niedziela, 7 maja 2017

XVI


       Cisza objęła mnie niczym żałobny całun. Myślałem, że przyzwiczaiłem się do obecności śmierci, do podejmowania koniecznych decyzji, ale życie często starało mi się udowodnić, że to niemożliwe uodpornić się na tego rodzaju cierpienie. Uspokoiłem oddech i drżenie dłoni. Ból pomagał mi zostać w tej rzeczywistości, był jak kotwica, która nie pozwalała mi odpłynąć na wodzie szarpanej przez sztorm. Przechyliłem lekko głowę i poruszyłem rannym barkiem tylko po to, żeby poczuć impuls bólu. Świadczył o tym, że żyłem. A dopóki żyłem mogłem doświadczać cierpienia i uodparniać się, naprawiać błędy i nie popełniać ich więcej.
        Kiedy powrócił rozerwany w szczępy zdrowy rozsądek zorientowałem się, że ktoś jeszcze jest w namiocie. Ktoś, o kim zapomniałem wcześniej i przed kim nie chciałem odkrywać aż tak wiele. Pozwoliłem sobie, żeby moja sylwetka i spojrzenie stężało. To tylko noc, rankiem będzie się wydawać sennym koszmarem. Nic z tego, co właśnie się stało nie będzie miało znaczenia, kiedy jeden z księżyców opuści nieboskłon o brzasku.
        „Twoja Xia”. Podniosłem spojrzenie. Coś w tym stwierdzeniu było wręcz boleśnie nieprawidłowego, ale nie poprawiłem jej ani słowem. Wszyscy ludzie, którymi dowodzę są częścią mnie. Bez znaczenia dla mnie było to, kogo zostawiłbym w takiej sytuacji. Każda bezsensowna śmierć bolałaby tak samo. Chciałbym móc sobie dać wmówić, że wybawiłem ją od cierpień z tego świata, ale w ten sposób każdy morderca nazywałby siebie wybawicielem. Skrzywiłem się od bólu promieniującego aż do opuszków palców.
        Jeśli wierzyła w bogów, to oby teraz znalazła w nich pocieszenie.
        Ona i tamtych trzech mężczyzn. Ja nie zmierzam do tego samego miejsca, co oni.
        Teraz, kiedy emocje opadły poczułem głębokie zażenowanie. Co prawda nie powiedziałem jej wszystkiego, ale to na co się zdecydowałem i tak było zbyt wiele. Szukałem pocieszenia? W kapłance, w moce których odkąd pamiętam wątpiłem? Wyjątkowo żałosne posunięcie, które pokazało jak na dłoni, że wcale nie trzymam wszystkiego pewnie w garści. Jeszcze nie.
        – Możesz zostać – powiedziałem w końcu, podnosząc się ze swojego miejsca. Nie miałem sił, żeby kazać jej wyjść, a może wręcz chciałem, żeby ktoś pilnował mojego snu, jak to robiono w naszej posidałości, kiedy byłem dzieckiem. – Ale nie siedź zbyt blisko. To... Może być niebezpiecznie. Strażnicy powinni być niedaleko, kiedy zdecydujesz się wrócić do swojego namiotu, eksortują cię tam.
        Otworzyłem jeszcze usta, jakbym chciał coś powiedzieć, ale żaden dźwęk nie opuścił mojego gardła. Obszedłem dookoła stół, usiadłem na twardym łóżku polowym pokrytym kocem i powoli położyłem się na plecach. Wątpiłem, że uda mi się zasnąć, kiedy ktoś znajdował się w pobliżu, ale nieoczekiwany sen spłynął na mnie gładko, wsunął swoje ramiona pod moją głowę i objął. Zmęczony emocjami i wspomnieniami umysł poddał się temu. Zesłał pustą, bezbarwną noc, która nie dała mi może wystarczającego wypoczynku, ale nie zmęczyła mnie też bardziej.

        – Wyrównać szyk! Opuścić tarcze!
        Powietrze przeszył jednolity dźwięk płyt zbroi uderzających o siebie.
        – Krok w tył! Równać!
        Ćwiczenia trwały już dobrą godzinę, po żołnierzach z pewnością spływał pot, ale nie wyglądali wcale na wykończonych.
        Było wyjątkowo duszno jak na przedpołudniową porę. Słońce było wysoko na niebie a niewielka równina za umocnieniami obozowymi była skąpana w jego świetle. Nigdzie nie było ani kawałka cienia. W takich warunkach tradycyjna zbroja byłaby męczarnią i powodowała jedynie niepotrzebne żniwo śmierci. Inżynierowie jednak nie próżnowali. Technika, jaką używano do walki na zachodzie, gdzie klimat był zdecydowanie cieplejszy, była jak zwykle niezawodna. Stal nie przylegała do skóry, nie powodując popażeń.
        Obserwowałem z oddali oddział, który miał poranne ćwiczenia. Zwykły trening, żeby utrzymać dyscyplinę i kondycję wojska. Eliah wydawał rozkazy. Obok stał Aris, który przyglądał się dokładnie. Niedługo sam miał przejąć dowodzenie nad treningami, ale teraz ciągle się jeszcze uczył.
        W miejscu, gdzie stałem, cienia udzielał mi wysoki występ skalny, który obrosło jedno, pojedyncze drzewo. Nie miałem na sobie normalnego wojskowego ubioru. Zamiast tego zwyczajną tunikę obszytą złotą nicią, charkterystyczne dla tutejszych ludzi skórzane spodnie i wysokie do połowy łydki obite wzmocnioną skórą buty. To była forma odpoczynku. Wyzwalające wręcz wyrwanie się z obozu i polityki, w którą nieustannie byłem wmieszany. Możliwość, żeby obserwować trening, szkolić i tak wprawne oko w wyszukiwaniu błędów w ustawieniu moich ludzi pozwalała nie skupiać się na tym, co wydarzyło się w nocy. Na twarzy znów nosiłem pewny siebie, nonszalancki wyraz.
        – Będą ćwiczyć z mieczami czy Eliah znowu marnuje czas na nudne powtarzanie utrzymywania szyku? – odezwał się Lance siedzący na skale. Pławił się w słońcu, jakby mu brakowało jego jasnych promieni.
        – Mam nadzieję, że tym razem już wprowadzi chociaż próbne sparingi – odpowiedziałem wolno, zakładając ramiona na klatce piersiowej.
        Obserwowałem, jak ludzie odskakują, cofają się, prostują i kucają, wszyscy w doskonałej synchronizacji. Obserwowanie tego sprawiało mi przyjemność. Mężczyzna obok wygwizdywał cicho jakąś smętną melodię, dziwnie znajomą, ale nieuchwytną dla mojego mózgu. Powietrze tężało wraz z płynącymi minutami, choć ja tego nie czułem. Lekkie ubranie i cień sprawiały, że czułem się bardzo przyjemnie.
        – Oho, zbliżają się kłopoty – rzucił młodzieniec, przerywając melodię.
        Spojrzałem w stronę bramy do obozu. Dostrzegłem tam mężczyznę, który zajmował się zapisywaniem przebiegu obrad wojennych.
        – Pewnie już czas na spotkanie... Nie wiedziałem, że jest tak późno.
        Zerknąłem na ciemnowłosego, a później wskazałem kciukiem na ćwiczący oddział.
        – Jeśli nie wezmą mieczy do kilku minut, powiedz Eliahowi, żeby zabrał się za to tym razem konkretniej i żeby ich zmęczył. Dawno już nie padali niczym muchy bez sił – skinąłem głową w stronę starca, który nieubłaganie się do nas zbliżał.
        Lance uśmiechnął się przebiegle i skinął głową. Zawsze był dumny niczym paw i pewny siebie, kiedy powierzyło mu się jakieś zadanie polegające na dowodzeniu. Był zbyt porywczy, żeby być dobrym oficerem, ale jednocześnie jego spostrzegawczość i umiejętność zdobywania informacji były nieocenione. Ruszyłem na spotkanie skrybie, a ten przekazał mi to, czego już się domyśliłem. Skinąłem głową na znak, żeby prowadził. Był starszy i należało traktować go z szacunkiem.
        Do namiotu dotarliśmy w niecały kwadrans. Obóz był duży, a ćwiczenia odbywały się całkiem daleko za jego murami. Weszliśmy do środka, gdzie powitał nas Trathir swoim krzepkim, pocieszającym uśmiechem. Ten surowy mężczyzna przywodził na myśl niedźwiedzia. Reszta nie wyglądała już tak przyjaźnie w moich oczach.
        – Proszę zająć swoje miejsce. Nie ma jeszcze wszystkich, poza tym czekamy na naszego gościa specjalnego – zapowiedział skryba, po czym poczłapał na swoje miejsce z tyłu namiotu.
        Wszyscy spoglądali na mnie podejrzliwie. Wiedziałem, że mają mi za złe, że to mój oddział odnalazł kapłanki i że to ja utrzymywałem tajemnicę przez dwa ostatnie dni. Nie robiło to na mnie większego wrażenia, bo nawet gdyby bardzo chcieli, nie mogli mnie teraz o nic oskarżyć. Działałem wcale nie wbrew prawu, choć może odrobinę naokoło niego.

.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/