Nie musiałem odwracać spojrzenia,
wystarczyło przyjemne ukłucie nerwów, kiedy chłodny metal znalazł się w mojej
dłoni. Instynktownie wyciągnąłem nagie, ciemne ostrze; wydawało się pochłaniać
całe światło, skupiać je na sobie, odbijało je na wszystko dookoła i pokrywało
podłoże i ludzi kolorowymi odblaskami. Zacisnąłem dłoń na rękojeści, a później
dołączyłem do niej drugą; dla pewności. Żebym nie musiał ciąć drugi raz. Kości
kręgosłupa miały to do siebie, że nie lubiły łatwo ustępować, zwłaszcza, jeżeli
trafiło się na nieodpowiednią partię szyi. Wpatrzyłem się w odsłonięty kark
mężczyzny i w głowie obliczałem precyzyjnie, gdzie zostanie uderzony. Uniosłem
miecz, powoli.
Przed moimi oczami w jednej sekundzie
pojawiła się wykrzywiona w bezgłośnym krzyku twarz o nienaturalnie jasnych
oczach. Zniknęła równie szybko. Pozostawiając po sobie wichurę uczuć, których
nie dało się sprecyzować słowami.
Poprawiłem uchwyt. Był pewny. To będzie
czysta robota. Wiem, jak uderzyć.
Wiem, jak to zrobić. To coś, w czym
jestem przecież dobry.
Bogów nie było jednak między nami. Byli
tylko ludzie, ci gotowi do poświęceń w imieniu wielkiego dobra i ci, którzy za
nic mieli innych. Byli tylko ludzie o czarnych niczym smoła charakter. Byli
tylko ludzie, którzy chcieli dobra dla innych. Którzy chcieli dobra dla kraju,
świata, całej ludzkiej populacji. Tacy, którzy woleli wszystko zniszczyć.
Każdego łączyło jednak to samo. Każdy miał wolną wolę i każdy decydował o
swoich losach i decyzjach, za które przyjdzie mu odpowiedzieć. Bogów nie było,
ale każdy tutaj zebrany posiadał boską wolę, mądrość i zdolność wyboru pomiędzy
złem a dobrem.
Bogowie nie istnieją. A nawet, jeżeli
gdzieś są, schowani w swojej mysiej norze, to mają głęboko w dupie los tej
pierdolonej szumowiny, która klęczała przed nami.
Miecz opadł dokładnie w to miejsce,
które sobie wyznaczyłem.
Opadł ciężko. Ale we mnie był
zatrważający spokój. Cały ocean opanowania i zimnej krwi. Ja wiedziałem, że
podobnie jak dla tych zwłok, dla mnie w oczach żadnych bogów nie ma ani kropli
nadziei i byłem gotowy się z tym pogodzić.
… trzy, dwa, jeden…
Z głośnym świstem nabrałem powietrze w
płuca, kiedy moja twarz ponownie znalazła się nad powierzchnią wody. Płuca
paliły mnie żywym bólem, do oczu, nosa i ust dostała się woda z niewielką
ilością mydła, ale to wystarczyło, żeby gałki oczne potarte w odruchu zrobiły
się zupełnie czerwone. Nie zakląłem, nie wydałem najmniejszego dźwięku, nadal
tylko łapałem zapalczywie powietrze w płuca, tak zachłannie, jakby każdy
kolejny miał być moim ostatnim.
Kiedy tętno się wyrównało, ponownie
zanurzyłem głowę pod wodą, starając się ignorować ból. Każdym razem na odrobinę
dłużej, na nieco więcej. Krok po kroku, poza granicę własnych wytrzymałości.
Zawsze był jeden punkt, w którym
mógłbym przysiąc, że dłużej nie dam rady. W którym mój umysł zwodniczo błagał,
żeby się poddać. Ale dłonie mocno zaciśnięte na krawędziach wanny pomagały,
chociaż odrobinę, zwalczyć tą chęć. Zostałem pod wodą jeszcze dłużej, niż
ostatnio. I miałem wrażenie, że ostatnie sekundy dłużą się do godzin, a później
dni i tygodni, podczas których zostaje mi odmówiony tlen. Jakby niewidzialna
ręka trzymała mnie pod wodą, nie pozwoliła wypłynąć. Musiała to być moja silna
wola.
Ponownie wypłynąwszy na powierzchnię
czułem się słaby. Słabością podobną tej, którą może odczuwać osoba na łożu
śmierci, która jeszcze chce walczyć z niemocą ciała, ale nie potrafi już nawet
podnieść dłoni. Przechyliłem gasnące w oczach ciało do przodu, żałośnie
podparty na rękach po bokach wanny. Klatka piersiowa w zatrważającym tempie
unosiła się i opadała, a serce zamiast coraz wolniej, zaczynało pompować krew
szybciej i szybciej. Przerywany, chrapliwy oddech desperackiej próby
przywrócenia sobie spokoju. Nie odniósł sukcesu, ale odwracał myśli bardziej
niż skutecznie. Cierpienie ciała sprawiało, że nie musiałem skupiać się na
myślach, bo te pryskały nagle, rozproszone bólem i chęcią jego powstrzymania.
Minęło pół godziny ścierania się samego
ze sobą, a spokój w końcu spłynął na mnie niczym woda w ustach spragnionego
mężczyzny.
Te jasne oczy, uświadomiłem sobie
wcześniej, prześladowały mnie znacznie dłużej niż każdy inny koszmar senny.
Widziałem je często, a kiedy odwróciłem się na dźwięk niespodziewanych słów –
rozproszony, speszony, dziwnie niespokojny – mój wzrok padł na dokładnie takie
samo spojrzenie. Taki sam ton w oczach, choć wyraz był inny. Potrząsnąłem głową
i dłonią odgarnąłem włosy z twarzy na czubek głowy i zaczesałem rozczapierzonymi
palcami do tyłu.
Chciałem jej powiedzieć, że to nie jest
dobry moment, ale nie było mi dane. Po chwili siedziała już w wannie,
naprzeciwko mnie, a na mojej twarzy z trudnością utrzymywałem maskę spokoju i
opanowania. Płuca, choć minęło tak dużo czasu, nadal mnie bolały. Mięśnie nie
zdążyły się zregenerować, a pieprzona herbata medyka wcale niczego nie
polepszała.
Ukryłem szczelnie frustrację, żeby
omyłkowo nie odebrała jej jako spowodowanej swoim zachowaniem.
Przymknąłem oczy. I zrobiłem coś, co
zupełnie do mnie nie pasowało.
Odwróciłem spojrzenie.
— Taka władza nie leży w moim zasięgu —
powiedziałem, a głos także, podobnie jak oddech, miałem spokojny. Czy o tym też
chciałem zapomnieć? Czułem, że puls galopuje wysoko ponad normę, nawet jak dla
mojego ciała. — Musielibyśmy chcieć tego oboje. Sam nie mógłbym… Się ciebie
pozbyć — zdecydowałem się na to zakończenie i przeniosłem na nią wzrok. Była
jednak już bardzo blisko mnie i wydawało mi się, że dostrzega to zmęczenie,
które gdzieś czai się w głębokich zakamarkach mojego spojrzenia. Musiała
widzieć, a jednak nie skomentowała tego nijak. Ja też nie zamierzałem. Uniosłem
ramiona, czując, że te nie drżą już od wysiłku i objąłem ją nimi. Jakie to
wszystkie mogło być łatwe, jakie dziecięco łatwe. Dlaczego w takim razie nie
było? — Musisz już wiedzieć, że to działa w dwie strony, że to, co ty czujesz
jest także odbiciem tego, co ja noszę wewnątrz siebie. Ale myśl, że moje
naginanie twoich granic cię zmieni do takiego stopnia, w którym odwrócisz się i
dostrzeżesz, że patrzysz na mnie już tylko z nienawiścią nigdy nie opuści mojej
głowy. Jestem gotowy przyjąć takie konsekwencje i pozwolić ci mnie odsunąć. Ja
jestem na to gotowy.
Powtórzyłem dobitnie, jakby chcąc
zaznaczyć, że to nie są puste słowa. Niepotrzebnie jednak. Westchnąłem, ale nie
było we mnie zawiedzenia. Ani rozczarowania. Nie było nic, właściwie tylko
wspomnienie tego pięknego, szlachetnego bólu. Oczyszczał mnie tak samo, jak
stal jest oczyszczana w ogniu.
— Zawsze będą jakieś sekrety, prawda?
Mówimy, że ufamy sobie nawzajem, że mamy siebie po to, żeby nie być samymi z
wieloma sprawami i z ciężarem, jaki zrzucili na nas inni ludzie, ale sekrety
zawsze tu będą. Zupełnie, jakbyśmy tak naprawdę oboje bali się powiedzieć tą
szczerą prawdę, bali z różnych powodów i motywów. — Uniosłem głowę i wbiłem na
moment spojrzenie w przeciwległą ścianę namiotu. Mój głos, wbrew sensowi, jaki
przekazywał, nie był wcale zrezygnowany. Wręcz przeciwnie, była w nim
hipnotyzująca siła. I szczerość. — A więc, który teraz chciałaś przede mną
odkryć?
Wraz z tym pytaniem, spojrzałem na dół,
na jej twarz i nagie ciało blisko mojego. Zmęczenie powoli oddalało się, wraz z
tym, jak pozwoliłem jej dać się zbliżyć, jak rozbroiła tą samą ofensywną wieżę,
którą jeszcze niedawno sama zbudowała.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz