środa, 21 lutego 2018

CLXXXVI



        Brwi uniosły się lekko ku górze i był to jedyny widzialny wyraz mojej chwilowej konsternacji, kiedy dziewczyna powtórzyła kilka słów z mojego pytania. Nie poruszyła się, ja z resztą też nie, więc trwaliśmy tak przez chwilę i wydawało mi się, że to ona teraz chce rozdawać karty. Jak dobrze, że nigdy nie interesował mnie karciany hazard. Szybko zorientowałem się, że jest to chytre zagranie, które ma na celu odwrócenie naszych ról, ale mimo wszystko dałem jej początkowo cieszyć się tym ruchem.
        — I widzisz — zacząłem, odsuwając ją od siebie. Mój wzrok zupełnie świadomie ześlizgnął się po mlecznej skórze z twarzy na szyję, obojczyki, na okrągłe, jasne piersi i ich kształt, który zarysowywał się nad powierzchnią wody. Tym razem nie było to jednak żadne wykalkulowane zagranie, żaden wyreżyserowany podstępem ruch i nie miał niczego na celu. Po prostu przyglądałem się jej tak samo, jak ona mogła teraz przyglądać się mi. Stracony na chwilę wątek zaraz wrócił na mój język, zanim ona zdołała się po raz kolejny odezwać. —To dlatego właśnie wydaję ci zawsze same rozkazy. Bo jak zostawi ci się możliwość wyboru, od razu zaczynasz kombinować — skrzywiłem się nieco na te słowa. W moim głosie jednak nie było ani pogardy ani innego silnie negatywnego uczucia. Miało być wycelowane jako neutralna uwaga, choć może mój wyraz twarzy mógł mylić i wodzić, jak błędne wskazówki na szlaku. Sarkastyczny, nieszeroki uśmiech wyrażał z pewnością to, czego nie dodałem i czego nie zamierzałem wypowiadać.
        Zaskoczył mnie jednak jej nagły gest, a moje oczy rozszerzyły się lekko pod wpływem tej drobnej, tak naturalnej i niewymuszonej czułości. Nie znałem takich uczuć, takiej bliskości, która nie miała żadnych ukrytych pretekstów; ewentualnie taki, żeby zmienić temat, albo ukryć własne zmieszanie. Patrzyłem dlatego na nią otwartymi szerzej niż normalnie oczami, jakbym chciał rozszyfrować wartość takiej bliskości. Jakbym mógł ocenić, skąd się brała. Nikt wcześniej nigdy nie zbliżał się z taką beztroską. Tak blisko, ale po to, żeby od razu odskoczyć, zanim stanie się coś więcej. Czy mógłbym uznać, że Esja też jest w stanie mnie czegoś nauczyć? Albo dać coś, czego do tej pory życie mi oszczędzało? Wizja nie tyle nawet odrealniona, co po prostu nieswoja. Na szczęście dziewczyna sama przeskoczyła na inny temat i miałem nadzieję, że nie wrócimy już do tego. Przywołałem się do rozsądku, powoli przywróciłem swój zwyczajowy wyraz leniwej obojętności na twarz i skupiłem się na obserwowaniu tego, o czym mówiła.
        Mój wzrok jeździł po znaku równocześnie z jej słowami. Nie czekała na odpowiedź, której nie zamierzałem udzielić. Czy specjalnie unikałem dotykania tego znaku? Zamiast się zastanawiać, wypełniłem polecenie i wyciągnąłem w jej kierunku dłoń. Wydawało mi się, że poczuję coś, kiedy go dotknę – może jakiż znak, jakiś dreszcz, który ujawni mi, że wcale nie mam racji. Czy oczekiwałem takiego dowodu na to, że bogowie istnieją? Nic jednak się nie wydarzyło. I odetchnąłem w ulgą. Nie było żadnego dowodu na istnienie bogów. Żadnego. Z dłonią lżejszą niż jeszcze kilka chwil temu podążałem za jej głosem, za jej dłonią, wodziłem nią po znaku. Znad wody wystawały całe jej plecy, wraz z połową pośladów, na które znak zlał się już wcześniej. Przechyliłem nieco głowę i odkryłem, że interesuje mnie ten wzór. Nie tak chorobliwie, jak kapłanów i wszystkich niemal mieszkańców tego kraju, ale w jego powtarzalności i zawijasach kryła się hipnotyzująca, nieznajoma siła. W ciszy, którą przerywały tylko słowa opowieści kapłanki wodziłem dłonią i wzrokiem, jakby każdy z tych symboli krył w sobie coś nowego i innego, niż poprzedni, przed chwilą dotknięty.
        Dlaczego pojawiały się na ciałach kapłanek? Skąd pochodziły, mogły się jeszcze bardziej rozrastać? Rodzice w przeszłości zmuszali mnie do studiowania wielu ksiąg i naukowych pergaminów. Wiedziałem, z logicznej strony, że posiadaczka takiego znaku jest więcej warta, niż inne. Ludzie przypisywali pojawieniu się większej ilości ozdób większe siły nadprzyrodzone, ale jak dla mnie była to kwestia ogromnego nieszczęścia. Być traktowaną jako przedmiot, który bogata rodzina kupiła sobie na aukcji.
        Uderzyła mnie ta myśl, przyciągnęła ze sobą wspomnienia i obrazy, o istnieniu których wolałbym dawno zapomnieć. Puste spojrzenie przeniosło się teraz na zarumienioną twarz Esji, która znalazła się nieoczekiwanie blisko, a moje silne ramiona objęły jej drobne ciało. Faktycznie, zrobiłem tak, jak mi rozkazała. Ale mimo wszystko zostało we mnie piekące uczucie, nieprzyjemne jak konieczność połknięcia okropnego leku z egzotycznych roślin.
        Najpierw ręce zatrzymały się na lędźwiach, a później powolnie, leniwie i z ociąganiem wręcz zjechały w dół, na pośladki, zanurzyły się w wodzie. Później płynnie uda, kolana. Zwiększyła się między nami odległość. Czułem się tak, jakbym kradł coś, co do mnie nie powinno należeć, ale teraz ta świadomość nie upajała mnie tak, jak wcześniej. Mimo wszystko przesunąłem pod wodą po płaskim brzuchu, a później w równym rytmie także po jej piersiach i ramionach. Zatrzymałem mokre i pachnące mydłem dłonie dopiero po obu stronach jej twarzy. I miałem wrażenie, że muszę coś powiedzieć, jakoś wytłumaczyć swoje otępienie bez jednoczesnego zdradzania zbyt wiele. Nie, nie byłem gotowy na rozmowę o własnej rodzinie i być może nigdy się na to nie zdobędę.
        — W naszą rodzinę także ma wżenić się kapłanka — powiedziałem po prostu, a choć te słowa wydawały się tak płaskie, boleśnie płytkie i zupełnie pozbawione jakiejkolwiek emocji, to wypowiadanie ich było ciężkim zadaniem. Przytłaczającym. — Starszyzna mojego rodu zapłaciła za to małżeństwo horrendalną cenę, którą z resztą bardzo długo się chwalili — dodałem, wyginając usta w nieładnym grymasie, jakby dodatkowo wypluwając te słowa z odrazą.
        Na myśl o Ylvarenie i jego chorej satysfakcji z pozycji, jaką zdobędzie nie robiąc zupełnie nic, nie wydając na to własnego nawet grosza nie potrafiłem czuć nic innego, niż właśnie tej odrazy. Podobnie jak nie potrafiłem nazwać tych ludzi tak otwarcie moimi rodzicami. Nigdy nimi nie byli. A może byli, jeszcze zanim naszemu rodowi przytrafiły się złe, naprawdę złe rzeczy. Wydawało mi się, że w moich oczach płonie teraz nienawiść. Wystarczyło tak niewiele, jedno, marne wspomnienie. Tych kilka słów. Wiedziałem, że nie będę potrafił zapanować nad tym palącym, niszczycielski ogniem, że tylko czas sprawi, że płomienie zmaleją. A może sprawi, że ogień rozniesie się dalej, daleko, stanie się niemożliwy do powstrzymania? Pozornie i nonszalancko nie dbałem o to teraz.
        Odsunąłem się i wstałem, a później wyszedłem z ciepłej wody prosto na deski namiotu. Moje ciało ociekało wodą, a chociaż w namiocie było ciepło, to poczułem jak powietrze owija moje mokre ciało nieprzyjemnym chłodem.
        — Nie kąp się zbyt długo. Woda z pewnością jest już zbyt zimna, a nawet w tak ciepłym klimacie nocą nietrudno o chorobę — powiedziałem szorstko, nie zerkając na nią na dłużej, niż to było konieczne.
        Osuszyłem swoje ciało kawałkiem puszystego materiału, który wcześniej przyniosły służące. To od razu sprawiło, że zrobiło mi się mniej zimno. Choć tak naprawdę z nienawiścią płonącą wewnątrz mnie nie sposób było w ogóle poczuć różnicę. Zapaliłem dodatkową świecę, w namiocie zrobiło się od razu znacznie jaśniej. Odnalazłem swoje ubrania przełożone wcześniej przez oparcie krzesła stojącego obok wanny i założyłem je na siebie bez pośpiechu. Wszystko robiłem wręcz wolno i precyzyjnie, jakbym miał świadomość, że pośpiech może tylko dodatkowo wzniecić moje rozdrażnienie.
        Dopiero, kiedy byłem już odziany w lniane, lekkie spodnie uspokoiłem się na tyle, żeby zerknąć na młodą dziewczynę skuloną w wannie. Oczywiście, jej nie należał się ani ten humor ani żadne pretensje. Nie była winna temu, kim jest, tak samo jak nikt nie był winny moim uczuciom wobec brata oprócz mnie samego. Podszedłem do wanny i kucnąłem przy niej, jeszcze raz patrząc na rozległe znaki na jej plecach. Podążanie za ich wzorem uspokajało mnie znacznie.
        — Nie pracuj jutro zbyt ciężko przy rannych — poprosiłem. Choć była w tym ta twarda nuta, która wskazywała, że nie jest to tylko prośba. — Bo być może jak wrócę, będę chciał znów wziąć gorącą kąpiel, a jeśli będziesz zbyt zmęczona, żeby mi towarzyszyć?
        Nie zwykłem przepraszać. Nie, nigdy tego nie robiłem. Nie potrafiłem szczerze, a puste i sztuczne słowa niczego nie zmieniały.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/