czwartek, 26 lipca 2018

CCXLVI


        Ta rozmowa miała mnie oderwać od natarczywych myśli I w gruncie rzeczy właśnie to zrobiła. Skierowała je jednak na tym niebezpieczniejsze tereny, po których nie potrafiłem poruszać się tak swobodnie. Długo patrzyłem na zasłoniętą połę namiotu, w której zniknęła wysoka kobieta. Nie było mi ani przykro za to, jak ją potraktowałem, ani nie gryzły mnie żadne wyrzuty sumienia. Gdyby jeszcze kiedykolwiek przyszło jej na myśl, żeby prowadzić rozmowę w tym kierunku – myśląc, że może mi mówić, jak decydować i czym się kierować! – powtórzyłbym to samo. Nawet chwilę nie zastanawiałem się nad ważną sprawą: a co, jeśli ma rację? Jeśli naprawdę podkopuję pod sobą ogromny, przepastny dół, w którym zmieści się wszystko, co udało mi się do tej pory osiągnąć? Już sam wcześniej miałem podobne przypuszczenia. Ale przyjęcie ich z ust kogoś takiego jak ona… To było zupełnie co innego.
        Powoli opadłem na swoje miejsce. Nadal pożerała mnie rozrastająca się pustka, dlatego postanowiłem, że nie mogę odwlekać działania. Działanie było tym lekarstwem, które utrzyma destrukcyjne myśli na dystans.
        Podniosłem ponownie kopertę i jej zawartość. Zaskakująco jasny umysł podpowiadał, że muszę jej pilnować. Że nie mogę powiedzieć Esji, kto czeka na nią u celu, bo to znacznie utrudni nam dotarcie do niego. Znałem ją trochę, wiedziałem, jaką wywołam reakcję. Postara się i użyje wszystkiego, żeby mnie powstrzymać, a wolałem nie dopuszczać do okazji, w której uda się jej na mnie wpłynąć w tej sprawie. Nie ważne, co czułem i jak bardzo w każdej sekundzie ta myśl rozdzierała moje serce, wiedziałem, że doprowadzę ją do tego pieprznego ślubnego kobierca i że sam przekonam się, że dotrze bezpiecznie do stolicy. Na szali była oczywiście moja duma i honor, ale także coś jeszcze cenniejszego. Coś, dla czego nie chciałem szukać konkretnej nazwy.
        Zgiąłem pergamin i umieściłem go w kieszeni płaszcza, a później pozbierałem wszystkie ważne dokumenty i wyszedłem prosto na jasno rażące słońce tego dnia, na powrót do obowiązków. Jakby nic się nie stało. Okropnym bólem napawała mnie świadomość, że stało się wszystko, że zmieniło się wszystko.
        Mimo tego odwiedziłem każdy poszczególny oddział obozu i sprawdziłem każdą jedną, najmniejszą rzecz. Musiałem się upewnić, że wszystko zostawiam za sobą w porządku. Że kiedy wrócę – a wiedziałem, że to zrobię – zastanę rzeczy takimi, jakimi powinny być. Będę tą osobą, którą nie mogę być jeszcze teraz. Odpuszczę wszystko, co trzymało mnie przy Esji. Przecież to zrobię. Dam radę. Aelnea nie musi w to wierzyć.
        Ja też nie wierzyłem.
        Po kilku godzinach rozmów i kontroli nad pracami w obozie i nad rozdziałem misji spotkałem się z Eliahem nieopodal jego namiotu. Miał na sobie zbroję. Skinąłem lekko zauważalnie głową.
        — Znalazłeś ją?
        Przekrzywił głowę na bok i posłał mi spojrzenie. Nie znalazł.
        — No dobrze, to bez znaczenia. Poinformuj jej służącą, żeby spakowała jej rzeczy, bo ruszamy z samego rana i nie będzie czasu, żeby czekać — poinstruowałem i odwróciłem się do odejścia. Zamierzałem spędzić ten wieczór w przytłaczającej samotności.
        — Poczekaj chwilę — zaczął blondyn, zadzierając lekko głowę. — „Ruszamy”.
        — Nie muszę ci się z niczego tłumaczyć. Ostatnio zapomniałeś, gdzie twoje miejsce, czy zapomniałeś też, kto jest twoim przywódcą?
        Te słowa zabrzmiały ostrzej, niż planowałem. Ale nie zamierzałem ich cofać. Przecinałem go ostrym spojrzeniem, tym, które często lądowało na żołnierzach niższej rangi i uderzyła go ta nagła wrogość. Nadal wyglądał na zaskoczonego i przez moment napawałem się tym momentem. Wyżywanie się na innych sprawiało, że czułem się lżej ze samym sobą.
        — Nie, oficerze. Skądże — odpowiedział szorstko, nie cofając się i nie robiąc kroku w moją stronę. — Wszystko będzie przygotowane. Wyślę kogoś z wiadomością do służącej.
        — Niech nie mówi kapłance, że jadę.
        Skinąłem jedynie głową na potwierdzenie, a później odwróciłem się i odszedłem.

        Nie potrafiłbym zasnąć tej nocy, ale tym bardziej nie potrafiłem siedzieć samemu w pustym namiocie, który przypominał mi o tym, że od dzisiejszego dnia każdy kolejny będzie wyglądał właśnie tak samo. Nie poszedłem do Esji i nie oczekiwałem, że ona się pojawi. Czasami zamiast przygotowywać się na ostateczną chwilę lepiej po prostu uznać, że ona już po prostu minęła; tak samo, jak wczoraj minęła nasza ostatnia wspólna noc, jak dzisiaj w stajniach minęła ostatnia swobodna rozmowa, jak przed namiotem minął ostatni pocałunek. Nie musiałem wtedy wiedzieć, że to ostatnie rzeczy. Wolałem teraz je za takie uznać. Mimo tego podejścia wcale nie było mi łatwiej. Mimo wmawiania sobie, że przecież nic się teraz nie zmieni wcale nie było łatwiej. Dlatego podniosłem się sprężyście z łóżka, przy którym nadal leżały świeżo wyprane bandaże i miseczki z medykamentami – w całym wnętrzu pachniało nieprzyjemnie ziołowymi mieszankami przywodzącymi na myśl polowy szpital w głównym obozie – i opuściłem namiot, wychodząc w przyjemnie chłodną noc. Na niebie wysoko stały dwa księżyce, których blask nie przytłumił gwiazd rozproszonych po całym niebie.
        W prowizorycznej stołówce znalazłem jedną z niewielu butelek wina przywiezionych tutaj jeszcze z ostatnimi zapasami żywności, nie czując się z tą drobną kradzieżą wcale źle.
         Aelnea nie zadawała żadnych pytań. Właściwie w ogóle nie rozmawialiśmy i rozeszliśmy się, kiedy na horyzoncie zaczęły pojawiać się pierwsze promienie słońca, kiedy butelka sięgnęła dna i nie było dalszej ucieczki. Spałem niedługo i niespokojnie, zaledwie trzy godziny. Jak w transie założyłem na siebie podróżny zbrojny strój i opuściłem namiot, a kieszeń płaszcza była tak ciężka, jakby ktoś napakował do niej kamieni. Nie przeprosiłem jasnowłosej. Nie dopominała się o to. Może sama czuła żal, że naprawdę wyjeżdżam? Może wiedziała, że moje słowa nie padają na wiatr i przerażało ją to, co miało nastać? Jak nas wszystkich. Zawsze baliśmy się nowych czasów, nawet jeśli teraźniejsze wcale nie należały do dobrych.
        Poprawiłem naramienniki, jeden z nich uciskał nieprzyjemnie nie zabliźnioną jeszcze ranę. Medyk nie powiedział, że nie jestem gotowy na taką podróż. Zapakował odpowiednie zioła i wręczył mi je bez ani jednego słowa spodziewanego wykładu.
        Kiedy dotarłem do stajni, konie były już gotowe. Odświętnego wozu podróżnego nie było, tylko ten niewielki na zapasy i ewentualnie dla służby. Dokładnie wypełnione przeze mnie rozkazy. Słońce pojawiało się za wysokimi górami na horyzoncie leniwie, rozpoczynając kolejny dzień, a ja niecierpliwie przeniosłem ciężar ciała z nogi na nogę, co chwila zerkając do wyjścia z uliczki, w której powinna pojawić się kapłanka lada moment.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/