sobota, 17 lutego 2018

CLXXVII



       Wysłuchałam go, wiedząc doskonale, że ma rację. Wiedziałam o tym już w chwili, w której żądałam od niego tej kłamliwej obietnicy. Czy poczułabym sie lepiej, gdyby mi uległ? Na chwilę, na moment, poczuć lekkość, której chyba nigdy nie poznałam, ale za którą tęskniłam. To było głupie, miał racje, naiwnie chciałam czegoś, co miało zamydlić moje własne oczy. 
       Lekko zawstydzona, nie powiedziałam nic, czekałam. Czułam się jednak lepiej, wiedząc, że nie wyszedł. Nawet jeśli byłam zażenowana swoim wybuchem i kilkoma słowami, których mogłam nie wypowiadać pod wpływem emocji, to wolałam, aby był tu i widział mnie taką niedoskonałą, niż żeby mnie zostawił.
       Uczono mnie tak wiele. Mogłabym zawstydzić niejednego kronikarza swoją wiedzą, a jednak nie nauczono mnie przy tym tak wiele. Tego ile może znaczyć człowiek. Nie, nie ile warte jest życie ludzkie. Ludzie dzielą się na wiele podgrup, które cechują ich wartość. Nie nauczono mnie ile może znaczyć jedna osoba dla drugiej, kiedy obierze się status, pozycje, role, przeznaczenie, wierzenia. Ile poza światem mają dla siebie znaczenia dwie istoty. Nie byliśmy idealni. Bogowie, ile w nas było złych cech, tego nie da się zmierzyć. Wybaczcie mi piękni panowie tego świata, stworzenia, że tak zawiodłam. Postawiliście go na mojej drodze, takiego okrutnego, złego, jak cienie, których bałam się w dzieciństwie. Zrobiliście co mogliście bym się go brzydziła, bym nie zapominała kim jestem. Jednakże byłam zatrutym owocem. Pięknym, zachęcającym, ale jad, nie sok ściekał z miąższu. 
       Jego dłoń w moich włosach idealnie zgrała się z mymi myślami. Jakby mówił "tak, jesteś grzesznicą i nie, nie będziesz święta. Za daleko wypłynęłaś, by teraz wracać na brzeg. Utoniesz tutaj ze mną i jeszcze sprawię, że z łapczywością będziesz połykać każdą porcję lodowatej wody". Ja natomiast stałam i falowałam tak, jakbym nie widziałam nic złego w tym wszystkim. Odsunął mój wzrok od wszystkiego, co złe, tylko nie od siebie. Miał racje. Jego okrucieństwo mnie przyciągnęło. Na jedyne usprawiedliwienie, och bogowie, by wybielić fragment mej przegniłej duszy, miałam jedną prawdę. Przyciągnęło mnie okrucieństwo, które chciałam w nim zabić. Naprawdę, nie wiem kiedy to on zaczął pochłaniać mnie i z naszej dwójki nigdy nie wydawał się mieć wyrzutów sumienia. 
       Spojrzałam posłusznie w jego oczy. Zmusił mnie do tego. 
       Rozchyliłam usta słuchając jego deklaracji. Okrutnej. Szczerej. Dalekiej od czegoś, co można określić mianem romantyczności. Powinnam się bać tych słów, bądź oburzyć. Może nawet był jeszcze głos, z tyłu głowy, była obręcz, która paliła, podobnie jak mój znak, bardziej, niż zwykle. Wszystko to krzyczało może, bym nie dała się mamić, wyciągało po mnie jasne, czyste dłonie. Niczym niesplamione, bo był jeszcze czas bym się opamiętała. Nie potrafiłam jednak zrezygnować z tych oczu, z zapachu krwi, z niego. Z całym bagażem okrucieństwa, siły, niechęci do kompromisów. 
       Oddychałam szybciej. Oboje o tym wiedzieliśmy. On był taki opanowany w tej chwili. Jakże to niesprawiedliwe. Te jego opanowanie. To ile emocji potrafi przemycić w jednym zdaniu, kiedy z moich ust padają ich tysiące, nie wywołując tak wiele. 
       Uśmiech. Gdy w końcu obiecał. Nie, nie obiecał, ale zgodził się ze mną. Uśmiech dziecięcy, nieodpowiedni do tej sytuacji, ale nie mogłam tego wiedzieć w chwili, w której się pojawił. Zaraz jednak nie było po nim śladu. Były szeroko otwarte oczy, wyraz oburzenia, tak naturalnego, gdy wyrażał się o sprawach boskich w taki sposób. Szeroko otwarte oczy i uśmiech... mogłyby ze sobą rywalizować w szybkości, z jaką znikały. Tak mieszał moimi emocjami. Nie musiał rozkazywać, bym była gliną pod jego palcami. 
       Okrutny. 
       Zachłysnęłam się pocałunkiem. Trochę bolesnym, przyjemnie nieprzyjemnym, miękko twardym, boleśnie leczniczym. Westchnęłam głośniej, wyginając się bardziej, dając mu lepszy dostęp, uginając się pod nim i chociaż nie miałam na to dowodów, wiedziałam, że mu się to podoba. Lubił władać. Potęga dawała mu satysfakcję, a teraz... kiedy jeszcze chwilę temu wierzgałam, musiał jej czuć bardzo dużo, gdy z pokorą układałam się pod jego dotykiem. 
       Nie wiem kiedy się obróciliśmy, ale poczułam jak się odchylam bardziej, unoszona, opadająca na twarde i wyczyszczone przeze mnie biurko. Wcale nie opadłam na nie miękko. Jęknęłam wręcz, gdy kości łopatek i ogonowa uderzyły o drewnianą nawierzchnię, a mój głos zmieszał się ze szczekaniem fragmentów jego zbroi. Czułam pieczenie i chęć ucieczki. Nie fizycznej, po prostu znalezienia się nagle daleko stąd, bez drogi, bez pakowania. Teraz, zaraz i wiedziałam, że jest to możliwe, jakby szeptał mi do ucha, że mógłby dać mi ucieczkę, a ja nie rozumiałam i równocześnie cierpiałam, bo znałam prawdę. Mógłby, ale mi jej nie da. Chcieć czegoś i nie wiedzieć czego? Oddychałam szybciej, od dreszczy. Wydawało mi się, że czułam uśmiech na wargach, ale oczy miałam zamknięte. 
       - Mila! - zawołałam, chcąc, żeby mój głos zabrzmiał normalnie. Udało mi się wtrącić to słowo w chwili, w której Nevan na moment odstąpił od moich warg. Poczułam jak się spina. Och? Czy jak mimowolnie doprowadziłam do czegoś, co głupiec mógłby uznać za strach? Nie, to nie było tak silne, ale zawahanie na pewno. Świadomość, że się zawahał przede mną... uśmiechnęłam się triumfalnie, widział to przez ułamek sekundy, bo nie trwało to wszystko dłużej. Następie polik przycisnęłam do drewna, patrząc w storę wyjścia. - Idź sprawdzić co z rannymi - dodałam szybko, nim służka zdążyła pomyśleć, że powinna wyjść. Poczułam też, że mężczyzna świadomy tego, że nie wołam jej tutaj natychmiast się rozluźnił. - Następnie upewnij się, że w namiocie oficera przywita go bala gorącej kąpieli - dodałam i gdy usłyszałam cisze "jak sobie życzysz najświętsza", wiedziałam już, że dziewczyna odeszła. Akurat w chwili, w której pisnęłam, zaskoczona czując ugryzienie na uchu. 
       Zarumieniłam się natychmiast. Zamrugałam. Chciałam odciągnąć polik od blatu mebla, spojrzeć na niego, ale twarz mężczyzny uniemożliwiała mi ten ruch. Kolejne ugryzienie. To kara za wołanie służki..? A może nie kara. Westchnięcie. Dreszcze. Poruszyłam się pod nim, ponownie przymykając oczy. 
       - Nie chcę, żebyś wychodził z tego namiotu - powiedziałam z trudem. - Nawet jeśli śmierdzisz krwią - dodałam, chociaż przez niego sama nie mogłam być w dużo lepszym stanie. Otarłam udem o jakiś wystający kawałek zbroi i syknęłam znów z bólu. Teraz dopiero mogłam na niego spojrzeć i znów dłonie położyć na bokach jego twarzy. Wsunęłam je w jego włosy, gdy zmieniał nieco pozycję, aby wesprzeć się na łokciach po moich bokach. Stal nieprzyjemnie zgrzytnęła o drewno. - Poza tym... Co jak prześpię wasz wymarsz? Chcę się pożegnać. Myśl, że nie będę mieć szansy może sprawić, że nie zasnę tej nocy, a muszę mieć dużo siły, aby się o ciebie modlić - kręciłam. Kręciłam słowami wokół czegoś, czego bardzo chciałam, ale nie powinnam sięgać. Próbowałam grać, nadal ciężko oddychając, nadal rumieniąc się przez jego bliskość, dotyk, zapach. 
       Odwróciłam wzrok, gdy zdałam sobie sprawę o co mi chodzi. Znów przycisnęłam polik do blatu, wodząc spojrzeniem po namiocie. 
       - Okropny bałagan tu zrobiliśmy - mruknęłam, nie przejmując się tym, że może jego udział w bałaganie był mniejszy, niż mój. - Jaki oficer każe mieszkać kapłance w takich warunkach? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/