środa, 7 marca 2018

CLXXXVIII



        Nie udało mi się nawet otworzyć ust, ale słowa dziewczyny sprawiły, że coś się zmieniło. Nigdy nie byłbym skłonny przyznać, że rozmowa, że wymiana zwykłych – i równocześnie tak pełnych emocji i siły – słów może coś zmienić. A już na pewno nie poprawić. Dlatego właśnie pozwoliłem jej na wszystko, co zamierzała zrobić. Poczułem, jak palce do tej pory silnie zaciskane w pięści rozluźniły się, jak wyraz twarzy złagodniał, kiedy ona przysunęła się do mnie. Faktycznie; problemy wcale nie zniknęły. Nie rozwiązał się problem mojej rodziny, mojej przeszłości ani ten, który dopiero co pojawił się przede mną, problem który teraz tak łagodnie mnie obejmował w swoich ramionach. Nic nie zniknęło, ale na raz wszystko stało się o wiele prostsze, odległe. Poczułem ulgę, której nie spodziewałem się już dzisiaj zaznać i pozwoliłem jej zrobić ze sobą wszystko, na co miała ochotę. Z wręcz niespotykaną uległością poddałem się jej gestom, jakbym wiedział, że to może pomóc, choć nikt nigdy nie potrafił mi pokazać, czym jest wsparcie. Kazano mi biec, chociaż dopiero nauczyłem się chodzić, kazano skakać, kiedy inne dzieci zaczynały raczkować. I nikt nigdy nie podał mi dłoni, na której mógłbym się wesprzeć. To uczucie obezwładniało mnie do samego szpiku kości.
        Nie zamknąłem oczu, jakby bojąc się, że to, co mnie otacza jest iluzją i kiedy tylko chociaż mrugnę, to zniknie w kłębach pary wodnej, która cały czas unosiła się w powietrzu. Słowa Esji docierały do mnie jak fale, jedno po drugim, rozbijały się o skalisty brzeg i miękko wracały na dół, do oceanu. Fale oceanu, który nigdy nie przestaje próbować rozbić tych samych skał, raz po razie. Fale, które zmiękczały nawet najtrwalszy kruszec.
        Poczułem, jak bicie mojego serca się uspokaja, a chęć walki gaśnie. Wszystko się wyrównało.
        Czy musiałem coś na to odpowiedzieć? Nawet, gdyby Esja czekała na moje słowa, nie wiedziałbym, co do tego wszystkiego dodać. Podziękowanie nie było na miejscu. Z resztą dla samego słowa „dziękuję” nie potrafiłbym otworzyć ust. Mogłoby to zabrzmieć jeszcze gorzej i bardziej pusto, niż to słowo wcześniej w ustach kapłanki. W końcu więc zdecydowałem się na milczenie i wiedziałem, że Esja nie oczekiwała teraz ode mnie niczego innego. Uczyła mnie otwierać się przed nią? Sprawiała, że wszystkie mury kruszyły się szybciej, niż potrafiłbym je odbudować. Poczułem, że napięcie minęło, podobnie jak chwila, w której mógłbym się odezwać. Podniosłem się, niechętnie opuszczając to magnetyzujące ciepło, które roztoczyła wokół siebie kapłanka i podszedłem do ręcznika. Jedynie wzmianka o mojej rodzinie sprawiła, że wiedziałem, że to jeszcze nie jest niebo.
        Jeszcze nie umarłem, jeszcze nie mogę odpoczywać. Jeszcze czeka mnie życie, w którym muszę stawić czoła wielu wyzwaniom. Ale czy to nie jest ważne, że nie muszę już przeciwstawiać im się zupełnie samotnie?
        Patrzyłem spokojnie, jak dziewczyna się podnosi. Wyglądała, jakby ta kąpiel zmieniła w niej jeszcze więcej, niż we mnie. Stała prosto, choć z pewnością zawstydzona, to wyglądała, jakby zamierzała mi coś udowodnić. Dopiero, kiedy zadała kolejne pytanie powoli skinąłem głową. Czułem, że jestem już gotowy się odezwać, powiedzieć coś. A może nawet nawiązać do jej wcześniejszych słów, choć to nadal sprawiało, że miałem ochotę wierzgać się niczym dziki koń zaprzężony w zbyt wiele uprzęży.
        — Kiedyś ci opowiem — przełamałem się w końcu. Nawet nie było to bardzo trudnym zadaniem. Równocześnie poczułem zmęczenie, zwiastujące głęboki i spokojny sen tej nocy; taki, jakiego dawno nie zaznałem. — Pozwolę ci zadać wszystkie pytania, których się boisz i odpowiem ci na nie. Kiedyś. — Kiedyś?... Wewnątrz siebie, gdzieś głęboko, pod warstwą kurzu wiedziałem, że to nie jest czcza obietnica, że nie są to puste słowa. Musiały jednak wystarczyć, bo kiedy kładliśmy się razem na moim posłaniu, czułem się znacznie spokojniejszy. Jakby zapowiedź ruszania tej rany, która nigdy się nie zabliźniła wcale nie sprawiło, że rozpętała się we mnie burza strachu i sprzeciwienia, a wręcz przeciwnie.
        To była słodka wizja, że kiedyś pozbędę się części tego ciężaru swojej przeszłości, który do tej pory niosłem na ramionach zupełnie sam.
        Że kiedyś Esja stanie się częścią tej przeszłości, tego bólu i upokorzenia, że razem uda się zaleczyć zniszczenie, jakie zasadziło we mnie całe moje dzieciństwo, cała moja rodzina.

        Obudziłem się później, niż zwykle, ale Esja jeszcze spała. Przyciśnięta do mojej klatki piersiowej przekręciła się lekko, kiedy próbowałem się podnieść i już wiedziałem, że nie uda mi się wyjść tak, żeby jej nie obudzić. Przetarłem wolną ręką oczy. Było już jasno, słońce musiało wstać dobrą godzinę temu, ale w obozie nie było jeszcze zamieszania. Pierwsza myśl „zaspałem”, nacechowana delikatną paniką, rozpłynęła się niczym poranna mgła. Przekręciłem się na plecy i westchnąłem cicho. Namiot był zupełnie taki sam, jak wczoraj, ale było w nim coś innego. Ciepła osoba, leżąca obok. Czułem dokładnie jej obecność, długą chwilę z przymkniętymi oczami delektowałem się tą niecodzienną bliskością, do której nie uda mi się przyzwyczaić. Dopiero, kiedy za namiotem dotarła do moich uszu rozmowa zdecydowałem, że czas się podnosić.
        Dziewczyna obudziła się, jak podejrzewałem, kiedy tylko podniosłem się do siadu. Ciche jęknięcie zdradziło, że już nie śpi, spojrzałem więc na nią koso przez ramię, a później przeciągnąłem się swobodnie, a silne, wypracowane mięśnie ramion i pleców napięły się pod wpływem tego gestu. Czułem w nich nieprzyjemny ból, z pewnością spowodowany wczorajszym zmęczeniem.
        — Przydałaby mi się rozgrzewka — mruknąłem, bardziej do siebie, ale po chwili zdając sobie sprawę z tego, jak to zabrzmiało, ponownie skierowałem znaczące spojrzenie na blondynkę. Na ustach pojawił się już znajomy i charakterystyczny cwany uśmiech. — Nie martw się, sam się tym zajmę — dodałem, nie powstrzymując tej drobnej, dwuznacznej złośliwości.
      Zebranie się do stanu używalności jak zwykle nie zajęło mi długo. Zwinąłem dzisiaj także jedną z map, które były rozciągnięte na biurku, przyjrzałem się jej znacznie dłużej, niż wcześniej. Nie zauważyłem przy tym, że Esja znalazła się tuż obok. Drgnąłem nerwowo.
      — Już zaczynasz się zakradać? — zapytałem, podejrzliwie mrużąc oczy, ale kiedy otworzyła usta do odpowiedzi, pochyliłem się i złożyłem na nich pocałunek. Nie ten z rodzaju grzecznych, od razu wsuwając język między jej wargi. Spod półprzymkniętych powiek obserwowałem jej wyraz twarzy, który przyczynił się do znacznego poczucia satysfakcji. Trwało to długą, dłuższą niż być może należało chwilę, kiedy odsunąłem się, tak po prostu, przybierając znowu neutralny wyraz twarzy. Miał ukryć to, co działo się właśnie wewnątrz mnie i miałem nadzieję, że zadziała. — To na pożegnanie. Zbroja i koń już na pewno czekają na mnie w stajniach — uniosłem lekko brwi.
        Staliśmy tak przez chwilę, blisko obok siebie, na wyciągnięcie dłoni, ale nie obejmując się. Było w tym coś z pewnością bardzo elektryzującego, coś co prosiło się, żeby zabrnąć ponownie dalej i dalej, ale tym razem nie dałem zwieść się własnemu pożądaniu. W końcu w oczach błysnęło mi niebezpiecznie i uniosłem kącik ust w uśmiechu, który odkrył część rzędu zębów.
        Schowałem mapę do kieszeni swoich spodni. Pergamin był gruby i wytrzymały, a dzisiaj dobra znajomość drogi – i ewentualnej szybkiej ucieczki – mogła być bardzo przydatna. Jechaliśmy dalej na zachód, niż wczoraj i możliwe, że dalej niż kiedykolwiek wcześniej, na misję o dużej delikatności. Wiedziałem, że dzisiejszy dzień również będzie trudny, ale to nie sprawiało, że mój nastrój był niczym chmura burzowa.
        — Będziesz grzeczna, Esjo? — zapytałem, kiedy uśmiech w końcu opuścił moją twarz. Oparłem dłoń na swoim biodrze i nie oczekiwałem jej odpowiedzi. — Wrócimy później, niż wczoraj, w razie czego dzisiaj też zostanie w obozie kilku żołnierzy. Gdyby coś się stało, biegnij prosto do stajni. Nigdy nie powiedziałem ci, jak najszybciej uciekać z tego miejsca w poszukiwaniu bezpiecznego azylu. — Uniosłem dłoń ku górze, jakby czując, że zaraz będzie chciała mi przerwać. Nie zamierzałem jej na to pozwolić. Nie chciałem słuchać, że może to wcale nie potrzebne, że będę tutaj jeszcze dzisiaj… Miałem nieprzyjemną świadomość, że takie stwierdzenie wcale nie jest oczywistym faktem. — W stajni zostaną dwa konie; jeden twój, ten, na którym jechałaś już wcześniej i na którym uczyłaś się jazdy. Jest do twojej dyspozycji. Jest też drugi. Należy do medyka — dodałem powoli, zastanawiając się dokładnie nad każdym kolejnym słowem. — Można mu ufać. Zna te tereny lepiej, niż większość żołnierzy z mojej jednostki.
        Wolałem nie wyobrażać sobie sytuacji, w której taka wiedza przyda się Esji, ale teraz czułem się spokojniej. Jakby sam fakt powierzenia jej takiej wiedzy sprawił, że będzie bezpieczna, gdyby sprawy wymknęły się spod kontroli. Choć wcześniej na mojej twarzy malował się bardzo poważny wyraz, wręcz groźny, może niebezpieczny, to teraz zelżał. Uniosłem jedną brew ku górze i złapałem jej podbródek, pochyliwszy się do przodu.
        — Lubię dmuchać na zimne — rzuciłem zaczepnie. A później… Niespodziewana myśl przyszła mi do głowy, tym bardziej nieoczekiwana, że wypowiedziałem ją zupełnie bez konsultacji z rozsądkiem. — Nie mogę cię stracić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/