środa, 3 maja 2017

IV



        Trzymałem ekscytację na wodzy. Zdawałem sobie sprawę z faktu, że nie byłoby na miejscu okazywanie jej tutaj, tej dziewczynie, która dopiero co przeżyła wszystkie te okropieństwa. Jeśli werzyć ocenie mojego oddziału, musiała siedzieć w odizolowaniu conajmniej trzydzieści godzin. Złożyłem palce u obu dłoni przed sobą, oparłem łokcie na krześle i pochyliłem się lekko do przodu. Milczała. Długo. Nie powiedziałem już jednak ani słowa, cierpliwie czekając, aż przełamie w sobie coś, aż zacznie mówić. Widziałem już ludzi takich, jak ona. Wojna produkowała ich setkami, zazwyczaj nie było dla nich ulżenia ani ratunku. Wraki tego, kim byli. Zobaczyli więcej ludzkiego okropieństwa, niż powinni.
        Nie okazywałem żadnym gestem zniecierpliwienia, żadnym dźwiękiem nie pospieszałem jej do mówienia. Skąd u mnie taka wyrozumiałość, nie wiem. Być może wizja zbliżających się działań wojennych napełniała mnie zbyt wielkim szczęściem, żeby pozwalać sobie na niecierpliwość. Z drugiej strony bardzo rzadko ostatnimi czasy miałem do czynienia z kapłankami. Czegoś tak uświęconego, ważnego dla całego społeczeństwa nie wysyła się aż tak blisko frontu. Co najwyżej żołnierze mogli liczyć na jakiegoś starego kapłana lub dwóch. I to było całe zaplecze religijne, w które nas obszywali. Swoich ludzi, broniących granic tego państwa, umierających w imię jednego z bogów. Arethor... Miał wystarczająco mózgu, jeśli naprawdę się od nas odwrócił. Miałem to z resztą głęboko w dupie, w czymś znacznie pewniejszym pokładałem swoje zaufanie. W sile, odpowiedzialności i władzy. Rozplotłem palce i powoli oparłem podbródek na jednej z dłoni, pozostawiając łokieć oparty o krzesło, nie spuszczałem wzroku z dziewczyny.
        Pierwsza informacja nakierowała mnie już odrobinę – a raczej kazała porzucić jeden z możliwych tropów, które od razu pojawiły się w mojej głowie. Przymknąłem lekko oczy, słuchając reszty w milczeniu, bez przerywania. Ustalałem fakty. I starałem zapanować się nad nieoczekiwaną radością. Rzeź w świątyni... Co mogło być lepszego, żeby rozwścieczyć czły Aletarion, czego trzeba więcej, żeby otwarcie wypowiedzieć zmasowany atak? Nie wyobrażałem sobie lepszej okazji. I nie uważałem jej wcześniej za możliwą.
        Podniosłem powieki, słysząc podziękowanie. Wbiłem spojrzenie w oczy dziewczyny, chociaż te nie patrzyły prosto na mnie. Miała długie, splątane i brudne włosy. Pewnie były jasne, ale osiadła na nich warstwa kurzu i sadzy.
        – Arethor nam nie pomoże, dziewczyno – powiedziałem w końcu, z namysłem, tak jak ona wcześniej zajmując sporą część czasu po jej słowach na milczenie. Ugryzłem się jednak więcej, żeby dodać tutaj dwa słowa więcej, niż to było konieczne. Nie musiała znać mojego sceptycznego stosunku do wszystkiego, czym była i co sobą przedstawiała. Arystokracja naszego świata, wybrana przez bogów... Przez którego, tego który zostawił całą świątynię na pastwę zabójców i złodziei? Który wybrał te dziewczyny, a później pozwolił zgwałcić, zamordować i spalić? – Księżyc nie pojawi się już na niebie. Twojego boga z nami nie ma – dodałem ciszej, patrząc na jej sylwetkę. Szkoda mi było tego, co się stało, tego, że musiała przeżyć masakrę. Czasem łatwiej jest po prostu umrzeć niż żyć z obrazami przeszłości. Zamyśliłem się znów na dłuższą chwilę. A blondynka ledwo stała na pokrwawionych stopach bez żasnego okrycia. – Świątynia została spalona około dwa dni temu. Byłaś w niej zamknięta przez ponad trzydzieści godzin.
        Wstałem, w końcu spuszczając z niej spojrzenie. Nie była już dla mnie ważna ani użyteczna. Musiałem tylko zdecydować, co zrobić z nią i z dwójką pozostałych, które podobno ledwo żyły. Przeszedłem przez pokój, wyciągnąłem pergaminy, które trzymałem pod kamieniem dociskowym w prowizorycznej szafce na rzeczy osobiste. Wszystko w namiocie pyło proste i surowe. Bez zbędnych skór, ozdób i zapychaczy. Wyciągnąłem też atrament i podszedłem do biurka.
        Cały oddział, jestem pewny, stał przed wejściem do namiotu i nasłuchiwał. Nie zamierzałem bronić im karmienia ciekawości. Spalenie świątyni z pewnością nimi wstrząsnęło, nie byli... Tacy jak ja.
        – Eliah, Lance, wejdźcie – rzuciłem, pochylając się nad blatem i rozkładając na nich pergamin oraz mapę tej części naszego królestwa. Dwójka żołnierzy pojwiła się wewnątrz. Nie mieli już na sobie hełmów. – Niech ktoś się nią zajmie. Odwieźcie wszystkie do naszego chirurga, powiedzcie mu że ta sprawa ma najwyższy priorytet. – Podniosłem wzrok na tę dwójkę. W wejściu do namiotu stało trzech kolejnych, gotowych wypełniać rozkazy. – Niech wyśle mi kogoś, kiedy skończy pracę. Ma mi dawać znać, jeśli tamte dwie się obudzą lub umrą. Dopiero później powiadomimy króla i władze obozu. Aha, i nie rozmawiajcie o tym zbyt głośno, nie chcemy obozu trzęsącego się od plotek.
        Ludzie i tak już gadali. Lepiej było nie pogarszać sprawy.
        Później odwróciłem się i zawisnąłem na moment nad pergaminami. Nie było nic wyjątkowego w przetrwaniu tej dziewczyny. Ot, wzyczajny przypadek. Przeżyła, bo miała szczęście, schowała się w porę, a później moim ludziom udało się ją odnaleźć. Nic nadzwyczajnego. Odkryłem, że poczułem ukłucie zawodu. To zawsze jest przypadek. Dlatego właśnie bogowie nie istnieją.
        Zerknąłem w stronę wyjścia. Lance i Eliah popatrzyli w tamtą stronę. Widziałem, że ten pierwszy chce coś powiedzieć. Zaczął, zanim dziewczynę zdążono wyprowadzić.
        – Napadnięto na świątynię! – zaczął, oburzony. Oddychał ciężko.
        Wszystkich to wzburzało.
        – Oczywiście, że napadnięto.
        – Oczywiście?
        Zmarszczyłem lekko czoło. Poczułem przypływ irytacji. Ci ludzie myślą, że co, że dla kogoś z obcego kraju ich marna religia jest czegoś warta? Czegoś więcej niż nietknięte dziewczyny zamknięte tam tłumnie wraz z ogromnymi bogactwami?
        Zerknąłem na drzwi. Kapłanka mogła nas usłyszeć. Wbiłem spojrzenie w wóz, na którym leżały pozostałe.
        – Mieli skórzane ochraniacze, Lance. Skórzane, do kurwy! Nawet nie potrzebowali zbroi ani szkolenia, żeby obrabować świątynię – poczułem, że robię się wściekły. Uczucia wezbrały we mnie teraz nieoczekiwanie po wcześniejszej długiej chwili myślenia i rozważania, kiedy byłem sam z kapłanką. – Wiesz, dlaczego? Bo wszyscy uważamy, że to, co święte obroni się samo. I zobacz, do czego doprowadziła ślepa wiara. Nie obstawili świątyni niemal żadną strażą, oprócz tej honorowej, która nawet nie wie, jak poprawnie trzymać włócznię. – Przeniosłem spojrzenie na Lance’a. Widziałem w jego oczach, że wcześniej o tym nie pomyślał. Zakłopotanie. Ludzie często to odczuwali, rozmawiając ze mną o fundamentach naszego życia. Być może dlatego, że zawsze miałem rację. – A teraz, zamiast skupiać się na oczywistościach, panowie, możemy skupić się na tym, co nie jest oczywiste?
        Wejście do namiotu zostało zamknięte. Wóz odtoczył się z cichym trzaskiem. Eliah, który do tej pory nie odezwał się nawet słowem wyprostował się.
        – Kto może za tym stać? – zamrugał. – Wybacz, ale czy to nie zadanie dla innych?
        – Nie. My mamy informację pierwsi – mówiąc to, zacisnąłem dłoń w pięść. – I wykorzystamy to. Odrzućcie od razu naszych dzikusów z Puszczy. Nie było wśród nich kobiet, więc to była pierwsza rzecz, która przyszła mi na myśl.
        Wszyscy pochylilśmy się nad mapą, szukając najrozsądniejszej drogi, którą rabusie mogliby uciec i dyskutując nad tym zawzięcie. Żadna podana przez nas możliwość nie była nawet blisko tego, co tak naprawdę się tam stało. Ta świadomość była jak drzazga, która wbiła się pod mój paznokieć.


.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/