Długo jeszcze trwałem tak, nie
oglądając się przez ramię, chociaż słyszałem głosy za plecami i rozpoznawałem
każdy z nich. To nie dla mnie tutaj przyszli i to nie było moje pożegnanie,
dlatego też z ulgą przyjąłem to, że zostałem na razie odstawiony na dalsze
miejsce, do cienia, w którym przecież zawsze było moje miejsce. Tutaj czułem
cię wygodnie. Nieobserwowany bacznie żadną parą oczu, bo wszystkie skupiły się
na drobnej sylwetce kapłanki mogłem w końcu opanować wszystkie myśli i każdy
mięsień. Każde włókno było pod moją kontrolą, kiedy powoli obróciłem się przez
ramię, a stalowo chłodne spojrzenie rozpalonych czerwienią oczu spoczęło na
grupce otaczającą dziewczynę. Moje spojrzenie prześlizgnęło się po twarzach
zebranych i plecach jasnowłosej, jakby obserwowany obrazek był tylko malowidłem
na płótnie. Później jednak mój wzrok sięgnął dalej i spoczął na fioletowych
oczach wbitych w to samo przedstawienie, oczu, które skierowały się na mnie
zaledwie chwilę później. Aelnea Sherr w sposób niecodzienny dla siebie stała w
oddaleniu i nie zbliżała się do centrum przedstawienia, a w jej oczach mogłem
wyczytać to wszystko, co tak silnie wczoraj mnie zirytowało. Wyprowadziła mnie
z równowagi. Ona, czy może prawda? To, że to Esja wpłynęła na mnie w taki
sposób, że zmieniła mnie diametralnie w kilku kwestiach, do których nie
chciałem się przyznać? Ostentacyjnie przeciągnąłem wzrok dalej, po krzątającym
się w pośpiechu tłumie ludzi i po kilku przygotowanych koniach i żołnierzach w
lekkich zbrojach, którzy mieli nam towarzyszyć. Wybrałem najlepszych, na tyle
ile to możliwe bez odsłaniania tego obozu przed siłą wroga.
Teraz jednak automatycznie zacząłem się
zastanawiać, czy byli na pewno wystarczająco dobrzy, żeby zapewnić kapłance
bezpieczeństwo w drodze. Po raz setny przeanalizowałem w głowie trasę, którą
wybrałem na tą podróż. Wszystko było przygotowane do wymarszu. Wszystko, tylko
nie ja. Wewnątrz czułem zawód na myśl, że powinienem był o nią walczyć, nawet
jeśli ta walka była przeciwko całemu światu, nawet jeśli należało poświęcić
wszystko, co posiadałem.
Nie był to czas na wyrzuty sumienia,
tym bardziej nie na zmianę decyzji, ale kiedy w końcu mój wzrok spoczął na
Eliahu i Esji w jego silnych ramionach silne szarpnięcie uświadomiło mi, że powinienem
był walczyć. Ściągnąłem brwi, starając się odepchnąć tą irytującą myśl.
Oparłem dłoń o siodło swojego
wierzchowca, a ten parsknął i tupnął tylną nogą, rozsypując piasek, ale nawet
tego nie zauważyłem. Patrzyłem na tą grupę i widziałem emocje na ich twarzach,
których nie próbowali ukrywać. Dawali jej to, czego potrzebowała. Dawali jej
ciepło i wsparcie w formie, której ja nigdy jej nie zapewnię i zanim się zorientowałem,
na moich ustach pojawił się słaby grymas uśmiechu. Niemal niezauważalne
podniesienie kącika ust, a później mrugnąłem, chcąc zapisać ten szczęśliwy
obraz pod powiekami. Tak jakby to było możliwe.
Może dlatego byłem przygotowany, żeby
znieść jej spojrzenie, kiedy w końcu odeszła od tamtej grupy i może dlatego
skinąłem głową i wspiąłem się na konia czując się znacznie lżej. To mój
oddział, nawet o tym nie wiedząc, zabrał część ciężaru z moich ramion.
Pożegnali ją lepiej, niż jak kiedykolwiek będę w stanie, ale nie ciążyło mi to.
Właściwie czułem się spokojniejszy wiedząc, że są ludzie, który potrafią to
zrobić dzieląc się swoimi emocjami, każdy na swój sposób.
Uniosłem wyżej kącik ust, ale nie był
to surowy, kpiący uśmiech.
— Bardzo
dobrze, że jesteś tak wytrzymała, najświętsza — powiedziałem zbyt
oficjalnie i o wiele głośniej, spinając wodze, a dłonią dałem reszcie orszaku
znać, że jesteśmy gotowi. Dopiero później nachyliłem się w jej stronę, zupełnie
zmieniając balans swojego ciała na wierzchowcu tak, żeby być nieco bliżej niej.
— Ale jeszcze lepiej będzie, jeśli dolna
partia twojego ciała też się taką okaże, bo czeka nas długa podróż, którą
niejeden święty tyłek zdecydowałby się spędzić w powozie.
Z tymi właśnie słowami podniosłem dłoń
do czoła, obróciłem przez bark w stronę swojego oddziału i zasalutowałem
niedbale. Gdyby żołnierze byli bliżej, mogliby dostrzec emocje, które tkwiły w
moich oczach, ale na szczęście jedyną osobą do tego zdolną była Esja.
—
Nie spalcie tu niczego pod moją
nieobecność — zawołałem, kiedy mój koń wierzgnął przednimi nogami, a
później po ściśnięciu łydek skoczył naprzód, niecierpliwy rozciągnięcia nóg w
biegu.
To było moje zapewnienie, że wszystko
będzie dobrze.
Że cokolwiek się nie stanie, nikt nie
będzie w stanie wyrwać z naszych dłoni tego, co dla nas ważne. Optymizm, na który
rzadko sobie pozwalałem, a ostatnimi latami wcale.
Nie minęło nawet pół dnia podróży,
kiedy musieliśmy zatrzymać się po raz pierwszy, kiedy koło wozu z załadunkiem
prowiantu i niewielu rzeczy, jakie posiadała Esja zapadło się w szczelinę i utknęło
w niej, spowalniając nas niemal o całą godzinę i dużą dawkę wysiłku. Całą podróż
ciągle ktoś był obok nas - zgodnie z moimi rozkazami wydanymi przed
opuszczeniem obozu. Nie zostawaliśmy sami nawet na kilka minut, otoczeni
zbrojną strażą na wypadek nieoczekiwanej napaści. Nie wyglądaliśmy na bogatą
karawanę, ale obroża na szyi kapłanki wyglądała kusząco z daleka, nawet
przykryta warstwą jej ubrania, bo nie dało się jej całkowicie naturalnie
schować. Pod koniec dnia, kiedy słońce zachodziło już za horyzontem zajęliśmy
wyznaczone przeze mnie miejsca na warcie zmieniane co trzy godziny i po
skromnym posiłku rozeszliśmy na swoje stanowiska bądź ułożyli do snu. Tak
minęło kilka pierwszych dni i chociaż sądziłem, że to rozłąka z Esją będzie koszmarem,
to ten zaczął rozgrywać się o wiele wcześniej. Być ciągle obok niej, ale nie
móc dotknąć. Spać w odległości kilku metrów, ale nie móc czuć przy sobie ciepła
jej ciała. Wdychać zapach, ale zadowolić się zdawkowymi rozmowami.
Wiedzieć,
że niedługo się rozstaniemy, ale nie móc nic zrobić.
To ostatnie było drzazgą wbitą pod
paznokieć. Musiałbym zabić tych ludzi – tych żołnierzy, o których tak solidnie
dbałem w obozie, żeby móc uciec, uprowadzić Esję, a później… Co właściwie
byłoby później? Te rozważania towarzyszyły mi nieustannie, podczas każdej
minuty trwania w ciszy i wytężania wzroku, wbijając go w ciemność nocy. Każdej
chwili nadstawiania uszu, czy z tej samej ciemności nie nadchodzi
niebezpieczeństwo, aż w końcu każdej minuty poświęconej na zapadnięcie w
krótki, urwany sen.
Dopiero dużo później zrozumiałem, że
tylko rozmyślanie o ucieczce i planowanie jej każdego szczegółu powstrzymywało
mnie przed zrobieniem czegoś głupiego.
Pierwszy tydzień podróży minął taj
jednolicie, niczym sen, mara nocna, pozostawiająca po sobie wątpliwości pod
tytułem tego, czy faktycznie się wydarzyła. Skromne posiłki, całe dnie w siodle
i tęsknota za ciepłem ciała Esji były gorsze niż dni spędzone w gorączce po
ostatniej ranie zadanej w bitwie. Mimo wszystko nie zaczęła ogarniać mnie
obojętność ani senność. Wszystkie zmysły były wyostrzone do granic możliwości
przez cały czas, a to potęgowało narastające z każdą chwilą zmęczenie.
Kiedy żołnierz wysłany na zwiady
pojawił się w naszym niewielkim obozie ostrzyłem swój miecz, słuchając pieśni
stali, chociaż to nie było konieczne. Zajęcie uspokajało mnie i chociaż na
chwilę wyciszało myśli i uczucia.
— Panie, jesteśmy blisko bezpiecznego
punktu.
Podniosłem niechętnie spojrzenie,
chociaż wizja miększego podłoża do snu i lepszej potrawy poprawiała mój
nastrój.
— To
moja willa, prawda? — Melancholia w moim głosie musiała go zaskoczyć,
podobnie jak zamglone spojrzenie, bo przez chwilę patrzył na mnie bez ruchu.
Dopiero później skinął niepewnie głową. — Najbardziej
wysunięta na południe. Jedyne domostwo Tealvashów, które zostało umieszczone tak
daleko od lodowej stolicy. Bardzo dobrze znam tą okolicę, poprowadzę nas
najkrótszą drogą. — Zawiesiłem głos, a moja dłoń zawisnęła w powietrzu w
połowie ruchu nad klingą. — Zawsze była
dla mnie wyjątkowym miejscem… Powiadom kapłankę i rozkaż wszystkim zebrać obóz.
Ruszamy jak najszybciej.
Mój głos stężał i nabrał pewności w
jednej chwili, podobnie jak spojrzenie, które złapało ostry, charakterystyczny
wyraz. Nie sprzeciwił się. Odszedł. Odczekałem kilka minut, a później
podniosłem się z miejsca i skierowałem w stronę wodopoju, niewielkiego
wysuszonego niemal w całości stawu, gdzie konie czerpały ostatnie łyki
ziemistej, brudnej wody. Esja już tam była. Jej widok skręcił moje wnętrzności,
ale stłumiłem wszystkie uczucia i pomogła mi myśl, że niedługo będziemy mieć
chwilę dla siebie. Prawdopodobnie.
— Jesteśmy
blisko pierwszego bezpiecznego domostwa. Wiem, że mieliśmy tutaj odpoczywać na
dłużej, ale już od samego rana zacząłem rozpoznawać okolicę i wiedziałem, że
jesteśmy blisko. Nie wiem, czy żołnierz ci powiedział… — Przechyliłem głowę
na bok, zawieszając na moment – nic nieznaczącą chwilę – spojrzenie na jej
ustach. — To piękna okolica.
Powiedziałem tylko tyle, podchodząc na
kilka kroków. Jeśli czegokolwiek się już dowiedziała, to dobrze. Jeśli nie, nie
zamierzałem jej teraz mówić. Nie chciałem jej na nic przygotowywać.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz