wtorek, 9 stycznia 2018

CLVIII



        Świat w tym zakolu rzeki nagle wydał mi się taki rozległy, spokojny i opanowany. Jakby ten głaz mógł postawić w mojej świadomości barierę, która oddziela całą resztę mojego życia, przeszłego i tego, które dopiero nadejdzie, od tego jednego momentu. Wiedziałem, jak niebezpiecznie jest sobie pozwolić na temu podobne uczucia, ale teraz oddawałem im się nawet chętnie, nie rozumiejąc poszczególnych z nich, a raczej pojmując je jako całość. Jako stan, w którym się znalazłem. Podobnie jak nie znając wszystkich składników potrawy możemy orzec, czy nam ona smakuje czy nie, ja podobnie teraz czerpałem przyjemność z tej chwili. Choć tematy do rozmowy wcale nie były łatwe, a mi z widmem najbliższej przyszłości i tego, co stało się w obozie kilka dni temu nie powinno być łatwo, to oparłem się wygodniej o twardą, nierówną skałę, jakbym planował zostać tutaj już na dłużej.
        Ale to była złudna nadzieja. W moim życiu nie było miejsca, chwili ani sytuacji, w której powinienem czuć się wygodnie. Sam skazałem się na wieczną tułaczkę i na to, że sens słów „własny dom” nigdy nie będzie dany mi do prawdziwego poznania.
        Teraz też ta myśl huczała mi w głowie na alarm w ogromny dzwon. To nie jest prawdziwe. To, co mamy między sobą nie jest moje ani nie jest jej. Nie ma nas, nigdy nie będzie, bo i w przypadku kapłanki postąpię tak jak zawsze; zgodnie z rozkazem. Oddam ją, kiedy przyjdzie pora się pożegnać i wtedy, w tamtym czasie nie będę mógł żałować własnej decyzji. Żołnierz, który kwestionuje swoje rozkazy jest tym ziarnem, które potrafi doprowadzić do zgnilizny całej beczki pokarmu.
        Cisza nie trwała wiecznie. Esja przerwała ją z charakterystyczną dla siebie mocą słów. Mówiła tak, co zdążyłem już zaobserwować, kiedy była czegoś pewna. Teraz pokręciłem lekko głową, ale to był tylko pusty znak. Moje spojrzenie było wbite w przeciwny brzeg rzeki i mogło świadczyć o tym, że moje myśli są już o pół mili oddalone stąd. W rzeczywistości gnały jednak do stolicy i, ku mojemu własnemu zdziwieniu, nie krążyły wokół losów Esji w wielkim mieście. Wracały do rodzinnych stron, w miejsca, które zamierzałem raz na zawsze wymazać z pamięci. Chociażby po to, żeby nie czuć tęsknoty za jedyną istotą przyjazną mi w wielkiej posiadłości, którą zostawiłem za plecami tak samo, jak całą resztę członków rodziny.
        — Wizja — powtórzyłem, nie odwracając spojrzenia wbitego gdzieś w ciemność. Jakbym mógł tylko wzrokiem przeszukać tą nieznaną głębię. — To, że kapłanki posiadają możliwości, których nie mają inni ludzie to stare legendy. Opowiada się je dzieciom, kiedy nie chcą spać.
        Nawet, gdybym się postarał, teraz w moim głosie nie mogło być żadnej szczerej złośliwości. Właściwie nie było w nim nic, czego dziewczyna mogłaby się złapać, podobnie jak w odległym spojrzeniu. Tu było mi tak wygodnie… Tak dobrze.
        Żołnierzy na każdym stopniu uczyło się, że nigdzie nie może być im zbyt dobrze. Ludzie posiadali tendencję, której to brakiem sam szczyciłem się do tej pory. Jeżeli zaczyna im na czymś zależeć, zaczynają myśleć o tym, jak to zachować. Wielu z nich ma żony, ale ilu tak naprawdę na nich zależy? Ilu uciekło z rodziny, zubożałego gospodarstwa, żeby nie tylko ratować własną skórę, ale i zaznać nowych doznań, poznać inne życie? W rękach naszego królestwa ci ludzie byli uważani za użytecznych. A tacy, którzy znaleźli sobie inny cel poza wojną i oddaniem życia za ojczyznę często kończyli jeszcze gorzej. Jako dezerterzy. Albo marzące kluchy, które ginęły w pierwszym rzędzie ataku.
        Otrząsnąłem się ponownie, kiedy kapłanka podniosła nieco ton głosu. Skarciłem się surowo za odpłynięcie razem z emocją i myślą.
        Jej opowieść, choć urywana i prowadzona początkowo niespójnie sprawiła, że odzyskałem panowanie nad własnym ciałem i rozumem. Słuchałem jej uważnie, nie doszukując się w tym jednak głębszego sensu; o ile jakiś tam się w ogóle ukrywał.
        — A ty masz taki na całych plecach — zwieńczyłem jej opowieść zupełnie bezbarwnie, ale również niepotrzebnie. Po prostu czułem, że muszę dodać to zdanie, żeby opowieść była kompletna nawet, jeśli oboje zdawaliśmy sobie  tego sprawę. Teraz, we własnym otępieniu zauważyłem, że Esja również zachowuje się inaczej niż zwykle. Mój umysł, nagle wyczyszczony i wyleczony z choroby wcześniejszych myśli teraz stał się ostry jak brzytwa i już opracowywał rozwiązanie dla tej sytuacji. — W takim razie nie musimy do niej iść. Nikt nie musi wiedzieć. Ani ja, ani ty, że ten znak jest jakimś specjalnym darem. Niewiedza zarówno jak ignorancja potrafią wiele wybaczyć. Jest jeszcze za wcześnie, żeby myśleć tu o wyjeździe. Pergamin dotyczący dalszych rozkazów jeszcze nie przyszedł, podobnie jak pościg z orszaku króla. Jesteś bezpieczna — z tymi słowami zgrabnie, niemal bez wydawania dźwięku na drobnym żwirze podniosłem się ze swojego miejsca. — Jak na razie.
        W obozie nadal tętniło życie; nie było jeszcze późno, sądząc po ustawieniu obu księżyców. Mimo wszystko słyszałem dokładnie w rozkazach wahanie, harmider w wykonywaniu poleceń. Wiedziałem, że jeszcze dużo czasu minie, nim doprowadzę nowy obóz do porządku, a odpowiedzialność tego zadania ciążyła na moich plecach niczym niewygodny głaz. Taki, który tylko ja tutaj potrafiłem udźwignąć.
        —Wróć do namiotu bezpiecznie. Ja zajmę się rozmową ze skrybą, nie musisz być przy niej obecna. Do zobaczenia jutro — skłoniłem się lekko, nonszalancko, ale z wrodzoną niemal dostojnością, wyuczonym z młodości ruchem. — Esjo — dodałem, odwrócony do niej już przez ramię, a później obszedłem kamień i skierowałem się do powrotu do obozu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/