Ta rozmowa miała mnie oderwać od
natarczywych myśli I w gruncie rzeczy właśnie to zrobiła. Skierowała je jednak
na tym niebezpieczniejsze tereny, po których nie potrafiłem poruszać się tak
swobodnie. Długo patrzyłem na zasłoniętą połę namiotu, w której zniknęła wysoka
kobieta. Nie było mi ani przykro za to, jak ją potraktowałem, ani nie gryzły
mnie żadne wyrzuty sumienia. Gdyby jeszcze kiedykolwiek przyszło jej na myśl,
żeby prowadzić rozmowę w tym kierunku – myśląc, że może mi mówić, jak decydować
i czym się kierować! – powtórzyłbym to samo. Nawet chwilę nie zastanawiałem się
nad ważną sprawą: a co, jeśli ma rację? Jeśli naprawdę podkopuję pod sobą
ogromny, przepastny dół, w którym zmieści się wszystko, co udało mi się do tej
pory osiągnąć? Już sam wcześniej miałem podobne przypuszczenia. Ale przyjęcie
ich z ust kogoś takiego jak ona… To było zupełnie co innego.
Powoli opadłem na swoje miejsce. Nadal
pożerała mnie rozrastająca się pustka, dlatego postanowiłem, że nie mogę
odwlekać działania. Działanie było tym lekarstwem, które utrzyma destrukcyjne
myśli na dystans.
Podniosłem ponownie kopertę i jej
zawartość. Zaskakująco jasny umysł podpowiadał, że muszę jej pilnować. Że nie
mogę powiedzieć Esji, kto czeka na nią u celu, bo to znacznie utrudni nam
dotarcie do niego. Znałem ją trochę, wiedziałem, jaką wywołam reakcję. Postara
się i użyje wszystkiego, żeby mnie powstrzymać, a wolałem nie dopuszczać do
okazji, w której uda się jej na mnie wpłynąć w tej sprawie. Nie ważne, co
czułem i jak bardzo w każdej sekundzie ta myśl rozdzierała moje serce,
wiedziałem, że doprowadzę ją do tego pieprznego ślubnego kobierca i że sam
przekonam się, że dotrze bezpiecznie do stolicy. Na szali była oczywiście moja
duma i honor, ale także coś jeszcze cenniejszego. Coś, dla czego nie chciałem
szukać konkretnej nazwy.
Zgiąłem pergamin i umieściłem go w
kieszeni płaszcza, a później pozbierałem wszystkie ważne dokumenty i wyszedłem
prosto na jasno rażące słońce tego dnia, na powrót do obowiązków. Jakby nic się
nie stało. Okropnym bólem napawała mnie świadomość, że stało się wszystko, że
zmieniło się wszystko.
Mimo tego odwiedziłem każdy poszczególny
oddział obozu i sprawdziłem każdą jedną, najmniejszą rzecz. Musiałem się upewnić,
że wszystko zostawiam za sobą w porządku. Że kiedy wrócę – a wiedziałem, że to
zrobię – zastanę rzeczy takimi, jakimi powinny być. Będę tą osobą, którą nie
mogę być jeszcze teraz. Odpuszczę wszystko, co trzymało mnie przy Esji. Przecież
to zrobię. Dam radę. Aelnea nie musi w to wierzyć.
Ja też nie wierzyłem.
Po kilku godzinach rozmów i kontroli
nad pracami w obozie i nad rozdziałem misji spotkałem się z Eliahem nieopodal
jego namiotu. Miał na sobie zbroję. Skinąłem lekko zauważalnie głową.
— Znalazłeś ją?
Przekrzywił głowę na bok i posłał mi
spojrzenie. Nie znalazł.
— No dobrze, to bez znaczenia.
Poinformuj jej służącą, żeby spakowała jej rzeczy, bo ruszamy z samego rana i
nie będzie czasu, żeby czekać — poinstruowałem i odwróciłem się do odejścia.
Zamierzałem spędzić ten wieczór w przytłaczającej samotności.
— Poczekaj chwilę — zaczął blondyn,
zadzierając lekko głowę. — „Ruszamy”.
— Nie muszę ci się z niczego tłumaczyć.
Ostatnio zapomniałeś, gdzie twoje miejsce, czy zapomniałeś też, kto jest twoim
przywódcą?
Te słowa zabrzmiały ostrzej, niż
planowałem. Ale nie zamierzałem ich cofać. Przecinałem go ostrym spojrzeniem,
tym, które często lądowało na żołnierzach niższej rangi i uderzyła go ta nagła
wrogość. Nadal wyglądał na zaskoczonego i przez moment napawałem się tym
momentem. Wyżywanie się na innych sprawiało, że czułem się lżej ze samym sobą.
— Nie, oficerze. Skądże — odpowiedział
szorstko, nie cofając się i nie robiąc kroku w moją stronę. — Wszystko będzie
przygotowane. Wyślę kogoś z wiadomością do służącej.
— Niech nie mówi kapłance, że jadę.
Skinąłem jedynie głową na
potwierdzenie, a później odwróciłem się i odszedłem.
Nie potrafiłbym zasnąć tej nocy, ale
tym bardziej nie potrafiłem siedzieć samemu w pustym namiocie, który
przypominał mi o tym, że od dzisiejszego dnia każdy kolejny będzie wyglądał
właśnie tak samo. Nie poszedłem do Esji i nie oczekiwałem, że ona się pojawi. Czasami
zamiast przygotowywać się na ostateczną chwilę lepiej po prostu uznać, że ona
już po prostu minęła; tak samo, jak wczoraj minęła nasza ostatnia wspólna noc,
jak dzisiaj w stajniach minęła ostatnia swobodna rozmowa, jak przed namiotem
minął ostatni pocałunek. Nie musiałem wtedy wiedzieć, że to ostatnie rzeczy.
Wolałem teraz je za takie uznać. Mimo tego podejścia wcale nie było mi łatwiej.
Mimo wmawiania sobie, że przecież nic się teraz nie zmieni wcale nie było
łatwiej. Dlatego podniosłem się sprężyście z łóżka, przy którym nadal leżały
świeżo wyprane bandaże i miseczki z medykamentami – w całym wnętrzu pachniało
nieprzyjemnie ziołowymi mieszankami przywodzącymi na myśl polowy szpital w
głównym obozie – i opuściłem namiot, wychodząc w przyjemnie chłodną noc. Na
niebie wysoko stały dwa księżyce, których blask nie przytłumił gwiazd
rozproszonych po całym niebie.
W prowizorycznej stołówce znalazłem
jedną z niewielu butelek wina przywiezionych tutaj jeszcze z ostatnimi zapasami
żywności, nie czując się z tą drobną kradzieżą wcale źle.
Aelnea nie zadawała żadnych pytań.
Właściwie w ogóle nie rozmawialiśmy i rozeszliśmy się, kiedy na horyzoncie
zaczęły pojawiać się pierwsze promienie słońca, kiedy butelka sięgnęła dna i
nie było dalszej ucieczki. Spałem niedługo i niespokojnie, zaledwie trzy
godziny. Jak w transie założyłem na siebie podróżny zbrojny strój i opuściłem
namiot, a kieszeń płaszcza była tak ciężka, jakby ktoś napakował do niej
kamieni. Nie przeprosiłem jasnowłosej. Nie dopominała się o to. Może sama czuła
żal, że naprawdę wyjeżdżam? Może wiedziała, że moje słowa nie padają na wiatr i
przerażało ją to, co miało nastać? Jak nas wszystkich. Zawsze baliśmy się
nowych czasów, nawet jeśli teraźniejsze wcale nie należały do dobrych.
Poprawiłem naramienniki, jeden z nich
uciskał nieprzyjemnie nie zabliźnioną jeszcze ranę. Medyk nie powiedział, że
nie jestem gotowy na taką podróż. Zapakował odpowiednie zioła i wręczył mi je
bez ani jednego słowa spodziewanego wykładu.
Kiedy dotarłem do stajni, konie były
już gotowe. Odświętnego wozu podróżnego nie było, tylko ten niewielki na zapasy
i ewentualnie dla służby. Dokładnie wypełnione przeze mnie rozkazy. Słońce
pojawiało się za wysokimi górami na horyzoncie leniwie, rozpoczynając kolejny
dzień, a ja niecierpliwie przeniosłem ciężar ciała z nogi na nogę, co chwila
zerkając do wyjścia z uliczki, w której powinna pojawić się kapłanka lada
moment.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz