Skarżyć się nie zamierzałem. Nie mogłem
mieć tej przyjemności i takiej ugody, bo nie potrafiłbym z nią jednocześnie
później się rozstać ani żyć. Dlatego właśnie zbagatelizowałem jej wspomnienie o
tym, że cieszę się spokojem na rzecz tego, co chciała mi powiedzieć. Nie mogłem
tego wiedzieć, ale czułem, że nie jest to nic ani łatwego, ani przyjemnego.
Lekkich wieści nie zapowiada się w tak ciężki sposób ani też nie ukrywa, do
czego dziewczyna sama się przed chwilą przyznała. Pożegnałem więc spokój,
jakbym żegnał dobrego, starego drucha wiedząc, że w końcu ja i on i tak się
odnajdziemy, prędzej czy później i przygotowałem na to, co zamierzała
powiedzieć.
Jej ciepłe dłonie ociekające wodą z
mydłem na mojej twarzy, opuszki palców pomiędzy moimi mokrymi nadal włosami i
bliskość były kojące. Z zaskakującą łatwością oddałem się temu przyjemnemu
dotykowi odkrywając, że jest całkiem inny od tych, którym obdarzało mnie wcześniej
wiele kobiet. Nie był nasączony erotyzmem, ale niósł nieporównywalnie większe
pokrzepienie od tego, który służył wyłącznie przyjemnościom. Dlatego po prostu
przymknąłem oczy i już wiedziałem, że cokolwiek to nie będzie, czegokolwiek
teraz nie powie, dla mnie nie będzie to miało większego znaczenia. Chciałem
wierzyć w to, że jej dotyk ma taką moc możliwą zapewnić mi jeszcze głębsze
poczucie spokoju. Dlatego po prostu czekałem. Czujnie, mimo wszystko,
obserwując ją spod ciemnych rzęs i przymkniętych powiek.
Pocałunek był krótki. Ponownie, nie był
tym razem nasączony erotyzmem. Wiedziałem, że wydarzenia ostatnich dni żadnego
z nas nie oszczędziły, że ona też przeszła przez swoje emocje, a te musiały
zmienić ją w stosunku do tego, kim wcześniej była. Może zmywała z dłoni krew.
Może płakała w nocy. A może po prostu patrzyła na płonące zwłoki i żegnała tą
część siebie, swojej niewinności i dobroci, która nigdy nie wróci.
Otworzyłem oczy, kiedy zdecydowała się
odsunąć. Bliskość jednak między nami zatarła wszelkie inne granice. Nie było
złości i irytacji, nie było pośpiesznie wyplutych z siebie słów, oskarżeń,
okrutnych zdań, które dzieliły nas niczym ostry miecz dzieli ciało.
I faktycznie, kiedy padły kolejne
słowa, po prosu przymknąłem ponownie oczy. Nie zamierzałem skupiać się na
zrozumieniu swoich emocji, które wiązały się z tym momentem.
— Mila wie o nas — powtórzyłem cicho,
odchylając głowę do tyłu i opierając teraz łokcie o brzegi wanny, unosząc przy
tym ramiona.
Czy to było już zagrożeniem? Bez wątpienia
każda kolejna osoba, która wiedziała o naszej relacji nim była i zmysł
samozachowawczy podpowiadał, żeby wyeliminować ją tak, jak wyeliminowałbym
każdego na jej miejscu. W końcu jednak także doszedłem do innych wniosków. Nie
zajęło to długo. Szedłem po nici do kłębka. Jeśli Esja pozwoliła jej żyć, jeśli
ufała jej na tyle, że nie przyszła z tą sprawą do mnie od razu, kiedy tylko się
dowiedziała – a zakładałem, że nie przybiegła tutaj pełna emocji, kiedy tylko
służąca zdradziła jej swój sekret – to i ja powinienem pogodzić się z taką
koleją rzeczy. Wierząc, że Esja nie sprowadziłaby na nas zagłady. Szkoda, że
nigdy nie byłem silną jednostką, jeśli o wiarę chodziło.
Kiedy ja zatrzymałem się w chwili, w
której Esja wypowiedziała pierwsze słowa, ona mówiła dalej. Ich sens docierał
do mnie z opóźnieniem, jakbym nadal miał głowę zanurzoną pod powierzchnią wody.
W momencie, w którym jednak wypowiedziała swoje szczere i jakże proste
wyznanie, moje spojrzenie stężało, przecięło powietrze od płótna namiotu w kierunku
jej oczu i pokonało tę drogę w ułamku sekundy. Badałem jej twarz, jej emocje.
Ale była taka szczera, taka realna, prawdziwa i nieukrywana…
Po długiej chwili milczenia moja twarz
rozluźniła się, a na wargach pojawił uśmiech. Był to jeden z tych, który nie
był przeznaczony do publicznej prezentacji, który przedstawiał we mnie to, co
jeszcze zostało z dziecka, jakim byłem.
Podniosłem dłoń, najpierw jedną, ale
zaraz po niej również drugą i ułożyłem na jej ramionach, odgarniając wcześniej
stamtąd włosy.
— I ja jestem gotowy dla ciebie wiele
poświęcić — odezwałem się w końcu, patrząc w jej jasne niczym poranne niebo
oczy. Była w nich troska, tak, która była tam od zawsze i hardość, którą udało
mi się w tym spojrzeniu umieścić. — Dlatego nie podważę twojej decyzji, tej,
która dotyczy służącej i żadnej, którą podejmiesz biorąc na siebie pełną
odpowiedzialność. To nie znaczy, że wcześniej ci nie ufałem, albo że teraz moje
zaufanie uległo zmianie — zauważyłem, nie ruszając się jednak nawet o cal.
Czułem napięcie, które rodziło się wraz z tym postanowieniem, z tą swoistą obietnicą.
Niezgoda na jej różne poczynanie to co innego, ale otwarte przyznanie, że nie będę
kwestionował jej decyzji? Nie potrafiłem nawet stwierdzić, czy w przyszłości
uda mi się wywiązać z tych słów. Nikomu wcześniej nie powierzyłem aż tyle. — I
zrobię to, bo również cię kocham. Bo mam do ciebie słabość i bo wiem, że ty też
zaczniesz sobie zdawać z tego sprawę.
To przyszło… Tak łatwo. Niespodziewanie
łatwo, a jednak jaką wagę miały te dopiero co wypowiedziane słowa dowiemy się
oboje dopiero w przyszłości, która rozciągała się przed nami.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz