Czy ktoś w tej sytuacji mógłby być
dobrym aktorem? Łatwo było odczytać z twarzy dziewczyny emocje, które nią
targały. Łatwo było to też zobaczyć po mnie. Późna pora musiała nam obojgu dać
się we znaki, bo chyba porzuciliśmy wcześniejszą niechęć. Nie sprawiało to, że
zniknęła bariera, która nas dzieliła. Wręcz przeciwnie... Wydawało mi się, że
stała się grubsza. Ta dziewczyna niedługo uda się do stolicy. Nie łączy nas
absolutnie nic. Przywiązanie prowadzi żołnierza prosto do zguby. W swojej
ostrożności potrafiłem się bronić przed momentami takimi, jak ten, otoczyć się
warstwą ostrokołu i nie dać przebić się niechcianym emocjom.
– I wcale nie powiedziałem, że masz
powody, żeby kłamać albo udawać – odparłem prosto. Nie chciało mi się po raz
kolejny wchodzić w słowne bitwy, które mieliśmy za sobą tego dnia. Te słowa
dały mi chwilę do namysłu. – Trzeba to z pewnością rozważyć. Wielu ludzi uzna
twoje słowa za prawdziwe bez chwili wahania. Teraz jednak... – powoli podniosłem
się ze swojego miejsca.
Stanęła przede mną trudna decyzja.
Powiedzieć dowódcom o śnie, o znaku? Czy zachować tą informację dla siebie jako
najcenniejszą z wszystkiego, czego się do tej pory dowiedziałem? Brać ciężar
odpowiedzialności na siebie czy zrzucić go na innych? Wyprostowałem się powoli.
Bark bolał już mniej teraz, kiedy odrobinę go rozruszałem. Ale wspomnienia nie
ustępowyały tak łatwo. Przed chwilą przytłoczyły je nowości i dowody, ale nie
odepchnęły ich na zawsze.
– Dobrze, że przyszłaś z tym do mnie.
Dobrze, że mnie obudziłaś i nie czekałaś do rana – powiedziałem. Dalekie to
było do podziękowania, ale w tej chwili tylko do tego mogłem się zmusić. Ja nie
dziękowałem. Po prostu nie potrafiłem tego zrobić poprawnie. – Ale oboje porzebujemy
snu zanim podejmiemy jakiekolwiek kroki.
Obserwowałem ją, jak wstaje ze swojego
miejsca. Jak poprawia pelerynę i włosy. Oboje zapomnieliśmy już chyba, że
jesteśmy zupełnie na osobności w strojach służących do spania. I żadne z nas
nie robiło z tego problemu. Odprowadziłem ją wzrokiem aż do drzwi. Wiedziałem,
ze to odpowiednie rozwiązanie na obecną chwilę. Po prostu położyć się spać,
starać się zapomnieć. Odpocząć i nabrać sił, bo jutro wcale nie będzie
łatwiejsze niż dzisiaj.
– Jeśli masz rację, mój oddział w
niedalekiej przyszłości wyruszy z obozu. Do tej pory powinnaś być bezpiecznie w
drodze do stolicy – dodałem sucho.
Nie wiem, w którym momencie coś we mnie
pękło. Jak tama pod zbyt silnym naporem wody spowodowanym długotrwałym
deszczem. Pochyliłem się do przodu, oparłem dłonie na stole. A później jedną z
nich przetarłem twarz.
Miałem wrażenie, że jestem stuletnim
starcem, który przeżył już całe życie.
To wszystko wydawało się zbyt ciężkie.
– Jesteś kapłanką. Powiesz mi w takim
razie, co dzieje się z ludźmi po śmierci? – zapytałem, a mój głos był gorzki,
pełen wyrzutu i żalu. Nie podniosłem na nią spojrzenia. Wczoraj jeszcze
cieszyłbym się na myśl, że wyruszamy na front. Ale teraz... Teraz żal był zbyt
głęboki, tłumił euforię. Byłem zły. Zawiedziony. – Straciłem ludzi.
To niedopowiedzenie. Przecież ich zabiłem.
Nie widziałem na jedno oko. Krew z
rozciętej skroni spływała, barwiąc cały świat na czerwono, zmniejszając moje
pole widzenia. Koń pode mną szarpał się, chciał uciekać. Tupał, ale nie biegł w
popłochu. Lance nie miał tyle szczęścia – przestraszona klacz zrzuciła go z
grzbietu, stając dęba i odbiegła w gęstwinę w kierunku, z którego przyszliśmy.
Miałem w dłoni już miecz, ale ciąłem na
ślepo. Nie widziałem nic po lewej stronie. Słyszałem tylko okropny, bulgoczący
dźwięk. Makabryczny taniec, w jaki wprawiłem stal nie był wystarczająco szybki.
Uderzenia chybiały cel częściej, niż w niego trafiały. Rozcinałem pnącza i
gałęzie, które blokowały płynny bieg wałacha na którym siedziałem. Silnym
spięciem łydki zmusiłem go do natarcia. Nie cofnął się, ale prychał. Bulgot nasilił
się, zmienił się w jazgod. Najgorsza dla uszu melodia.
– Oficerze! Po lewej! – wydarł się
ktoś.
Nie usłyszałem go. Pomimo swoich
rozmarów poruszał się bezszelestnie. Zanim zdążyłem odwrócić konia w tamtą
stronę pyskiem, poczułem jak ogromna siła szarpie całym moim ciałem. Złamana
kość gruchotnęła nieprzyjemnie. Ten dźwięk został pochłonięty przez nasilający
się hałas walki. Ktoś krzyknął. To był gardłowy, niski dźwięk, urwał się nagle,
jakby potwór rozerwał tchawicę swojego przeciwnika.
Upadłem na bark, ramieniem obiłem się o
szeroki pień drzewa. Przekleństwo, które spłynęło mi z ust szybko uleciało w
powietrzu. Wydawało mi się, że puszcza żyje, że drwi z naszych starań, śmieje
się bestialsko. A może to tylko urojenia.
Podniosłem się na nogi. Widziałem Lance’a,
który siekał mieczem nogę i bok ogromnego potwora. Doskoczyłem do przodu,
celując w gardło, ale miecz ześlizgnął się, ledwo zarysowując silną skórę
zwierzęcia. Widziałem czyjeś wnętrzności po prawej. Podłoże zrobiło się śliskie
od krwi moich ludzi i potwora.
To była kwestia tego, kto pierwszy
straci jej więcej.
Zacisnąłem dłoń w pięść i znowu opadłem
na swoje siedzenie. Nieraz już traciłem najbardziej zaufanych ludzi. Ginęli na
polu walki wraz z równym przeciwnikiem. Najbardziej bolała jednak ta strata,
która wydawała mi się niesprawiedliwa. Której, przede wszystkim, można było
zapobiec.
Mogłem rozkazać założyć Xii hełm.
Mogłem zabronić rozmów i nakazać, żeby wszyscy mieli się na baczności. Nic z
tego nie miałoby wtedy miejsca. Wrócilibyśmy do obozu.
Wyrównałem oddech, pokonałem nasilające
się mdłości. Rozluźniłem mięśnie zdrowego ramienia i dłoni. Przez chwilę
studiowałem własne obrażenia. Tak niewiele zapłaciłem swoim zdrowiem, tak
niesprawiedliwie udało mi się uratować własne życie. Złamany obojczyk,
wytrącony bark. Rozkazałem medykowi nie rozmawiać o moim stanie zdrowia.
Westchnąłem głęboko, odzyskując panowanie nad sobą, nad stabilnością swojego
głosu. Przypomniałem sobie, że nie jestem w namiocie sam i że należy się
kontrolować.
– Tak się już dzieje na wojnie. Ludzie
umierają walcząc. Ba – zaśmiałem się ponuro – umierają nawet na roli, w domu, w
świątyni. Giną, wykonując rozkazy i giną, kiedy ich nie wykonują. Gdzie później
idą? – I czy jest tam miejsce dla człowieka, który prowadzi tych ludzi na
śmierć?
Pierwszy zerwał się Lance. To on
wypatrzył bestię. Krzyknął, wskazał na prawo. Xia nie zdążyła. Została
przygnieżdżona do ziemi ogromną łapą bestii. Żyła, nie umarła od razu. Potwór
był wysoki na trzech dorosłych mężczyzn, a dwie pary jego poroża świadczyły o
jego wieku i wartości na czarnym rynku. Miał błyszczące ślepia. W ciemności Puszczy
jednak zawsze dostrzegało się najpierw coś innego. Emanującą delikatnym
pomarańczowym światłem siatkę pęknięć i żył na jego piersi, barkach, przednich
łapach, szyi. Piękna, misternie zdobiona przez naturę, niepowtarzalna. Wzory
hipnotyzowały swoim wyglądem. Nigdy nie zapwiadały oczywistej śmierci. Człowiek
miał ochotę patrzeć na ten wzór, podziwiać go.
Do momentu, w którym potwór otwierał
paszczę. Gardło było czarną, ziejącą otchłanią, do której dostępu pilnowały
trzy rzędy ostrych zębów wielkości ludzkiej nogi. Miał wydłużony pysk, który
nie był pokryty skórą. Była to biała kość, bardzo wysoko ceniona, ale
przywodziła na myśl nagą czaszkę. Czaszkę, w której błyszczały dwa świdrujące
spojrzeniem ślepia.
Ten potwór był maszyną do zabijania.
Wyciąganie przeciwko niemu broni, kiedy był tak blisko równało się z porażką. A
jednak spróbowaliśmy.
Walka była krótka, nierówna. Trzech
mężczyzn z oddziału zginęło niemal natychmiast. Xia oddychała, ale śmierć
zbliżała się do niej wielkimi krokami. Bez pomocy medyka nie mogła z tego
wyjść.
– Lance! – kiedy spojrzał na mnie,
wskazałem wolną dłonią na wałacha stojącego w puszczy. Prychał i parskał, ale
jakby odmawiał powrotu do obozu bez nas. – Lance, musisz go dosiąść! Wróć po
mnie, razem... Uda nam się lawirować między drzewami... Tak, żeby bestia... –
mężczyzna nie potrzebował więcej słów. Zrozumiał. I rzucił się do ucieczki,
kiedy ja starałem się unikać kolejnych ciosów. Silnych łap potwora.
Mężczyzna zniknął z pola widzenia.
Usłyszałem szloch kobiety. Zacisnąłem zęby. Wiedziałem, że nie uda nam się jej
pomóc. Wiedziałęm, co trzeba zrobić. Ogół ponad jednostką. To było zbyt
oczywiste, ale serce boleśnie obijało się o moje żebra, kiedy starałem się
sparować uderzenia. Jasna poświata, która towrzyła się wokół zwierzęcia była
majestatyczna. Ale miałem wrażenie, że życie ucieka pomiędzy szczelinami mojego
pancerza.
Na szczęście wola walki nie zgasła.
Przeturlałem się w bok, a miejsce w którym przed chwilą stałem zostało
zmiażdżone masywnym rogiem. Odskoczyłem w porę, żeby uniknąć kolejnego ataku, a
później wyczułem szansę do ataku. Rzuciłem się z krzykiem w przód, topiąc miecz
w łapie bestii. Zawyła, odrzucając głowę do tyłu. A później wpadła w prawdziwą
furię. Walka sam na sam z tym stworem była skazana na porażkę. Ciąłem jeszcze
raz, korzystając z odsłonięcia się boku przeciwnika. Tym razem to on musiał się
wycofać, bulgocząc wściekle. Jęki, które wydawał były makabryczne.
Usłyszałem tętent kopyt. Mała polana,
na której stoczyła się walka nagle się jeszcze skurczyła. Zobaczyłem ruch. Koń,
Lance. Potwór też ich zauważył, ale był zbyt wolny, żeby zaatakować. Zbyt
ranny, żeby posiadać normalny refleks.
Złapałem się siodła i w biegu zmusiłem
się, żeby podciągnąć się na zad konia. Zakląłem, bo ramię odezwało się
obezwładniającym bólem. Lance pomógł mi wciągnąć się na zwierzę, a później
odwrócił wałacha i pospieszył go uderzeniem w boki. Nie było tego trzeba.
Zwierzę w panice biegło przed siebie.
– Xia?! – krzyknął mężczyzna, pokonując
pęd wiatru.
Potwór ruszył za nami.
Obejrzałem się. Kobieta leżała z
wzrokiem skierowanym na nas. Żyła. Wiedziała, co się dzieje. Jeżeli czuła żal,
to nie był on widoczny na jej twarzy. Wyglądała na spokojną, kiedy stawiała
czoło śmierci.
– Nie żyje – zmusiłem się, żeby
wypowidzieć te słowa.
Poczułem falę mdłości. Nie żyje... Nie
będzie żyła, bo zostawiłem ją na pewną śmierć. Zrobiło misię niedobrze, ale
pędwiatru powstrzymał odruch wymiotny. Ból w barku nasilił się.
Cudem uciekliśmy stamtąd śmierci.
Znowu zrobiło mi się niedobrze. Słowa i
dźwięki odbijały się w mojej czaszce, jakby była zupełnie pusta, niezdolna
pojąć otaczającą mnie świadomość. Byłem tak zmęczony. Ale wiedziałem, że kiedy
się położę, sen nie przyjdzie. Przyjdzie jedynie widok tważy Xii, która pojęła
co się stało zanim ja sam sobie to uświadomiłem. Zostawiona na pewną śmierć.
Żyła. I umarła za mnie pogodzona z tym faktem.
.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz