W tytułach było coś dziwnego, szczególnie między nami. Tyle osób mówiło do mnie kapłanko, a kiedy robił to Nevan, miałam wrażenie, że to najbardziej pozbawione świętości słowo, jakie występuje w naszym języku. Wydawało mi się, że niemalże płonie w jego wargach, gdy je wypowiada. Jest żywe, wisi w powietrzu, nakłada na mnie coś, czego nie do końca jestem w stanie pojąć i sama nie wiem, czy mi to przeszkadza, czy nie. Tak już z nim było, coraz trudniej rozumiałam, co mi powinno odpowiadać, a co nie powinno.
Rozsądnie byłoby się oburzyć. Jak mógł z taką lekkością przyznać, że go bawię? Nie miał w sobie za grosz manier! Miał ich bardzo dużo, wiedziałam o tym. Raz po nie sięgał, a innym razem, zapominał. Specjalnie, było to dziwnym zabiegiem, który miał coś na celu i bez wątpienia się sprawdzał. Znów mówił o bogach. Czcił ich gardząc nimi, a może bardziej na odwrót? Kolejny powód, by odejść z oburzeniem, a ja nadal trwałam. Cóż za protekcjonalność! Powinnam być pod wrażeniem? Byłam. Tego jednak nie zamierzałam mu mówić. Miał dość przewagi, dodawanie mu jej nie było mi na rękę. Też chciałam nad nim górować, złapałam się na tej myśli, ale tak trudno było mi to osiągnąć, tym bardziej, że on sam wiedział o wszystkim więcej. Znał odpowiedzi na pytania, których wstydziłam się zadać, a co najgorsze, wiedział doskonale, że chce poznać pewne rzeczy. Wiedział nawet lepiej ode mnie.
Skrzywiłam się lekko. Najpierw, gdy jego zmiana pozycji wywołała u mnie wzdrygnięcie, automatyczne odwrócenie spojrzenia i ciche sapnięcie. Trzy reakcje nad którymi nie umiałam zapanować i których już nie cofnę. Myślał, że nie czułam powagi tej sytuacji? Nie wiedziałam, co się dzieje? Jakie to niebezpieczne. To jest chyba najgorsze. Cały czas wiedziałam. Z każdym krokiem wiedziałam, że on chce bym stawiała te kroki, a ja nie powinnam ich stawiać. Wiedziałam, że działam według jego planu, a satysfakcja w nim musi wzrastać. Czemu więc to robiłam?
Fascynowała mnie jego potęga.
Fascynowało mnie to, ile potrafi. Och, u mnie w namiocie miał rację. Był okrutny i to mnie ciągnęło do niego. Tak, jak teraz... słyszałam kiedyś taką historię. O widowiskowym wyroku na kobietach. Kiedy najpierw wmusza się w nie narkotyk, który omamia ich zmysły, następnie wypuszcza na scenę z jadowitymi wężami, a one same do nich podchodzą, biorą je w ramiona i pozwalają się kąsać tak długo, jak długo gadom trzeba, by wycisnąć z ofiary ostatnie tchnienie. Byłam teraz właśnie taka. Otumaniona czymś słodkim, ale nikt we mnie tego nie wmuszał... tak przynajmniej mi się wydaje. Chociaż nie mogę mieć pewności, ile razy postąpiłam już tak, jak Tealvash sobie to zaplanował. Dlatego nie chciałam być celem łatwym, pionkiem o ustalonym z góry torze działania. Chciałam sprawiać problemy i budzić rozterki. By miał trudniej.
- Kiedy ty masz jakąś sprawę, to zawsze jest ona na już. Na teraz. - zauważyłam dobitnie, słysząc jego sugestię. Nie napierałam jednak. Póki była to sugestia mogłam uznać, że z dobrej woli przenosimy tą rozmowę na rano. Gdybym spierała się dłużej... cóż, wówczas to on podjąłby decyzję. Wiedziałam, że niezależnie od sił argumentów, Nevan często wyznaje brutalną zasadę "i tak będzie po mojemu". Jednakże... równocześnie wytrącił mi tą kpinę, ten powód dla którego podobno się tutaj stawiłam. Wiem, że od razu śmieszyła go moja wymówka, ale była czymś, czego mogłam się uchwycić. Ostatecznie zatrzymałam się więc, stojąc już praktycznie przy wannie, uznając, że jeśli nie będziemy rozmawiać o rannych, to powinnam wyjść. Czmychnąć nim było za późno.
Było już za późno.
Kolejne sapnięcie. Nie. Nie gdy mówił o płaszczu. Płaszcz był naturalny do ściągnięcia. Rozchyliłam wargi, widział, że zadrżałam pod tak oczywistymi, obdartymi z niedopowiedzeń słowami. Ton jego głosu zdawał się obijać o moje ciało. Tak, o ciało, nie o ubrania, jakbym już była wszystkiego pozbawiona.
Nie śmiał się. Dlaczego się nie śmiał? Nie uśmiechał? Dlaczego mówił tak poważnie, jakby już lepiej ode mnie wiedział, że wszystko pójdzie po jego myśli? Dlaczego?
Moje palce drżały, gdy rozpięłam klamrę znajdującą się w okolicach obojczyków. Płaszcze bardzo starannie zrzuciłam z ramion. Złożyłam na pół. Trzęsłam się. Wygładziłam. Przygryzałam usta. Znów złożyłam. Łapałam oddechy. Bardziej nie mogłam złożyć. Położyłam na krześle, które och nie, nie było daleko. Znów wygładziłam materiał, teraz leżący już na meblu. Ponownie. Jeszcze. Poprawiłam kolejny raz To śmieszne! Dłonie przestały się poruszać. Powiedz coś. Powiedz coś, Esjo!
Wodziłam wzrokiem. Byle nie on. Byle nie jego ciało, nie oczy. Och, jak one mnie w tej chwili przyciągały. Szeptały cichutko, bym spojrzała. Śmiały się ze mnie, wiedziały, że spojrzę. Chciałam spojrzeć. Spojrzałam. Znów pod jego dziwnym, przerażającym urokiem.
- Mogłabym... spać w twojej koszuli - zauważyłam. Złapałam się tej myśli, ale dotarło do mnie coś. Nie wyjdę dziś z tego namiotu. Jakie to oczywiste. Wiedziałam to jeszcze będąc u siebie. Nie wyjdę z tego namiotu i nie uniknę wylądowania w wannie. Będę tam. Będę w wodzie siedziała niepewnie, zyskując na pewności z każdą chwilą. Widziałam już to. Nie było wątpliwości, że do tego dojdzie. - Nie wolno mi - przypomniał jeszcze głos rozsądku.
Ile nagich kobiet widział? Tuziny? Jaka była najpiękniejsza? Będzie ją ze mną porównywał? Co za głupie myśli w takiej chwili. Odwróciłam się tyłem do niego, a przodem do krzesła na którym była już moja peleryna. Pochyliłam się. Mokre od w pośpiechu branej "kąpieli" kosmyki włosów połaskotały moją twarz. Nie musiałam tego u siebie robić. Mogłam przyjść brudna, nic by to nie zmieniło.
Odwiązałam powolutku wszystkie sznureczki. Podwijałam materiał koszuli centymetr po centymetrze. Kiedy w końcu przełożyłam go przez głowę, poczułam, że dostaję gęsiej skórki. Całe moje ciało się naciągnęło od dreszczy. Znów składałam powolnie materiał, niemalże wiedząc, który fragment mojej skóry w danej chwili ogląda mężczyzna. Wyprostowałam się, bałam się odwrócić przodem. Nie wiedziałam, jak ułożyć ręce, jak stanąć. Wejść od razu do wanny. Czekać? Włosy miałam na plecach. Mam je zarzucić do przodu? Tyle pytań. Cisza się przeciągała, był już zniecierpliwiony? A ja?
Spuściłam wzrok, odwracając się w końcu. Czerwona od rumieńców, z dłońmi lekko złączonymi z przodu z różową od ciągłego nadgryzania wargą. Miałam tylko włosy i obręcz na szyi. Serce mi się tłukło. Co ja robiłam? Oddech przyspieszał, dotknęłam brzegu wanny, ciesząc się, że ten przynajmniej nieco mnie zasłania. To nic nie da, widział wszystko. Co ja robiłam?
- Miał mnie taką oglądać tylko mąż - powiedziałam cicho, zawstydzona. Lekko ściągnęłam brwi. Drżałam nadal. Byłam zażenowana. Co jeśli coś go rozczaruje? Tyle głupich pytań. A jeśli to były tylko żarty? Jeśli nie powinnam była tego robić. On sam był nagi. - Kimkolwiek jest, żałosny jego los. Coś, co mu się należy zostało mu wydarte, nie czujesz winy? - zapytałam spokojnie i wtedy napotkałam w końcu na jego spojrzenie. Te już nie zatrzymało mnie na dłużej. Zjechało nieco niżej. Oblizałam wargi, znów zachłysnęłam się powietrzem.
- Chcę żyć ze świadomością, że zabrałeś temu człowiekowi wszystko, co mu się należało - powiedziałam nagle. Ależ to były słowa przepełnione czymś, czego u kapłanki być nie powinno. - Gdy będzie na mnie patrzył, napawając się fałszywym pierwszeństwem, chcę przykrywać wstręt wspomnieniem twoich spojrzeń. Gdyby się dowiedział, nawet w obliczu bogów, mógłby mnie wychłostać... - powiedziałam zgodnie z prawdą, odkrywając, że już nie stoję w nogach bali, a obok ramienia mężczyzny, muskając je swoimi palcami. Jakby urok i pewność prysły. Sapnęłam i zakryłam piersi, jakby to coś miało dać. Chciałam się odwrócić, coś zrobić. Dłoń ześlizgnęła się po jego śliskiej skórze. Pisnęłam cicho czując, że pochylam się za mocno, aż w końcu po łokieć zagłębiłam się w wodzie. Nie wsparłam się jednak o twarde dno, a o umięśnione udo. Spojrzałam mu prosto w oczy.
- Przepraszam, to wypadek - rzuciłam szybko, chcąc cofnąć dłoń, może nawet czmychnąć gdzieś daleko, zapominając, że jestem naga.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz