Prychnąłem cicho, słysząc jej
odpowiedź. Była dokładnie taka, jaką od niej oczekiwałem, czyli zupełnie
nieoczekiwana. Prychnięcie miało w sobie sporą dozę rozbawienia, którego teraz
nie chciało mi się już urywać. Trening powodował zmęczenie, nawet z
przeciwnikiem takim, jak zupełnie niewyszkolona dziewczyna, której losem od
zawsze i na zawsze było spędzenie w luksusach, bogactwach i dostatku. To
niesamowite, że inni ludzie przypisali jej tą rolę. Że uznali istnienie bogów,
których śladów nie nosiła nigdy ta ziemia i naznaczyli ją piętnem, z góry
zaplanowali jej całe życie, włącznie z zamążpójściem. W kontraście do niej
mogłem uważać się za ogromnego szczęśliwca. Sam zdecydowałem o tym, co
zamierzam robić. Własnymi dłońmi wyposażonymi w miecz kułem swoją drogę. Czy to
właśnie dlatego uczyłem ją tego wszystkiego? Żeby pokazać jej inną ścieżkę,
trudną, skalistą, zdradziecką. Czy po to, żeby patrzeć jak po niej balansuje i
stawiać zakłady, w którym jej miejscu się poślizgnie i spadnie?
Opuściłem dłonie, a zmęczenie spowodowało, że
wszelkie maski opadły. Na mojej twarzy malowało się rozbawienie, któremu daleko
było do zmieszania i niepewności. Faktycznie, przyglądałem się tym fragmentom
jej ciała, które były przeznaczone do widoku jedynie jej męża, a w duszy wręcz
śmiałem się bogom i ich planom w twarz. Tak łatwo było je przekreślić. Tak
łatwo było im się przeciwstawić, że momentami wiara innych ludzi była wręcz
boleśnie głupia.
Położyłem dłoń na szyi wierzchowca,
ciepłej, choć już nie spoconej wcześniejszym szaleńczym galopem. Koń zachowywał
się zaskakująco spokojnie, jakby tym samym chciał wyrazić szacunek przed
kapłanką. Co oczywiście byłoby głupotą. Odruchowo moja dłoń znalazła się blisko
dłoni Esji, ale nie zwróciłem na to większej uwagi, a raczej na jej słowa.
— Chciałem dać ci poczucie, że możesz
też sama o czymś decydować, ale zgoda. Nie masz wyboru, bo gdybyś wróciła tak
do obozu, to wysłano by mnie bez zwłoki na stryczek, a i ciebie pewnie nie czekałby
lepszy los. Zostawić też cię tutaj nie zamierzam — dodałem po chwili namysłu,
patrząc w jasne oczy dziewczyny. Ona sama mierzyła mnie wyzywającym, wręcz nieco
buńczucznym wzrokiem. To również obecnie mnie bawiło. Jej obecność była tak
inna niż wszystko, co było mi do tej pory znane, a każda reakcja tak świeża, że
nauka ich zajmowała dużą część mojej świadomości. — Jesteś na to zbyt cenna.
To, co powinno być komplementem w tej
chwili brzmiało bardziej jak wycena bydła na targu. Nie potrafiłem nic jednak
na to poradzić. Uczucia takie jak troska albo ckliwość nie leżały w moim
zasięgu i nigdy nie dane było mi ich poczuć. Mimo wszystko uśmiechnąłem się.
Zupełnie nie po swojemu. Jakoś pogodniej, głupiej. Cieplej. Chwilę później
jednak ten sam urok zgasł, bo zaśmiałem się krótko na jej słowa.
Esja była wyraźnie zestresowana, co
prawdopodobnie było normalne dla osoby w jej wieku i o jej pozycji siedzącej
półnagiej z – jakby nie patrzeć – nieznajomym na grzbiecie jednego konia.
Bardziej nieprawdopodobne było jednak to, że sam zaczynałem się spinać, im
bliżej koń znajdował się obozu. Było to zupełnie nie poparte żadnym logicznym
wytłumaczeniem, ale nawet fakt, że dziewczyna jest bezpieczna i że mam ją w
swoich ramionach nie sprawiał, że czułem się spokojniej. Zmysły wyostrzały się,
a mięśnie spięły, jakby miało się stać coś nieprzewidywanego. Nic jednak nie
nastąpiło. Upomniałem się w duchu, kiedy pomiędzy drzewami dostrzegłem poświatę
rzucaną z polany i wielkich ognisk na niej rozpalonych.
Moich nerwów nie ukoił jednak także
Eliah, który powiedział, że książę się niecierpliwi. I że jest pijany, a to
połączenie groziło nagłym rozdaniem kilku aktów zgonu. Nie zagłębiałem się w
rozmowę z nim. Zerkał jedynie co chwilę na Esję i mruczał, że ciężko będzie
zakryć jej nieobecność. Drażniła mnie jego postawa. Nagle, niespodziewanie
odkryłem, że mnie irytuje. To, jak często mówi o Esji. To, jak na nią zerka.
Jak patrzy na mnie, bo wiem co myśli.
„Nie jesteś odpowiednią osobą, żeby się
nią zajmować.”
„Nigdy nie powinni powierzyć ci w ręce
jej życia.”
Wręcz
potrafiłem wyczuć te emocje i to nie tylko od niego. Faktycznie, pokazał już
wcześniej, jak bardzo zależy mu na dobru Esji i nie mogłem go za to winić,
logicznie patrząc. Ale byłem zmęczony i nie miałem ochoty na zachowywanie
fałszywych pozorów. Irytowało mnie jego zachowanie, choć nic złego nie zrobił.
I jednocześnie czułem dziką satysfakcję, bo tak samo jak ja, tak i on mógł w
tej chwili czytać ze mnie jak z otwartej księgi.
„To moje zadanie, nie twoje.”
„Nie ty za nią odpowiadasz i nigdy nie
będziesz.”
Dzika satysfakcja i szaleńcza irytacja
mieszały się w niebezpieczną całość, ale na szczęście nie miałem gdzie dać im
upustu. Eliah zasalutował, odszedł. Jak zwykle nie zrobił nic wbrew kodeksowi
wojskowemu. A skoro nie miałem go za co w tej chwili nienawidzić, będę
nienawidził jego wiecznej nienaganności.
Wróciłem do konia i ze znaną sobie
wprawą wskoczyłem na siodło. Obecność na nim innej osoby nieco mnie
dekoncentrowała, przez co zahaczyłem o kawałek sukni naramiennikiem, kiedy
łapałem za wodze. Zbyt wyuczony gest. Może zbyt automatyczny, bo zbyt mocno
ścisnąłem Esję pomiędzy własnymi ramionami na samym początku podróży.
Odwróciłem konia i skierowałem nas w kierunku szlaku. Ostatecznie jednak
zdecydowałem, że będziemy się trzymać z dala od głównego traktu, gdyby miała
nim przejść wieczorna dostawa albo niespodziewany patrol. Podniosłem się w
strzemionach, żeby wypatrzyć drogę, którą musieliśmy zejść ze skarpy.
— Mhm — odmruknąłem jedynie, nie w
nastroju, żeby poruszać temat mojego zastępcy. A już zwłaszcza nie z nią.
Potem ponowne mruknięcie powtórzyłem
jeszcze kilka razy. Jednak im dalej szliśmy, tym więcej Esja mówiła i sam w
którymś momencie odkryłem, że nie czuję już potrzeby przebywania w ciszy.
Westchnąłem, mocniej ściągając wodze i po raz kolejny patrząc na drogę przed
nami. Koń stąpał ufnie, choć było ciemno, nie chciałem poprowadzić nas na
tereny ruchomego podłoża, w którym na dobre na pewno byśmy ugrzęźli.
W końcu nadszedł moment wyczekującej
ciszy, w której musiałem się odezwać. Obawiałem się nieco, że nie znajdę
odpowiednich słów, albo że ni będzie mi się chciało z Esją rozmawiać, ale
wszystko potoczyło się znacznie płynniej, niż się tego spodziewałem.
— Chyba masz rację — odpowiedziałem w
końcu, po dłuższej chwili namysłu. — Na początku sądziłem, że jesteś tylko
kolejnym kłopotem, a tych w obozie i tak już mamy wystarczająco, a na dodatku jak
większość kapłanek, które widywałem w stolicy, bardzo nieporadnym kłopotem —
dodałem z rozbrajającą wręcz szczerością, po czym spiąłem wodze wierzchowca,
który chciał rzucić się do przodu po tym, jak w lesie stuknęła jakaś gałązka. —
Ale teraz widzę, że bardzo się myliłem. Możesz uznać to za obrazę, ale zawsze
jestem ostry w pierwszej ocenie. — Zgrzytnąłem lekko zębami. Dlaczego aż tak
się uzewnętrzniam? Chyba jednak jestem jej coś winny. Chociaż tą jedną, krótką
rozmowę. Z perspektywy odległości od obozu jednak wcale może nie być taka
krótka. — Wolę to, niż później stale się rozczarowywać.
W tych terenach wojsko stacjonowało już
długie lata, dzięki czemu znałem otaczające je lasy i dzicz niemal jak własną
kieszeń. Teraz zadanie było utrudnione. Nie tylko było zupełnie ciemno, ale na
dodatek na moim koniu siedziała jeszcze dodatkowa osoba. O galopie w razie
konieczności ucieczki nie było raczej mowy. Trakt był w nieustannym oddaleniu
kilkuset stóp od nas i trzymałem się go niczym czegoś, co ratuje życie.
Zbłądzenie w tych lasach nie byłoby wyczynem nawet dla kogoś, kto bywa tu
codziennie i miałem tego przerażająco silną świadomość.
— Dowiedziałaś się już, do kogo
trafisz? — zapytałem, nie wiedząc co było motorem tej ciekawości. Obiecałem
jej, że nie pozwolę jej opuścić obozu z dnia na dzień. Że powiem jej wcześniej.
Do tej pory nie dotarły do mnie jednak żadne wiadomości i miałem wrażenie, że
stopowanie sprawy wyjazdu do stolicy jest zasługą księcia. — Znaleźli twojego
narzeczonego? Jeśli nie, możesz zostać w moim oddziale, przyda się kolejna para
rąk do ciężkiej pracy. — Próbowałem zażartować, ale wyszło to bardziej smętnie,
niż w moich wyobrażeniach.
Spiąłem konia, nie czekając na pełną żalu
albo wyrzutów odpowiedź i pytanie, czemu w ogóle poruszam ten temat. Do tej
pory ciągnęliśmy się ledwo stępem, ale koń ochoczo przyspieszył, kiedy spiąłem
go łydkami. Wydawał się chętny do szybszej podróży. Może miał dość ciemnego
lasu i bał się jak każde stadne, płochliwe zwierzę. Przez chwilę
podłusowaliśmy, co było nieszczególnie wygodne, ale w końcu zwolniłem, głównie
po to, żeby dać Esji odpocząć. Przez kilka dni w obozie może przyzwyczaiła się
do podróżowania wierzchem, ale z pewnością męczyło ją to bardziej niż mnie.
— Gdzieś tutaj jest rozpadlina, do
której prowadzi szeroki wąwóz i najlepiej by było…
Nie zdążyłem dokończyć. W mroku koń postawił
o krok za daleko. Jedna noga zsunęła mu się w przód i w panicznej próbie ucieczki
i ratowania swojego grzbietu podskoczył na pozostałych nogach i zsunął się na
dół w akompaniamencie piskliwego krzyku dziewczyny i mojego urywanego
przekleństwami oddechu. Dopiero, kiedy kilka sekund grozy minęło – a już
wydawało mi się, że ten wypadek skończy się czymś poważniejszym niż napędzeniu
nam stracha – uspokoiłem szybko bijące serce.
Nawet nie zauważyłem, w którym momencie
objąłem Esję w pase, silnie przyciskając do siebie. Z pewnością chodziło mi
tylko o to, żeby utrzymać ją w siodle i w razie potrzeby asekurować upadek…
Choć nawet pomimo tej świadomości poczułem się nieco nieswojo, znowu będąc tak
blisko niej. Czując jej ciało pod palcami skórzanych rękawic, słysząc urywany
oddech, szybko bijące w ciszy lasu serce. Tak nagle, jak cały ten upadek ze
skarpy się zaczął, tak szybko się zakończył i wokół nas znowu zapadła cisza.
Tym razem surowa, nienaturalna. Zwierzęta ucichły, las zamilkł. Jakby czekał na
nasz ruch, na jakąś reakcję. Tylko koń parskał i przebierał kopytami, dysząc
ciężko.
Pozytyw był taki, że oboje siedzieliśmy
nadal na swoich miejscach, a wierzchowiec nie wydawał się rany. Pozwoliłem mu
zrobić kilka kroków naprzód, nie utykał. Jedynie płochliwie chciał skakać na
bok, ale mocno zaciśnięte skórzane wypinacze nie pozwalały mu na brykanie.
Nie odsunąłem się ani trochę. Co
więcej, mocniej przycisnąłem Esję do swojego torsu, wolną dłoń łapiąc obie
wodze.
— W porządku? — zapytałem w końcu.
W wąwozie było zimno, wilgotno i
śmierdziało rozkładającymi się resztkami zwierząt, które albo tu dogorywały,
ale zostawały zabite. Nie było to przyjemne miejsce. Zadarłem głowę do góry i
od razu stwierdziłem, że wspinanie się po urwisku wysokim na trzy wysokości
rosłego wierzchowca nie było możliwe. Nie, kiedy siedzieliśmy na siodle we
dwójkę.
— Musimy teraz nieco nadłożyć drogi. To
komplikuje pewne sprawy — mruknąłem, rozdrażniony tym, że nie wszystko szło po
mojej myśli. — Jednak musimy trochę nadrobić galopem. Dno wąwozu powinno być w
miarę bezpieczne. Złap się mnie normalnie, na litość boską, obiecuję, że ani
cię nie pogryzę ani nie poparzę — dodałem, tym razem już zdecydowanie lżejszym,
rozbawionym tonem. Wydawało mi się wcześniej, że na tyle, na ile to możliwe
Esja starała się mnie nie dotykać, nawet odrobiny mojej zbroi. O ile w stępie
to mogło się udać, nie dalibyśmy rady tak galopować.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz