Chociaż moje wcześniejsze próby zawiązania rozmowy zostały przez niego dość szybko ucięte, to tym razem mnie zaskoczył. W ciemnym lesie człowiek czuł się pewniej, gdy miał się do kogo odezwać, a już w ogóle, gdy ta osoba odzywała się z powrotem. Poza tym, mimo, że Nevan chyba nigdy jeszcze nie pokazał mi się ze specjalnie uczuciowej strony, to coraz częściej dostrzegałam w jego zachowaniu przebłyski czegoś, co mogłam nazwać po prostu sympatią. Bardzo mi to schlebiało, podobnie, jak jego słowa. Myśl, że nie okazałam się jedynie kłopotem sprawnie wyparła kwestię, iż za to mnie z początku uważał. Ostatecznie w świątyni nie przywykłyśmy do komplementów, więc takie drobne i ukryte pochwały były już dla mnie niesamowicie soczystą porcją pochlebstw. Czuć się docenioną za to kim się okazałam, nie za to, jak wyglądam, jak zatańczyłam, zagrałam czy zaśpiewałam. To także nowość, nie tylko treningi, czy jazda konna.
Nic nie odpowiedziałam, głównie przez to, że nie wiedziałam, jakie słowa byłyby teraz odpowiednie. Jeśli zaś chodzi o Nevana, znalazł on szybko nowy temat. Cóż za nowość, to on podejmuje rozmowę, jednakże nie był w tym mistrzem, bo o tym, co wyciągnął na wierzch, wolałabym nie myśleć. Zostałam zatem ściągnięta na ziemię, może nieco brutalnie, ale nie miałam mu tego za złe. Mimo to niesmak pozostał... pewna gorycz na końcu języku. "Do kogo trafisz" brzmiało, jakbym była nagrodą, ale może to jedynie w moich uszach. Z drugiej strony sam nie silił się na szczególnie lekki ton, gdy wypowiadał te słowa. Mam wrażenie, że uzmysłowił to sobie, dlatego po chwili zażartował.
- Nic mi o tym nie wiadomo... Poza tym nie kuś, dobrze wiesz, że wolałabym tutaj zostać, oficerze - mruknęłam, próbując także wysilić się na nieco zabawny ton. Szkoda tylko, że nie należało to do szczególnie łatwych zajęć i pewnie przez to mi nie wyszło. Dlatego był mi na rękę fakt, że mężczyzna nie ciągnął tego tematu dalej. Wszedł w kłus, który nieco mną potelepał, ale nie było to szczególnie nieprzyjemne. Szkoda tylko, że nim dotarły do mnie jego kolejne słowa, z mojego gardła wydostał się już głośny pisk. Krew w uszach zapulsowała mi znacząco, gdy poczułam się tak, jakbym straciła wszelkie punkty podparcia. Nie wiedziałam, czy zacisnąć powieki, czy nie. Miałam dziwne odruchy, jak na przykład chęć zeskoczenia z siodła. Na moje szczęście, nim wdrożyłam ten absurdalny plan w życie, poczułam, jak coś przyciąga mnie bliżej mężczyzny. Sapnęłam nieco głośniej, niż powinnam, zacisnęłam oczy i tym razem już sama skryłam się w bezpiecznych ramionach.
Minęła chwila, może zbyt długa, a ja ani drgnęłam. Nic się nie stało. Było już spokojnie, a jednak nadal drżałam w jego ramionach. Musiałam się uspokoić... może nawet nie przerażała mnie już dalej wizja upadku co bliskość żołnierza. Z drugiej strony... przerażało mnie chyba najbardziej to, że ów bliskość bynajmniej mnie nie przeraża. Czy to ma sens? Czy bredzę już zupełnie? Zbroja nie była taka chłodna, jak się spodziewałam... nawet jej twardość nie była nieprzyjemna. W zasadzie jego uchwyt wydawał się przyjemny, zapraszający wręcz. Nagle poczułam się, jak mała kruszyna, którą mógłby zmiażdżyć, ale ta wizja nie była przerażająca. Jego bliskość tak dalece odbiegała w moim odczuciu od tej, jaką zgotował mi dzisiaj książę. Przede wszystkim nie czułam potrzeby odpychania go.
- Tak... przepraszam, spanikowałam - mruknęłam, kiedy odzyskałam zdolność składania sensownych zdań. Teraz gdy oczy nieco lepiej się przyzwyczaiły, a adrenalina zaczęła opadać, dotarło do mnie w jak nieprzyjemnych okolicznościach się znajdujemy. Zadrżałam lekko, czując, że nogi już nie tylko z chłodu pokrywa gęsia skórka. Na całe szczęście nie byłam sama.
Słuchałam jego słów we względnym spokoju. No tak, to na pewno nie była najlepsza droga, więc wypadało nieco przyspieszyć. Szkoda tylko, że jego rozbawienie nieco mnie poirytowało, co było absurdalne w tej sytuacji. Hmm... może irytacja to niezbyt dobre określenie, ale dotarło do mnie coś. To on mnie objął! Gdy spadaliśmy, otoczył mnie ramionami, a tylko ja jestem speszona! Co to za podział i skąd się on bierze? Nie może patrzeć na mnie z góry, pewnie w jego oczach znów wypadam na niedoświadczonego w niczym podlotka. Trudno mi wyjaśnić, co dokładnie sprawiało, że taki stan rzeczy mi nie odpowiadał. Coraz częściej się na tym przyłapywałam, ale niekoniecznie dbałam o genezę tego uczucia, tak czy inaczej nie zamierzałam dać mu i tym razem satysfakcji.
- Wcale nie boję się, że mnie pogryziesz, czy poparzysz! Ty sam u siebie w namiocie dałeś mi do zrozumienia, że moja bliskość nie jest niczym przyjemnym - burknęłam i równie dojrzale, może też nazbyt ostentacyjnie oparłam się plecami pewniej o jego tors, przechylając głowę na jego ramię, w taki sposób, że nawet patrząc do przodu kątem oka widziałam profil jego twarzy. Tylko, że... mimo, iż było to moje własne, niczym niewymuszone działanie, to koniec końców nie mogłam powstrzymać zawstydzenia. Poczułam, że się rumienię, ale uznałam, że jedyne, co mogę zrobić, to udawać, że tego nie czuję i bynajmniej nie jest to niczym poparte. - Poza tym stosuję się jedynie do ogólnie przyjętych zasad. Dobrze wiesz, że kapłanką nie wolno dotykać innych mężczyzn, nie chciałam, abyś przeze mnie czuł się skrępowany - dodałam po chwili, odwracając twarz niżej. Nosem przez przypadek znalazłam się blisko jego szyi. Cóż, wcześniej sama czułam jego oddech na swoim uchu, więc teraz ponownie wmawiałam sobie, że taka bliskość... wcale mnie nie paraliżuje.
Jego skóra była, jak wybawienie. Zabawne, jak dotkliwie bezpieczny wydawał mi się jej zapach. Dookoła powietrze nie było zbyt świeże, a chociaż skóra Nevana nie była prosto po kąpieli, to nie czułam w niej niczego odrażającego. Zapach jazdy, wysiłku, ale tez ognia, jak i lasu... cóż za mieszanka. Przymknęłam oczy bezwiednie i poczułam dopiero po jakimś czasie, że pod skronią czuję jego ramię. Miałam się poderwać, jak wypadało, ale nie zrobiłam tego. Sam mówił, że nic nie zrobi, a mi było tak wygodnie. Przecież zmęczenie nie dawało mi żyć. To nic złego, zwykły dotyk, niepoparty żadną grzeszną myślą.
- Okryj mnie swoją peleryną... w galopie zrobi się jeszcze zimniej - mruknęła, nie tak pobudzonym głosem jak zazwyczaj. Tym razem był on spokojniejszy, ale nie stało za tym zmęczenie, czy jakieś złe samopoczucie. Po prostu był subtelny, naturalny. Nie wiem też kiedy ponownie przeszłam na zwracanie się do niego bez żadnych tytułów. Cóż, przyszło mi to naturalnie.
- Widzisz? Wcale się ciebie nie boję - mruknęłam, gdy położyłam jedną dłoń na jego ramieniu, uznając, że tak jeszcze pewniej będziemy galopować. Drugą dłonią zamierzałam okrywać nas szczelniej jego płaszczem. Uniosłam nieco głowę i uśmiechnęłam się nawet, im dalej byliśmy od ogniska, tym lepszy humor we mnie kiełkował i nawet nasz drobny wypadek tego nie zepsuł. - Przyzwyczaiłeś mnie już do siebie, więc jeśli zrobię coś nieodpowiedniego, to będzie to twoja wina - rzuciłam beztrosko, mając tym samym na myśli fakt, że go dotykam. Poza tym takie słowa pozwalały mi samej nieco siebie okłamać. Uspokoić nadal dudniące serce, które jeszcze nie przyjęło do wiadomości tej nagłej bliskości. Kolejna nowość... Nevan zwiastował w moim życiu same nowe doznania. Coś tak nieodpowiedniego, a jednak nie musiał mnie zmuszać. Sama to robiłam, nie dbając o konsekwencje.
Złapaliśmy kontakt wzrokowy i tu mnie miał. Bo maska pewnej siebie nieco opadła, rumieniec mocniej zakwitł, a nieco spierzchnięte wargi rozwarły się lekko, wskazując na to, że miałam drobny mętlik w głowie. Musiałam coś powiedzieć i to szybko...
- Zastanawiam się... czy galopujesz szybciej od Lance'a, bądź Eliaha... - rzuciłam to, co pierwsze ułożyło się na języku, mrugając przy tym o dwa lub trzy razy za dużo i bardzo możliwe, że niepotrzebnie przygryzając wargę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz