Gdyby była jakąkolwiek inną dziewczyną,
nie zastanawiałbym się w tej sytuacji ani chwili. Instynkty wodziły mną
niezawodnie, bo sam doskonale wiedziałem, do czego mnie prowadzą i czego w tej
chwili chce – nie tylko moje – ciało.
Błysk przed oczami. Ruchomy cień na
ścianie namiotu. Pocałunek. Ekscytacja i pożądanie. Biurko, rozrzucone papiery.
I ta bliskość, która sprawiała, że moje ręce nie potrafiły znaleźć dla siebie
odpowiedniego miejsca. Ukłucie w klatce piersiowej. Brak oddechu. Urywane
sapnięcie, kiedy dziewczyna znalazła się na twardej desce blatu.
A później to słowo, jedno imię.
Zareagowałem szybko i instynktownie, choć w mojej głowie nie zdążyła się
pojawić nawet jedna myśl. Nie było podejrzliwości, ani świadomości, że Esja
zawoła tu swoją służkę. Nawet nie zdążyłem zastanowić się, czy to wszystko jest
tylko jednym, wielkim podstępem, który miał na celu pozbawienie mnie
wszystkiego, co posiadam. Nie. Był tylko urywany oddech i zaskoczenie, a
później już nic więcej, bo kapłanka dodała resztę słów. Zaskoczenie minęło tak
szybko, jak się pojawiło, a na jego zastępstwo wpłynęło coś innego.
Kara. Niekoniecznie delikatne, ale nie
wymierzone w próg bólu ugryzienie płatka ucha wydawało mi się odpowiednią na
skalę tego przewinienia. Wszystko inne ponownie wyparowało i zostaliśmy sami,
wraz z tym meblem, który przyjemnie łaskotał moją wyobraźnię. Służąca odeszła,
ale zdążyłem też zapomnieć już, że w ogóle istniała, że stała przy wejściu do
namiotu, a nawet fakt, że z pewnością słyszała naszą wcześniejszą kłótnię.
Teraz to się nie liczyło. Teraz rozsądek nie miał pierwszeństwa, a jedynie
dzikie pragnienie. Ciało Esji było rozgrzane, a nagie uda oplatały moje nogi
odziane w zbroję. Nadal niewyczyszczoną. I być może faktycznie ciągle
śmierdziałem krwią, walką i śmiercią. Pochyliłem się w dół, wsuwając nos w jej
włosy, jakbym chciał przesiąknąć tym zapachem. Jakby był moim uzdrowieniem i
rozgrzeszeniem, które nadawaliśmy sobie sami, bez zbędnej intencji boskiej.
W końcu odsunąłem się na odległość
wystarczającą, żeby spojrzeniem odszukać jej twarz, a oddechem jednocześnie
omieść szyję i obojczyki, które odsłoniła przypadkowo zsunięta z ramienia
koszula. Pod cienkim materiałem klatka piersiowa szybko unosiła się i opadała,
a jej twarz była cała zatopiona w głębokiej czerwieni, której nie ukrywał nawet
półmrok.
Zaśmiałem się krótko, chrapliwie
słysząc jej słowa i wydawało mi się nawet, że wiem do czego zmierza, chociaż
nadal skryta pod całunem nieśmiałości. Sam rozejrzałem się dookoła, ale tylko
pobieżnie, nie zwracając wcale uwagi na otoczenie. W taką grę teraz gramy? Tak
się będziemy bawić?
— Robisz się zaskakująco przebiegła —
zauważyłem, unosząc jedną brew ku górze. Czerwone tęczówki nie odpuszczały tym
jasnym, wpatrzone bez zażenowania. Zacisnąłem palce jednej dłoni na jej udzie,
tym razem nie boleśnie, ale dotkliwie. A później mocniej naparłem na drewniany
mebel tak, że ten zaszurał po podłodze, przesunięty odrobinę w tył. — Każesz
przygotowywać kąpiel, a potem starasz się uciec ze swojego namiotu. Mógłbym
wręcz pomyśleć, że chciałabyś wejść do tej wanny ze mną — dodałem wręcz
śpiewnie, bardzo dobrze bawiąc się i odnajdując w tej sytuacji. Nie tylko ona
jedna potrafiła zwodzić, kręcić i próbować wyjść na swoje. — Czyż nie tak,
najświętsza Esjo? Chcesz zażyć kąpieli razem ze mną?
Wiele rzeczy robiłem dla własnej
przyjemności. Właściwie większość z akcji, jakie podejmowałem były ku własnej
uciesze, bez żadnego zysku dla przeciwnej strony. Teraz było tak samo.
Zmieszanie i niepewność były bardzo miłym deserem dla mojego ego, zwłaszcza że
przed chwilą podobny chwyt został zastosowany na mnie. Podobała mi się ta
konkurencja. Jedna z niewielu ostatnio, w której nie wygrywałem z lekką
łatwością.
— W takim razie będę czekać już w
kąpieli — zaznaczyłem w taki sposób, żeby nie mogła odczytać tego jako żartu,
ale także nie do końca poważnie.
Zacząłem zwracać uwagę na otoczenie
dopiero, kiedy odsunąłem się od biurka, podniosłem swój hełm, poprawiłem
naramienniki. Było cicho, ale nie niebezpiecznie. W oddali roznosiły się
odgłosy charakterystyczne dla obozu, jęk stali, rozmów, a nawet śmiechów.
Powoli wracały do mnie wszystkie zmysły, które wcześniej zostały wyłączone.
Odwróciłem się, zostawiając ją na blacie tak, jak wcześniej sam ją na niego
rzuciłem, po czym wyszedłem z namiotu, a na mojej twarzy dałoby się odczytać
zadowolenie z siebie. Szybkim krokiem przemierzyłem obóz i wszedłem do swojego
namiotu z pewnym rozpędem. Faktycznie, była tam już służąca, która przygotowywała
kąpiel. Skłoniła się głęboko, kiedy tylko wszedłem. Zignorowałem jej obecność.
Czy naprawdę przyjdzie?, przebiegło mi
przez myśl. Zatrzymałem się przy komodzie i zacząłem rozpinać poszczególne
elementy zbroi. Ktoś za moimi plecami się krzątał, dołączyła także druga osoba,
ale w ogóle nie poświęciłem temu uwagi. Kroki i sposób chodzenia wystarczyły,
żeby stwierdzić, że nie jest to Esja. Nie delikatne pantofelki, wyrafinowany
chód, a ciężkie, niezgrabne w brzmieniu kroki. Czy uzna moje wyzwanie i
podejmie rękawicę? A co więcej, czy naprawdę zamierzałem sam rzucić jej takie
wyzwanie? W pomieszczeniu nagle uniosły się kłęby pary wodnej. Wrzątek dolany
do miedzianej wanny syczał przyjemnie w styku z chłodnym metalem, służki
szeptały między sobą co kilka chwil. Zrobiło się cieplej. Stalowe nagolenniki
opadły z brzdękiem na podłogę, ktoś syknął zaskoczony tym dźwiękiem.
Obróciłem się przodem do wnętrza. Były
w nim dwie kobiety, obie odziane w proste, praktycznie szaty służących, obie
przygotowywały kąpiel. Pozbyłem się ostatnich partii zbroi, a później także
reszty odzienia. Czułem zmęczenie w mięśniach i pot oraz krew na swoim nagim
ciele. Kąpiel będzie istnym wybawieniem. Cóż, powinienem stosownie podziękować
kapłance, jeżeli się pojawi.
Do wody dosypano odrobinę proszku,
który spienił się niemal natychmiast i wypełnił namiot przyjemną, kręcącą w
nosie wonią. Obecność tych kobiet w ogóle nie odbijała na mnie żadnego
wrażenia. W końcu były tylko służbą. Kimś niewidocznym, niesłyszalnym, kimś, do
kogo jedynie wypowiada się rozkazy i oczekuje, że zostaną jak najszybciej
wykonane. Przeszedłem nad rozrzuconymi w nieładzie częściami garderoby. Bose
stopy doskonale wyczuwały każdą nierówność w deskach podłogowych. Powietrze
zaszło mgłą, a woda kusiła, żeby się w niej zanurzyć i zmyć z siebie brud tego
dnia.
— Możecie odejść — mruknąłem, na wypadek,
gdyby zdecydowały się zostać. Po chwili namysłu stwierdziłem, że z pewnością
lepiej będzie je odprawić. — Całkiem. Poślę kogoś, kiedy skończę brać kąpiel.
Zgięły się w pół i przemknęły do wyjścia.
A ja powoli zanurzyłem się w ciepłej cieczy, która przyjemnie obejmowała moje
ciało. Rozchlapana woda z pluskiem upadła na deski namiotu. Poczułem, jak
mięśnie rozluźniają się, jak spływa z nich adrenalina, zostawiając
wydestylowane zmęczenie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz