środa, 7 marca 2018

CLXXXIX


       Uśmiechnęłam się delikatnie. 
       Kiedyś. 
       Nie teraz. 
       Najpewniej też nie jutro. 
       Po prostu kiedyś. To mi wystarczy. Na teraz. 
      Kolejny raz kładłam się przy nim, na jego łóżku, gdzie wszystko pachniało, jak on. Druga noc z rzędu, w którą dopuszczałam się takiego grzechu i żałowałam jeszcze mniej, niż wczoraj. Nie czułam, że robię coś źle. Poczucie winy, jeśli miało się pojawić, to najwyraźniej zabłądziło gdzieś po drodze, bo aktualnie nie doskwierało mi wcale. Czułam się dobrze, nie szukałam pięknych słów, bo mimo zawstydzenia, niepewności, czułam się tak, jakbym znalazła swoje miejsce i co najdziwniejsze, wcześniej nie wiedziałam, że go szukam. Dotarło to do mnie dopiero wtedy, gdy położyłam twarz na jego torsie, gdy jego oddech i bicie serca kołysały mnie do snu. Wtedy poczułam się tak, jakbym po bardzo długiej wędrówce dotarła do celu, mogła w końcu odpocząć. 
      Sen przyszedł szybko, otulił mnie całą, wraz z ciepłem jego ciała. Spałam lepiej, niż powinnam, a przy tym musiałam być na tyle zdeterminowana, żeby nie wypuścić go bez słowa, że w nocy nawet na milimetr od niego nie odeszłam. Trwaliśmy więc zlepieni, jakbyśmy byli wspólną całością. 

       Kiedy poczułam jakiś ruch obok, wcale nie chciałam się budzić. Było mi dobrze, wygodnie i ciepło, ale w chwili, w której ciepło to wymknęło się poza mój zasięg, zdobyłam się na otwarcie oczu, by zobaczyć napięte plecy Nevana. Poczułam, jak się rumienię, zaskoczona, chociaż wiedziałam, że z nim śpię. Mimo to pierwszy raz budziłam się z nim w jednym łóżku, bo wczoraj uciekł przede mną. To było nowe doświadczenie, bardzo emocjonujące w mym odczuciu, a do tego mężczyzna musiał rzucić słowami, które tylko bardziej pogrążyły mnie w zawstydzeniu. 
       Nic mu nie powiedziałam. Póki co tylko obserwowałam, z początku ukradkiem, potem pewniej. Zwilżyłam wargi, czując, że ten widok całkiem nieźle mnie rozbudził. Dlatego też podniosłam się do siadu, potem stanęłam na nogach i ostrożnie stawiając kroki podeszłam do niego, nie chcąc mu zaburzyć porannej rutyny. 
     Na jego swoiste oskarżenie, oczywiście już nie zamierzałam pozostać obojętna. Właśnie to miałam powiedzieć, że to nie moja wina, iż przestał zwracać uwagę na otoczenie, ale nim jakiekolwiek słowo opuściło moje usta, te były już pełne, od jego oddechu, języka i emocji, które na mnie przelewał. Stęknęłam cichutko, zaskoczona, a przy tym wygięłam się delikatnie w tył. Poliki zdążyły mi już zakwitnąć czerwienią. 
       - Takie pożegnania są o wiele milsze, niż wyjeżdżanie bez słowa, prawda? - nie mogłam sobie odmówić tego drobnego przytyku, chociaż wiedziałam, że oficer najpewniej nie odpowie. Nie da mi takiej satysfakcji. Poza tym... nie ruszył się jeszcze z miejsca. Przechyliłam głowę, jakby świadoma tego, że coś jeszcze mnie czeka. Nie myliłam się. 
       Uniosłam nieco brew. Nie uśmiechał się, więc raczej nie było to żartobliwe pytanie. Na całe szczęście nie czekał chyba na odpowiedź i jak okropnie to nie zabrzmi, byłam wdzięczna, bo nie chciałam składać w tym temacie deklaracji. Nauczyłam się już, że często zdarza mi się przez przypadek postąpić tak, jak Nevan nie chciałby, abym postępowała. Właśnie dlatego wolę nie zarzekać się, że po jego powrocie wszystko będzie idealne. Teraz jednak nie to było ważne. Serce zabiło mi szybciej, gdy dotarło do mnie, do czego on zmierza. Miałam mu przerwać, ale przybrał tą postawę, której nie odważyłabym się przełamać. Musiałam więc grzecznie czekać, aż powie wszystko, nawet jeśli te rewelacje niekoniecznie mi się podobały. 
       Zmartwiłam się. Teraz dopiero do mnie dotarło, że on nie jedzie na wycieczkę. Teraz dotarło do mnie, że nie chcę go puszczać, ale nie mam prawa prosić. Nie posłucha i tak, jeszcze się na mnie zezłości. Nie mam prawa, muszę pokornie odsunąć się z jego drogi i zostać na swoim miejscu. Nienawidziłam tego. Teraz wcale też niełatwo było mi patrzeć mu w oczy, unikałam jego spojrzenia, aż do chwili, w której sam podniósł mój podbródek. Mimo wszystko ulżyło mi nieco, słysząc jego zaczepny ton. 
       Otworzyłam szerzej oczy. Serce mi zabiło, coś ciepłego rozlewało się po moim ciele. Czułam się lepiej... czułam się dobrze... czułam się może nawet wspaniale, biorąc pod uwagę, że Tealvash za moment odjedzie i zostawi mnie samą z niepewnościami i obawami. 
       - Nie stracisz - powiedziałam w końcu, a moja twarz rozpromieniła się od uśmiechu. Korzystając z tego, że się pochylał, ja sama stanęłam na palcach. Złapałam jego twarz i pociągnęłam lekko w dół, był znacznie postawniejszy ode mnie, w dodatku on był już w pełni ubrany, a ja miałam jedynie koszulę nocną. - Kiedy wrócisz dziś do mnie, cały i bezpieczny, ja będę tutaj czekać, cała i bezpieczna - powiedziałam niezbyt głośno, po czym złożyłam pocałunek na jego czole. - Nie zasnę dopóki się nie pojawisz, więc spiesz się do mnie, bym nie musiała zbyt długo czekać - stanęłam już na swoich nogach, a potem jeszcze raz pocałowaliśmy się, zbyt czule, bym z łatwością mogła ustać. W zasadzie to nogi się pode mną praktycznie ugięły i taką mnie zostawił. Upojoną praktycznie do nieprzytomności nagłą pieszczotą. Niezdolną do zatrzymywania go, podjęcia jakiejś próby. Na pewno zrobił to specjalnie, a ja nie mogłam go za to nienawidzić. 
       
       Chociaż miałam się nie przepracowywać, to jednak, aby nie myśleć o tym, co aktualnie się dzieje gdzieś tam, gdzie jest Nevan i jego ludzie, musiałam skupić się na pracy. Febiasz kilka razy mówił, że mogę odpocząć, ale w końcu powiedziałam mu, że za bardzo się martwię i muszę czymś zająć myśli. Wtedy już tak nie narzekał, pozwalał mi przemieszczać się między rannymi, wykonywać pracę, jaką wcześniej uważał za nieodpowiednią dla kapłanki. Podejmowałam się wszystkiego, byleby nie myśleć. W końcu jednak nawet chowanie się za zmartwieniami przestało działać i medyk nakazał mi iść odpocząć i się posilić. Obóz nie był opustoszały, ale bez wątpienia brakowało mi w nim znajomych twarzy. Nic dziwnego, tym razem nawet Eliah pojechał na wyprawę, więc nie wiedząc z kim miałabym porozmawiać, postanowiłam poszukać Mili. 
       Nie było jej przy moim namiocie, ani wśród innych służących. Nieco zaczęło mnie to niepokoić. W końcu jakiś sługa pod moją namową mruknął, że widział ją jak szła między namioty we wschodniej części obozu. Tam kwatery mieli jedynie żołnierze, ale moja była w części zachodniej. Tak czy inaczej ruszyłam w odpowiednim kierunku, tutaj to już w ogóle panowały pustki. Jednakże w chwili, w której chciałam się już cofać do moich uszu dotarły jakieś urywki rozmowy. Uniosłam lekko brwi, a instynkt nakazał mi w ciszy iść do źródła dźwięku. 
      Z każdym krokiem serce przyspieszało mi coraz bardziej. Próbowałam, nie wiem dlaczego, ale próbowałam ignorować znacznie tych słów, które przecież już docierały do mnie. Mimo to nie chciałam ich rozumieć, ani nawet brać pod uwagę. Nie mogły być prawdziwe. Kiedy byłam już zaledwie jeden namiot od sceny, nie mogłam wmawiać już sobie, że za materiałem niczego nie dostrzegę.
       - Przestań się szamotać, jeszcze ci się spodoba - męski głos. Nie znałam go, ale nie musiałam. Mila też nie musiała odpowiadać, bo determinacja wygrała nad strachem. Przyspieszyłam. Przed moimi oczami pojawiły się dwie postacie. Pierwsza zgięta w pół, z torsem przyszpilonym do stojących tu drewnianych skrzyni, a druga... nieznajoma, stojąca do mnie tyłem. 
       - Zostaw ją natychmiast! - Wrzasnęłam i rzuciłam się na mężczyznę, który grzebał w materiale sukni Mili. Uczepiłam się jego ramienia, a on odruchowo warknął i szarpnął nim tak, że zatoczyłam się, potknęłam i upadłam biodrem prosto na kant mniejszej skrzyni. Jęknęłam z bólu, ale nim zrobiłam cokolwiek, mężczyzna odskoczył jak oparzony, najpewniej dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, kogo raczył odepchnąć. 
       - Najświętsza! Na bogów, wybacz mi pani - całkowicie zignorował Milę, której twarz wykrzywiona była w łapiącym za serce grymasie. Mimo, że żołnierz podskoczył do mnie, mimo, że był zlękniony i pełen poczucia winy, wystarczyło jedno spojrzenie w oczy mojej służki, bym była głucha na jego przeprosiny. 
       - STRAŻ!!! - krzyknęłam z taką mocą, że cały obóz najpewniej mógł mnie usłyszeć. Szeregowy zrobił wielkie oczy, ale nie odważył się ruszyć. Słyszeliśmy przyspieszone szczeknięcia wprawionych w ruch zbroi. Po chwili obok mnie było już dwóch strażników. 
       - Ten mężczyzna dopuścił się wykroczenia! Natychmiast macie go zamknąć! - powiedziałam z mocą. Wszyscy trzej musieli być zaskoczeni. Jeden z tych nowo przybyłych chciał mi pomóc wstać. Odtrąciłam go, kazałam zabrać tego bezbożnika. Musiałam ochłonąć, zrozumieć. Kiedy zostałyśmy same, pozbierałam się, zapominając o bólu i stanęłam przy niej. Nie wiedziałam co powiedzieć, jak zacząć. Ona też nie czuła się najlepiej. Ostatecznie jednak poprawiła ubrania i opuściła głowę. 
       - Wybacz pani, że byłaś tego świadkiem - odezwała się, a ja skamieniałam. Dlaczego mnie przepraszała? Dlaczego traktowała mnie tak, jakby jej nic złego się nie stało. Nie wytrzymałam i pokonałam dzielący nas dystans, otoczyłam ją ramionami. 
       - Mila, nie przepraszaj! Nigdy nie przepraszaj za takie rzeczy, gdybym się spóźniła... bogowie, jak on śmiał... - głos mi się załamywał. Dziewczyna była spięta, czułam to doskonale, ale mimo to gładziłam ją po ciemnych włosach. 
       - To żołnierz pani... ja jestem jedynie służącą... oni mogą więcej... - powiedziała to w taki sposób, że aż mnie zmroziło. Odsunęłam ją od siebie na długość ramion i zajrzałam jej w oczy, a tam... tam zobaczyłam więcej, niż bym chciała. Nie musiałam pytać i już wiedziałam, że spóźniłam się. Nie kilka minut, nie dzień. Spóźniłam się o wiele bardziej, a wcześniej nie mogło mi nawet przejść przez myśl, ile taka dziewczyna, jak ona mogła w życiu przecierpieć. Poczułam, jak oczy zachodzą mi łzami. Mila drgnęła, nigdy wcześniej nie widziałam na jej twarzy zaskoczenia. Dokładnie tak! Ona nigdy niczemu się nie dziwiła, ile więc musiała już widzieć. Teraz jednak była wyraźnie skołowana, niepewna. Mimo to coś jej nakazało by się ruszyła i złapała moje dłonie. - Nie płacz pani, przywykłam. Błagam, nie płacz przez kogoś takiego, jak ja... - jej głos sam zaczął się załamywać. Ja również ścisnęłam jej dłonie. Wzięłam głęboki wdech i czułam, jak rośnie we mnie determinacja. Sądziłam, że dobrze się nią zajmuję. Myliłam się. Tak mało wiedziałam. Za mało. Byłam głupia i ślepa. 
       - Obiecuję ci, że od teraz będziesz bezpieczna. Nie obchodzi mnie, czy to żołnierz, czy sam król! Nikt nie ma prawa tak traktować drugiej istoty, rozumiesz? Jesteś tak samo wartościowa, jak każdy inny w tym obozie i nie wolno ci w to wątpić! - zacisnęłam dłonie w pięści. Nie czekałam długo. Odwróciłam się na pięcie i z siłą huraganu ruszyłam w stronę najbliższych żołnierzy, by dowiedzieć się, gdzie zaprowadzili tamtego okrutnika. 
       Przez następne dwie godziny zdarłam sobie całe gardło. Krzyki, mimo, że byłam kapłanka, to odmowy, wyśmiewanie wartości mojej służącej. Ostatecznie musiałam użyć argumentu, że należy do mnie, że to ja o niej decyduję, a nie ktoś inny. Wizja kary, która rozśmieszyła winowajcę, który widocznie nadal nie poczuwał się do winy. Mogłabym powiedzieć o krwiaku na biodrze, wtedy natychmiast by go ukarali, ale nie. Nie chciałam tego. Nie chciałam stawiać siebie wyżej od Mili. To za nią należało go ukarać, a nie za mnie. Najgorsze było jednak to, że koniec końców bez oficera, czy jego zastępcy o prawdziwej karze nie było mowy. Ja natomiast nie mogłam zadowolić się jedynie tym, że spędzi dzień zamknięty w wozie. Upał był niemiłosierny. 
       - Obedrzeć z niego koszulę i przywiązać do pala. Ma stać. Bez wody i strawy - wycedziłam przez zęby. 
       - Pani, wybacz, może nie jest to kara cielesna, ale mimo wszystko nie została wydana przez organ wojskowy - powiedział jeden ze strażników, a ja zmroziłam go wzrokiem. 
       - Sugerujesz, że kapłanka świątyni Arethora, boga pokoju nie jest wystarczająco potężna, by zadecydować o ukaraniu grzesznika? - spojrzałam na niego spojrzeniem, jakie nigdy nie gościło na mojej twarzy. Próbowałam naśladować trochę twarz Nevana, nie wiem jak mi to wyszło, ale do mężczyzny musiało dotrzeć, bo się zmieszał. Przeprosił mnie natychmiast, a potem wykonał rozkaz. Widziałam, jak Mila stoi i patrzy na pocącego się żołnierza. Widziałam w jej oczach, że pierwszy raz widzi sprawiedliwość. To mi wystarczyło. 
       Nocą mój więzień nadal wisiał na dłoniach, a nogi odmawiały mu już zapewne posłuszeństwa. Starałam się o tym nie myśleć. Nie patrzyłam za często w jego kierunku, chociaż Mila cały dzień oglądała. Nie zamierzałam jej tego zabraniać. Skupiłam się na rannych. Ostatecznie byłam padnięta przez to wszystko, co się wydarzyło. Ranni, szukanie Mili, upadek na skrzynię, kłótnia z tym żołnierzem, a potem ze strażnikami i znowu ranni. Sama nie wiem kiedy nastała ciemność. Czekałam i czekałam, ale nikt nie nadchodził. Co chwila sprawdzałam to stajnię, to namiot dowódcy, aż w końcu w tym drugim zostałam. Usiadłam za biurkiem, bojąc się, że na łóżku zmorzy mnie sen. Problem był jednak taki, że nawet na twardym krześle zmęczenie dawało się we znaki. Obiecałam mu, że nie zasnę... byłam taka zestresowana, a jednak... nie wytrzymałam. 

       Do moich uszu zaczęły docierać jakieś dźwięki. Nie aż tak głośne. Zignorowałam je. Potem niby głośniejsze, niby bliższe, ale... jakby nieprzeszkadzające. Te także zignorowałam. Tylko, że nasilały się. Co jakiś czas przerywały ciszę. Były blisko. Niechętnie zmrużyłam powieki. Leżałam całym torsem na blacie biurka, plecy bolały od tej pozycji. Przetarłam dłonią oczy, zauważyłam rozmazaną sylwetkę Nevana, który stał obok i coś majstrował przy zbroi. Większości nie miał już na sobie... Chwilka. 
       - Wróciłeś! - zawołałam i zaraz zerwałam się do pionu, nieco chwiejnie, ale jednak. Poczułam, jak schodzi ze mnie stres. Był tutaj, stał sobie, jak gdyby nigdy nic, chociaż było po nim widać zmęczenie, to jednak był. Żywy, w jednym kawałku. Podeszłam do niego zaraz, zapominając na moment o całym świecie. Ulga... a dopiero po chwili logika. Nie miał już tylu elementów zbroi. Skrzywiłam się. - Skoro jesteś już jakiś czas, to dlaczego mnie nie obudziłeś? - skarciłam go, nie będąc z tego zadowolona. Mimo to i tak po chwili się uśmiechnęłam. Radość z jego pojawienia się była najważniejsza. 
       - Witaj z powrotem, tęskniłam - powiedziałam niepewnie, rumieniąc się lekko i poprawiając przy tym włosy, które po drzemce musiały być w pewnym nieładzie.        

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/