środa, 31 stycznia 2018

CLIX


       Nie oczekiwałam, że Nevan z miejsca pochłonie wszystkie moje słowa. To śmieszne, ale mogłam cieszyć się tym, że Tealvash nie był dla mnie człowiekiem obcym. Stale odkrywałam jakieś nowe cechy jego charakteru, ale nie był już jedynie zagadką. Porównałabym go do księgi, takiej po którą nigdy nie powinnam sięgać. Ciężką, z dużymi stronicami, zapisanymi małymi literkami. Powolutku, przesuwają palec, linijka po linijce rozszyfrowywałam zawiłe zdania. Do końca księgi było daleko, ale przebrnęłam przez suchy wstęp, który mógłby wielu zniechęcić. Udało mi się dotrzeć do miejsca, w którym fabuła wciąga na tyle, by nie móc odmówić sobie kolejnej dawki wrażeń. Tak, dostarczał mi ich bez wątpienia. Nie był lekturą łatwą, taką, która ma się podobać każdemu. Był wymagający, wymagał ode mnie więcej, niż niejeden świątynny nauczyciel. Tylko, że poznając go, miałam wrażenie, że robię to dla siebie, a nie dla wyższych celów. Może też, nie wiedząc kiedy, sama stałam się księgą w jego dłoniach. Taką, co w okładce ma wiele stron, bo kiedyś, zwykłam wierzyć, że najwyżej jestem zwojem, kilkoma słowami, które w prosty sposób spiszą mój żywot. 
       Kącik moich ust zadrżał lekko, gdy usłyszałam o legendach opowiadanych dzieciom. Byłam tutaj. Siedziałam, mógł mnie dotknąć, może nawet poczuć pod palcami ciepło. Nie jestem bajką, ale wiem, jak świat nas traktuje, szczególnie teraz, gdy jako pierwsza opuściłam świątynię, nie po to, by stanąć przy mężu, ale po to by zobaczyć coś, co zawsze mi odbierano. Odetchnąć wolnością, o smaku subtelnym i upajającym.  
        Nie odezwałam się w żaden sposób, tym bardziej, że Nevan ponownie zabrał głos. Mimo, że kwestia tego, iż widział już mój tatuaż była dla nas jasna, to siłą rzeczy odwróciłam speszona głowę. Uniosłam brwi dopiero w chwili, w której stwierdził, że nie musimy iść do skryby, albo, że pójdzie do niej sam. W pierwszej chwili chciałam się sprzeciwić, ale nie wiem w zasadzie czemu. Chciał ze mną ukrywać to co noszę na plecach? Po co? Kolejna strona, kolejne pytania. Patrzyłam, jak się podnosi, jaką lekkość mu to sprawia. Wyglądał teraz młodziej, niż zwykle. Słysząc swoje imię nie mogłam się nie uśmiechnąć i gest ten, uznałam szybko był z mojej strony niezwykle ryzykowny. Korciło mnie okrutnie, by przeczytać ostatnie zdania tej księgi, przewrócić strony, dojść do zakończenia, ale nie mogłam. W końcu nie chciałam ominąć żadnego fragmentu. 
       Nim się zorientowałam, zostałam już sama. Za głazem, siedząc dłużej, niż by wypadało. W pewnej chwili zwyczajnie zrobiło mi się zimno, a gdy podniosłam się z ziemi, nie tak lekko, jak wiele minut temu zrobił to Nevan wyszłam praktycznie na wprost patrolu. 
       - Najświętsza, co tu robisz? - zapytał jeden z żołnierzy. Patrol musiał się zmienić w międzyczasie. Byłam tak zaskoczona nagłym pytaniem, że w pierwszej chwili musiałam wyglądać jak ktoś, kto faktycznie robił coś podejrzanego. 
          - Zasiedziałam się na powietrzu... - wyjaśniłam spokojnie, uśmiechając się przy tym delikatnie. 
       - Lepiej uważaj pani. Te tereny pełne są zdradzieckich istot. Byłoby to wielce niefortunne, gdybyś na jakieś się natknęła - odezwał się drugi. Teraz zauważyłam, że nie był takim młodzikiem, jak jego kompan. W zasadzie jego twarz przerażała, w połowie była oszpecona wieloma bliznami, miejsce po brakującym oku było zszyte, ale nie zasłonięte opaską. Nie znałam go i widać było, że jego lico mnie wystraszyło. 
        - Dlatego też wrócę do siebie, by nie dopuścić do katastrofy - skinęłam i minęłam ich pospiesznie, wzrokiem odnajdując drogę do swojego namiotu. Po drodze dotarło do mnie, że faktycznie jestem już zmęczona i może za głazem siedziałam zbyt długo. Obóz wyraźnie opustoszał, nie minęłam nikogo, oprócz kolejnego patrolu, równie zaskoczonego, jak pierwszy. 
         Chociaż warunki były podróżne, to o dziwo, przez mój wypadek stan mojego życia nieco się poprawił. Nie sypiałam już w męskiej koszuli, a miałam ładną, damską, sięgającą do kostek, a nie przed kolana. Było to może niewielkie udogodnienie, ale bardzo przyjemne. Rozczesałam włosy, jakby nic złego się nie wydarzyło, jakby ten dzień nie przyniósł ze sobą żadnych przykrych wspomnień. Może ukrywałam prawdę, która mogła mnie zbyt szybko złamać? Taka reakcja obronna, którą nieświadomie podjęłam. Działało to idealnie, ale jak wszystko, kiedyś musiało się wyczerpać. W nocy bowiem znacznie trudniej zapanować nad emocjami. 
       Zasnęłam jak dziecko, opadając w miękki sen, z początku upajający, regenerujący. Nie wiem kiedy znalazłam się pośrodku pobojowiska. Oddech przyspieszony niesamowicie, w uszach świst wiatru, do oczu leciał mi piach, a do nozdrzy docierał smród. Z początku nic nie widziałam, ale bałam się niesamowicie. Musiałam przetrzeć oczy, zabolało, jakbym ocierała je kawałkami pokruszonego szkła. Czułam, że muszę się ruszyć. Spróbowałam zrobić krok i wtedy odzyskałam panowanie nad wzrokiem. Po kolanach brodziłam w ciałach, wykrzywionych twarzach o zbielałych oczach. Oplatały mnie, upadłam gniotąc kolanem cudze żebro, zatapiając palce prawej dłoni w czyiś sinych i zakrwawionych ustach. Kolejny wrzask, gdy próbowałam brodzić wśród ramion, torsów, nóg, twarzy, uwolnić się, ale końca nie było widać. Obróciłam się instynktownie i widziałam, że mnie gonią. Konno, przemierzając to pobojowisko. Podniosłam się, jakimś cudem, już nie przejmując się bezczeszczeniem nieznajomych, zadzierając suknię, pędząc na oślep. Nie byłam wystarczająco szybka. Poczułam, jak koń się ze mną zrównuje, a silne ramiona łapią mnie szybko, unoszą z lekkością w górę, sadzają na siodła. Ramiona jakby znajome, koń pędził bez ustanku, odwróciłam się i na moment odetchnęłam z ulgą. Widząc pod kapturem czerwone oczy. Mogłabym powiedzieć, że uśmiech miał zagościć na mojej twarzy, ale wtedy dotarło mnie, że to nie on. To nie jest znajoma twarz, a ktoś woła z daleka. Odwróciłam się znów w przód, by nad łbem konia go zobaczyć. Klęczącego, z opuszczoną głową i wtedy oprawca siedzący za mną uniósł moje dłonie, umiejscowił je na trzymanym przez siebie łuku. Nie mogłam mu ich wyrwać. Nachylił się nad moim uchem, wyszeptał słowa, które wstrzymały bicie mego serca, a wówczas wypuściłam strzałę, która zatopiła się w piersi Nevana i jego krzyk wyrwał się z mych własnych ust, gdy spocona usiadłam na posłaniu. Już w namiocie. Już na jawie. 
       Nie mogłam się uspokoić. Nie potrafiłam. Wszystko mnie bolało, jakbym wszystko było prawdą. Nie było, na pewno nie... która godzina? Dookoła cisza... Podniosłam się, nie mogłam sobie przypomnieć co usłyszałam we śnie, co powiedział mi ten ktoś. Teraz straciło to znaczenie. Podeszłam do wyjścia z namiotu. Nie. Straż mnie cofnie, albo zrobi z tego oficjalną sprawę. Cofnęłam się, upadłam na kolana przy tylnej ścianie i szukając szpary podważyłam materiał, wyczołgując się sprawnie. Rozejrzałam się, przez chwilę nic nie pamiętając, a potem ruszyłam tam, gdzie miał stać jego namiot. Znów chowając się w cieniu, jakby nikomu nie można było ufać. Podobnie jak ze swojego namiotu, tak też do jego wczołgałam się tyłem. 
       Stojąc po środku poczułam się niepewnie. Wzrok przyzwyczaił się do ciemności na tyle, by dotarło do mnie, że był tutaj. Oddychał. Spał. Och, ja głupia, przez sen zadziałałam tak instynktownie. Mogłam pomyśleć, a nie tutaj biec, na złamanie karku, jak zbieg, albo zaszczute zwierze. A jednak... zamiast się wycofać poczułam, jak z bijącym mocno sercem powolutku przesuwam się w przód. Uczono nas sunąć nad ziemią, a teraz starałam się podwójnie, wiedząc jak perfekcyjnie wyszkolony jest ten mężczyzna. Miał nagą pierś, przykryty był do pasa, ale widziałam jedynie lekki zarys mięśni. Spojrzałam na pierś i znów poczułam to samo przerażenie, które towarzyszyło mi we śnie. Nic tam nie ma, nic, na pewno nic... ale nim się uspokoiłam, moje ciało samo się poruszyło. Pochyliłam się, jakby chcąc zobaczyć więcej, a kosmyk moich włosów opadł na jego twarz. Była to dosłownie sekunda, może nawet krócej. Obudził się, jak zrywający się do lotu ptak. Nawet w ciemności jego oczy wydawały mi się tak wyraźne, zachwiałam się i opadłam, wspierając dłoń na jego piersi, czując teraz, że nie ma tam żadnej rany. Tylko, że dosłownie w tym samym momencie na moim nadgarstku zaciśnięte były już jego palce. Nim zdążyłam się odezwać, poczułam, jak moje nogi odrywają się od podłoża, jak moje ciało zostaje przerzucone na posłanie. Nie wiem jak to zrobił, kiedy wyciągnął ostrze, które przystawił mi do szyi, kiedy zdążył perfekcyjnie przytrzasnąć mnie pod swoim ciałem, łapiąc moją dłoń nad moją głową. 
       Jeśli wcześniej byłam przerażona, to teraz dopiero moje serce waliło, jak młotem. Zdążyłam już pisnąć, bądź wrzasnąć? Chyba nie... chyba mój głos ugrzązł gdzieś bardzo głęboko. Może zostawiłam go w swoim namiocie. Pewnie wypadało się wytłumaczyć, albo przynajmniej powiedzieć, że to tylko ja i nie mam złych zamiarów. Zamiast tego dotarło do mnie coś ważniejszego. Był tutaj, co prawda nade mną, zbyt blisko, by ktoś mógł nas w takiej sytuacji zobaczyć, ale był. I to jego oczy na mnie patrzyły. Należały do niego i górował silny, zdrowy, niczym niezagrożony. Mimo ostrza odetchnęłam pierwszy raz z ulgą, chociaż moje ciało nadal się trzęsło, na tyle na ile jego zablokowanie mnie pozwalało. 
       - Bogowie, nic ci nie jest... - wyszeptałam, jakbym od kilku lat nic nie mówiła i nie miała kropli wody w ustach. - Bałam się tak okrutnie - dodałam po chwili, a ciało zaczęło się trząść mocniej, jakby teraz zeszła ze mnie całkowicie adrenalina i pozostał jedynie strach. 
       - Boję się... że nadchodzi coś złego. Muszę cię pilnować, to pewne - szeptałam dalej, ale chyba bardziej mówiąc do siebie, niż do niego. Jakby w jakimś transie, jakbym sama sobie przekazywała ważne informacje. Na moment przymknęłam oczy. Otwierając je nieco lepiej zdawałam sobie sprawę z tego gdzie jestem i co się dzieje. Doskwierał mi kosmyk włosów, może ten sam, który go obudził, a teraz przyczepił się do moich warg, ale nie miałam jak go odsunąć, bo wciąż nie panowałam nad swoimi dłońmi. 
    
   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/