środa, 3 maja 2017

V

     Najwidoczniej nie tylko ja potrzebowałam czasu, aby pozbierać myśli, nim zacznę mówić. Może to śmieszne, ale cieszyłam się z panującej między nami ciszy. Sądziłam, że siedzący przede mną mężczyzna raczej pewnie rzuca słowami, nie przywiązując do nich takiej wagi, jak ja. Myliłam się i było to sprawą oczywistą, wszak widziałam tego człowieka pierwszy raz w życiu, a już ośmieliłam się go oceniać. Natura ludzka taka już jest, patrzymy i wmawiamy sobie, że widzimy więcej, niż w istocie. Teraz, gdy i on przeciągał ciszę, strach powoli we mnie słabnął, przypomniałam sobie, że przecież stoję przed człowiekiem. Nawet jeśli niedawno w świątyni w takich samych, męskich ciałach widziałam bestię, to teraz nie potwór, a wybawca stał przede mną. Winnam mu, jak i jego ludziom szacunek, bo bez nich by mnie tutaj nie było. 
     Jednakże natura ludzka tak różna od siebie, jak różni ludzie, którzy ów naturę reprezentują. Całe życie czciłam Arethora, od chwili narodzin z jego znakiem między łopatkami, na samym środku pleców. Znak ten nieraz palił, nieraz dodawał sił, ale był zawsze, tak jak bóg, którego obecność nigdy nie opuszczała nikogo w świątyni. Wielkie więc było moje zdziwienie, kiedy ktoś otwarcie, ze spokojem i bez gniewu przyznał, że bóg mój nie pomoże. Czy winnam się oburzyć? Sama nie byłam pewna, byłam jedynie zszokowana, ale bardziej nowością, niźli jego brakiem wiary w pomoc Arethora. Szok był większy, niżli mogłam się tego spodziewać, a chociaż tak wiele słów kłębiło się w mojej głowie, to jednak żadnego nie byłam w stanie wypowiedzieć. Po prostu milczałam myśląc o tym, co powiedział. "Mojego boga"? To, że jestem kapłanką, nie oznacza, że to mój bóg, on tak samo mój, jak i jego, jak i każdego człowieka w tym obozie. Ja tutaj byłam, a jeśli byłam, to i mój bóg gdzieś tam nade mną czuwał. Musiałam mu to wytłumaczyć, ale teraz, poraniona, pokryta sadzą i usilnie walcząca o przetrwanie nie byłabym wiarygodnym rozmówcą. Lepiej poczekać, bo jeśli mam mu  wytłumaczyć, to okazja sama się nadarzy, a ja nie powinnam o nią walczyć. Los chciał, bym przeżyła, a ja chcę wierzyć, że właśnie tak jest. 
     - Trzydzieści godzin? - tej wiadomości nie mogłam już zignorować. Zakręciło mi się w głowie, nie miałam pojęcia, że uwięziona tam byłam tak długo. Owszem, wiedziałam, że czas płynął, a ja tkwiłam w zamknięciu, ale teraz, kiedy stanęłam przed rzeczową informacją, dotarło do mnie jak bliska byłam śmierci. Chyba w tej chwili dałam sobie pozwolenie na to, aby opaść z sił, jednakże na nogach się nie zachwiałam. Stoję tutaj, mam w sobie siłę i nie mogę jej stracić. To jeszcze bardziej umocniło mnie w wierze, że czuwał nade mną mój patron, nie zapomniał o mnie. 
     Nie powiedziałam nic więcej, patrząc jedynie, jak oficer przemierza pomieszczenie, by podejść do szafy. Nie ukrywałam, że mnie to interesowało. Wzrokiem wodziłam po jego ruchach, nie przejmując się panującą ciszą, była mi ona na rękę. Pewnie dlatego, gdy tylko mężczyzna kogoś zawołał, drgnęłam ze strachu, bo nie byłam na to przygotowana. Strach jednak minął tak szybko, jak się pojawił, a w jego miejsce zawitała ulga, bo do namiotu wszedł mój faktyczny wybawca. Znalezienie sobie kogoś, komu się ufa, nawet jeśli to zaufanie nie miało żadnych podstaw, było dla mnie pomocnym rozwiązaniem. Lepiej było mi tu stać i myśleć, że nie jestem całkowicie sama, nawet jeśli dla mężczyzny byłam jedynie kolejnym rozkazem, jakich wykonuje setki na dzień. Z drugiej strony przyszło rozczarowanie, bo to nie pan Eliah miał się mną zająć, tylko kolejny, obcy mężczyzna. Czułam, że ponownie maleję w oczach. Nie musiałam się tym w prawdzie szczególnie przejmować, bo niekoniecznie zwracano teraz na mnie uwagę, a już na pewno ów Nevan tego nie robił. Do mnie podeszło dwóch kolejnych żołnierzy, gotowych mnie eskortować, ale nim się ruszyłam, jeden ze znajdujących się przy dowódcy mężczyzn podniósł głos. 
     Jednak są tutaj ludzie, którzy reagują normalnie, gniewem, frustracją, po prostu żywymi emocjami. To mnie podniosło na duchu, nie byłam jedyną, której to wszystko nie mieściło się w głowie, która nie mogła pojąć, że te wydarzenia faktycznie miały miejsce. Poczęto mnie wyprowadzać, lecz w wyjściu już stojąc dosłyszałam odpowiedź oficera. Drgnęłam słysząc mięsiste epitety, ale sen był istotniejszy, nawet jeśli do takich słów nie byłam przyzwyczajona. W pamięci jednak zapadły mi jego słowa, te, że to co święte obroni się samo. Długo analizowałam tą wypowiedź mężczyzny, nawet nie zorientowałam się, kiedy przejechałam przez obóz, a potem wprowadzono mnie do mniejszego już namiotu. 
     - Poczekaj tutaj, pani. Medyk najpierw zajmie się pozostałymi kapłankami, bo ich stan jest znacznie gorszy - oznajmił mi eskortujący mnie żołnierz, na co skinęłam głową. Miał już wychodzić, jednak powstrzymałam go ruchem ręki. 
     - Przepraszam, chciałam jedynie zapytać, czy ty panie jesteś tym, kto miał się mną zająć? - skrzywiłam się lekko, bo nie wiedziałam do końca, jak poprawnie powinno brzmieć to pytanie. 
     - W tej chwili tak, jednak nikt nie został przydzielony do tego zadania na stałe, więc proszę się nie zdziwić, gdyby następnym razem zjawił się ktoś inny - odpowiedział rzeczowo, nie mogłam powiedzieć, czy był do mnie przychylnie, czy negatywnie nastawiony. Niby mi się to nie podobało, ale przynajmniej się go nie lękałam. 
     - A może... - zawahałam się, bo nie byłam pewna, czy mogę o to prosić. Mimo wszystko, jeśli nie spróbuję, to się nie dowiem. - A może pan Eliah mógłby być za mnie odpowiedzialny? To on mnie uratował, jestem mu wdzięczna i przez to czuję się przy nim bezpiecznie - wytłumaczyłam zaraz skąd u mnie taka prośba, a on skłonił się jedynie i powiedział, że zapyta, czy to możliwe. Podziękowałam i pozwoliłam mu wyjść. 
     Usiadłam na posłaniu, rozglądając się dookoła. Wystrój był nawet podobny do namiotu oficera, ale i tak nie mogłam się powstrzymać przed tym, aby wszystko dokładnie zobaczyć. Musiałam nieco poczekać, chyba nawet minęła godzina, a dopiero po niej wszedł do mojego namiotu żołnierz. Niestety nie był to znany mi blondyn, ani nawet ten sam mężczyzna, co wcześniej, więc nieco się zawiodłam. Oznajmił jedynie, że medyk skończył badać pozostałe kapłanki i teraz chciałby mnie zobaczyć. Polecił też bym założyła pelerynę i zawsze w niej chodziła, kiedy wychodzę z namiotu. Bez słowa zrobiłam to, o co prosił. 
     Namiot medyczny był całkiem blisko. Weszłam do środka, gotowa, że zobaczę tam leżące Kastę i Melepę, ale nie było nikogo, poza poczciwie wyglądającym mężczyzną, ze szpakowatymi włosami przewiązanymi czarną wstążką na karku. 
     - Gdzie one są? - skrzywiłam się, zapominając na moment o manierach. Medyk na te słowa odwrócił się do mnie i o dziwo na jego twarzy malowała się ulga. 
      - Leżą w strzeżonej kwaterze, spokojnie moja droga, są bezpieczne - uśmiechnął się do mnie. Teraz zdałam sobie sprawę, jak dawno nie widziałam niczyjego uśmiechu, taki drobiazg, a już zaskarbił sobie odrobinę mem sympatii. Dlatego też bez gadania usiadłam tam, gdzie pokazał mi gest jego ręki. - Nazywam się Febiasz, zbadałem twoje siostry i rad jestem, że twój stan jest lepszy.
     Czułam się dziwnie, mężczyzna rozmawiał ze mną, przemycając w dość sprytny sposób niewygodne pytania, a ja odpowiadałam. Opatrzył moje rany, ale bandaży nie założył, tłumacząc, że wpierw powinnam się umyć. Odmówiłam, gdy powiedział, że mogę to zrobić z jego pomocą. Poczułam też wówczas, że się czerwienię, a na jego czole pojawiła się głęboka zmarszczka, jakby coś go trapiło. Chyba dostrzegł, że to zauważyłam i szybko zajął mnie rozmową na inny temat. 
     - Musimy nastawić twoje palce, bo zostaniesz kaleką - powiedział w końcu chwytając moją dłoń. Wiedziałam, że będzie to bolało. Kiwnęłam głową, na znak, że rozumiem. Obiecał, że zrobi to szybko i tak też było. Nie zdążyłam krzyknąć, jedynie jęknąć. Łzy siłą rzeczy napłynęły mi do oczu. - Jesteś bardzo silna, Esjo. Moi żołnierze często głośniej wrzeszczą - zaśmiał się, usztywniając mi rękę, a ja wiedziałam, że chce mi tym dodać otuchy, on pierwszy zapytał o moje imię.  
     Wszystkie rany miałam już opatrzone, więc sądziłam, że to już koniec. Tylko, że Febiasz wyglądał, jakby go coś trapiło. W końcu westchnął i spojrzał na mnie bladymi, jakby zmordowanymi ślepiami. 
     - Esjo... muszę sprawdzić, czy oni... - nie dokończył, a ja skrzywiłam się lekko, nie rozumiejąc jeszcze, co też ten mężczyzna ma na myśli. Ponownie westchnął, widząc wymalowane na mojej twarzy zaskoczenie. - Czy żaden z nich nie skrzywdził ciebie, tak jak twych sióstr. Jesteś kapłanką, wiesz pewnie, że to bardzo ważne - wytłumaczył i tym razem pojęłam jego słowa w lot. Odruchowo poderwałam się z siedzenia i odeszłam dwa kroki. 
     - To nie będzie konieczne. Mówiłam już, że mnie nie tknęli - przypomniałam. 
     - Owszem, ale mogłaś być w szoku, nie ma się czego bać... 
     - Nie! Zaręczam, że nie ma takiej potrzeby, wiem, co mnie spotkało i taka wiedza wystarczy - powiedziałam głosem nieznoszącym sprzeciwu, co chyba zaskoczyło i mnie, i medyka, i żołnierza, który po moim wybuchu agresji wszedł do namiotu. Jakież więc było moje zaskoczenie, gdy nieopodal wejścia stał blondyn. 
     - Coś się stało? Słyszałem krzyki - zapytał nie mnie, a medyka. Ten natomiast oznajmił, że to nic poważnego, że wszystko umieści w raporcie, który zaraz trafi do ich dowódcy. Eliah skinął głową i zachęcił mnie do wyjścia, a nim wyszłam na błoto, poczułam, jak mnie unosi. - Wciąż nie masz żadnego obuwia, pani. Straż dostarczyła kilka rzeczy do twojego namiotu, wybierz proszę, co uznasz za stosowne - powiedział, a ja pokiwałam głową. 
     W moim namiocie faktycznie na posłaniu była sterta męskich, ale na pewno czystszych od mojej sukni, ubrań. Poza tym na środku stała bala z ciepłą, parującą wodą. Mężczyzna zaraz mnie odstawił na ziemię, a na szafce położył bandaże, które dostałam od medyka. Teraz spostrzegłam, że stoi tam też talerz z posiłkiem. 
     - Słyszałem pani, że życzysz sobie, bym to ja był za ciebie odpowiedzialny. Zgodziłem się, przepraszam jednak, że nie zawszę będę do twoich dyspozycji, mam też wiele innych obowiązków - powiedział w końcu, ale nie brzmiało to, jak wyrzuty. To dobrze, ulżyło mi. - Zjedź, weź kąpiel i odpocznij. Przed namiotem zostawię czterech zaufanych żołnierzy, nie wejdą, jeśli wyraźnie nie zawołasz. Możesz czuć się bezpiecznie - oznajmił po czym podszedł do wyjścia. 
      - Dziękuję - powiedziałam nim mnie zostawił. Chyba go tym zaskoczyłam. - Za uratowanie mi życia, dziękuję panie - skłoniłam się grzecznie. 
     - Śpij dobrze, Esjo - odpowiedział jedynie i zostawił mnie samą. Musiał usłyszeć moje imię, kiedy byliśmy w namiocie medyka. Westchnęłam jedynie i podeszłam do tacy z jedzeniem. Wolałam się czymś zająć, żeby nie myśleć, ale dzień był tak bogaty w przeżycia, że ponownie nie tak trudno było mi się uwolnić od straszliwych wspomnień i o dziwo, po wszystkim normalnie zasnąć. 
     

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/