Skronie pulsowały mi od przyspieszonej krwi, oddech był nierówny, tak ciężki do opanowania. Chyba nawet nie próbowałam nad nim panować. Jedyny dowód na to, że pozostawały we mnie jakieś resztki rozsądku, to fakt, że jedynie głębokie westchnięcia opuszczały moje usta. Chciałam krzyczeć, piszczeć, jęczeć, zawodzić. Wiedziałam jednak, że mi nie wolno. Nie mogłam wydać z siebie żadnego dźwięku. Po pierwsze nikt nie mógłby usłyszeć. Po prostu, nikt nie mógł. Po drugie... nie wiedziałam, czy to było na miejscu. Czy Nevan nie zrozumiałby czegoś opacznie. Musiałam nad sobą panować. Zbyt mało rozumiałam, a działo się tak wiele.
Płonęłam. Już chyba nie było to jedynie metaforą. Serce biło, jak szalone, dreszcze roznosiły się po moim ciele, wszystkie mając swoje źródło między udami, pod jego dotykiem. Jak on dotykał. Jakim cudem takie twarde od walki palce mogły dawać tyle rozkoszy? Skąd ta rozkosz, taki jej ogrom. Nigdy czegoś takiego nie czułam, byłam spragniona, oczarowana, a moje ciało bezwstydnie zaczęło się do niego dopasowywać. Przejął nad nim kontrolę, co za moc skrywa się w tym człowieku? Nie lubiłam tak o nim myśleć, ale w świetle naszych praw był heretykiem i pod jego dotykiem żywa świętość rozpływała się w grzechu. Czy tak to miało wyglądać? Teraz niekoniecznie się tym przejmowałam.
Było zbyt dobrze. Zbyt dobrze, aby coś takiego miało być prawdziwe. Obejmowało mnie to całą, pragnęłam każdego doznania, którego nie rozumiałam. Bałam się, że nastanie kiedyś kres tej przyjemności. To nie będzie trwało wiecznie, cały strach, który był wcześniej, teraz jedynie przemieścił się w inne obawy, obawy, że jednak zabierze rękę, oderwie ode mnie palce. Błagam, niech ich nie odrywa!
Wstrząsy... silniejsze. Inne, chociaż tak podobne. Wyrwały mnie z czegoś, wrzuciły w inny poziom doznań. Dreszcze już nie były dreszczami, były mruczeniem. Mruczałam i wiłam się, potulna, należąca do niego. Trzymał mnie dobrze, chociaż nie w ramionach. Leżałam na nim, wzdrygałam się, podnosiłam, znów opadałam. Zaczynało brakować sił, jakbym robiła coś niezwykle trudnego, a opadanie na siłach... okazało się sięganiem. Bez wątpienia po coś sięgałam. Było blisko, chciałam sięgnąć i zerwać. Coraz trudniej było opanować jęczenie, chociaż nic nie bolało. Wtedy też poczułam dłoń na moich ustach. Czy zrobiłam coś nie tak? Nie było czasu... nie było czasu myśleć. Proszę, teraz, już. Zerwać. Zerwać ten owoc, był, wisiał, jeszcze, nim opadnę z sił całkowicie.
Wiedział, musiał wiedzieć, co się ze mną dzieje. Wiedział lepiej, niż ja, nienawidziłam i uwielbiałam ten stan rzeczy. Już nie byłam w mocy jego wzroku. Nie widziałam nic, ale oczy miałam otwarte bez wątpienia. Było tylko to sięganie, moje biodra same zaczęły odpowiadać, teraz już nie słuchając mnie wcale. Sterował mną, a ja chciałam by sterował, aż nie dobijemy brzegu.
Nagle. Och, co to za uczucie. Jakbym miała się skurczyć, tylko po to by wybuchnąć. Wrzasnęłam, całkowicie nad tym już nie panując, prosto w dłoń, która szczelnie mnie otulała. Nie interesowała mnie teraz. Nic mnie nie interesowało. Gdyby ktoś teraz tutaj wszedł, gdyby nas przyłapał... nie okryłabym nawet piersi. Nie okryłabym się nowym rumieńcem. Było mi teraz wszystko jedno. Mogłabym zginąć, bo zaznałam spełnienia, którego nie rozumiałam, ale które... och. Nie da się opisać, już nie bałam się, że zabierze rękę. Zrozumiałam. To nie miało trwać. To miało zapoczątkować, rozpalić, a potem... potem wybuchnąć widowiskowo.
Jęczałam jeszcze chwilę, teraz nie myśląc, jak to odbierze. Wszystko wyłapała jego dłoń, jednak przez to trudniej mi się oddychało, a na bogów, od kiedy nie wzięłam wdechu? Miałam wrażenie, że od lat. Potrzebowałam tlenu, co to było? Wspomnienie nadal żywe, nadal rozchodzące się po ciele. Poczułam się tak pięknie zmęczona. To było po prostu piękne uczucie. Zabójcze, fascynujące, och, jakie piękne. To nie mógł być grzech, grzechy nie są takie słodkie, takie apetyczne.
Dotarł do mnie jego głos. Gdzieś z otchłani szeptał, uspokajał. Zapomniałam, gdzie jesteśmy. Teraz powracał kontakt z rzeczywistością. Nigdy nie byłam tak pijana, jak w tej chwili. Jego słowa... sprowadzał mnie na ziemię. Rzadko kiedy zdobywał się na takie zabiegi, taką swego rodzaju opiekę. Och, musiał doskonale wiedzieć, że to co właśnie zrobił, było grzechem znacznie gorszym, niż tysiące poderżniętych na wojnie gardeł. Mógł ranić i zabijać, nie odczuć żadnego wyrzutu sumienia. Teraz dał rozkosz, komuś, kogo się nią nie karmi, by nie zasmakowało zbytnio. Wiedział właśnie, że gdybym miała być oswojonym zwierzątkiem, to właśnie on byłby tym, które dało mi zasmakować krwi. Uspokajał jednak, bym nigdy nie gryzła ręki karmiącej. Oswajał mnie z nowym, z zasadami, które wyznawał on. Lekcje walki...były przy tym niczym.
Pokiwałam delikatnie główką, chociaż nadal byłam taka tym przejęta, taka upojona. Wszystko pulsowało. Nigdy już nie będę umiała złączyć ud, nie myśląc o tym, jaka przyjemność może się między nimi skrywać. Cóż za wiedzę mi ofiarował. Jakże ona była ciężka, jakże cudowna.
Jeszcze chwilę, może niegrzecznie, musiałam go ignorować. Musiałam wypłynąć an powierzchnię. Widziałam już ją, ale nadal byłam cała pod wodą, tak głęboką, że jeszcze chwilę temu może i mogłam dotknąć dna. Nie przeszkadzała mi wizja, że to zrobię, jeśli to on przytrzymywałby mnie zanurzoną.
Dotarł do mnie jego dotyk, delikatne drżenie, jakie wywoływał. Niby dotykał ramienia, a wciąż źródło emocji było to samo. Powolutku oddawało mi kontrolę, ale walczyło. Odkąd zabrał rękę, nie poruszyłam udami, jakby bojąc się, że zepsuję coś w tym cudownym uczuciu. Dopiero gdy się odezwał, spróbowałam się poruszyć, ociężale, zadowolenie. Poliki płonęły. Spojrzała na niego ta nieśmiała twarz, którą znał, ale w oczach... w oczach odbijało się nowe doświadczenie. Bo i zawstydzenie nie dotyczyło już tego, co zawsze, dotyczyło nowego, tak bardzo nieodpowiedniego.
Mój przyszły mąż... Czy będzie w stanie dać mi tyle przyjemności, ile Nevan? Czy będzie to robił? Nie chciałam. Bardzo nie chciałam. Tak bardzo nie chciałam, aby położył na mnie chociażby jeden palec. Nie dlatego, że mogłabym się zawieść, a przez myśl, że ktoś inny miałby obdarzać to ciało pieszczotami. Pragnęłam ich jedynie z rąk oficera. Nikt inny. Dlaczego musi być ktoś inny?
Nie odpowiedziałam nic. A to nowość. Pierwszy raz zaczął jakiś temat, a ja nie odpowiedziałam. Chociaż byłam mocna jedynie w słowach, to żadne nie opuściło moich warg. Po prostu patrzyłam na jego uśmiech, przerażający, nie przez światło. Po prostu przerażający. On był przerażający i nadal się go bałam. Ciągnęło mnie jednak znacznie bardziej. Chciałam się już całe życie go bać, tylko jego i wszystkich planów, które już dla nas ułożył i z których o żadnym łaskawie mnie nie poinformuje.
Zbliżyłam się bardziej. Wtuliłam w niego, w nagą, gorącą pierś. Byłam bosko zmęczona i w ciszy odzyskiwałam więcej kontroli. Moglibyśmy tak już zawsze. Nie możemy. Jednak... moglibyśmy. Rozgrzani własną bliskością.
Słysząc jego pytanie, ocknęłam się lekko. Może nawet przysnęłam przez przypadek, zasłuchana w bicie jego serca. Podniósł nas dwóch do pozycji siedzącej. W pierwszej chwili się zawahałam, odwróciłam spojrzenie. Czy zostanę na noc? Tylko po to tu przyszłam, by móc przy nim zasnąć... teraz sobie przypomniałam. Po tym wszystkim, co się stało, zapomniałam jak się tu w ogóle znalazłam. Jesli jednak... przełamać chociaż trochę niepewność? Pokazać pazur, którego dobrze wiemy, nie ma we mnie tyle, ile w nim? Chciałam... nie wiem. nieśmiałe pokiwanie głową w odpowiedzi na jego słowa samo cisnęło się z odpowiedzią, ale powstrzymałam to. Pod wodą zacisnęłam pięści, aby nie zasłonić biustu, który przecież widział już z wielu stron. Nie musiałam słuchać zgubnych szeptów, tym razem to ja na niego spojrzałam, chcąc coś wywołać, chcąc go zmusić do tego, by nie umiał odwrócić wzroku. Ma być mój, tak jak on chce bym ja była jego.
- Na noc? - powiedziałam cicho. Mój głos siłą rzeczy był lekko zachrypnięty, dawno nic nie mówiłam. Smakowałam jednak te słowa, a nawet... och, naśladowałam go, wiem doskonale. Odgapiałam jego mimikę, gdy unosiłam jedną brew, gdy próbowałam oczami wyrazić to, co on potrafił tak doskonale. Gdy wywoływał u mnie rumieńce. Wiem, że Tealvash się przeze mnie nie zarumieni, nawet jeśli zgłębię największe sztuki uwodzenia. Mimo to... chciałam być nieco bezczelna. On był często, chciałam... też spróbować. - Nie wyobrażasz sobie za wiele, oficerze? - gra opierała się na kilku urywkach, które jak przerwane przed końcem sceny czasem, podczas zajęć z tańca u Freyi udało mi się wychwycić z innych kwater. - Może już dostałam, co chciałam - ależ oczywiste kłamstwo. Wiedzieliśmy doskonale. Zanim to dostałam, nawet nie wiedziałam, że tak można. Czułam się jednak przez to doświadczenie nieco dojrzalsza w dziedzinie, jaką najłatwiej było mi nazwać relacjami damsko-męskimi - Może dałeś się wykorzystać i sam o tym nie wiesz? - zapytałam, a te słowa wisiały między nami.
Ależ to była piękna wizja! Przechytrzyć Tealvasha! Wyborna wręcz... ale nierealna. Wiedziałam doskonale, że takie igranie z ogniem da mi jedynie poparzenie. Było to przyjemne, jednak... gdy rozsądek przypomniał, że mężczyzna przede mną może w każdej chwili pokazać, że przyjmuje rękawicę, a potem przysłowiowo (bądź co gorsza całkiem wprost) skarcić i wymierzyć mi karę, jak dziecku, moja twarz w jednej chwili pokryła się potulnym wyrazem, oczy były wielkie, jak u sarny, która wie, że nie strzelisz w nią z łuku właśnie przez te maślane spojrzenie. Cóż... no chyba, że strzelisz, zagłuszając litość. Dlatego też podobne gry słowne muszę... dozować rozsądnie i teraz... nie wiedząc, jak pokazać, że tylko się droczę, ze znaną sobie nieporadnością cmoknęłam go w usta. Myślę, że mogłabym spokojnie spróbować zainicjować coś głębszego, nauczył mnie dość w tym zakresie, bym poszła krok dalej, ale... kiedy otwierał moje usta, wsuwał w nie język, było to takie wyzwalające. Poddawałam mu się. Sama... wciąż miałam opory przed pogłębianiem pocałunków, jakby bojąc się, że natrafię na przeszkodę. Och, niby kobieta, a jednak wciąż tyle braków.
- Obawiam się, że nogi mam jak z waty i nigdzie się z tego namiotu nie ruszę - odpowiedziałam ostatecznie na jego słowa, po czym coś do mnie dotarło.
- Unikasz go palcami. Specjalnie, czy to przypadek? - zapytałam nagle. Gdyby nie zrozumiał, pospieszyłam z wyjaśnieniami. - Mój znak. Nigdy nie natrafiasz na żaden zawijas, wyczułabym to. Znam jego rozkład na pamięć - powiedziałam spokojnie, a potem, jak gdyby nigdy nic odwróciłam się do niego tyłem, włosy przełożyłam za jedno ramię, pochyliłam się mocno nad taflą wody, prezentując całe plecy. Jedną rękę wygięłam, dotknęłam miejsca między łopatkami, gdzie tkwił symbol Arethora.
- Dotknij tu - poprosiłam, a może nie była to prośba. Gdy poczułam palce, drgnęłam. On pod dłonią nie mógł wyczuć nic. - Z tym się urodziłam. Tylko tym. Te trzy okręg dookoła miałam już w wieku trzech lat. Następnie zawijas w dół, wzdłuż kręgosłupa. Wypalał się bólem. Najpierw blady, przybierał na sile. Potem łopatki. Łopatki bolały okrutnie. Większość zmian się zapomina, bo występują w dzieciństwie. Następnie te spirale po bokach, nie bolały aż tak mocno. Delikatne pieczenie. Miałam trzynaście lat. Potem doszły łezki. Po roku i ta zakrzywiona pod karkiem. Najgorsze jednak były lędźwie. Błagałam by dano mi jakieś leki, ale nie daje się ich, gdy bogowie rysują swoje plany na płótnie twojego ciała. Taka jest zasada. Byłam spocona, leżałam przez trzy dni. W tym czasie mnie sprzedano. Kiedy odzyskałam sprawność, pierwszą rzeczą, jaka mnie przywitała, była gotowa obręcz na szyję - zawahałam się na moment. Po co mu to mówiłam, może nawet go to nie interesowało? Mimo to mówiłam. - Kiedy ja darłam się z bólu, myśląc, że nic gorszego mnie nie spotka, oni dopinali interesy - zaśmiałam się cicho, ale mało to było zabawne. Skrzywiłam się, nie mógł tego widzieć.
Powoli podniosłam się znów do pozycji pionowej, odwróciłam do niego przodem, poczułam jak mój biust dotyka jego torsu. Zarumieniłam się, jak zawsze i zajrzałam mu w oczy.
- Muszę się umyć, skoro, już jestem w kąpieli - powiedziałam swobodnie, jakby cała opowieść sprzed chwili nic nie znaczyła. Potem natomiast złapałam jego dłonie i zmusiłam do objęcia mnie mocno, tak by wręcz dociskał palce do moich pleców. - Dotykaj mnie tam. Wszędzie. By nie było takiego fragmentu mojego ciała, który on dotknie przed tobą. - spojrzałam mu w oczy, a mój uśmiech pogłębił się i był już swobodniejszy. - To rozkaz, oficerze - dodałam.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz