Świat w tym zakolu rzeki nagle wydał mi
się taki rozległy, spokojny i opanowany. Jakby ten głaz mógł postawić w mojej
świadomości barierę, która oddziela całą resztę mojego życia, przeszłego i
tego, które dopiero nadejdzie, od tego jednego momentu. Wiedziałem, jak
niebezpiecznie jest sobie pozwolić na temu podobne uczucia, ale teraz oddawałem
im się nawet chętnie, nie rozumiejąc poszczególnych z nich, a raczej pojmując
je jako całość. Jako stan, w którym się znalazłem. Podobnie jak nie znając
wszystkich składników potrawy możemy orzec, czy nam ona smakuje czy nie, ja
podobnie teraz czerpałem przyjemność z tej chwili. Choć tematy do rozmowy wcale
nie były łatwe, a mi z widmem najbliższej przyszłości i tego, co stało się w
obozie kilka dni temu nie powinno być łatwo, to oparłem się wygodniej o twardą,
nierówną skałę, jakbym planował zostać tutaj już na dłużej.
Ale to była złudna nadzieja. W moim
życiu nie było miejsca, chwili ani sytuacji, w której powinienem czuć się
wygodnie. Sam skazałem się na wieczną tułaczkę i na to, że sens słów „własny
dom” nigdy nie będzie dany mi do prawdziwego poznania.
Teraz też ta myśl huczała mi w głowie
na alarm w ogromny dzwon. To nie jest prawdziwe. To, co mamy między sobą nie
jest moje ani nie jest jej. Nie ma nas, nigdy nie będzie, bo i w przypadku
kapłanki postąpię tak jak zawsze; zgodnie z rozkazem. Oddam ją, kiedy przyjdzie
pora się pożegnać i wtedy, w tamtym czasie nie będę mógł żałować własnej
decyzji. Żołnierz, który kwestionuje swoje rozkazy jest tym ziarnem, które
potrafi doprowadzić do zgnilizny całej beczki pokarmu.
Cisza nie trwała wiecznie. Esja
przerwała ją z charakterystyczną dla siebie mocą słów. Mówiła tak, co zdążyłem
już zaobserwować, kiedy była czegoś pewna. Teraz pokręciłem lekko głową, ale to
był tylko pusty znak. Moje spojrzenie było wbite w przeciwny brzeg rzeki i
mogło świadczyć o tym, że moje myśli są już o pół mili oddalone stąd. W
rzeczywistości gnały jednak do stolicy i, ku mojemu własnemu zdziwieniu, nie
krążyły wokół losów Esji w wielkim mieście. Wracały do rodzinnych stron, w
miejsca, które zamierzałem raz na zawsze wymazać z pamięci. Chociażby po to,
żeby nie czuć tęsknoty za jedyną istotą przyjazną mi w wielkiej posiadłości,
którą zostawiłem za plecami tak samo, jak całą resztę członków rodziny.
— Wizja — powtórzyłem, nie odwracając
spojrzenia wbitego gdzieś w ciemność. Jakbym mógł tylko wzrokiem przeszukać tą
nieznaną głębię. — To, że kapłanki posiadają możliwości, których nie mają inni
ludzie to stare legendy. Opowiada się je dzieciom, kiedy nie chcą spać.
Nawet, gdybym się postarał, teraz w
moim głosie nie mogło być żadnej szczerej złośliwości. Właściwie nie było w nim
nic, czego dziewczyna mogłaby się złapać, podobnie jak w odległym spojrzeniu.
Tu było mi tak wygodnie… Tak dobrze.
Żołnierzy na każdym stopniu uczyło się,
że nigdzie nie może być im zbyt dobrze. Ludzie posiadali tendencję, której to
brakiem sam szczyciłem się do tej pory. Jeżeli zaczyna im na czymś zależeć,
zaczynają myśleć o tym, jak to zachować. Wielu z nich ma żony, ale ilu tak
naprawdę na nich zależy? Ilu uciekło z rodziny, zubożałego gospodarstwa, żeby
nie tylko ratować własną skórę, ale i zaznać nowych doznań, poznać inne życie?
W rękach naszego królestwa ci ludzie byli uważani za użytecznych. A tacy,
którzy znaleźli sobie inny cel poza wojną i oddaniem życia za ojczyznę często
kończyli jeszcze gorzej. Jako dezerterzy. Albo marzące kluchy, które ginęły w
pierwszym rzędzie ataku.
Otrząsnąłem się ponownie, kiedy
kapłanka podniosła nieco ton głosu. Skarciłem się surowo za odpłynięcie razem z
emocją i myślą.
Jej opowieść, choć urywana i prowadzona
początkowo niespójnie sprawiła, że odzyskałem panowanie nad własnym ciałem i
rozumem. Słuchałem jej uważnie, nie doszukując się w tym jednak głębszego
sensu; o ile jakiś tam się w ogóle ukrywał.
— A ty masz taki na całych plecach —
zwieńczyłem jej opowieść zupełnie bezbarwnie, ale również niepotrzebnie. Po
prostu czułem, że muszę dodać to zdanie, żeby opowieść była kompletna nawet,
jeśli oboje zdawaliśmy sobie tego
sprawę. Teraz, we własnym otępieniu zauważyłem, że Esja również zachowuje się
inaczej niż zwykle. Mój umysł, nagle wyczyszczony i wyleczony z choroby
wcześniejszych myśli teraz stał się ostry jak brzytwa i już opracowywał
rozwiązanie dla tej sytuacji. — W takim razie nie musimy do niej iść. Nikt nie
musi wiedzieć. Ani ja, ani ty, że ten znak jest jakimś specjalnym darem.
Niewiedza zarówno jak ignorancja potrafią wiele wybaczyć. Jest jeszcze za
wcześnie, żeby myśleć tu o wyjeździe. Pergamin dotyczący dalszych rozkazów
jeszcze nie przyszedł, podobnie jak pościg z orszaku króla. Jesteś bezpieczna —
z tymi słowami zgrabnie, niemal bez wydawania dźwięku na drobnym żwirze
podniosłem się ze swojego miejsca. — Jak na razie.
W obozie nadal tętniło życie; nie było
jeszcze późno, sądząc po ustawieniu obu księżyców. Mimo wszystko słyszałem
dokładnie w rozkazach wahanie, harmider w wykonywaniu poleceń. Wiedziałem, że
jeszcze dużo czasu minie, nim doprowadzę nowy obóz do porządku, a
odpowiedzialność tego zadania ciążyła na moich plecach niczym niewygodny głaz.
Taki, który tylko ja tutaj potrafiłem udźwignąć.
—Wróć do namiotu bezpiecznie. Ja zajmę
się rozmową ze skrybą, nie musisz być przy niej obecna. Do zobaczenia jutro —
skłoniłem się lekko, nonszalancko, ale z wrodzoną niemal dostojnością,
wyuczonym z młodości ruchem. — Esjo — dodałem, odwrócony do niej już przez
ramię, a później obszedłem kamień i skierowałem się do powrotu do obozu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz