Najpierw uniosłem ku górze jedną brew,
ale po chwili też drugą, kiedy zorientowałem się, o czym mówi Esja. Zachciało
mi się nawet śmiać i może pozwoliłbym sobie na ten swobodny gest, ale chwilę
później pomyślałem o swojej matce, jej twarz stanęła mi pod powiekami i
natychmiast opanowałem ten odruch. Nie sądziłem, że jeszcze gdzieś się we mnie
on znajduje, ale teraz słuchając pokrętnych tłumaczeń dziewczyny odkryłem go
całkiem wyraźnie. Pozostawiłem chłodny wyraz twarzy.
Jako, że się nie odezwałem, a kapłanka
miała sporo oleju w głowie chyba połączyła wszystkie fakty za sobą, bo
zmieszała się jak na zawołanie i zaczęła znowu mamrotać. Dałbym głowę, gdyby
było nieco jaśniej na małej polance, to zobaczyłbym najciemniejszy odcień
czerwieni na jej twarzy i w jej wydaniu. Wyciągnąłem powoli miecz z pochwy,
zgrzytnął przyjemnie dla ucha, a później spokojnym gestem oparłem go czubkiem o
żwir. Przez moment z dziwną radością obserwowałem też, jak dziewczyna szarpie
się z materiałem, a później… Cóż, później moim oczom ukazał się widok, który
miał być przeznaczone jedynie, dla mężczyzny, któremu jej obiecano. Nie mogłem
przed sobą ukryć, że w jakiś sposób jest to bardzo pociągający widok, jak i
sama świadomość, że właśnie miałem czelność zakpić jej i ich bogom prosto w
twarz i to drugi raz z rzędu. Moja świadomość wyprała fakt wcześniejszego
przyznania się do swoich przekonań. To nie była dobra decyzja i przyjdzie mi za
nią zapłacić. Jeszcze nie dzisiaj, nie jutro. Ale kiedyś. Wiedziałem, że tak
będzie, bo już raz przez to przechodziłem. Na wspomnienie tego poczułem
nieprzyjemne macki strachu wspinające się po plecach na kark i zostawiające po
sobie chłodne uczucie. Wzdrygnąłem się.
Esja nie dała mi wiele czasu, żeby
myśleć o tych rzeczach i o wspomnieniach, których posiadania nie życzyłbym nikomu.
Dowiedziałem się też bardziej konkretnie, co stało się w lesie i co zmusiło ją
do schowania się w tej kamiennej dziurze. Nie, żeby zaskoczeniem dla mnie był
fakt, że ktoś tak rozpieszczony jak książę nie potrafi utrzymać chuja w
spodniach. Być może od początku gdzieś podświadomie podejrzewałem, co się
stało. Wykazywał nią nienaturalne zainteresowanie, a poza tym grzechem byłoby nie
przyznać – nawet w świetle świata bez bogów – że Esja jest wyjątkowo piękna.
Spędziłem wystarczająco dużo czasu na studiowaniu każdego detalu jej twarzy,
żeby dojść do wniosku, jak blisko jej do perfekcji.
Tym bardziej rozśmieszyły mnie jej
słowa. Że ja chciałbym ją dotykać? Niedorzeczność. Chwyciłem pewniej miecz i
podniosłem go w prawej dłoni, ważąc znajomy ciężar, a później podszedłem do
niej na kilka kroków.
— Nieźle, a skoro mamy już z głowy
kilka kilogramów balastu i możesz ruszać się normalnie… — uniosłem ostrze na
wysokość jej klatki piersiowej. — Stań w pozycji przygotowania do ataku. —
Proste polecenie zostało szybko wykonane, choć miałem wrażenie, że nadal z dozą
jakiegoś zawahania albo niepewności. To minie z czasem.
Narzuciłem nam szybie tempo ćwiczeń,
zwłaszcza jak na fakt, w jakim stanie znalazłem dziewczynę. Ani mi w głowie
było ją oszczędzać albo traktować ulgowo. Wręcz przeciwnie, wszędzie, gdzie
chciała sobie odpuścić dociskałem jeszcze mocniej. Zmęczenie fizyczne, trening
i nauka sprawiają, że wszystko inne znika. A czułem, że to przyda jej się
bardziej niż sterta nieprawdziwych słów ułożona w wymuszone wyrazy współczucia.
Nie było łatwo, ale kiedy złamałem pierwszą, a później drugą, trzecią i
dziesiątą barierę, jaką stawiała jej podświadomość i własne ciało, okazało się,
że kilka dni, przymus obrony siebie i trochę wyuczonych ruchów potrafią
zdziałać naprawdę wiele. Nie byłem pewny, ile czasu spędziliśmy na żwirowym
podłożu, wśród moich uwag, często wykrzyczanych i odpowiedzi stali spotykającej
się w powietrzu. Zrobiło się jednak wyjątkowo ciemno i w końcu uznałem, że to
wystarczy.
— Stal hartuje się najlepiej, kiedy do
niczego się nie nadaje — skwitowałem krótko, nawiązując także mało delikatnie
do jej wcześniejszego stanu, odsuwając się i pozwalając jej nabrać spokojny
oddech. Pierwszy od długiego czasu. Schowałem swoje oręże do pokrowca.
Musiałem przyznać, że sam nieco
zmęczyłem się tym treningiem, chociaż dla mnie był zdecydowanie mniej
wymagający, niż dla niej. Mimo tego nadal miałem na sobie zbroję i to
sprawiało, że musiałem używać więcej partii różnych mięśni.
— I jak się czujesz? Zdaje mi się, że
nawet zapomniałaś o tym, że niemal świecisz przede mną gołym tyłkiem —
syknąłem, pozwalając sobie na tą drobną, personalną uwagę i ześlizgnąłem
wzrokiem w dół, na zgrabne odkryte nogi, na których miała jedynie pończochy.
Uśmiechnąłem się po chwili, unosząc przy tym jedną brew w jednoznacznym
grymasie. Sam też niemal zapomniałem, w jakim stanie ta dziewczyna tu przede
mną stoi i kiedy sobie to uświadomiłem, ponownie poczułem ukłucie tego samego,
co wcześniej. Dziwacznej satysfakcji pomieszanej z czymś więcej. Czymś, czego
nie udało mi się nazwać. — Myślę, że możemy wracać do obozu. Pijana szlachta
może nawet nie zauważyła twojej nieobecności, ja tylko muszę wydać odpowiednie
rozkazy Eliahowi i reszcie straży.
Odwróciłem się do niej profilem, a
później cmoknięciem przywołałem swojego wierzchowca. Nie przychodził kilka
długich sekund, ale w końcu ku mojej uldze pojawił się na brzegu rzeki.
— Będziesz musiała podróżować ze mną —
zauważyłem, wyciągając do niej dłoń po miecz — Raczej nie uda nam się wziąć
drugiego konia. Jeśli ci to nie przeszkadza… Esjo — zerknąłem na nią nagle, a
całkiem niechcący w moim wzroku kryła się niezbyt dobrze ukryta groźba. Mimo
wszystko nadal uśmiechałem się, a choć nie był to uśmiech przyjazny, to też nie
ten, którym raczyłem wszystkich innych.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz