Nic nie było takie jak powinno, a jeśli sądziłam, że tego dnia coś pozwoli mi wierzyć, że moje czynny będą lekkie w skutkach, to teraz już siebie nie okłamywałam. Będę cierpieć. Nie przyjdzie mi to łatwo. Nikt mnie od tego nie uratuje i nie pomoże mi w takim stopniu, w jakim bym chciała. Wzięłam więc jego miecz, nie powiedziałam nic. Szliśmy w ciszy, a ten mi ciążył. Nie patrzyłam na boki, nie chciałam nikogo widzieć. Chciałam uciec, ale szłam, perfekcyjnie dopasowując się do tempa Nevana. I było pięknie i romantycznie. Było ciężko i okrutnie. Ja i on w bieli, ale po mojej lewej stał mężczyzna odziany w mundur, dowódca tych ludzi, oficer tego, który nie dożyje następnego dnia. To on miał swoje miejsce obok mnie, nie gwałciciel, który zasłużył na swój los. Tylko ilu było tutaj gwałcicieli? Czy to zmieni cokolwiek? Czy ja byłabym w stanie coś zmienić? W chwili takiej, ja ta przypomniałam sobie słowa Nevana. Pierwszą naszą wspólną noc. Mogę zakończyć tą wojnę... jak? Czy teraz przyczyniam się do czegoś pięknego? Za dużo o tym myślałam, ale spojrzenie skazańca szybko przypomniało mi o tym, że liczy się tu i teraz.
Zauważyłam dłoń Nevana. W końcu powiodłam spojrzeniem po zgromadzonych. Och, to już. Faktycznie, zapomniałam, zamyśliłam się, nie wiedziałam, że już tutaj stoję. Panowała cisza, jakże nieprzyjemna. Powinnam była ją przerwać. Nie chciałam, język nie chciał współpracować, ale wtedy... dostrzegłam w tłumie Milę. Rozchyliłam wargi. To dla niej to robię, wymierzam sprawiedliwość, nie jestem okrutnikiem, nie będę się z nim obchodzić, jak ze zwierzęciem. To właśnie jest prawem, a ja nie działam wbrew niemu. Niechaj wszyscy to wiedzą. Dość bycia dzieckiem, które się boi wszystkiego, co niesie ze sobą konsekwencje. Dostałam szansę. Nie wywieźli mnie od razu do stolicy, nie zamknęli w pięknych marmurach, nim pojęłam czym jest życie, a czym śmierć. To był dar, a ja nie mogę udawać, że go nie marnuję, gdy uciekam od odpowiedzialności. Może właśnie tego chciał dla mnie Nevan, bym pojęła więcej, niż inne kapłanki? Chciał dać mi wiedzę, której innym odmówiono. Okrutną, wiem doskonale, ale nie ozdobioną kłamstwami. To już samo w sobie wybaczało jej wydźwięk.
- Zebraliśmy się tutaj, by zakończyć żywot Diego Merver - odezwałam się w końcu. Stałam prosto i już się nie bałam. - Jego winy można by wymieniać długo, jednak ja, córa Arethora zarzucam mu dopuszczenie się gwałtu i wiem doskonale, że za ten sam grzech więcej winnych by się tu znalazło. Wasz kompan poczyni za wzór, umrze jako symbol sprawiedliwości rzucony w tłum bezprawia. Patrząc na niego sami przed sobą wyznajcie własne grzechy, bogowie są wśród nas, gotowi jak nigdy, by ich wysłuchać - zakończyłam tą część, a potem oddałam Nevanowi miecz i przeszłam do boku. Wcześniej obiecałam sobie, że nie będę patrzeć. Teraz chciałam widzieć wszystko, nie zamierzałam odwracać wzroku. Co by się nie stało.
- Diego Merver, zarzuty znasz. Nie przeciągajmy tego. Ja, Esja ze świątyni Arethora oskarżam cię o czyny niegodne i skazuję... - a jednak chwila przerwy. Ostrze miecza Nevana błysnęło, słońce odbiło się w nim groźnie, jakby do mnie wołało, witało się z każdym z osobna. Mężczyzna lekko rozchylił wargi. - na śmierć - powiedziałam w końcu. Świst. Przerażający. Jedno cięcie, a potem bach... poturlała się pod moje nogi, wykrzywiona. Ani drgnęłam, czując krew na twarzy i szacie, pod stopami. Kapała przez deski, ale szpary nie rozprowadzały jej na tyle szybko, byśmy teraz w niej nie stali. Ani drgnęłam. Było mi niedobrze. Chciałam płakać, wymiotować i zniknąć. Nie pozwoliłam sobie na nic. W końcu uniosłam spojrzenie na oficera. Nieco nieprzytomne. Patrzyłam na niego przez moment, potem kiwnęłam głową i zeszłam z podwyższenia. Minęłam dwóch żołnierzy, nakazałam im zająć się ciałem, zanieść je do namiotu medycznego, potem szłam dalej. Kiedy ugięły się pode mną kolana Eliah już podawał mi ramię. Podtrzymałam się na nim tylko przez chwilę, a potem je puściłam.
- Mila! - zawołałam. Dziewczyna zaraz przy mnie była. Eliah odsunął się, ona podała mi rękę. Tą przyjęłam. - Muszę się przebrać, jestem brudna - powiedziałam jedynie i odeszłam.
Noc była ciężka. Obcowanie ze zmarłym było gorsze od egzekucji. Całą noc przygotowywałam go do pochówku, myśląc siłą rzeczy o tym, że to pierwsza od dawna, której nie spędzam z Nevanem. Palenie zwłok nie odbyło się już z taką widownią, jak sama egzekucja. Nie przeszkadzało mi to. Minął cały dzień, a obóz wrócił do żywych, jakby nic nie zaszło. A może wcale nie taka była prawda? Może widziałam zmiany, ale udawałam, że jest inaczej?
Dyfar nawijał, jak najęty. Chyba zaczęłam rozumieć, co irytowało tak w tym Tealvasha. Ja jednak nie zwróciłam chłopakowi uwagi. Po prostu szorowałam Amalteę, niczym się nie przejmując. Dopiero kiedy Mila po mnie przyszła, dotarło do mnie, że jest już ciemno. Poszłyśmy do mojego namiotu. Nic nie mówiłam, usiadłam po prostu. Widziałam, że coś ją męczy, ale nie odezwie się nieproszona. Mogłam więc poprosić by mówiła, a jednak przeciągałam tą chwilę, jakby chcąc aby się przemogła. Na litość boską, ja się przemogłam, ona też powinna!
- Mów, jak coś ciebie męczy - przerwałam w końcu ciszę. Zawahała się. Nie była pewna siebie, a na jej twarzy dostrzegłam coś, czego tak dawno tam nie widziałam. Strach. Przerażona poderwałam się z miejsca, podeszłam do niej. - Wybacz, nie chciałam być niemiła. Coś cię męczy, proszę nie bój się o tym mówić - poprawiłam się i było mi wstyd przed samą sobą.
- Nie widziała się dziś najświętsza z oficerem - powiedziała niepewnie. Pokiwałam głową na znak, że to prawda. Zawahała się. - Dlaczego?
Uniosłam zaskoczona brwi. Tylko o to chodziło? Chociaż jak teraz o tym myślałam, to raczej aż o to. Spojrzałam gdzieś w bok, to było dobre pytanie. Dlaczego unikałam Nevana? Może przez tą cierpkość, jaka między nas zawitała? Może bałam się, że nie uda mi się tego naprawić... byłam tchórzem.
- Nie wiem - przyznałam po zbyt długim milczeniu.
- Nie tęsknisz, pani? - zapytała niepewnie. Skrzywiłam się. Tęskniłam i musiała to zauważyć. - Po co tęsknić teraz, gdy jest obok, skoro kiedyś będziesz musiała tęsknić, bo będzie daleko? - bardzo ostrożnie stawiała te słowa. Zabrzmiały tak dosadnie mimo to. Coś jeszcze kryło się w jej oczach. - Nie powiedziałaś mu jeszcze, że wiem, prawda? - trafiła w samo sedno. Coś mnie zakuło. Spojrzałam na nią przepraszająco.
- Nie wiem, jak zareaguje - przyznałam bez cienia niepewności. Mimo to Mila uśmiechnęła się.
- Idź do niego pani, jeśli tego pragniesz. Ja dostałam wczoraj to czego pragnęłam, sięgnij teraz po własne pragnienia. Nie kłamałam. Jestem ci wierna i nie żałuję, niezależnie co to ze sobą przyniesie - skłoniła się lekko i osunęła pod ścianę, jakby mnie przepuszczając. Stałam chwilę, a potem wyszłam, wcześniej jeszcze rzucając podziękowania, chociaż nie jestem pewna, czy te do niej dotarły.
Szłam szybko. Byłam zdecydowana. Krok za krokiem. W zasadzie stale przyspieszałam. Potem to już chyba biegłam. Bardzo za nim tęskniłam. Za bardzo, być może. Może on za mną wcale. Może miał mnie dość i było mu to wszystko na rękę? Może mnie wyśmieje, może się mną zaczął brzydzić, może uczucia prysły. Każdy krok to nowa wątpliwość. Było już późno, a ja po prostu biegłam, a potem nie przejmując się niczym wpadłam do jego namiotu.
- Musimy porozma... och! - przerwałam wpół słowa, kiedy dotarło do mnie, że jest w wannie. Ile razy mnie to jeszcze będzie dziwić? Odwróciłam się w jednej chwili na pięcie, przodem do materiałowej ściany. Byłam czerwona z zawstydzenia. - Może wrócę później? - zapytałam, a to pytanie zabolało mnie samą. - Nie - odpowiedziałam sama sobie, zacisnęłam mocno dłonie i znów się obróciłam, by po chwili do niego podejść, ignorując rumieńce.
Zatrzymałam się przy wannie, z zacięciem na twarzy, zrzuciłam z siebie trzewiki, potem pelerynę, a potem koszulę i bez zawahania przełożyłam nogę przez brzeg wanny, po czym opadłam w wodę z pluskiem. Włosy z miejsca miałam mokre, z nogi zgięte po bokach ciała, dłonie opierałam o dno gdzieś między jego nogami, pochylając się przez to nieco w przód.
- Musimy porozmawiać - powtórzyłam to, z czym tutaj weszłam. - Nie wypuszczę ciebie z tej wanny, dopóki nie porozmawiamy - dodałam po chwili i jakby na potwierdzenie tych słów rzuciłam się w przód, prosto na jego tors. Objęłam go mocno, otoczyło mnie ciepło jego skory, na moment zapomniałam po co tu jestem, przymknęłam oczy. Tęskniłam za tym tak bardzo, a przecież to tylko jeden dzień, chociaż... może należy to już liczyć, jako dwa.
- Proszę, nie odsuwaj się ode mnie, nie odtrącaj mnie... myśl, że możesz mnie już nie chcieć mnie zabija - powiedziałam cicho, już nie tak pewnie, jakbym chciała. Mimo to zdobyłam się na to, aby unieść na niego spojrzenie. Wsparłam brodę o jego tors, czując jak do tego przywiera też mój biust. Chyba dopiero teraz do nie dotarło co tak naprawdę zrobiłam. Zachowałam się bezwstydnie. - Jesteś dla mnie najważniejszy, zawsze będziesz tylko ty. Bez ciebie nie mogę istnieć, więc proszę, nie wymykaj się z moich rąk - czy czułam sie żałośnie, że błagam kogoś o bliskość? Cóż... myślałam, że będzie gorzej. Pewnie przed każdym innym czułabym się gorzej, ale nie przed nim. Mimo wszystko mocniej zacisnęłam ramiona, świadoma swojej siły, jak i tego, że jego jest o wiele potężniejsza. Jeśli jednak miałabym się z nim zmierzyć, nie odpuszczę jedynie dlatego, że wiem doskonale, iż będę zdana na porażkę.
Jeśli o coś naprawdę chciałam walczyć do końca, to zawsze o nas. Już bez ucieczki.
- Ukrywałam coś przed tobą. Już nie chcę - dodałam jeszcze, nie czekając na odpowiedni moment. Już nie. Taki nigdy nie nadejdzie. Mogłam to odwlekać w czasie, ale każda taka tajemnica będzie tylko coś psuła, a ja obawiam się, że na to nie mamy dość czasu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz