Drgnęłam lekko, kiedy jego słowa dotarły do moich uszu, kiedy powolutku zrozumiałam, że nie żartuje i możliwe, że powiedział coś, czego nigdy nie powinien, co w niejednym przypadku mogłoby nawet przyczynić mu wielu problemów. A jednak powiedział, podzielił się opinią na którą ja nie zareagowałam w żaden sposób, czułam, że teraz nie jest dobry czas. Nie zapomniałam jednak. Te kilka słów zapadło w mojej pamięci i na zawsze w niej pozostanie, będą krążyć w powietrzu, gdy spojrzę na Nevana i może pewnego dnia powrócę w rozmowie do tej chwili. Zapytam, delikatnie prosząc o wyjaśnienia, zapewniając, że nie oceniam go źle. Taka była prawda. Świętokradztwo w chwili, w której trzyma w swych ramionach kapłankę. Czy bogowie obserwują nas teraz z góry, skazując jego duszę na cierpienie? Czy i ja w ich oczach jestem grzesznicą, jeśli pozwalam sobie, by taki człowiek przynosił mi ukojenie? Dlaczego miałabym się odsunąć, oburzyć? Czy znak, który podobnie, jak wczoraj, palił teraz lekko moje plecy zmuszał mnie do osądzania innych? Nie chciałam tak na to patrzeć, a może po prostu, samolubnie nie chciałam go od siebie odpychać. Może jeszcze nie wiedziałam, że przyjdzie mi wybaczać mu więcej, niż innym. Nie, to nie czas na te rozważania, nie wyprzedzajmy biegu czasu.
Stanęłam niespokojnie, jedynie dzięki jego pomocy, inaczej tkwiłabym w dalszym ciągu na ziemi... och, a raczej wtulona w głaz, w swojej kryjówce. Jego słowa jak zawsze nie niosły za sobą pocieszenia, nie były ciepłe, tylko szczere. Może mnie nieco zawiódł, ale w zasadzie właśnie tego się spodziewałam. Taki był i za to go szanowałam, nawet jeśli czasem, ta słabsza część mnie chciała od niego czegoś, do czego nie był zdolny. nie winiłam go, przyjmowałam jego boleśnie prawdziwe słowa, ale bałam się, że go zawiodę, że nie będe umiała wyzbyć się tak ludzkiej potrzeby ufania komuś. On nie musi wiedzieć, jakie brzemię powoli nakładam na jego barki. Nie powiem, a on nie zauważy, bo dość nosi, a ta jedna dodatkowa rola... wiem, samolubnie to sobie tłumaczę, ale to też jego wina. Przyjechał tutaj, oswajał, chociaż pewnie nie chciał tego robić.
Puszczona tak nagle zachwiałam się lekko. Nie ciągnęłam podjętego przez niego tematu. Nie chciałam mówić o stolicy, bardzo było to dla mnie niewygodne, szczególnie teraz. Przygotowałam się raczej do tego, że posadzi mnie w siodle, a realia okazały się całkiem inne. Zaskoczenie było na tyle duże, że na moment zapomniałam o strachu. Obserwowałam go bacznie, mając ochotę zapytać, czy nie zapomniał o tym w jakiej jesteśmy sytuacji. Z drugiej strony... może to lepiej? Nawet jeśli przyzwyczajenie kazało się bać, lękać, rozpamiętywać obecność księcia i lamentować nad nią, to Nevan mi na to nie pozwalał. Jego obecność kazała mi zmienić swoje nastawienie, a ja nie potrafiłam z tym walczyć. Chciałam się poddać towarzystwu mężczyzny, tak bardzo zajmującym, chociaż nigdy się na to nie silił.
Podskoczyłam jak dziecko, kiedy pod moje nogi upadła broń. Byłam słaba, a on zrobił coś takiego. Żartował? Jego mina nie wskazywała na to, a moje ciało samo, instynktownie zmusiło mnie do kucnięcia i sama nie wiem kiedy ujęłam ostrze, by z pewnym trudem znów się z nim podnieść. Wtedy też padły kolejne słowa mężczyzny i to chyba całkowicie przysłoniło brutalne, wciąż świeże wspomnienia.
- Proszę? - zapytałam, czując, że moja twarz się czerwieni i miałam wrażenie, że mój głos tak dosadnie to zaprezentował, że mimo ciemności mógł to dostrzec. Zamrugałam kilka razy, zaschło mi w gardle szybciej, niż powinno. Serce mi zabiło, ale w inny sposób, niż w lesie, przy drzewie, gdy książę napierał na mnie jednoznacznie swoim ciałem. - Chcesz, żebym się przed tobą rozebrała? - dodałam głosem podlotka, na pewno nie kobiety i wiem, że kiedy będę sama, to wspomnienia powrócą i będzie mi za nie wstyd. Teraz jednak ta sytuacja była świeża, rozgrywała się, a ja miałam wrażenie, że śnię, bo przecież było to absurdalne.
Dłoń, w której dzierżyłam ostrze zatrzęsła mi się lekko. Nie potrafiłam sobie tego wszystkiego poukładać i może przez to odruchowo zrobiłam dwa kroki w tył, zasłaniając swoje ciało dłońmi, jakby już brakowało mi co najmniej kilku warstw odzienia.
- Nie wiem czego jeszcze chcesz mnie nauczyć, ale zapewniam, że takich lekcji nie potrzebuję... to przyjdzie naturalnie, na to mam chyba czas, prawda? To nie tak, że odepchnęłam księcia, bo bałam się porażki natury własnych umiejętności, ja po prostu nie chciałam być dotykana, więc może źle mnie zrozumiałeś, ale wolałabym, żeby moja czystość nie została naruszona... - wylałam z siebie więcej słów, niż początkowo planowałam, nawet nad tym nie panując. Złapałam się też na tym, że nie czuję strachu, a jedynie zawstydzenie. Jakże inna była ta sytuacja od tej, w której znajdowałam się z Azirem. Bardziej, niźli uciekać, czułam potrzebę tłumaczenia się przed Tealvashem, stąd potok słów, rumieniec, machanie w powietrzu ostrzem, z czego zdałam sobie sprawę dopiero po chwili. Był to raczej nerwowy gest, niż próba ataku, obrony... sztuczki cyrkowej.
Mężczyzna jednak stał dalej, a jego postawa przecież nigdy nie zdradzała chęci dobrania się do mnie... zażenowanie rosło coraz bardziej. Spojrzałam na ostrze, zaczęłam myśleć. Chciał walczyć? Nauczyć mnie czegoś? Zrobiłam jeden krok... ociężale, przez materiał spódnicy, mokry i obszerny. Rozchyliłam wargi, jakby coś po czasie do mnie dotarło. Bogowie mi świadkami, że chciałam zapaść się pod ziemię. Jakże szybko sytuacja między nami się zmieniła, a ja ze strachu odczuwałam już jedynie wstyd. Gdyby dało się cofnąć czas... och, ile bym dała, aby nie odezwać się do niego wcale.
- Dobrze... rozumiem... wybacz... - wyciągnęłam przed siebie dłoń, jakby w geście, który miał wymazać moje zachowanie. - Tylko część materiału, który zawadza... - powiedziałam po chwili, wypowiadając tym samym własne myśli, a potem pochyliłam się i w mało zgrabny sposób podjęłam próbę rozerwania spódnicy przy udziale ostrza. W ogóle mi to nie szło.
- Nie, nie oficerze... dam radę. Tyle jestem w stanie zrobić sama... - zaparłam się, ciągnąc, próbując, a dłonie nadal się trzęsły z zażenowania i nie przestały, gdy ciszę przerwał odgłos rozdzieranego materiału. Odetchnęłam z wyraźną ulgą, podniosłam się do pionu, zmuszając zmęczone mięśnie do posłuszeństwa. - Widzisz? Mówiłam, że dam radę... - mruknęłam, tak jakby powątpiewał. W zasadzie to... chciałam się czymś po prostu zająć, byleby cisza nie zaczęła na nowo robić sobie ze mnie żarty.
Najdziwniejsze było jednak to, że nie wiedzieć kiedy przestałam się trząść ze strachu. Tak po prostu lęk odszedł, kiedy byłam w jego towarzystwie, a miałam wrażenie, że żadne z nas się specjalnie nie starało, by tak się stało. Cóż, może ten przerażający mężczyzna, nie był wcale taki straszny. A może sam nie wiedział, jak uspakajający potrafi być.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz