Mogłabym powiedzieć, że czułam wstyd, bo zbyt szybko pozwoliłam sobie na ocenę ludzi, których wcale nie znałam. O ile taki pan Eliah na tym w żaden sposób nie ucierpiał, bo w mym odczuciu był objawieniem wszelkich cnót, to siedzący przede mną mężczyzna mógł się czuć poszkodowanym. Oczywiście wiedziałam, że nieszczególnie zabiegał o to, by w mych oczach zaskarbić sobie przychylność, ale tutaj chodziło o to, co ja czułam, a teraz czułam się po prostu podle. Jeszcze dziś rano był dla mnie potworem, wyzbytym uczuć służbistą, który wszystkich traktował z chłodną rezerwą. Nie zamierzałam go za to przepraszać, ale patrząc na niego w świetle słabej lampki, wyrwanego ze snu, odzianego w koszulę, bliższa byłam przyznania się do błędu, niż kiedykolwiek. Może nie chodzi nawet o to, czy się myliłam... chodzi o to, że śmiałam przypuszczać, iż nic więcej poza chłodem w nim nie ma, a mógł być kimś, kto tak, jak ja, boryka się ze swoimi demonami. Teraz mi to pokazał, dodając mi (nawet, jeśli zrobił to nieumyślnie) pewności siebie, przez uszanowanie mojej decyzji o przyjściu tutaj w środku nocy.
- Rozumiem... - mruknęłam, podnosząc się z miejsca. Szczelniej złapałam pelerynę, zastanawiając się, czy sama będę musiała wrócić, czy uda mi się zawołać straż. Kiedy tutaj szłam, byłam zbyt przejęta, aby zapamiętywać drogę, ale teraz nie chciałam się tym przejmować. Spacer też dobrze mi zrobi, tym bardziej, że w dzień nie byłoby to najlepszym pomysłem.
Miałam się żegnać, chociaż nie wiedziałam jakich słów użyć. Myślałam nad nimi właśnie, kiedy niespodziewanie Tealvash przerwał ciszę, na temat całkiem inny, niż ten, który wałkowaliśmy przez cały czas. Uniosłam brwi w górę, zastanawiając się, co miał na myśli. Co nim kierowało? Teraz wydawało mi się, że spoglądam na spracowanego starca, a nie wojaka, który wzbudzał we mnie strach. Poza tym pierwszy raz faktycznie zwrócił się do mnie, jak do kapłanki. Robił to już wcześniej, ale bardziej prześmiewczo, a teraz czułam jedynie gorycz, bynajmniej nie spowodowaną moją rolą w społeczeństwie. Coś był na rzeczy, w głowie miałam jednak pustkę. Nie mogłam spodziewać się tego, co przeżył jeszcze kilka godzin temu. Kiedy ja spokojnie odpoczywałam, tak niedaleko odgrywała się tragedia, bo właśnie taki jest świat. Tragedia goni tragedię, czyż nie? Pierwszy raz zrozumiałam to tej nocy, to, że moje cierpienie, to jedynie kropla w morzu, albo i oceanie. Ukuła mnie też jedna prywatna myśl... czy życie życiu jest tak samo warte? Dlaczego tragedia kapłanek będzie symbolem, a śmierć żołnierzy jedynie rutyną? Zabolało mnie to, ale nie przerywałam mu, nie przerwałam ani razu, podchodząc jedynie nieco bliżej. Nie usiadłam już, nie wchodziłam w jego strefę komfortu, bojąc się, że przerwę trans, w jakim się aktualnie znalazł. To nie byłoby dobre, ani dla mnie, ani dla niego. Poza tym... z każdym słowem, opowiadane przez niego wydarzenia wciągały mnie jeszcze silniej. Czułam się przy tym podle, nikomu nie życzyłam tragedii, poza tymi, którzy sami do tragedii doprowadzali. Dlaczego więc tragedia musiała spotkać ludzi, którzy mnie uratowali? Arethorze czym jest próba, na którą mnie wystawiasz? Coraz mniej rozumiem...
Kiedy zamilknął, wyglądał, jakby miał za sobą spory wysiłek. Ja sama byłam przejęta. Powiedział mi o Xii, nie znałam jej, ale domyśliłam się, że była to kobieta z jego oddziału. Od Eliaha wiedziałam, że kobiety też służą. Dowiedziałam się teraz, że owa Xia została zabita przez potwora, nic więcej, ale czułam, że właśnie ta śmierć najbardziej wstrząsnęła Tealvashem. Chyba przypisałam mu same demoniczne cechy, zapominając, że wszyscy, tak samo kapłanki, jak i żołnierze, to przecież tylko ludzie.
- Myślę, że... - minęło wiele minut, nim coś powiedziałam. Cisza zaczęła gęstnieć, więc zabrałam głos, ale było to wyjątkowo głupim posunięciem z mojej strony. Nie potrafiłam dokończyć tego zdania, a już w ogóle nie wiedziałam, jak obchodzić się z tym człowiekiem. Kogoś innego objęłabym ramieniem, poczęła pocieszać, ale po dwóch dniach znajomości wiem, że Nevan by mnie odsunął, odepchnął, a to z kolei ugodziłoby w moją osobę dość boleśnie. Chociaż domyślałam się, że nie szukał u mnie pocieszenia, to jednak z własną naturą walczyć nie mogłam. Ludzie tutaj mogą być gruboskórnymi wojakami, ale ja jestem jedynie wrażliwą dziewczyną, nie potrafiłam przejść obojętnie, kiedy ktoś tak po prostu cierpiał. - Nie wiem, co dokładnie dzieje się z ludźmi po śmierci, ale chcę wierzyć, że trafiają w lepsze miejsce. Trafiają do miejsca, na które sobie zasłużyli, dostają szansę bycia bezwarunkowo szczęśliwymi, myślę, że tak się stało. Twoja Xia, jak i reszta poległych nie cierpią już dłużej, bo cierpienie to sprawa świata, sprawą bogów jest radość - podeszłam do niego powoli, licząc na to, że wspominanie o bogach go nie rozwścieczy. Dotarło do mnie, że to chyba drażliwy temat. Nie mogłam mu się dziwić, może ta poległa kobieta była dla niego kimś ważnym? Jeśli tak, to nic dziwnego, że przypominał wraka samego siebie. Poza tym dopiero teraz zauważyłam, że niektóre ruchy sprawiają mu ból. Byłam zła na swój wcześniejszy brak spostrzegawczości.
- Powinieneś, panie, odpocząć - powiedziałam w końcu, bo dotarło do mnie, że czcza gadanina się tutaj nie sprawdzi. Wtedy też, spoglądając w jego oczy zobaczyłam coś, co mnie zaskoczyło, bezsilność. Ten rodzaj bezsilności, który i ja niedawno czułam. Byłam wówczas sama, uwięziona i wydawało mi się, że bezsilność ta zmusi mnie do wariactwa. Wiedziałam jakie to podłe uczucie, nawet wrogom tego nie życzyłam... nawet im.
Powinnam była pożegnać się, odejść i wrócić do własnych problemów. Tak byłoby najrozsądniej, wypadało zachować się w taki sposób.
- Mogę mieć prośbę? - nie zdążyłam się ugryźć w język. Czułam, że mam dreszcze, na samą myśl o tym, co zamierzam powiedzieć i do kogo te słowa chcę kierować. Autentycznie bałam się, że zaraz zostanę zmieszana z błotem, ale nie bałam się tyle o siebie, co o niego. Człowiek powinien umieć przyznać się do słabości, tym bardziej, jeśli nie musi tego robić bezpośrednio. - Mogę tu zaczekać, do twojego zaśnięcia, panie? W świątyni często zajmowałam się chorymi kapłankami, to mnie uspokajało. Jestem teraz roztrzęsiona i boję się, że jeśli wrócę do siebie, to nie zmrużę już oka... Na spacer po obozie zapewne mi nie pozwolisz, więc może mogłabym tutaj chwilę przeczekać? Nie musiałbyś się mną przejmować - wytłumaczyłam o co mi chodzi. Było mi głupio, piekła mnie twarz, bo wstyd był w tym wszystkim oczywisty. Wstyd przed kłamstwem, jakiego użyłam. ten jeden raz mijałam się z prawdą, ale czułam, że jeśli teraz wyjdę, to czeka go okropna noc, pozbawiona snu, a obfita w obwinianie się i powrót do koszmarów. W czyimś towarzystwie, nawet jeśli nie jest to wymarzona kompania, mimo wszystko łatwiej o spokojny umysł. Człowiek tak nie ucieka myślami i zasypia spokojniej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz