wtorek, 8 stycznia 2019

CCL


        Długo jeszcze trwałem tak, nie oglądając się przez ramię, chociaż słyszałem głosy za plecami i rozpoznawałem każdy z nich. To nie dla mnie tutaj przyszli i to nie było moje pożegnanie, dlatego też z ulgą przyjąłem to, że zostałem na razie odstawiony na dalsze miejsce, do cienia, w którym przecież zawsze było moje miejsce. Tutaj czułem cię wygodnie. Nieobserwowany bacznie żadną parą oczu, bo wszystkie skupiły się na drobnej sylwetce kapłanki mogłem w końcu opanować wszystkie myśli i każdy mięsień. Każde włókno było pod moją kontrolą, kiedy powoli obróciłem się przez ramię, a stalowo chłodne spojrzenie rozpalonych czerwienią oczu spoczęło na grupce otaczającą dziewczynę. Moje spojrzenie prześlizgnęło się po twarzach zebranych i plecach jasnowłosej, jakby obserwowany obrazek był tylko malowidłem na płótnie. Później jednak mój wzrok sięgnął dalej i spoczął na fioletowych oczach wbitych w to samo przedstawienie, oczu, które skierowały się na mnie zaledwie chwilę później. Aelnea Sherr w sposób niecodzienny dla siebie stała w oddaleniu i nie zbliżała się do centrum przedstawienia, a w jej oczach mogłem wyczytać to wszystko, co tak silnie wczoraj mnie zirytowało. Wyprowadziła mnie z równowagi. Ona, czy może prawda? To, że to Esja wpłynęła na mnie w taki sposób, że zmieniła mnie diametralnie w kilku kwestiach, do których nie chciałem się przyznać? Ostentacyjnie przeciągnąłem wzrok dalej, po krzątającym się w pośpiechu tłumie ludzi i po kilku przygotowanych koniach i żołnierzach w lekkich zbrojach, którzy mieli nam towarzyszyć. Wybrałem najlepszych, na tyle ile to możliwe bez odsłaniania tego obozu przed siłą wroga.
        Teraz jednak automatycznie zacząłem się zastanawiać, czy byli na pewno wystarczająco dobrzy, żeby zapewnić kapłance bezpieczeństwo w drodze. Po raz setny przeanalizowałem w głowie trasę, którą wybrałem na tą podróż. Wszystko było przygotowane do wymarszu. Wszystko, tylko nie ja. Wewnątrz czułem zawód na myśl, że powinienem był o nią walczyć, nawet jeśli ta walka była przeciwko całemu światu, nawet jeśli należało poświęcić wszystko, co posiadałem.
        Nie był to czas na wyrzuty sumienia, tym bardziej nie na zmianę decyzji, ale kiedy w końcu mój wzrok spoczął na Eliahu i Esji w jego silnych ramionach silne szarpnięcie uświadomiło mi, że powinienem był walczyć. Ściągnąłem brwi, starając się odepchnąć tą irytującą myśl.
        Oparłem dłoń o siodło swojego wierzchowca, a ten parsknął i tupnął tylną nogą, rozsypując piasek, ale nawet tego nie zauważyłem. Patrzyłem na tą grupę i widziałem emocje na ich twarzach, których nie próbowali ukrywać. Dawali jej to, czego potrzebowała. Dawali jej ciepło i wsparcie w formie, której ja nigdy jej nie zapewnię i zanim się zorientowałem, na moich ustach pojawił się słaby grymas uśmiechu. Niemal niezauważalne podniesienie kącika ust, a później mrugnąłem, chcąc zapisać ten szczęśliwy obraz pod powiekami. Tak jakby to było możliwe.
        Może dlatego byłem przygotowany, żeby znieść jej spojrzenie, kiedy w końcu odeszła od tamtej grupy i może dlatego skinąłem głową i wspiąłem się na konia czując się znacznie lżej. To mój oddział, nawet o tym nie wiedząc, zabrał część ciężaru z moich ramion. Pożegnali ją lepiej, niż jak kiedykolwiek będę w stanie, ale nie ciążyło mi to. Właściwie czułem się spokojniejszy wiedząc, że są ludzie, który potrafią to zrobić dzieląc się swoimi emocjami, każdy na swój sposób.
        Uniosłem wyżej kącik ust, ale nie był to surowy, kpiący uśmiech.
        Bardzo dobrze, że jesteś tak wytrzymała, najświętsza — powiedziałem zbyt oficjalnie i o wiele głośniej, spinając wodze, a dłonią dałem reszcie orszaku znać, że jesteśmy gotowi. Dopiero później nachyliłem się w jej stronę, zupełnie zmieniając balans swojego ciała na wierzchowcu tak, żeby być nieco bliżej niej. — Ale jeszcze lepiej będzie, jeśli dolna partia twojego ciała też się taką okaże, bo czeka nas długa podróż, którą niejeden święty tyłek zdecydowałby się spędzić w powozie.
        Z tymi właśnie słowami podniosłem dłoń do czoła, obróciłem przez bark w stronę swojego oddziału i zasalutowałem niedbale. Gdyby żołnierze byli bliżej, mogliby dostrzec emocje, które tkwiły w moich oczach, ale na szczęście jedyną osobą do tego zdolną była Esja.
        Nie spalcie tu niczego pod moją nieobecność — zawołałem, kiedy mój koń wierzgnął przednimi nogami, a później po ściśnięciu łydek skoczył naprzód, niecierpliwy rozciągnięcia nóg w biegu.
        To było moje zapewnienie, że wszystko będzie dobrze.
        Że cokolwiek się nie stanie, nikt nie będzie w stanie wyrwać z naszych dłoni tego, co dla nas ważne. Optymizm, na który rzadko sobie pozwalałem, a ostatnimi latami wcale.
        Nie minęło nawet pół dnia podróży, kiedy musieliśmy zatrzymać się po raz pierwszy, kiedy koło wozu z załadunkiem prowiantu i niewielu rzeczy, jakie posiadała Esja zapadło się w szczelinę i utknęło w niej, spowalniając nas niemal o całą godzinę i dużą dawkę wysiłku. Całą podróż ciągle ktoś był obok nas - zgodnie z moimi rozkazami wydanymi przed opuszczeniem obozu. Nie zostawaliśmy sami nawet na kilka minut, otoczeni zbrojną strażą na wypadek nieoczekiwanej napaści. Nie wyglądaliśmy na bogatą karawanę, ale obroża na szyi kapłanki wyglądała kusząco z daleka, nawet przykryta warstwą jej ubrania, bo nie dało się jej całkowicie naturalnie schować. Pod koniec dnia, kiedy słońce zachodziło już za horyzontem zajęliśmy wyznaczone przeze mnie miejsca na warcie zmieniane co trzy godziny i po skromnym posiłku rozeszliśmy na swoje stanowiska bądź ułożyli do snu. Tak minęło kilka pierwszych dni i chociaż sądziłem, że to rozłąka z Esją będzie koszmarem, to ten zaczął rozgrywać się o wiele wcześniej. Być ciągle obok niej, ale nie móc dotknąć. Spać w odległości kilku metrów, ale nie móc czuć przy sobie ciepła jej ciała. Wdychać zapach, ale zadowolić się zdawkowymi rozmowami.
        Wiedzieć, że niedługo się rozstaniemy, ale nie móc nic zrobić.
        To ostatnie było drzazgą wbitą pod paznokieć. Musiałbym zabić tych ludzi – tych żołnierzy, o których tak solidnie dbałem w obozie, żeby móc uciec, uprowadzić Esję, a później… Co właściwie byłoby później? Te rozważania towarzyszyły mi nieustannie, podczas każdej minuty trwania w ciszy i wytężania wzroku, wbijając go w ciemność nocy. Każdej chwili nadstawiania uszu, czy z tej samej ciemności nie nadchodzi niebezpieczeństwo, aż w końcu każdej minuty poświęconej na zapadnięcie w krótki, urwany sen.
        Dopiero dużo później zrozumiałem, że tylko rozmyślanie o ucieczce i planowanie jej każdego szczegółu powstrzymywało mnie przed zrobieniem czegoś głupiego.
        Pierwszy tydzień podróży minął taj jednolicie, niczym sen, mara nocna, pozostawiająca po sobie wątpliwości pod tytułem tego, czy faktycznie się wydarzyła. Skromne posiłki, całe dnie w siodle i tęsknota za ciepłem ciała Esji były gorsze niż dni spędzone w gorączce po ostatniej ranie zadanej w bitwie. Mimo wszystko nie zaczęła ogarniać mnie obojętność ani senność. Wszystkie zmysły były wyostrzone do granic możliwości przez cały czas, a to potęgowało narastające z każdą chwilą zmęczenie.
        Kiedy żołnierz wysłany na zwiady pojawił się w naszym niewielkim obozie ostrzyłem swój miecz, słuchając pieśni stali, chociaż to nie było konieczne. Zajęcie uspokajało mnie i chociaż na chwilę wyciszało myśli i uczucia.
        — Panie, jesteśmy blisko bezpiecznego punktu.
        Podniosłem niechętnie spojrzenie, chociaż wizja miększego podłoża do snu i lepszej potrawy poprawiała mój nastrój.
        To moja willa, prawda? — Melancholia w moim głosie musiała go zaskoczyć, podobnie jak zamglone spojrzenie, bo przez chwilę patrzył na mnie bez ruchu. Dopiero później skinął niepewnie głową. — Najbardziej wysunięta na południe. Jedyne domostwo Tealvashów, które zostało umieszczone tak daleko od lodowej stolicy. Bardzo dobrze znam tą okolicę, poprowadzę nas najkrótszą drogą. — Zawiesiłem głos, a moja dłoń zawisnęła w powietrzu w połowie ruchu nad klingą. — Zawsze była dla mnie wyjątkowym miejscem… Powiadom kapłankę i rozkaż wszystkim zebrać obóz. Ruszamy jak najszybciej.
        Mój głos stężał i nabrał pewności w jednej chwili, podobnie jak spojrzenie, które złapało ostry, charakterystyczny wyraz. Nie sprzeciwił się. Odszedł. Odczekałem kilka minut, a później podniosłem się z miejsca i skierowałem w stronę wodopoju, niewielkiego wysuszonego niemal w całości stawu, gdzie konie czerpały ostatnie łyki ziemistej, brudnej wody. Esja już tam była. Jej widok skręcił moje wnętrzności, ale stłumiłem wszystkie uczucia i pomogła mi myśl, że niedługo będziemy mieć chwilę dla siebie. Prawdopodobnie.
        Jesteśmy blisko pierwszego bezpiecznego domostwa. Wiem, że mieliśmy tutaj odpoczywać na dłużej, ale już od samego rana zacząłem rozpoznawać okolicę i wiedziałem, że jesteśmy blisko. Nie wiem, czy żołnierz ci powiedział… — Przechyliłem głowę na bok, zawieszając na moment – nic nieznaczącą chwilę – spojrzenie na jej ustach. — To piękna okolica.
        Powiedziałem tylko tyle, podchodząc na kilka kroków. Jeśli czegokolwiek się już dowiedziała, to dobrze. Jeśli nie, nie zamierzałem jej teraz mówić. Nie chciałem jej na nic przygotowywać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/