Przecież doskonale wiedziałam, że się nie ze mną nie zgodzi, że nawet ten jeden raz nie ulegnie mojej woli, nie pozwoli, abym to ja podjęła za nas decyzje. Czy mogłam go za to nienawidzić? Wiedziałam, jakim jest człowiekiem, wiedziałam od początku, od pierwszych dni, na długo przed tym, zanim go pokochałam, bo on nigdy nie udawał lepszego, niż był w rzeczywistości. Czasami nawet miałam wrażenie, że działał w drugą stronę, pokazywał się światu od najgorszych stron, jakby nie chciał się przed nim przyznać, że ma te dobre. Ja je dostrzegłam, mimo wad, mimo groźnych min, chłodnych spojrzeń, wiedziałam, jak o mnie dba. Wiedziałam, że właśnie też z uwagi na to nie zgodzi się teraz ze mną, nawet jakbym miała go za to znienawidzić. Pewna tego byłam, że poświęciłby moją miłość do niego, jeśli tym samym mógłby ocalić mój los. Ta myśli w jednej chwili była słodka, piękna i poetycka, ale w drugiej... pozostawiała gorycz, która przypominała o tym, że dla nas nie ma szczęśliwego zakończenia. A mimo to pozwalaliśmy tej historii trwać.
Kiedy spojrzał mi w oczy, robiąc to tak przenikliwe, wystraszyłam się nieco, zastanawiając się jednocześnie czego też tam szuka, ale przede wszystkim ile tam znajduje. Czy zbyt wiele, czy może zbyt mało? Dotyk na udzie nie zmniejszył mojej czujności, ta już po chwili w całości skupiała się na jego słowach. Na ostrym pytaniu, której nie miało być rzucone, by spotkać się z odpowiedzią. O nie, było jak pouczenie, ganił mnie w ten sposób, pokazywał, jak błędne były moje słowa. Nie lubiłam gdy to robił. W chwilach takich jak ta nieco wyraźniej czułam wszystkie różnice między nami. Od tych najbardziej trywialnych, jak wiek, po te istotniejsze, jak doświadczenie życiowe, jak role, które nam przypisano, sposób wychowania.
Mimo wszystko, mimo, że w tym układzie on powinien mówić, ja powinnam kulić uszy pokornie, to jednak słysząc jak wypowiada "twoją przyszłość" zagotowało się we mnie i chciałam wykrzyczeć, że o czym on mówi, o jakiej przyszłości! Bo też jaka przyszłość ma mnie czekać, jeśli jego nie będzie obok? Myślał, że o to dbałam? Że w ogóle interesuje mnie kim będzie mój mąż? Teraz to się nie liczyło, nie czułam ekscytacji, nie czułam, że wypełniam powinność. Czy będzie to książę, czy żebrak, nieistotne! Zarówno w przepychu, jak i w biedzie będę nieszczęśliwa, więc jaką przyszłość mam stawiać na szali, skoro dla mnie nie ma już przyszłości?
Chociaż wzburzenie było wielkie, nigdy nie pozwoliłam mu zawładnąć mną w tej chwili. Chociaż chciałam krzyczeń, moja głowa została delikatnie zwieszona, jakby godząc się z jego decyzją, bo wiedziałam doskonale, czego bym powiedziała, nie miałam siły, aby przeforsować swoje zdanie. Jeśli Nevan się uparł, jeśli on już podjął decyzję, to mi było dane albo zgodzić się z miejsca, albo siłą, w przenośni, bądź dosłownie, zrobić tak, jak mężczyzna uważał za słuszne.
Z niemałym żalem przyjęłam do wiadomości fakt, że oto końca dobiegło to zbliżenie przy murku i znów uderzyło we mnie uczucie niedosytu. Przynajmniej nadal był przy mnie, a ja odkryłam, że stara się wygładzić wszystkie ostre krawędzie, jakimi jeszcze przed chwilą straszyły jego słowa. To wystarczyło, bym poczuła przyjemne ciepło. Bo chociaż nie miałam za grosz doświadczenia poza tym, czego on już mnie nauczył, to zdawało mi się, że wymuszony psotny uśmiech w przypadku Tealvasha wart jest tuzina nocy, w które inny mężczyzna śpiewałby serenady pod balkonem, zasypując wybrankę kwiatami. Przynajmniej lubiłam wierzyć, że tak jest i dlatego, mimo żalu, na mojej twarzy zamajaczył uśmieszek, a wraz z nim delikatny rumieniec.
- Ja... - zaczęłam, ale z jakiegoś powodu przed moimi oczami nagle pojawił się obraz Nariyi. Zaskoczyło mnie to na tyle, bym zacięła się po jednym słowie. Czy chciałabym mu powiedzieć, że boję się, iż tego, czego ja mu nie mogę dać, chętnie użyczy mu inna kobieta. Najpewniej niejedna, ale jedna chętna jest całkiem blisko. Dobrze więc, że oficer mówił dalej.
No tak, łaźnie. Bardziej skupiłam się jednak na tym, jak jego dłoń muskała moją twarz. Przez to z pewnym opóźnieniem dotarł do mnie sens jego słów. Otworzyłam szerzej oczy dodając dwa do dwóch i w tej jednej chwili zapomniałam o złości, którą poczułam jeszcze chwilę temu. O wszystkim w zasadzie, bo poczułam, jak gorąco mi się robi, jak moja twarz na nowo nabiera żywych kolorów. Przez to nawet nie zauważyłam kiedy on się oddalił, a ja stałam tak jeszcze, dłonie kładąc na rozgrzane poliki.
Jak miałam to rozumieć? Będziemy się kąpać? Możemy? Razem? Osobno? Będzie tylko patrzył? Na mnie? W głowie mi się kotłowało i nagle poczułam, że się denerwuję. Może nawet bardzo. Dużo czasu minęło odkąd ostatni raz... widział mnie nago. A może źle coś zrozumiałam? Albo żartuje sobie ze mnie? Powinnam się uspokoić, przed chwilą chciałam go przekonać do tego, byśmy... zrobili znacznie więcej, a teraz nie mogę się ruszyć na myśl o nagości. Wzięłam głębszy wdech i w tej samej chwili dotarło do mnie, że zostałam tu sama. Zamrugałam zdezorientowana, a widząc, że Nevan jest już prawie u szczytu schodków ruszyłam za nim, szybko pokonując kolejne stopnie.
Dogoniłam go niebawem, ale nie byłam gotowa na to, że odwróci się tak szybko, więc podskoczyłam nieco wystraszona. W pierwszej chwili nie zrozumiałam o czym mówi, dopiero po kilku słowach... zmarszczyłam czoło, delikatnie rozchylając usta.
- Te słowa powinny mnie cieszyć - powiedziałam spokojnie, próbując wytrzymać to chłodne spojrzenie, którym teraz wypalał mi dziurę w głowie. Zacisnęłam dłonie w pięści. W mojej głowie pojawiło się tyle pytań, ale nie byłam pewna, które z nich powinno paść, a które lepiej ominąć. - Więc dlaczego mam wrażenie, że ta obietnica kryje w sobie coś niedobrego? - a jednak zapytałam, nie mniej jednak gorsze pytania cisnęły się mi na usta. Chciałam wiedzieć, skąd w nim ta pewność. Czy znał mojego przyszłego męża? Obawiałam się, że tak, ale przecie chyba by mi o tym powiedział, z drugiej strony Nevan był szlachcicem, więc na pewno słyszał coś o moim mężu. - Znasz go? Wiesz kim jest? Jaki on jest? Dobry? - tak jak przypuszczałam, pozwalając sobie na jedno pytanie, wypowiedziałam też kolejne i dodatkowo skróciłam nieco dystans między nami. Bezwiednie. Gdy to do mnie dotarło, w jednej chwili odsunęłam się do boku, moje spojrzenie także wlepiłam gdzieś przed siebie. - To i tak nieważne, prawda? - dodałam nieco ciszej, na pewno nie taka zaaferowana, po czym splotłam dłonie za plecami. - Kim by nie był, nie pokocham go, więc równie dobrze nie muszę dbać o to, jakie cechy sobą reprezentuje. Jeśli mówisz, że to nie będzie nasze ostatnie spotkanie... uspokoiłeś mnie trochę. Ostatnio stale się martwię, nawet gdy znikasz na moment sprzed moich oczu, że mi się wymkniesz. Nawet gdy mrugam, nie mówiąc o tym, co się dzieje, gdy zasypiam. Boję się, że rano obudzę się już na miejscu, bez ciebie... - mój głos był tak spokojny, jakbym mówiła przez sen. Kącik ust uniósł się delikatnie, ale nie dosięgnęło to oczu.
- Chodźmy do łaźni - ukróciłam tamten temat i ruszyłam, ale zatrzymałam się po dwóch krokach i odwróciłam na niego przez ramię. - I jeszcze jedno. Nie jestem bezwstydna, mój panie. Co najwyżej przebywanie w twym oddziale ma na mnie taki gorszący wpływ - rzuciłam bez zawahania i zarzuciłam włosami znów wznawiając marsz. Tym razem iście po kapłańsku, z głową wysoko wzniesioną, dłońmi splecionymi za plecami, sunąc, nie idąc. Oczywiście trwało to tak długo, jak z mojego gardła nie wyrwało się nagłe pisknięcie, kiedy coś przebiegło mi przed oczami, aż podskoczyłam. Dopiero potem, widząc co było sprawcą zamieszania, zaśmiałam się wesoło.
- Jaszczurka! Spójrz jaka ładna - zawołałam podbiegając za gadem w intensywnym zielonym kolorze. Ten nie był zadowolony, ale jakoś mi to nie przeszkadzało. W tej chwili, w której moje włosy wraz z szatą wprawione w ruch powiewały na wietrze, niosącym ze sobą mój śmiech. Było mi dobrze, nawet jeśli przez krótką chwilę, więc zbiegłam fragment ścieżki sama, zatrzymując się nieco niżej, aż zwierzątko nie zniknęło między kamieniami. Dopiero potem się odwróciłam, z lekką zadyszką po niedużym wysiłku i nie wiedząc, co zrobić, pomachałam do niego, uśmiechając się szerzej. Kiedy tak patrzyłam, jak zmierza w moim kierunku, na tle mając swoją willę, pozwoliłam sobie marzyć nazbyt śmiało. O tym, że kiedyś mógłby tak do mnie wracać i znajdywać mnie w tym miejscu. Moglibyśmy biec do siebie, może nie biegłabym sama, może byłoby nas więcej, może stanowilibyśmy szczęśliwą rodzinę. Może...
- Kim jest Nariya? - mężczyzna podszedł do mnie, a pytanie to padło tak nagle, tak nieplanowane, że nie byłam pewna, czy aby na pewno moje usta opuściło. Fakty były jednak dość jednoznaczne. Zacisnęłam usta w wąską linię, wlepiając wzrok kamienie pod moimi stopami. - Nie mówiłeś mi, że... mieszkasz z jakąś kobietą - dodałam po chwili, tym razem już dokładniej ważąc te słowa, dość cierpkie na języku.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz