sobota, 6 maja 2017

XIV



        Czy ktoś w tej sytuacji mógłby być dobrym aktorem? Łatwo było odczytać z twarzy dziewczyny emocje, które nią targały. Łatwo było to też zobaczyć po mnie. Późna pora musiała nam obojgu dać się we znaki, bo chyba porzuciliśmy wcześniejszą niechęć. Nie sprawiało to, że zniknęła bariera, która nas dzieliła. Wręcz przeciwnie... Wydawało mi się, że stała się grubsza. Ta dziewczyna niedługo uda się do stolicy. Nie łączy nas absolutnie nic. Przywiązanie prowadzi żołnierza prosto do zguby. W swojej ostrożności potrafiłem się bronić przed momentami takimi, jak ten, otoczyć się warstwą ostrokołu i nie dać przebić się niechcianym emocjom.
        – I wcale nie powiedziałem, że masz powody, żeby kłamać albo udawać – odparłem prosto. Nie chciało mi się po raz kolejny wchodzić w słowne bitwy, które mieliśmy za sobą tego dnia. Te słowa dały mi chwilę do namysłu. – Trzeba to z pewnością rozważyć. Wielu ludzi uzna twoje słowa za prawdziwe bez chwili wahania. Teraz jednak... – powoli podniosłem się ze swojego miejsca.
        Stanęła przede mną trudna decyzja. Powiedzieć dowódcom o śnie, o znaku? Czy zachować tą informację dla siebie jako najcenniejszą z wszystkiego, czego się do tej pory dowiedziałem? Brać ciężar odpowiedzialności na siebie czy zrzucić go na innych? Wyprostowałem się powoli. Bark bolał już mniej teraz, kiedy odrobinę go rozruszałem. Ale wspomnienia nie ustępowyały tak łatwo. Przed chwilą przytłoczyły je nowości i dowody, ale nie odepchnęły ich na zawsze.
        – Dobrze, że przyszłaś z tym do mnie. Dobrze, że mnie obudziłaś i nie czekałaś do rana – powiedziałem. Dalekie to było do podziękowania, ale w tej chwili tylko do tego mogłem się zmusić. Ja nie dziękowałem. Po prostu nie potrafiłem tego zrobić poprawnie. – Ale oboje porzebujemy snu zanim podejmiemy jakiekolwiek kroki.
        Obserwowałem ją, jak wstaje ze swojego miejsca. Jak poprawia pelerynę i włosy. Oboje zapomnieliśmy już chyba, że jesteśmy zupełnie na osobności w strojach służących do spania. I żadne z nas nie robiło z tego problemu. Odprowadziłem ją wzrokiem aż do drzwi. Wiedziałem, ze to odpowiednie rozwiązanie na obecną chwilę. Po prostu położyć się spać, starać się zapomnieć. Odpocząć i nabrać sił, bo jutro wcale nie będzie łatwiejsze niż dzisiaj.
        – Jeśli masz rację, mój oddział w niedalekiej przyszłości wyruszy z obozu. Do tej pory powinnaś być bezpiecznie w drodze do stolicy – dodałem sucho.
        Nie wiem, w którym momencie coś we mnie pękło. Jak tama pod zbyt silnym naporem wody spowodowanym długotrwałym deszczem. Pochyliłem się do przodu, oparłem dłonie na stole. A później jedną z nich przetarłem twarz.
        Miałem wrażenie, że jestem stuletnim starcem, który przeżył już całe życie.
        To wszystko wydawało się zbyt ciężkie.
        – Jesteś kapłanką. Powiesz mi w takim razie, co dzieje się z ludźmi po śmierci? – zapytałem, a mój głos był gorzki, pełen wyrzutu i żalu. Nie podniosłem na nią spojrzenia. Wczoraj jeszcze cieszyłbym się na myśl, że wyruszamy na front. Ale teraz... Teraz żal był zbyt głęboki, tłumił euforię. Byłem zły. Zawiedziony. – Straciłem ludzi.
        To niedopowiedzenie. Przecież ich zabiłem.

        Nie widziałem na jedno oko. Krew z rozciętej skroni spływała, barwiąc cały świat na czerwono, zmniejszając moje pole widzenia. Koń pode mną szarpał się, chciał uciekać. Tupał, ale nie biegł w popłochu. Lance nie miał tyle szczęścia – przestraszona klacz zrzuciła go z grzbietu, stając dęba i odbiegła w gęstwinę w kierunku, z którego przyszliśmy.
        Miałem w dłoni już miecz, ale ciąłem na ślepo. Nie widziałem nic po lewej stronie. Słyszałem tylko okropny, bulgoczący dźwięk. Makabryczny taniec, w jaki wprawiłem stal nie był wystarczająco szybki. Uderzenia chybiały cel częściej, niż w niego trafiały. Rozcinałem pnącza i gałęzie, które blokowały płynny bieg wałacha na którym siedziałem. Silnym spięciem łydki zmusiłem go do natarcia. Nie cofnął się, ale prychał. Bulgot nasilił się, zmienił się w jazgod. Najgorsza dla uszu melodia.
        – Oficerze! Po lewej! – wydarł się ktoś.
        Nie usłyszałem go. Pomimo swoich rozmarów poruszał się bezszelestnie. Zanim zdążyłem odwrócić konia w tamtą stronę pyskiem, poczułem jak ogromna siła szarpie całym moim ciałem. Złamana kość gruchotnęła nieprzyjemnie. Ten dźwięk został pochłonięty przez nasilający się hałas walki. Ktoś krzyknął. To był gardłowy, niski dźwięk, urwał się nagle, jakby potwór rozerwał tchawicę swojego przeciwnika.
        Upadłem na bark, ramieniem obiłem się o szeroki pień drzewa. Przekleństwo, które spłynęło mi z ust szybko uleciało w powietrzu. Wydawało mi się, że puszcza żyje, że drwi z naszych starań, śmieje się bestialsko. A może to tylko urojenia.
        Podniosłem się na nogi. Widziałem Lance’a, który siekał mieczem nogę i bok ogromnego potwora. Doskoczyłem do przodu, celując w gardło, ale miecz ześlizgnął się, ledwo zarysowując silną skórę zwierzęcia. Widziałem czyjeś wnętrzności po prawej. Podłoże zrobiło się śliskie od krwi moich ludzi i potwora.
       To była kwestia tego, kto pierwszy straci jej więcej.

        Zacisnąłem dłoń w pięść i znowu opadłem na swoje siedzenie. Nieraz już traciłem najbardziej zaufanych ludzi. Ginęli na polu walki wraz z równym przeciwnikiem. Najbardziej bolała jednak ta strata, która wydawała mi się niesprawiedliwa. Której, przede wszystkim, można było zapobiec.
        Mogłem rozkazać założyć Xii hełm. Mogłem zabronić rozmów i nakazać, żeby wszyscy mieli się na baczności. Nic z tego nie miałoby wtedy miejsca. Wrócilibyśmy do obozu.
        Wyrównałem oddech, pokonałem nasilające się mdłości. Rozluźniłem mięśnie zdrowego ramienia i dłoni. Przez chwilę studiowałem własne obrażenia. Tak niewiele zapłaciłem swoim zdrowiem, tak niesprawiedliwie udało mi się uratować własne życie. Złamany obojczyk, wytrącony bark. Rozkazałem medykowi nie rozmawiać o moim stanie zdrowia. Westchnąłem głęboko, odzyskując panowanie nad sobą, nad stabilnością swojego głosu. Przypomniałem sobie, że nie jestem w namiocie sam i że należy się kontrolować.
        – Tak się już dzieje na wojnie. Ludzie umierają walcząc. Ba – zaśmiałem się ponuro – umierają nawet na roli, w domu, w świątyni. Giną, wykonując rozkazy i giną, kiedy ich nie wykonują. Gdzie później idą? – I czy jest tam miejsce dla człowieka, który prowadzi tych ludzi na śmierć?

        Pierwszy zerwał się Lance. To on wypatrzył bestię. Krzyknął, wskazał na prawo. Xia nie zdążyła. Została przygnieżdżona do ziemi ogromną łapą bestii. Żyła, nie umarła od razu. Potwór był wysoki na trzech dorosłych mężczyzn, a dwie pary jego poroża świadczyły o jego wieku i wartości na czarnym rynku. Miał błyszczące ślepia. W ciemności Puszczy jednak zawsze dostrzegało się najpierw coś innego. Emanującą delikatnym pomarańczowym światłem siatkę pęknięć i żył na jego piersi, barkach, przednich łapach, szyi. Piękna, misternie zdobiona przez naturę, niepowtarzalna. Wzory hipnotyzowały swoim wyglądem. Nigdy nie zapwiadały oczywistej śmierci. Człowiek miał ochotę patrzeć na ten wzór, podziwiać go.
        Do momentu, w którym potwór otwierał paszczę. Gardło było czarną, ziejącą otchłanią, do której dostępu pilnowały trzy rzędy ostrych zębów wielkości ludzkiej nogi. Miał wydłużony pysk, który nie był pokryty skórą. Była to biała kość, bardzo wysoko ceniona, ale przywodziła na myśl nagą czaszkę. Czaszkę, w której błyszczały dwa świdrujące spojrzeniem ślepia.
        Ten potwór był maszyną do zabijania. Wyciąganie przeciwko niemu broni, kiedy był tak blisko równało się z porażką. A jednak spróbowaliśmy.
        Walka była krótka, nierówna. Trzech mężczyzn z oddziału zginęło niemal natychmiast. Xia oddychała, ale śmierć zbliżała się do niej wielkimi krokami. Bez pomocy medyka nie mogła z tego wyjść.

        ­– Lance! – kiedy spojrzał na mnie, wskazałem wolną dłonią na wałacha stojącego w puszczy. Prychał i parskał, ale jakby odmawiał powrotu do obozu bez nas. – Lance, musisz go dosiąść! Wróć po mnie, razem... Uda nam się lawirować między drzewami... Tak, żeby bestia... – mężczyzna nie potrzebował więcej słów. Zrozumiał. I rzucił się do ucieczki, kiedy ja starałem się unikać kolejnych ciosów. Silnych łap potwora.
        Mężczyzna zniknął z pola widzenia. Usłyszałem szloch kobiety. Zacisnąłem zęby. Wiedziałem, że nie uda nam się jej pomóc. Wiedziałęm, co trzeba zrobić. Ogół ponad jednostką. To było zbyt oczywiste, ale serce boleśnie obijało się o moje żebra, kiedy starałem się sparować uderzenia. Jasna poświata, która towrzyła się wokół zwierzęcia była majestatyczna. Ale miałem wrażenie, że życie ucieka pomiędzy szczelinami mojego pancerza.
        Na szczęście wola walki nie zgasła. Przeturlałem się w bok, a miejsce w którym przed chwilą stałem zostało zmiażdżone masywnym rogiem. Odskoczyłem w porę, żeby uniknąć kolejnego ataku, a później wyczułem szansę do ataku. Rzuciłem się z krzykiem w przód, topiąc miecz w łapie bestii. Zawyła, odrzucając głowę do tyłu. A później wpadła w prawdziwą furię. Walka sam na sam z tym stworem była skazana na porażkę. Ciąłem jeszcze raz, korzystając z odsłonięcia się boku przeciwnika. Tym razem to on musiał się wycofać, bulgocząc wściekle. Jęki, które wydawał były makabryczne.
        Usłyszałem tętent kopyt. Mała polana, na której stoczyła się walka nagle się jeszcze skurczyła. Zobaczyłem ruch. Koń, Lance. Potwór też ich zauważył, ale był zbyt wolny, żeby zaatakować. Zbyt ranny, żeby posiadać normalny refleks.
        Złapałem się siodła i w biegu zmusiłem się, żeby podciągnąć się na zad konia. Zakląłem, bo ramię odezwało się obezwładniającym bólem. Lance pomógł mi wciągnąć się na zwierzę, a później odwrócił wałacha i pospieszył go uderzeniem w boki. Nie było tego trzeba. Zwierzę w panice biegło przed siebie.
        – Xia?! – krzyknął mężczyzna, pokonując pęd wiatru.
        Potwór ruszył za nami.
        Obejrzałem się. Kobieta leżała z wzrokiem skierowanym na nas. Żyła. Wiedziała, co się dzieje. Jeżeli czuła żal, to nie był on widoczny na jej twarzy. Wyglądała na spokojną, kiedy stawiała czoło śmierci.
      – Nie żyje – zmusiłem się, żeby wypowidzieć te słowa.
        Poczułem falę mdłości. Nie żyje... Nie będzie żyła, bo zostawiłem ją na pewną śmierć. Zrobiło misię niedobrze, ale pędwiatru powstrzymał odruch wymiotny. Ból w barku nasilił się.
        Cudem uciekliśmy stamtąd śmierci.

        Znowu zrobiło mi się niedobrze. Słowa i dźwięki odbijały się w mojej czaszce, jakby była zupełnie pusta, niezdolna pojąć otaczającą mnie świadomość. Byłem tak zmęczony. Ale wiedziałem, że kiedy się położę, sen nie przyjdzie. Przyjdzie jedynie widok tważy Xii, która pojęła co się stało zanim ja sam sobie to uświadomiłem. Zostawiona na pewną śmierć. Żyła. I umarła za mnie pogodzona z tym faktem.

.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/