz, który z założenia jest tylko tymczasowy. Musisz zrozumieć,
Trathirze, że nie będą szczególnie chętni. – Przeżułem w ustach kolejne słowa,
rozważając wszystkie za i przeciw. Nie chciałem podejmować tej decyzji zbyt
lekkomyślnie. Na polu bitwy każdy człowiek jest potrzebny. – Ale myślę, że nie
mamy wyboru. Ktoś musi bronić tych, którzy chcą spać spokojnie.
Posłałem niezbyt przyjazne spojrzenie
najwyższemu z mężczyzn. Wykrzywił twarz w paskudnym grymasie.
– Niech cię księżyc pochłonie,
Tealvash. Ciebie i wszystko, co ziemia twojego rodu nosiła.
Z tym przekleństwem na ustach opuścił
namiot. Przeklął, odrzucając tkaninę chroniącą nas od przedpola obozowego.
Wyprostowałem się powoli. Dotychczas milczący Railev otworzył usta, żeby coś
powiedzieć, ale zobaczył coś za moimi plecami i zacisnął wargi. Obróciłem się
przez ramię, na tyle swobodnie, na ile pozwalała mi lekka zbroja noszona niemal
codziennie. W wejściu, zapewne równocześnie z wychodzącym dowódcą, pojawił się
jeden z moich ludzi. Hełm z czarnym porożem trzymał pod pachą. Skłonił się
sztywno.
– Obowiązki – rzuciłem z odrobiną
irytacji. – Weź, ilu ci potrzeba. Tylko do jasnej kurwy, zostaw mi kogoś do
walki. – Te słowa skierowałem w stronę starszego mężczyzny. Na jego twarzy
zabłysnął wyraz odniesionego triumfu. Czasem wydawało mi się, że potrafił
manipulować mną lepiej, niż ktokolwiek inny. – O co tym razem chodzi?
Nie potrafiłem powstrzymać frustracji.
Nie lubiłem, kiedy mi przerywano, ale cały oddział wiedział o tym boleśnie
dobrze. Jeśli ktoś tu się pojawił, sprawa musiała być wysokiej wagi. Ruszyłem
za żołnierzem. Dotarcie z namiotu obrad do mojego zajęło dobre piętnaście
minut. O tej porze, kiedy niedługo miał zapadać zmierzch, w obozie zawsze
robiło się tłoczno. Każdy szukał odrobiny rozrywki, odpoczynku od codzienności
wojny. Wina, kobiety, śpiewu, jedzenia.
Bez słowa dotarliśmy na miejsce, gdzie
czekało kolejnych kilku moich ludzi. Coś musiało stać się na patrolu. Teraz
dotarło do mnie, żeby nie było ich dłużej, niż zapowiadał plan. Zmarszczyłem
brwi, ale nie zadałem pytana. Cokolwiek to było, odpowiedź czekała
najwidoczniej w moim namiocie. Stłumiłem złe przeczucie, które powoli zaczynało
łapać mnie za żołądek. Nerwy nigdy nie doporowadziły jeszcze do podjęcia dobrej
decyzji ani zmierzenia się z... Z tym, co na mnie wewnątrz czekało. Moi ludzie
byli milczący. Nikt nie żartował, nie śmiał się. Nawet nie rozmawiali. To było
do nich niepodobne.
Z pewnego rodzaju obawą odsłoniłem
przed sobą wejście do namiotu.
Wewnątrz stała... Dziewczyna.
Zwykła dziewczyna. W pierwszej chwili
poczułem ulgę, ale później uświadomiłem sobie, że to nie jest takie łatwe. Kim
była? Co robiła w obozie? Oczy zwężyły mi się niebezpiecznie, kiedy patrzyłem
krótką chwilę na jej plecy. Była zakryta peleryną.
Obeszłem ją dookoła. Jedna deska
zaskrzeczała pod naciskiem mojej stopy. To zdradziło moją obecność. Zatrzymałem
się dopiero, stojąc naprzeciwko niej.
– Eliah – wypowiedziałem imię
podwładnego powoli, głośno i władczo. Nie spuszczałem spojrzenia z mojego
gościa, dopóki mężczyzna nie pojawił się w środku. – Wytłumacz.
Podszedł do mnie, z wyraźną obawą albo
troską skojrzał na dziewczynę. Była brudna i wyglądała jak siedem nieszczęść.
Ale wiedziałem, kim jest. Na szyi miała obręcz, którą ludzie darzyli
szacunkiem, zupełnie nieadekwatnym jak na kawałek metalu albo jakiegoś
kruszywa. Kapłanka. Co tu robi? Gdzie ją znaleźli i dlaczego wzięli ze sobą
zamiast odstawić do świątyni?
Blondwłosy mężczyzna podszedł i mówił.
Długo, cicho. Stał blisko mnie, więc dziewczyna nie mogła usłyszeć tego
monologu. Mówił o świątyni, spalonych stertach ciał, o masakrze, rozerwanych
zwłokach, zdabowanych skarbach. Wahał się, mówiąc o zniszczonych posągach i
podobiznach bogów. Dla normalnych ludzi było to najgorszym świętokradztwem. Ale
nie równało się temu, że ktoś zniszczył całą świątynię. Wymordował kapłanki.
Wiedziałem, co to oznacza.
Wojna.
Wyraz mojej twarzy nie zmienił się. Ale
pomimo wszystkich okropności, o któryc opowiedział przed chwilą Eliah, miałem
ochotę się śmiać. Świętować, bo nadszedł dzień, na który się przygotowywałem.
Ta zniewaga nie zostanie bez odezwu. Zamiast tego skupiłem spojrzenie na
dziewczynie i rozkazałem blondynowi opuścić namiot.
– Dlaczego przeżyłaś? – zapytałem najpierw,
mrużąc oczy. Miałem w planach dowiedzieć się wszystkiego. Prześledzić cały
przebieg rabunku świątyni, a dopiero później zdecydować, co z nią zrobić. – Jak
wyglądali ci ludzie? Były wśród nich kobiety? – Zmarszczyłem lekko brwi. – Mów –
dodałem, siadając na fotelu naprzeciwko niej. W namiocie było oprócz tego łóżko
wyłożone skórami, duży stół, kilka krzeseł.
Prawie zapomniałem, że kapłanki nie są
przyzwyczajone do rozkazów.
.
.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz