Nie wiedziałam, co mnie czeka w namiocie, ale wątpiłam, by miało mnie spotkać coś gorszego, niż to, co już przeżyłam. W prawdzie ja sama uszłam z życiem i mimo kilku kontuzji, nic wielkiego mi się nie stało, ale i tak wspomnienia jeszcze długo będą mi ciążyć. Dziękowałam w duchu wielkiemu Arethorowi, bo on sam, w postaci swego posągu dał mi schronienie, a tym samym szansę na przeżycie. Wierzyłam, że jest nade mną, chroni mnie i może faktycznie otacza swą opacznością, bo ma dla mnie plan, którego pojąć na ten czas nie jestem w stanie. Chciałam, aby tak było, chciałam wierzyć, że to wszystko, czego doświadczyłam miało jakiś sens. Niech cierpienie mych sióstr nie pójdzie na marne, niech świętują wśród bogów, a szczęściu ich nie będzie końca! Ja bowiem nigdy o nich nie zapomnę i nie pozwolę by ich cierpienie zostało wymazane z kart historii. Właśnie tego w tej chwili chciałam, aby dane mi było wypełnić te pragnienia.
W namiocie, na moje zaskoczenie było pusto. Wystrój był minimalistyczny, ale i tak mnie zachwycał, bom nie widziała nigdy podobnego miejsca. W świątyni nie było nic, co można było uznać za zbyteczne. Wszystkie domyślałyśmy się, dlaczego tak to wyglądało. Kiedy dziewczyna z pustej świątyni trafi do bogatego domu, jej onieśmielenie nie pozwoli na buńczuczność - będzie dobrą, ułożoną żoną. A ja? Ja teraz mogłam poznawać i poznanie te chociaż w cząstce pomagało mi zakryć obrazy rzezi.
Wiedziałam, że nie wyglądam teraz korzystnie i o dziwo przeszkadzało mi to. Śmieszne, o jakich głupotach można myśleć w podobnych okolicznościach, ale nie chciałam wyglądać na brudną sierotę. Chyba jednak nikim więcej w obecnej sytuacji nie byłam. Zwrócono się do mnie wcześniej w grzeczny sposób, bez wątpienia wiadome było kim jestem i chyba nigdy wcześniej nie cieszyłam się tak z obręczy, jaką nosiłam na szyi. To, co ciążyło mi przez długi czas dziś mogło stać się moją kartą przetargową. Nie mogą mnie przecież porzucić, prawda? Chciałam w to wierzyć, ale pewności mieć nie mogłam. Pozostawała mi wiara w dobro drugiego człowieka i w prawo, o którym wcale tak wiele nie wiedziałam. Świątynia wcale nie przygotowała mnie do życia, byłam zagubiona, przerażona i świadoma tego, że sama długo nie przeżyję, bo nie mam ku temu zbyt wielu zdolności. Nawet jeśli krew we mnie wrzała, nawet jeśli tliła się we mnie wola przetrwania, to czym jest ten płomyczek w obliczu trwającej dookoła wojny.
Stałam w ciszy, patrząc na poranione, brudne stopy, które teraz przynajmniej stały na drewnianej posadce. Nic nie mówiłam, nie pytałam, po prostu stałam bez ruchu, do momentu, w którym ktoś nie wszedł do pomieszczenia. Sapnęłam wtedy cicho, jakby przeczuwając coś złego, nie wiem skąd u mnie to uczucie. Uniosłam spojrzenie na nieznajomego, najpierw niepewnie wodząc wzrokiem od jego butów, przez kolana, biodra, brzuch i tors, aż do twarzy, ale kiedy napotkałam krwiste spojrzenie, poczułam, jak moje ciało robi się sztywne. Takich oczu jeszcze nigdy nie widziałam. Nie potrafiłam się od nich uwolnić, a bardzo chciałam, bo wydawało mi się, że te spojrzenie jest w stanie zrobić coś niedobrego temu, kto nań patrzy. Dopiero, kiedy nieznajomy się odezwał, zawołał kogoś, a ja ujrzałam kto wszedł do namiotu, mogłam przenieść spojrzenie w innym kierunku. Eliah? Więc takie było imię mojego wybawcy? Będę się o niego modlić.
Blondyn na polecenie swojego dowódcy zaczął opowiadać. Nie mogłam nic usłyszeć, ale domyślałam się, że nie pomija szczegółów. Czekałam cierpliwie, domyślając się już, że czerwonooki mężczyzna musi być oficerem Nevanem Tealvash'em. Świadomość, że znałam jego imię nieco mi pomagała. Wmawiałam sobie chyba, że to mi w czymś pomoże, ale z drugiej strony wiedziałam, że nie mam żadnych podstaw, aby tak sądzić. Poza tym człowiek, któremu zdążyłam już przypisać same piękne i dobre cechy, ów Eliah został zmuszony do opuszczenia namiotu, co wcale mi się nie spodobało. Powiodłam wzrokiem po jego sylwetce, w pierwszej chwili rozważając, czy nie mogłabym go powstrzymać. Ostatecznie się na to nie zdecydowałam, bo nie chciałam sprawiać mu dodatkowych problemów.
Tyle, co wyszedł, a już w moich uszach rozbrzmiał głos oficera. Drgnęłam przenosząc na niego swoje spojrzenie, ale tym razem strategicznie zatrzymując wzrok na wysokości torsu mężczyzny. Prawdę mówiąc jego pytanie mnie zaskoczyło, nawet tego nie kryłam, unosząc brwi i krzywiąc się przy tym lekko. Jak to dlaczego? Co przez to rozumiał? Zaraz potem poleciały kolejne pytania, jedno, drugie. Musiałam zebrać myśli, a on miał jeszcze czelność mnie poganiać! Jakby serca nie miał, traktował mnie, jak jednego ze swoich żołnierzy? Długo nie mogłam zacząć mówić, czułam, że atmosfera gęstnieje, chociaż może to tylko moje wyobrażenia. Minęło kilka minut, w trakcie których czułam się, jak kulejące zwierze, stojące przed wilkiem. Świadomość bezpieczeństwa nie była już taka pewna, jak przy blondynie.
- Nie było wśród nich kobiet, a przynajmniej ja żadnej nie widziałam - zaczęłam w końcu, czując, jak wbijam sobie własne paznokcie we wnętrza dłonie. Przełknęłam ślinę, czując, że krew odpływa mi z twarzy. Nie chciałam tam wracać, nie chciałam znów tego przezywać, ale przypomniałam sobie polecenia jednego z żołnierzy... dla własnego dobra musiałam współpracować. Im więcej powiem, tym większe szanse, że może znajdą tamtych ludzi i wymierzą im karę. - Wątpię jednak, by jakakolwiek się przy nich uchowała. Rzucali się na nas, niczym bestie wygłodniałe - dodałam, czując gorzką gulę w gardle. Wyglądali... nie wiele mężczyzn w swym życiu widziałam, na pewno daleko im do gładkich duchownych. Mieli brody, jak wielu z twych ludzi panie, ale nie nosili hełmów. Byli brudni, cuchnęli... nie mieli błyszczących zbroi, tylko skórzane ochraniacze - skrzywiłam się mocniej, starając sobie przypomnieć jeszcze więcej szczegółów. Wiedziałam, że nie interesują go pobieżne opowieści, tylko fakty. - Jeden mnie złapał, pod pomnikiem wielkiego Arethora, nim jednak zrobił, co zamierzał zjawiło się dwóch kolejnych, spostrzegli diamenty w boskiej postaci i mój oprawca rzucił mną o ziemię. Poczołgałam się do niewielkiego schowka, a niedługo potem mężczyźni obalili posąg, a ten w kawałkach osypał się o ścianę, tym samym zamykając mnie w mej skrytce - zakończyłam opowieść. Mówiłam, jak w transie, czując, że robi mi się niedobrze. W nozdrzach miałam niemalże zapach palących się ciał, tak duszący, że odruchowo zakaszlałam, jakbym nadal tam była.
- Nie wiem ile czasu tam byłam - stwierdziłam, że lepiej mówić, niż pozwalać sobie na ciche przeżywanie tego wszystkiego raz jeszcze. - Znalazł mnie twój człowiek, nazwałeś go panie Eliah, chwilę temu - wytłumaczyłam, skąd znam jego imię. - Nic więcej nie pamiętam, obawiam się, że nie pomogę bardziej - znów spoglądałam na swoje stopy, zastanawiając się, czy to mu pomoże. Czy taka odpowiedź go usatysfakcjonuje, czy może brak danych rozwścieczy jego osobę. Może łaskaw by był, gdybym podziękowała za ratunek? Wcześniej nie miałam ku temu okazji, chociaż najbardziej chciałabym podziękować blondynowi, to i dowódcy należą się wyrazy wdzięczności.
- Chciałam od razu podziękować wam za ratunek, wierzę, że Arethor będzie wam sprzyjał i czym prędzej powróci pokój - skinęłam głową, w dość formalny sposób, jak na mój obecny stan. Chciałam zapytać, co teraz ze mną będzie, czego mam oczekiwać, ale uznałam, ze to może póki co poczekać. Nie chciałam wybiegać za bardzo w przód, tym bardziej, że nadal nie byłam pewna, czego mogę się spodziewać po tym człowieku. O dziwo czułam się teraz bardziej niepewnie, niż w towarzystwie całego oddziału wojska. Tutejsi mężczyźni całkowicie różnili się od duchownych, tamci nosili zwiewne, jasne szaty, włosy mieli przycięte krótko, bądź nie mieli ich wcale, a głos ich zawsze był sztucznie wyniosły, sposób mówienia patetyczny. Jak mogłam przez tyle lat sądzić, że wszyscy mężczyźni są tacy? Czy w wyobraźni i swego narzeczonego widziałam podobnego do kapłanów? W obliczu ostatnich wydarzeń nie mogłam sobie przypomnieć, jaki obraz dotyczący tego mężczyzny powstał w mojej głowie.
.
.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz