poniedziałek, 26 marca 2018

CCXVIII


        Nie musiałem odwracać spojrzenia, wystarczyło przyjemne ukłucie nerwów, kiedy chłodny metal znalazł się w mojej dłoni. Instynktownie wyciągnąłem nagie, ciemne ostrze; wydawało się pochłaniać całe światło, skupiać je na sobie, odbijało je na wszystko dookoła i pokrywało podłoże i ludzi kolorowymi odblaskami. Zacisnąłem dłoń na rękojeści, a później dołączyłem do niej drugą; dla pewności. Żebym nie musiał ciąć drugi raz. Kości kręgosłupa miały to do siebie, że nie lubiły łatwo ustępować, zwłaszcza, jeżeli trafiło się na nieodpowiednią partię szyi. Wpatrzyłem się w odsłonięty kark mężczyzny i w głowie obliczałem precyzyjnie, gdzie zostanie uderzony. Uniosłem miecz, powoli.
        Przed moimi oczami w jednej sekundzie pojawiła się wykrzywiona w bezgłośnym krzyku twarz o nienaturalnie jasnych oczach. Zniknęła równie szybko. Pozostawiając po sobie wichurę uczuć, których nie dało się sprecyzować słowami.
        Poprawiłem uchwyt. Był pewny. To będzie czysta robota. Wiem, jak uderzyć.
        Wiem, jak to zrobić. To coś, w czym jestem przecież dobry.
        Bogów nie było jednak między nami. Byli tylko ludzie, ci gotowi do poświęceń w imieniu wielkiego dobra i ci, którzy za nic mieli innych. Byli tylko ludzie o czarnych niczym smoła charakter. Byli tylko ludzie, którzy chcieli dobra dla innych. Którzy chcieli dobra dla kraju, świata, całej ludzkiej populacji. Tacy, którzy woleli wszystko zniszczyć. Każdego łączyło jednak to samo. Każdy miał wolną wolę i każdy decydował o swoich losach i decyzjach, za które przyjdzie mu odpowiedzieć. Bogów nie było, ale każdy tutaj zebrany posiadał boską wolę, mądrość i zdolność wyboru pomiędzy złem a dobrem.
        Bogowie nie istnieją. A nawet, jeżeli gdzieś są, schowani w swojej mysiej norze, to mają głęboko w dupie los tej pierdolonej szumowiny, która klęczała przed nami.
        Miecz opadł dokładnie w to miejsce, które sobie wyznaczyłem.
        Opadł ciężko. Ale we mnie był zatrważający spokój. Cały ocean opanowania i zimnej krwi. Ja wiedziałem, że podobnie jak dla tych zwłok, dla mnie w oczach żadnych bogów nie ma ani kropli nadziei i byłem gotowy się z tym pogodzić.

        … trzy, dwa, jeden…
        Z głośnym świstem nabrałem powietrze w płuca, kiedy moja twarz ponownie znalazła się nad powierzchnią wody. Płuca paliły mnie żywym bólem, do oczu, nosa i ust dostała się woda z niewielką ilością mydła, ale to wystarczyło, żeby gałki oczne potarte w odruchu zrobiły się zupełnie czerwone. Nie zakląłem, nie wydałem najmniejszego dźwięku, nadal tylko łapałem zapalczywie powietrze w płuca, tak zachłannie, jakby każdy kolejny miał być moim ostatnim.
        Kiedy tętno się wyrównało, ponownie zanurzyłem głowę pod wodą, starając się ignorować ból. Każdym razem na odrobinę dłużej, na nieco więcej. Krok po kroku, poza granicę własnych wytrzymałości.
        Zawsze był jeden punkt, w którym mógłbym przysiąc, że dłużej nie dam rady. W którym mój umysł zwodniczo błagał, żeby się poddać. Ale dłonie mocno zaciśnięte na krawędziach wanny pomagały, chociaż odrobinę, zwalczyć tą chęć. Zostałem pod wodą jeszcze dłużej, niż ostatnio. I miałem wrażenie, że ostatnie sekundy dłużą się do godzin, a później dni i tygodni, podczas których zostaje mi odmówiony tlen. Jakby niewidzialna ręka trzymała mnie pod wodą, nie pozwoliła wypłynąć. Musiała to być moja silna wola.
        Ponownie wypłynąwszy na powierzchnię czułem się słaby. Słabością podobną tej, którą może odczuwać osoba na łożu śmierci, która jeszcze chce walczyć z niemocą ciała, ale nie potrafi już nawet podnieść dłoni. Przechyliłem gasnące w oczach ciało do przodu, żałośnie podparty na rękach po bokach wanny. Klatka piersiowa w zatrważającym tempie unosiła się i opadała, a serce zamiast coraz wolniej, zaczynało pompować krew szybciej i szybciej. Przerywany, chrapliwy oddech desperackiej próby przywrócenia sobie spokoju. Nie odniósł sukcesu, ale odwracał myśli bardziej niż skutecznie. Cierpienie ciała sprawiało, że nie musiałem skupiać się na myślach, bo te pryskały nagle, rozproszone bólem i chęcią jego powstrzymania.
        Minęło pół godziny ścierania się samego ze sobą, a spokój w końcu spłynął na mnie niczym woda w ustach spragnionego mężczyzny.
        Te jasne oczy, uświadomiłem sobie wcześniej, prześladowały mnie znacznie dłużej niż każdy inny koszmar senny. Widziałem je często, a kiedy odwróciłem się na dźwięk niespodziewanych słów – rozproszony, speszony, dziwnie niespokojny – mój wzrok padł na dokładnie takie samo spojrzenie. Taki sam ton w oczach, choć wyraz był inny. Potrząsnąłem głową i dłonią odgarnąłem włosy z twarzy na czubek głowy i zaczesałem rozczapierzonymi palcami do tyłu.
        Chciałem jej powiedzieć, że to nie jest dobry moment, ale nie było mi dane. Po chwili siedziała już w wannie, naprzeciwko mnie, a na mojej twarzy z trudnością utrzymywałem maskę spokoju i opanowania. Płuca, choć minęło tak dużo czasu, nadal mnie bolały. Mięśnie nie zdążyły się zregenerować, a pieprzona herbata medyka wcale niczego nie polepszała.
        Ukryłem szczelnie frustrację, żeby omyłkowo nie odebrała jej jako spowodowanej swoim zachowaniem.
        Przymknąłem oczy. I zrobiłem coś, co zupełnie do mnie nie pasowało.
        Odwróciłem spojrzenie.
        — Taka władza nie leży w moim zasięgu — powiedziałem, a głos także, podobnie jak oddech, miałem spokojny. Czy o tym też chciałem zapomnieć? Czułem, że puls galopuje wysoko ponad normę, nawet jak dla mojego ciała. — Musielibyśmy chcieć tego oboje. Sam nie mógłbym… Się ciebie pozbyć — zdecydowałem się na to zakończenie i przeniosłem na nią wzrok. Była jednak już bardzo blisko mnie i wydawało mi się, że dostrzega to zmęczenie, które gdzieś czai się w głębokich zakamarkach mojego spojrzenia. Musiała widzieć, a jednak nie skomentowała tego nijak. Ja też nie zamierzałem. Uniosłem ramiona, czując, że te nie drżą już od wysiłku i objąłem ją nimi. Jakie to wszystkie mogło być łatwe, jakie dziecięco łatwe. Dlaczego w takim razie nie było? — Musisz już wiedzieć, że to działa w dwie strony, że to, co ty czujesz jest także odbiciem tego, co ja noszę wewnątrz siebie. Ale myśl, że moje naginanie twoich granic cię zmieni do takiego stopnia, w którym odwrócisz się i dostrzeżesz, że patrzysz na mnie już tylko z nienawiścią nigdy nie opuści mojej głowy. Jestem gotowy przyjąć takie konsekwencje i pozwolić ci mnie odsunąć. Ja jestem na to gotowy.
        Powtórzyłem dobitnie, jakby chcąc zaznaczyć, że to nie są puste słowa. Niepotrzebnie jednak. Westchnąłem, ale nie było we mnie zawiedzenia. Ani rozczarowania. Nie było nic, właściwie tylko wspomnienie tego pięknego, szlachetnego bólu. Oczyszczał mnie tak samo, jak stal jest oczyszczana w ogniu.
        — Zawsze będą jakieś sekrety, prawda? Mówimy, że ufamy sobie nawzajem, że mamy siebie po to, żeby nie być samymi z wieloma sprawami i z ciężarem, jaki zrzucili na nas inni ludzie, ale sekrety zawsze tu będą. Zupełnie, jakbyśmy tak naprawdę oboje bali się powiedzieć tą szczerą prawdę, bali z różnych powodów i motywów. — Uniosłem głowę i wbiłem na moment spojrzenie w przeciwległą ścianę namiotu. Mój głos, wbrew sensowi, jaki przekazywał, nie był wcale zrezygnowany. Wręcz przeciwnie, była w nim hipnotyzująca siła. I szczerość. — A więc, który teraz chciałaś przede mną odkryć?
        Wraz z tym pytaniem, spojrzałem na dół, na jej twarz i nagie ciało blisko mojego. Zmęczenie powoli oddalało się, wraz z tym, jak pozwoliłem jej dać się zbliżyć, jak rozbroiła tą samą ofensywną wieżę, którą jeszcze niedawno sama zbudowała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/