niedziela, 18 lutego 2018

CLXXVIII



        Gdyby była jakąkolwiek inną dziewczyną, nie zastanawiałbym się w tej sytuacji ani chwili. Instynkty wodziły mną niezawodnie, bo sam doskonale wiedziałem, do czego mnie prowadzą i czego w tej chwili chce – nie tylko moje – ciało.
        Błysk przed oczami. Ruchomy cień na ścianie namiotu. Pocałunek. Ekscytacja i pożądanie. Biurko, rozrzucone papiery. I ta bliskość, która sprawiała, że moje ręce nie potrafiły znaleźć dla siebie odpowiedniego miejsca. Ukłucie w klatce piersiowej. Brak oddechu. Urywane sapnięcie, kiedy dziewczyna znalazła się na twardej desce blatu.
        A później to słowo, jedno imię. Zareagowałem szybko i instynktownie, choć w mojej głowie nie zdążyła się pojawić nawet jedna myśl. Nie było podejrzliwości, ani świadomości, że Esja zawoła tu swoją służkę. Nawet nie zdążyłem zastanowić się, czy to wszystko jest tylko jednym, wielkim podstępem, który miał na celu pozbawienie mnie wszystkiego, co posiadam. Nie. Był tylko urywany oddech i zaskoczenie, a później już nic więcej, bo kapłanka dodała resztę słów. Zaskoczenie minęło tak szybko, jak się pojawiło, a na jego zastępstwo wpłynęło coś innego.
        Kara. Niekoniecznie delikatne, ale nie wymierzone w próg bólu ugryzienie płatka ucha wydawało mi się odpowiednią na skalę tego przewinienia. Wszystko inne ponownie wyparowało i zostaliśmy sami, wraz z tym meblem, który przyjemnie łaskotał moją wyobraźnię. Służąca odeszła, ale zdążyłem też zapomnieć już, że w ogóle istniała, że stała przy wejściu do namiotu, a nawet fakt, że z pewnością słyszała naszą wcześniejszą kłótnię. Teraz to się nie liczyło. Teraz rozsądek nie miał pierwszeństwa, a jedynie dzikie pragnienie. Ciało Esji było rozgrzane, a nagie uda oplatały moje nogi odziane w zbroję. Nadal niewyczyszczoną. I być może faktycznie ciągle śmierdziałem krwią, walką i śmiercią. Pochyliłem się w dół, wsuwając nos w jej włosy, jakbym chciał przesiąknąć tym zapachem. Jakby był moim uzdrowieniem i rozgrzeszeniem, które nadawaliśmy sobie sami, bez zbędnej intencji boskiej.
        W końcu odsunąłem się na odległość wystarczającą, żeby spojrzeniem odszukać jej twarz, a oddechem jednocześnie omieść szyję i obojczyki, które odsłoniła przypadkowo zsunięta z ramienia koszula. Pod cienkim materiałem klatka piersiowa szybko unosiła się i opadała, a jej twarz była cała zatopiona w głębokiej czerwieni, której nie ukrywał nawet półmrok.
        Zaśmiałem się krótko, chrapliwie słysząc jej słowa i wydawało mi się nawet, że wiem do czego zmierza, chociaż nadal skryta pod całunem nieśmiałości. Sam rozejrzałem się dookoła, ale tylko pobieżnie, nie zwracając wcale uwagi na otoczenie. W taką grę teraz gramy? Tak się będziemy bawić?
        — Robisz się zaskakująco przebiegła — zauważyłem, unosząc jedną brew ku górze. Czerwone tęczówki nie odpuszczały tym jasnym, wpatrzone bez zażenowania. Zacisnąłem palce jednej dłoni na jej udzie, tym razem nie boleśnie, ale dotkliwie. A później mocniej naparłem na drewniany mebel tak, że ten zaszurał po podłodze, przesunięty odrobinę w tył. — Każesz przygotowywać kąpiel, a potem starasz się uciec ze swojego namiotu. Mógłbym wręcz pomyśleć, że chciałabyś wejść do tej wanny ze mną — dodałem wręcz śpiewnie, bardzo dobrze bawiąc się i odnajdując w tej sytuacji. Nie tylko ona jedna potrafiła zwodzić, kręcić i próbować wyjść na swoje. — Czyż nie tak, najświętsza Esjo? Chcesz zażyć kąpieli razem ze mną?
        Wiele rzeczy robiłem dla własnej przyjemności. Właściwie większość z akcji, jakie podejmowałem były ku własnej uciesze, bez żadnego zysku dla przeciwnej strony. Teraz było tak samo. Zmieszanie i niepewność były bardzo miłym deserem dla mojego ego, zwłaszcza że przed chwilą podobny chwyt został zastosowany na mnie. Podobała mi się ta konkurencja. Jedna z niewielu ostatnio, w której nie wygrywałem z lekką łatwością.
        — W takim razie będę czekać już w kąpieli — zaznaczyłem w taki sposób, żeby nie mogła odczytać tego jako żartu, ale także nie do końca poważnie.
        Zacząłem zwracać uwagę na otoczenie dopiero, kiedy odsunąłem się od biurka, podniosłem swój hełm, poprawiłem naramienniki. Było cicho, ale nie niebezpiecznie. W oddali roznosiły się odgłosy charakterystyczne dla obozu, jęk stali, rozmów, a nawet śmiechów. Powoli wracały do mnie wszystkie zmysły, które wcześniej zostały wyłączone. Odwróciłem się, zostawiając ją na blacie tak, jak wcześniej sam ją na niego rzuciłem, po czym wyszedłem z namiotu, a na mojej twarzy dałoby się odczytać zadowolenie z siebie. Szybkim krokiem przemierzyłem obóz i wszedłem do swojego namiotu z pewnym rozpędem. Faktycznie, była tam już służąca, która przygotowywała kąpiel. Skłoniła się głęboko, kiedy tylko wszedłem. Zignorowałem jej obecność.
        Czy naprawdę przyjdzie?, przebiegło mi przez myśl. Zatrzymałem się przy komodzie i zacząłem rozpinać poszczególne elementy zbroi. Ktoś za moimi plecami się krzątał, dołączyła także druga osoba, ale w ogóle nie poświęciłem temu uwagi. Kroki i sposób chodzenia wystarczyły, żeby stwierdzić, że nie jest to Esja. Nie delikatne pantofelki, wyrafinowany chód, a ciężkie, niezgrabne w brzmieniu kroki. Czy uzna moje wyzwanie i podejmie rękawicę? A co więcej, czy naprawdę zamierzałem sam rzucić jej takie wyzwanie? W pomieszczeniu nagle uniosły się kłęby pary wodnej. Wrzątek dolany do miedzianej wanny syczał przyjemnie w styku z chłodnym metalem, służki szeptały między sobą co kilka chwil. Zrobiło się cieplej. Stalowe nagolenniki opadły z brzdękiem na podłogę, ktoś syknął zaskoczony tym dźwiękiem.
        Obróciłem się przodem do wnętrza. Były w nim dwie kobiety, obie odziane w proste, praktycznie szaty służących, obie przygotowywały kąpiel. Pozbyłem się ostatnich partii zbroi, a później także reszty odzienia. Czułem zmęczenie w mięśniach i pot oraz krew na swoim nagim ciele. Kąpiel będzie istnym wybawieniem. Cóż, powinienem stosownie podziękować kapłance, jeżeli się pojawi.
        Do wody dosypano odrobinę proszku, który spienił się niemal natychmiast i wypełnił namiot przyjemną, kręcącą w nosie wonią. Obecność tych kobiet w ogóle nie odbijała na mnie żadnego wrażenia. W końcu były tylko służbą. Kimś niewidocznym, niesłyszalnym, kimś, do kogo jedynie wypowiada się rozkazy i oczekuje, że zostaną jak najszybciej wykonane. Przeszedłem nad rozrzuconymi w nieładzie częściami garderoby. Bose stopy doskonale wyczuwały każdą nierówność w deskach podłogowych. Powietrze zaszło mgłą, a woda kusiła, żeby się w niej zanurzyć i zmyć z siebie brud tego dnia.
      — Możecie odejść — mruknąłem, na wypadek, gdyby zdecydowały się zostać. Po chwili namysłu stwierdziłem, że z pewnością lepiej będzie je odprawić. — Całkiem. Poślę kogoś, kiedy skończę brać kąpiel.
      Zgięły się w pół i przemknęły do wyjścia. A ja powoli zanurzyłem się w ciepłej cieczy, która przyjemnie obejmowała moje ciało. Rozchlapana woda z pluskiem upadła na deski namiotu. Poczułem, jak mięśnie rozluźniają się, jak spływa z nich adrenalina, zostawiając wydestylowane zmęczenie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/