czwartek, 26 lipca 2018

CCXLV



       Zapomniałam o obecności Mili, a może raczej próbowałam o niej zapomnieć, ignorować ją, wierzyć, że jestem tutaj sama, całkowicie sama z tym wszystkim, że jestem jedynie zdana na siebie, ale też do nikogo nie należę, decyduję o sobie i jeśli będę chciała tutaj zostać, to zostanę. Ile już tygodni minęło, odkąd uratowano mnie ze świątyni? Wówczas wydawało mi się, że do Stolicy zostanę odesłana na dniach, a teraz, z perspektywy czasu ta wizja nie była taka zła. Może wtedy nie zdążyłabym się przyzwyczaić do tych ludzi, nie zdążyłabym pokochać Nevana, zdradzić swojej roli, odwrócić się od mojego losu. Może, gdyby formalności udało się załatwić szybciej, byłabym szczęśliwsza w swej nieświadomości, nastawiona jedynie na to, co przygotowali dla mnie bogowie. 
       - Nie płacz, najświętsza - głos Mili dotarł do mnie jakby z daleka, a sens jej słów był zaskakujący. Uniosłam niepewnie dłoń do twarzy, do polika, starłam mokry ślad, a potem spojrzałam na swoje palce. Miała racje, płakałam, ale nawet tego nie poczułam. Poza tym, tak rzadko odzywała się nieproszona, a teraz nawet podeszła do mnie, zdałam sobie z tego sprawę, że podeszła do mnie, pochyliła się przy posłaniu, a ja nie zastanawiając się więcej uniosłam się na tyle, by móc się jej rzucić w ramiona, nie bacząc na to, że ze służbą się tak nie robi, że dziewczyna nie przywykła do tego. Potrzebowałam bliskości kogoś, kto mnie rozumiał, a w tym obozie tylko ona była moją powierniczką. 
       Minęła chwila jak długa nie wiem, ale w końcu Mila niepewnie podniosła dłonie, opowiedziała na uścisk, pogładziła moje włosy i to był ten moment, w którym nie wytrzymałam i załkałam w jej objęciach, zaciskając mocniej palce na jej szacie. Próbowała mnie uspokoić, ale nienachalnie.Wcześniej, z moich cichych majaczeń musiała już się dowiedzieć powodu, przez który jestem w takim stanie. Czułam, że rozpacz jest tym, czego mi trzeba, a jednocześnie nie miałam na nią siły, poddawałam się spokojnemu tonowi dziewczyny, który zdawał się wysuszać mi oczy, ale nawet gdy płacz ustał, nie odsunęłam się od niej chociażby o cal. 
       - Nie chcę wyjeżdżać - powiedziałam w końcu, nie bacząc na to, jak oczywiste były te słowa. Mimo to dłoń służącej na moment się zatrzymała, by po chwili wrócić do gładzenia moich włosów. 
       - Wiem pani - przyznała cicho, pokornie, ale i w jej głosie dało się usłyszeć coś, co można by uznać za smutek. To wystarczyło, abym poczuła, że muszę rozmawiać, muszę wylać z siebie myśli, bo nie mam siły już tego w sobie trzymać. 
       - Nie chcę wychodzić za mąż, za obcego mężczyznę, za nikogo... z wyjątkiem..!
       - Ciiii, cichutko najświętsza, cichutko... - przerwała mi i zrobiła to w dobrym momencie, bo znów oddech ugrzązł mi w gardle, a kiedy mówiła, jakoś łatwiej było mi wziąć spokojniejszy wdech. Dałam więc sobie chwilę, nie powinnam tak się unosić, ale to nie oznaczało, że przestanę mówić. Chciałam, aby ktoś mnie wysłuchał, po prostu tego mi było trzeba. Kogoś, kto zrozumie chociaż część moich lęków, nie musi ich ze mną nosić, ale niech chociaż je zrozumie. 
       - Boję się... tak bardzo się boję, Milo. Wszystkiego - przełknęłam ślinę, ale gula, jaka rosła w gardle nie zmalała przez to. - Nie chcę, by ktoś obcy mnie dotykał, rościł sobie do mnie prawa. Brzydzi mnie każda myśl o tym, wcześniej odpychałam ją od siebie, ale teraz, teraz już nie mogę tego robić - odsunęłam się od niej na tyle, aby móc spojrzeć na jej twarz, upewnić się, że ona rozumie, że moje słowa są jasne. Nie wiem dlaczego tak mi na tym zależało, po prostu musiałam mieć pewność, że rozumie. - Jak mam się oddać obcemu mężczyźnie, kiedy moje serce należy do innego? - zapytałam w końcu, czekając na jej odpowiedź, na dobrą radę, których zawsze miała dla mnie tak wiele, więc i teraz na pewno jakąś znajdzie. Tylko, że patrzyłam w jej oczy i już widziałam, że nie szykuje niczego, co rozwiąże wszelkie problemy. Mój wzrok zdawał się być błagalny, szeptać, by coś wymyśliła, ale w chwili, w której spojrzała na bok, wiedziałam już, że nie mam co na to liczyć. Przyciągnęła mnie zamiast tego do siebie, a ja poddałam się tej niespodziewanej zażyłości. 
       - Najświętsza, nie myśl tak o tym. Może twój mąż będzie dobry, może i jego pokochasz? - wiem, że chciała dla mnie jak najlepiej, wiem, że się martwiła, ale to pytanie, które nie miało spotkać się z moją odpowiedzią sprawiło, że krew we mnie zawrzała. Odkleiłam się od niej w jednej chwili. 
       - Nigdy! - wrzasnęłam zbyt głośno i zbyt energicznie, by nie odbiło się to echem na moim ciele, które zatoczyło się delikatnie. Myślałam, że zaraz rozsadzi mi głowę. Złapałam się za nią, wsuwając palce we włosy, mocno je na nich zaciskając. - Nigdy tego nie zrobię... mógłby być najmilszym jegomościem w kraju, ale nie zdradzę swoich uczuć - oznajmiłam z siłą, jakby była to łącząca przysięga. 
       Nie patrzyłam na dziewczynę, ale poczułam, że się podnosi. Patrzy na mnie. Waha się? Tego już nie byłam pewna. W końcu jednak się odezwała. 
       - Tego ci życzę, moja pani... żeby taki był. Zasługujesz na to - skłoniła się nisko i odeszła pod ścianę, a ja znów opadłam na posłanie, czując, jak kręci mi się w głowie. 
       Miałam świadomość tego, że jeśli zostanę tutaj dłużej, to zasnę, a przecież to było pierwszym na liście punktem, którego nie wolno mi było zrobić. Poprosiłam Milę o wodę, wypiłam ją zachłannie, potem obmyłam twarz, przeczesałam włosy. Zrobiłam wszystko, by wyglądać lepiej, niż się czułam i wbrew temu, że Eliah wyraźnie prosił, abym odpoczywała, wyszłam ze swojej kwatery, na ten żar, do ludzi, do miejsca, którego już niebawem nie będę mogła oglądać. 
       Musiałam coś zrobić, najchętniej poszłabym do Nevana. Obawiałam się jednak, że może być zajęty, chociaż nie... wmawiałam sobie, że obawiam się właśnie tego. Bardziej martwiła mnie myśl, że po spotkaniu oficera usłyszę z miejsca 'pakuj się najświętsza', czy nawet 'zajmij miejsce na wozie'. Ta myśl tak mną wstrząsnęła, że natychmiast skierowałam swoje nogi w kierunku przeciwnym, niż do centrum obozu. Do stajni, a dosłownie do boksu, w którym stała Amaltea. Pogładziłam ją po łbie, między oczami, schodząc na delikatne w dotyku chrapy, po czym weszłam do środka, trzymając przygotowane wcześniej zgrzebło. To było głupie, ale przyszłam tutaj, aby się ukrywać. Nie wyślą mnie w podróż, jeśli mnie nie znajdą, prawda? Bardzo głupie, ale w tej chwili się tym nie przejmowałam. 
       Czas mijał a towarzystwo konia zdawało się uspokajać mnie bardziej, niż mogłam się spodziewać. 
       - To rzadki widok - podskoczyłam, słysząc cudzy głos z tak bliskiej odległości. Natychmiast odwróciłam głowę w tamtym kierunku. - Widzieć tutaj ciebie, ubraną w białą szatę - Dyfar opierał się o belkę ogrodzenia, spoglądając na mnie ciekawskim wzrokiem. Jego obecność mi nie przeszkadzała, na pewno o niczym nie wiedział. O tym, że być może to ostatni raz, w którym się widzimy. 
       - Przechodziłam obok, więc wstąpiłam ją wyczesać - odpowiedziałam spokojnie, a chłopak jak zawsze mnie nie zawiódł. Uznał, że moje słowa to wystarczające zaproszenie do rozmowy, więc zajął moje myśli na tyle, bym na chwilę zapomniała o wiadomości ze stolicy, tylko, że nic co piękne nie trwa wiecznie. 
       W pewnym momencie usłyszałam brzdęk zbroi, a Dyfar natychmiast spojrzał w tamtym kierunku. Sama nie widziałam nic, bo zasłaniała mnie Amaltea. 
       - Zastępca dowódcy... pójdę sprawdzić, czego mu trzeba - powiedział ni to do mnie, ni do siebie. Mnie jednak to nie interesowało. Serce zabiło mi mocniej, a w głowie narodziła się myśl, że na pewno to po mnie przyszedł Eliah. Przełknęłam ślinę, niewiele się zastanawiając. Jedynie wypuściłam zgrzebło z dłoni i rozejrzałam się dookoła. Musiałam jakoś opuścić to miejsce. Zadarłam spódnicę do kolan i wdrapałam się po ścianie wchodząc do boksu obok. Z miejsca otworzyłam szerzej oczy, stając twarzą w twarz z Helikaonem, wierzchowcem Nevana, który na moje wtargnięcie niebezpiecznie pogrzebał kopytem w podłożu. 
       - Spokojnie... przejdę tylko dalej - mówiłam do niego cicho, patrząc mu w oczy, ale on prychnął niebezpiecznie, na co drgnęłam. Odwrócił się do mnie, ja wraz z nim i niewiele się zastanawiając ruszyłam dalej, przez kolejną ściankę boksu. Robiłam tak, aż nie dotarłam do tych składających się z kilku prostych belek, przez które prześlizgnęłam się bez problemu. 
       Okrążyłam obóz jak najbardziej dookoła się dało, wzdłuż rzeki, mijając dwa patrole, przy których zachowywałam się, jak gdyby nigdy nic, co okazało się być dobrym pomysłem. Szłam tak, aż nie dotarłam do kilku większych kamieni, za którymi usiadłam, wtulając się w nie. Nie minęło kilka sekund, a przypomniałam sobie, że kiedyś siedziałam tutaj z Nevanem. Czy to był pierwszy dzień w tym obozie? Możliwe... Objęłam nogi ramionami, spoglądając na rzekę. Wtedy widziałam, jak się kąpał, teraz jednak nikt nie znajdował się w wodzie. Przede mną rozciągały piaskowe wydmy i nic więcej. To zabawne, że koniec mojej historii w tym miejscu, sprowadził mnie za te same kamienie, za którymi historia ta się zaczęła. Szkoda tylko, że nie było mi do śmiechu. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/