Jej zawstydzenie było… Urocze. Było
czymś zupełnie innym, niż zwykłem widywać w sytuacjach takich jak ta i chociaż
mogłem jej przerwać, urwać ten temat i to wyznanie wpół, odsunąć się i kazać
nam obojgu wracać do willi, to nie zrobiłem nic z tych rzeczy. Zamiast tego
uparcie przyglądałem się jej twarzy, obserwowałem jak nabiera kolorów i z
pewnością nie były one spowodowane zbyt dużą ilością słońca na jej jasnej
cerze. Czerwone policzki zdradzały to, co chciała powiedzieć i chociaż nigdy
nie należałem do ludzi cierpliwych, to teraz zebrałem w sobie wszystkie jej
pokłady.
Myśli o cierpliwości zostały wyparte
natychmiast za pomocą jej ust i zębów na płatku mojego ucha, westchnąłem cicho.
Czy może to był tylko podmuch wiatru, który poruszył koroną rozłożystego drzewa
wyrastającego po tej stronie ściany? Tak, na pewno… Ja przecież nie wzdychałbym
tak od zaledwie niewinnej pieszczoty. A jednak, zakręciło mi się w głowie i
dobrze, że jedną rękę miałem wspartą na ciepłym, szorstkim murze, bo teraz
pomogła mi stać niezachwianie na nogach. Druga dłoń już dawno była zaszyta
gdzieś w materiale sukni, zaciśnięta na kości biodrowej, później na talii, aż w
końcu wsunięta pomiędzy lędźwie Esji a płaszczyznę za jej plecami. Nachyliłem się
bardziej do przodu, dając wygodniejszy dostęp do skóry. Ona pachniała słońcem,
kąpielą, wiosną… Miłością. Nie tą fizyczną, nie pożądaniem, chociaż ono nadal
było rozszalałą burzą ognia kotłującą się wewnątrz mnie. To był jednak zupełnie
inny zapach. Inne uczucie.
Kiedy przestała i otworzyła usta, jej
słowa dotarły do mnie jak zza grubej zasłony i początkowo w ogóle nie
zrozumiałem, o czym mówi. Dlaczego wspomina mojego brata w tej sytuacji?...
Niemal otworzyłem usta, niemal palnąłem coś, czego przyszłoby mi żałować.
Odsunąłem głowę i spojrzałem w jej
oczy, głęboko w błękit tych tęczówek.
Musiałem jej powiedzieć. Zatrzymywanie
informacji dla siebie już nie raz ściągnęło na mnie jej gniew, a jednak za
każdym razem, kiedy zaczynałem myśleć o tym, jak to zrobić natrafiałem na
naturalną blokadę. Przecież jest jeszcze tyle czasu. Będę miał tyle możliwości
podczas podróży. Kiedyś to zrobię. Kiedyś… Nie teraz, nie chcę psuć tej
atmosfery. A jednak, ta już wydawała się pęknięta. Ściągnąłem brwi i
przeniosłem dłoń nagrzaną od kontaktu z murem na zewnętrzną stronę jej uda tak,
żeby łatwiej móc ją podtrzymać w tej pozycji.
— Sugerujesz,
że powinniśmy ryzykować najwyższą stawkę dla tej chwili przyjemności, którą
możemy ukraść tutaj? — zapytałem ostrzej, choć moja twarz już się
wygładziła. — Postawić na szali moje
żyje, twój los, twoją przyszłość… Wszystko, co jeszcze nam zostało? Nie, Esjo.
Pragnę cię, ale nie zapłacę za taką chwilę zbliżenia ceny, która zawiśnie nad
nami jak katowski topór.
Przymknąłem oczy i z kolejnym
westchnieniem odsunąłem się odrobinę, poluźniając uścisk naszych ciał, przez co
kapłanka na moment była wsparta na moich ramionach. Mięśnie zapracowały
natychmiast, powodując przyjemny, ciepły skurcz. Brakowało mi treningów.
Brakowało mi piasków pustyni. Brakowało mi samotności. Braku kontroli. Nigdy
nie przypuszczałem, że dotrę do takiego stadium w swoim życiu, kiedy przyjdzie
mi to docenić. Odsunąłem się jeszcze o krok, powoli opuszczając jej ciało w
dół, aż jej stopy opadły na kamienną posadzkę niewielkiego balkoniku, a ona
sama oparła na nich ciężar własnego ciała. Wyprostowałem się chwilę później,
ale nie postawiłem już ani jednego kroku w tył.
— Naprawdę
cię nie poznaję. Skąd ta bezwstydność? — rzuciłem, unosząc brew, niemal
uśmiechając się psotnie. Mimo wszystko, taki wysiłek był zdecydowanie ponad
moje siły w tej sytuacji. — Powinniśmy
wracać do willi. Możemy udać się ścieżką przez zachodnie ogrody, zaprowadzi nas
na krużganki, gdzie jest zewnętrzny kompleks łaźni nieco oddalony od willi.
Będziesz mogła cieszyć się swoją prywatnością.
Przechyliłem głowę na bok i podniosłem
dłoń, żeby odgarnąć kosmyk włosów z jej twarzy. Ostatni czuły gest przed tym,
jak wrócimy do oficjalnego świata, do miejsca, w którym nie łączy nas nic
więcej niż wspólny cel podróży.
—
Tak jak obiecałem — przypomniałem, podejmując temat po krótkiej chwili
zastanowienia. — Prywatność. Tylko nigdy
nie powiedziałem, że ochronię ją przed sobą samym.
Mógłbym powiedzieć jeszcze tak wiele.
Że chcę patrzeć, jak zrzuca z siebie szaty, jak wchodzi do ciepłej kąpieli, jak
woda otula jej ciało. Że przypomnę jej jak to jest zaznać cielesnej
przyjemności i podzielę się z nią grzechem, którego być może nigdy miała w swoim
życiu nie zasmakować. Wyjątkowo dużo słów pchało mi się na język. Dlatego też
obróciłem się czym prędzej i skierowałem w stronę schodków, żeby zacząć wspinać
się na górę. Całą drogę pokonałem pogrążony w myślach o tym, co czeka nas u
celu tej wędrówki przez całe królestwo. Nie mogłem oprzeć się potrzebie, żeby
przygotować ją na to, co tam zobaczy, na to, czego doświadczy, a jednocześnie
nie mogłem wcale myśleć o zrobieniu czegoś takiego. Może dlatego nawet nie
zauważyłem, kiedy znalazłem się na górze znacznie szybciej niż ona, nawet nie
zdążyłem złapać zadyszki. Mięśnie błagały wręcz o więcej. O trochę truchtu…
Biegu w dół tego zbocza, po jego miękkiej stronie, przekroczeniu rzeki,
wpadnięciu w zacieniony las. Mógłbym biec przed siebie, biec tak daleko, aż
moje nogi nie miałyby siły utrzymać mnie dłużej w pionie, aż opadłbym na
miękkie poszycie lasu.
Ale problemy dopadłyby mnie nawet tam.
Zawsze byłem realistą, który chodził twardo po ziemi. Dlatego kiedy tylko Esja
pojawiła się obok, obróciłem głowę w jej stronę.
—
Twój mąż nie będzie okrutnym człowiekiem i nie zamknie cię pod kluczem. Cóż,
ludzie potrafią się zmieniać w zależności od tego, ile dostają władzy, ale
możesz mi ufać. Kiedy zostawię cię w stolicy… To nie będzie nasze ostatnie
spotkanie — powiedziałem, świdrując ją spojrzeniem, a mój wzrok był twardy.
Lodowaty. Pełny frustracji, ale i pewności co do wypowiadanych słów. — Mogę ci to obiecać.
Obietnic, podobnie jak słów,
nienawidziłem rzucać na wiatr. Ceniłem sobie swoją słowność.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz