Miedziana wanna była jeszcze zimna,
kiedy oparłem się o węższy brzeg plecami. Nie była duża; musiałem podwijać
nogi, żeby się w niej zmieścić, ale była już czymś więcej, niż mieli inni
przeciętni żołnierze w tym obozie. Była być może nawet luksusem, z którego nie
powinienem robić zbyt częstego użytku. Przyzwyczajanie się do wygód nigdy nie było
czymś, co sobie chwaliłem. Raczej adaptacja do niewygodnej sytuacji miała w
moich oczach znacznie większe znaczenie. Wrząca jeszcze przed chwilą woda
parowała na całej swojej powierzchni. Początkowo parzyła mnie w każdy nerw,
każdy centymetr skóry, ale teraz ochłonęła na tyle, że była bardziej niż
przyjemna. Metal również zaczął się nagrzewać. Wysunąłem nogi nieco naprzód,
ale mimo wszystko kolana nadal wystawały mi ponad powierzchnię bielejącego od
detergentów płynu.
Oparłem się wygodnie i zamarłem w
bezruchu, w oczekiwaniu. Czekałem, jakbym wiedział, że tu przyjdzie, że chociaż
niekoniecznie wzięła moje słowa na poważnie, to przyjdzie tutaj, bo właśnie
tego przecież chciała. Odchyliłem głowę do tyłu i położyłem potylicę na
zakrzywionym brzegu owalnej wanny. Było upiornie gorąco. Teraz już nie tylko
sama woda, ale także moja skóra parowała w przestrzeń namiotu. Zanurzyłem jedną
dłoń pod wodą, a drugą położyłem również wygodnie na brzegu.
W obozie, co dało się słyszeć nawet
stąd, panował przyjemny jak na tą porę gwar. Żołnierze bawili się, świętowali
pierwsze zwycięstwo w pierwsze prawdziwej walce od dawna. Ale tutaj, w swojej
małej świątyni byłem tylko ja i wydawało mi się, że moja obecność i moje myśl
wypełniają szczelnie całą przestrzeń wewnątrz namiotu. Widzialność zmalała
przez parę wodną. Czekałem, bo wiedziałem, że nie przejdzie obojętnie.
Chociażby z samej ciekawości. Wystawienia charakteru na próbę. Żeby sprawdzić
siebie i mnie. A ja, cóż. Byłem gotowy, w bezruchu, w napięciu wpatrując się w
miejsce, w którym mogłaby się pojawić.
I faktycznie. Wydawało mi się, że
wyłapałem ruch materiału, a kilka chwil później rozległo się pukanie.
Wiedziałem, że to ona. Byłem przekonany, choć nie dostałem na to żadnego
dowodu. Z ostrożnością godną zwierzyny na polowaniu – aby nie wydać żadnego
niepożądanego dźwięku ciała ślizgającego się po mokrym metalu – podniosłem
głowę tak, żeby skierować spojrzenie z sufitu na mojego gościa.
Przyszła, weszła do środka, ale nie
patrzyła na mnie. Uśmiechnąłem się kpiąco, jakbym właśnie wygrał jakiś ważny
zakład. Trwało to nie dłużej, niż ułamek sekundy.
Czy dostrzegła ten gest? Jej pytanie
wskazywało, że tak, ale nie miałem pewności. Mimo wszystko wyciągnąłem powoli,
z cichym chlupotem dłoń spod wody i ułożyłem ją podobnie jak drugą, na brzegu
wanny. Niedługo myślałem nad odpowiedzią. Przyszła do moich ust spontanicznie.
— Tylko odrobinę, kapłanko — odparłem
prosto, niezbyt głośno. Kryła się w tym prawda, ale nie cała. Całej ona nie
musiała znać, jeszcze nie tutaj, nie teraz. Teraz była ta gra, sparing
charakterów i słów, których tym razem nie wybieraliśmy, żeby ranić siebie
nawzajem. — Nie martw się, wiem, że jesteś wychowana w odizolowaniu, w
porządnej świątyni, w dobytku wybudowanym i poświęconym samych bogów — czy to
była prowokacja? Właściwie sam zrozumiałem ją późno, kiedy przestąpiła kilka
kroków w moją stronę, kiedy wbiła we mnie spojrzenie, jakby chciała mi i przede
wszystkim sobie udowodnić, że to jest zupełnie w porządku. Z przyjemnością
oglądało mi się, jak stara się zaadoptować do tej nowej, niewygodnej sytuacji. —
Wiem więc, że nie proponowałaś wspólnej kąpieli.
Zebrałem w sobie siły i podniosłem się,
żeby teraz siedzieć pochylonemu w przód, w stronę nóg, w kierunku Esji, która
podchodziła niepewnie, jakby niepewna moich zamiarów. Mądra dziewczyna. Bo co,
gdybym tak po prostu złapał ją i wciągnął do siebie do wanny?
— Możemy zostawić biznes na rano? — Nie
była to prośba. Raczej sugestia, poza tym nie skomentowałem jeszcze jej
wcześniejszej prośby.
W gruncie rzeczy zdawałem sobie sprawę,
że nie mogę jej tego zabronić. Po pierwsze dlatego, że i tak nie będę w stanie
tego skontrolować, a po drugie z pewnością nie posłuchałaby takiego zakazu. No
i ostatecznie, nie miałem w tym żadnej swojej sprawy, żeby ją przed tym
powstrzymać.
— Powinnaś zdjąć płaszcz — poradziłem,
z premedytacją zniżając ton głosu. Wyciągnąłem także w jej stronę rękę; wręcz
zapraszająco. Jak bardzo zapraszający może być drapieżnik, który zastawił na
swoją ofiarę zasadzkę, i teraz stara się ją do niej zwabić. — Szkoda, żeby
zmókł. Koszulę także, bo nie będziesz miała w czym spać — dodałem, unosząc
brwi. Bez uśmiechu. Zupełnie poważnie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz