No i stało się, a chociaż od samego początku mojego pobytu w obozie wiedziałam, że ten dzień nadejdzie, nie pomogło mi to, by łatwiej przyjąć tą oczywistą kolej rzeczy. Jakby w każdym kroku Amaltei było coś nierealnego, co nie chciało zmieścić się w mojej głowie. Nadal czekałam, aż usłyszę jakiś dudniący głos "z zewnątrz", a potem się ocknę ze snu, znajdę przy sobie Nevana, który mruknie, że nareszcie się obudziłam, a potem oznajmi mi plan na ten dzień. Byłam pewna, że to nastąpi, bo przecież coś tak długo odwlekanego w czasie można było przecież zepchnąć jeszcze dalej. Nie dziś i nie jutro, może za tydzień, a potem za jeszcze dwa. Nauczyłam się żyć w oczekiwaniu, przyzwyczaiłam się do niego, a zatem krok w przód, w kolejny etap mojej wędrówki wydawał się czymś nieodpowiednim. Żartem, bo przecież nie prawdą.
Jednakże dni mijały i z każdym kolejnym moja pewność, że to tylko złudzenie również obumierała. Już nie zwracałam uwagi na każdy krok wierzchowca. Nie na każde mijane drzewo, czy każdą upływającą godzinę. Mówią, że nadzieja umiera ostatnia i te słowa nigdy wcześniej nie były mi tak bliskie, jak teraz, gdy czułam jak ta więdnie we mnie, aż pewnego dnia zrozumiałam, że już jej nie ma. Nie był to wcale dzień inny od pozostałych, nic przełomowego się nie wydarzyło. W zasadzie wpadłam w jakąś rutynę, a chociaż wcześniej czerpałam przyjemność z chwil, w których wolno mi było pogalopować, teraz zwykle bywałam zamyślona, nie zwracając na nic uwagi. Gdybym miała podziwiać otoczenie, boleśniejsze byłoby to wszystko. Myśl, że dookoła nie ma ludzi za którymi tęskniłam okrutnie. To, że zamiast piasku pod stopami znajduje się trawa. Ależ to śmieszne, na pustyni mi jej brakowało, a teraz tęsknię za suchym krajobrazem. Niebawem natomiast i za trawą zacznę tęsknić, bo tam gdzie się kierowałam miała panować zima.
Najgorszy nie był jednak brak znajomych twarzy. To byłoby zbyt proste. Najgorsza była właśnie obecność i kiedy to do mnie dotarło, zrodził się we mnie wewnętrzny konflikt. Chociaż minęło już sporo czasu od naszego wymarszu nadal pamiętałam, jak się cieszyłam, gdym się dowiedziała, że oficer będzie mi towarzyszył. Natomiast niedawno, w przypływie słabości pozwoliłam sobie na myśl, że lepiej by było, gdyby tam został. Bałam się tego pomysłu, ale równocześnie nie mogłam wytępić go ze swojej głowy. Gdyby tam pozostał umierałabym wewnętrznie tak samo, jak umieram teraz. Tęskniłabym jednak do człowieka, którego nie mogłabym dosięgnąć, a to lepsze, niż tęsknić do kogoś, kto jest tak blisko. Mieć go przy sobie i nie móc nic. Czuć chłód każdej nocy, chociaż dbano o mój komfort z niebywałą pieczołowitością, ale co z tego, skoro żaden koc, żadna derka, a nawet łoże królewskie nie mogły mi wynagrodzić braku jego bliskości.
Były też te chwile, kiedy taka złość zrodzona w bezsilności brała nade mną górę. Wtedy myśląc o Tealvashu czułam wściekłość, obwiniałam go, za honor, za poszanowanie zasad, za to, że mnie nie puścił, że do końca był człowiekiem wypełniającym powierzone mu zdania. Potem dopiero przychodził wstyd względem samej siebie, jak i prosta myśl, że właśnie takiego go kochałam. Niekiedy i to było źródłem mojej złości, tym razem do samej siebie kierowanej. Bo przecież to ja złamałam prawa, jakie bogowie na mnie nałożyli, byłam niewierna i nie żałowałam swych przewinień. W końcu... mogłabym się zreflektować. Wykorzystać ciszę, brak zbliżeń ze strony oficera na przyrzeczenie samej sobie, że jak tylko dotrę do swojego męża, to o Nevanie już nigdy nie pomyślę, że wierną będę żoną i oddaną temu, kto ma do mnie prawo. Tylko, że wiedziałam doskonale, że na to już zbyt późno. Nie byłabym szczera, bo wciąż moje uczucie do niego było tym, co trzymało mnie w ryzach, wspierało każdy element mojej osoby, jakbym rzeczywiście bez miłości miała się rozpaść.
Wyobrażałam więc sobie, jak to będzie, doszukiwałam się jakiś rozwiązań, możliwości, ale tych nie było za wiele. Czasem też myśli uciekały w dość mroczne rejony, aż wczorajszego wieczoru, przed zaśnięciem pomyślałam sobie, że gdybym już się miała nie obudzić, to odeszłabym z tego świata jako wolna kobieta, a Nevan pozostałby z myślą, że jeśli do kogoś należałam, to tylko dla niego. I byłby przy mnie w ostatniej chwili i pożegnałby mnie, miał prawo do tego, by cierpieć najbardziej z towarzystwa. Zapamiętałby mnie nie jako cudzą żonę, ale jego Esję, nic by tego nie zmieniło. A chociaż myśl ta była przerażająca, to po niej zasnęłam spokojnie, dochodząc do wniosku, że to najpiękniejszy scenariusz, jaki sobie przez ostatnie dni obmyśliłam. Niebezpieczne było to, jak bardzo mi się on spodobał.
- Najświętsza, wydajesz się nieobecna, czy coś ciebie trapi? - męski głos doszedł do moich uszu, a ja natychmiast odnalazłam właściciela. Byliśmy na postoju, dlatego też dłuższy już czas siedziałam pod jednym z drzew, patrząc na to przeciwległe.
- Ależ skąd, zamyśliłam się zwyczajnie - odpowiedziałam pozwalając sobie na delikatny uśmiech, po czym podniosłam się do pionu.
- Nad czymś konkretnym, pani? Pamiętaj, służą pomocą - jak na potwierdzenie tych słów mężczyzna się skłonił, a ja zaśmiałam się krótko. W zasadzie przy jednym wypuszczeniu porcji powietrza z płuc.
- Owszem, nad konkretnym, ale sama wolę o tym pomyśleć - odpowiedziałam spokojnie i raz jeszcze spojrzałam w kierunku drzewa. W kierunku niskiej gałęzi dokładnie, absurdalnej myśli o tym, że była na tyle nisko, by z konia ją dosięgnąć i na tyle wysoko, by bez konia tego nie uczynić. To tylko czcze plany, takie, które nigdy nie spotkają się z realizacją, ale uspokajały mnie, pomagały się wyciszyć.
Nie czekałam na dalsze jego słowa, postanowiłam odejść dalej, rozprostować nogi. Prawdę mówiąc męczyłam się w siodle, ale nie chciałam się żalić, a już na pewno rezygnować z tej formy transportu. Uznałam, że bardziej niż ludzi, milsze mi będzie teraz towarzystwo koni, to też do nich się skierowałam. Odetchnęłam nieco głębiej, ale mój wzrok zamiast na wierzchowcach zatrzymał się na ścianie drzew przede mną. Żołnierzy nie było wcale blisko, byli zajęci sami sobą, a ja jestem przy koniach. Nie mają wprawdzie siodeł, a jeden stał przy większym głazie. W prawdzie nie była to moja klacz, jednakże czy to się liczyło?
Z tych planów, rozmyślań, marzeń, czy jak to nazwać, wyrwał mnie głos Tealvasha. Podskoczyłam lekko, natychmiast spoglądając w jego kierunku, ale kiedy dotarło do mnie, że to naprawdę on, że stoi przede mną, moje ciało natychmiast się uspokoiło, chociaż we wzroku nadal była nieobecna nuta.
Nie wiem, czego się spodziewał, ale jego słowa wcale mi się nie spodobały, wywołały na powrót panikę. Jak to pierwsze domostwa? Już? Tak szybko? Przecież dookoła nie było lodu! Coś źle zrozumiałam? Przeoczyłam? Ogrom pytań dwoił się i troił, zachęcał serce do szybszego bicia i kiedy ja walczyłam z tym wszystkim dotarło do mnie coś tak nieznaczącego, jak to, że mężczyzna spojrzał właśnie na moje usta. Szczegół. Może błahy. A jakby cały mój świat nagle na nim się osadził.
- Też za tym tęsknię... - wyszeptałam to tak nagle, tak impulsywnie, że sama musiałam być równie, a może i bardziej od mego rozmówcy zaskoczona. Coś nieprzyjemnie przeskoczyło w mojej klatce piersiowej, zakuło dziwnym żalem, a gdybym się mu oddała bez wątpienia poczułabym pieczenie pod powiekami. Przecież miałam być silna. On sam mnie tego wielokrotnie uczył, powinnam być silna, gdybym teraz się rozkleiła byłabym niepotrzebnym problemem, albo i gorzej, doszedłby do wniosku, że skoro próba rozmowy tak na mnie działa, to te powinniśmy ograniczyć. Dlatego tych słów nigdy nie dokończyłam, odwróciłam spojrzenie do boku, zaciskając dłonie w pięści. Nikt jednak nie powiedział, że kolejna wypowiedź będzie dużo lepsza.
- Dlaczego przyspieszasz wznowienie wędrówki? Nie przeszkadzają mi niewygody - mój głos znów był cichy, ale miałam pewność, że jego uszu te słowa dosięgnął. Były to jednak kolejne słowa nacechowane strachem i innymi negatywnymi emocjami, a przecież mieliśmy tak mało chwil takich, jak ta, kiedy mogliśmy wymienić kilka słów bez obecności innych. Stale ktoś przy nas był, nie pozostawiając możliwości na wykradnięcie chociaż kilku sekund bez nadzoru.
Ta myśli sprawiła, że znów na niego spojrzałam, że zrobiłam jeden krok, ale przy stawianiu kolejnego zrozumiałam, że przecież mi nie wolno. Cofnęłam się, postępując wbrew sobie. Miałam wrażenie, że długo już tak nie wytrzymam. Zastanawiało mnie, w i on ma podobnie, jak to wszystko wygląda z jego perspektywy, ale o to również nie wolno mi było zapytać. Byłam taka bezsilna.
W tym wszystkim zdobyłam się na uśmiech. Śmieszne, bo nie sądziłam, że dam radę. Nawet jeśli był on raczej owocem smutku, niż radości, to nadal był uśmiechem.
- Nie rozmawiałam z żołnierzami, ale skoro znasz dobrze to miejsce, to sam możesz mi opowiedzieć - mój głos był nawet spokojniejszy, niż mogłabym się spodziewać. - Więc w czym tkwi piękno tych ziem? Co sprawiło, że zasłużyły sobie na takie miano w ustach oficera Tealvasha? - dodałam po chwili, zaczesując kosmyk włosów za ucho. - Myślisz, że będzie mi nade zachwycić się nimi, nim ruszymy w dalszą drogę?
Nabrałam powietrza do płuc, splatając dłonie za plecami i po raz pierwszy tego dnia, a może od opuszczenia obozu pozwoliłam sobie na to, by faktycznie się rozejrzeć, by zastanowić się nad widokiem, jaki rozpościerał się przed moimi oczami. Doprawdy niebywałe, rzeczywiście był tutaj pięknie, wcześniej umknęło mi to z łatwością. Dałam sobie chwilę, nie spiesząc się z oceną, ale równie dobrze mogła minąć zaledwie sekunda. Straciłam poczucie czasu.
- Rzeczywiście, piękna okolica - przyznałam mu rację. - A jednak nieco przykra jest myśl, że to kolejny rodzaj piękna, którego dane nam będzie posmakować, przyglądać się, ale nigdy posiąść na własność. Szkoda... Czuję, że mogłabym tutaj zostać już na stałe, a tym czasem mam tutaj tylko... no właśnie, ileż tu zabawimy? To pewnie zależy też od właścicieli domostwa, nie wiadomo, czy w ogóle nas przyjmą - wypowiedziałam swoje myśli na głos, a potem jakoś tak prychnęłam pod nosem, gdy coś przyszło mi na myśl. - Czym ja się martwię? Na pewno nas przyjmą, w końcu jestem kapłanką - odruchowo uniosłam dłoń do obręczy, ale w tej samej chwili zdałam sobie sprawę z tego, jak swobodna była to wypowiedź. Chyba pierwsza od dawna. Czyli jeszcze potrafiłam się tak zachowywać? A żartować? Zerknęłam na niego do boku. Spróbujmy.
- Nie wiem jednak, jak będzie z tobą, oficerze. Możesz przerazić tych biednych ludzi. Czy dochodzimy zatem do wiekopomnej chwili, w której mogę mieć więcej do powiedzenia, niż ty sam? - udało się, bo psotny uśmiech sam z siebie wdarł się na moje usta, podobnie jak cichy chichot, które zabrzmiał dookoła. Kolejna wydarta chwila, w której mogłam na moment, może tylko na sekundę zapomnieć o swoim przeznaczeniu.
Nawet jeśli te było coraz bliżej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz