środa, 3 maja 2017

VI



        Nie udało nam się dojść do niczego konkretniejszego niż to, kim na pewno nie byli ci, którzy napadli na świątynię. Od dwóch dni bez przerwy ktoś chodził, pytał, szukał. Zwiadowcy, których wysyłaliśmy w tereny wkoło świątyni praktycznie nie mogli wykonywać swojej pracy spokojnie. Co chwila pojawiały się tabuny śledczych pragnących rozwiązać zagadkę i dowiedzieć się, kto stoi za napadem. Dwa dni, w których król nie wydał jeszcze bezpośredniego rozkazu ataku. Nikt nic nie wiedział. Aż do dzisiaj, przed chwilą. Byłem jedynym pośrednim świadkiem w wojskowym środowisku, który złapał za nić prowadzącą do rozwiązania zagadki.
        Teraz jednak okazało się, że ta nić była zbyt wątła, żeby doprowadzić nas do rozwiązania. Całą długą godzinę spędziliśmy na dyskusji, która nie okazała się być tak owocna, na ile się spodziewałem. Tym dwóm ludziom powtórzyłem słowa, które wypowiedziała kapłanka. Do tej pory tylko my wiedzieliśmy więcej, niż inni.
        Odkąd napadnięto na świątynię, w obozie panował większy niż normalnie zamęt i ruch. Staliśmy się strategicznym punktem przez to, że byliśmy oddziałami najbliżej miejsca zdarzenia. Teraz w obozie było nawet więcej ludzi, niż powinno. A my mieliśmy problemy z bezpieczeństwem. Miałem nadzieję, że Trathir będzie działać szybko i załata braki w obronie granic moimi ludźmi.
        A jednak nadal nie było wystarczająco dużo informacji.
        Odesłałem dwójkę ze swoich ludzi do zajęć, do których zostali przydzieleni. Otworzyłem księgę, w której zapisywany był na bieżąco podział ludności mojej armii. Niedługo powinien zostać przysłany skryba, który uzupełni zapiski po dzisiejszej naradzie. Jak na razie oddziały uszczuplały się niebezpiecznie. Przyłożyłem palce do skroni, pocierając. Same problemy. Coraz więcej obowiązków, a teraz trzeba będzie zapewnić też straż kapłankom. Po czterech żołnierzy przy każdym wejściu, po jednym z moich ludzi, do czasu aż obóz dowie się o ich obecności...
        Byłem pochłonięty swoim zajęciem na tyle, że nie zwróciłem uwagi na szum materiału kotary zakrywającej wejście do namiotu. Materiał opadł swobodnie i ktoś odchrząknął.
        W obozie nie było wiele kobiet. Znajdowało się tutaj jednak kilka żon ważniejszych dowódców, w większości były to osoby młode. Dowódcy lubili brać sobie drugie i trzecie żony, a do obozu, gdzie stacjonowali brali tylko te najmłodsze i najprężniejsze. Uważałem to za większą obrazę ich bogów niż chęć zatrzymania przy sobie córki wybranej do bycia kapłanką. Ale niewiele ludzi – o ile w ogóle ktokolwiek – podzielało moje zdanie.
        – Oficerze Tealvash – odwzwała się, skłaniając się jedynie odrobinę, bardzo sztywno. Mogła mieć co najwyżej dwadzieścia siedem lat. Ale umysł miała bystrzejszy niż niejedna dziewczyna w jej wieku. Radzenie sobie w obozie tego wymagało.
        – Aelneo – podniosłem się powoli i odpowiedziałem na ukłon. – Podejdź.
        Usiadła na wskazanym przeze mnie krześle. Szła sztywno. Lekko kulała na jedną nogę.
        – Przed namiotem stoi mężczyzna. Trzyma w dłoni pergamin obwiązany ciemnoczerwoną wstążką. To musi być coś ważnego – zauważyła, unosząc brwi.
        – Z pewnością. Wiele ważnych rzeczy spoczywa tu na moich barkach.
        Zdradzanie jej, kogo mamy w obozie byłoby ogromnym błędem. Błędem w ogóle byłoby ufanie jej, nawet pomimo pozorów, jakie potrafiła sprawiać. Sam usiadłem przy stole. Przysunąłem w jej stronę księgę.
        – Ile ludzi bierze na mury? – zapytałem bez ogródek, patrząc w jej ciemnobrązowe oczy.
        Owijanie w bawełnę przy Aelnei było niczym kopanie własnego grobu. Nie imponowała mi tak, jak innym oficerom w armii. Nie pragnąłem jej, niczym co drugi szeregowiec. I nie ufałem jej jak każdy, kto miał chociaż odrobinę oleju w głowie. Raport przed namiotem z pewnością dotyczył kapłanek. Rudowłosa odgarnęła włosy i przerzuciła je za ramię. Nachyliła się nad księgą. Nie nosiła skromnych szat, jakie przystawały damie o jej pozycji.
        – Pięćdziesiąt do bram i na mury – odparła rzeczowym głosem skryba. Wyciągnęła swoje pióro. Pożyczanie przyrządów do pisania było wysoce niestosowne. – Skończę księgi i rachunki w godzinę. Możesz wyjść załatwiać jedną z tych swoich ważnych spraw... Oficerze.
        – Do zobaczenia później, pani – odparłem bez grama emocji w głosie.
        Podniosłem się ze swojego miejsca i wyszedłem przed namiot. Stojący tam żołnierz popatrzył na mnie ze współczuciem. Lance. Nienawidził rudowłosej. Wiedział, że po przebywaniu z nią w jednym pomieszczeniu zbyt długo człowiek czuł się, jakby zbyt długo nie mógł swobodnie oddychać. Podał bez słowa raport. Skinąłem głową i rozerwałem lakowany znak chirurga.
        – Możemy iść – skinąłem dłonią. – Będę czytać w drodze. – Zawahałem się. Podniosłem spojrzenie na mężczyznę. – Gdzie Eliah?
        Lance pokręcił jedynie głową. Ruszyliśmy przed siebie, lawirując pomiędzy namiotami, stajniami i składowniami broni. Ulicami obozu poruszało się teraz znacznie więcej osób przez wzgląd na późną porę. Większe arterie oświetlane były pochodniami i lampami oliwnymi, mniejsze zazwyczaj były ciemne. Dotarliśmy do namiotu obrad. Wewnątrz było już kilku ludzi. Kolejne spotkanie, na którym każdy będzie chciał wciągnąć innych do swoich intryg i planów. Sam już czasem nie wiedziałem, komu mogę tu ufać. Najlepiej było polegać tylko na sobie.
        Złożyłem pergamin po przeczytaniu całości raportu. Wszystko szło po mojej myśli z wyjątkiem jednego małego szczgółu. Febiasz nie zdołał jej przebadać. Była bez wartości. Kapłanka bez czystości i bez męża była wyrzutkiem. Zanotowałem w głowie, żeby nadrobić ten brak później. Musiałem dopiąć sprawy na ostatni guzik zanim powiadomię o tym kogokolwiek, a już zwłaszcza króla.
        Odesłałem Lance’a i wszedłem do namiotu. Inni już byli.

        Dzień w wojsku zaczynał się wcześnie. Zawsze jadłem u siebie w namiocie. Zawsze sam. Później nie było czasu na kolejne posiłki ani dłuższe przerwy. Wraz z nadejściem porannej jasności żołnierze wrzucani byli w tryb swojej stałej rutyny. Ci, którzy posiadali konie szli je oporządzać. Reszta szorowała swoje zbroje, trzymała warty, sprawdzała stan ekwipunku. Codziennie, nawet kiedy nie wyruszaliśmy z obozu na zwiady terenu ani bitwy z bandami dzikusów. Ja w tym czasie częto użerałem się z urzędnikami, innymi oficarami albo dowódcami innych batalionów.
        Dopiero po południu pojawił się Eliah. Wczoraj spytał, czy może być stale na straży kapłanki. Nazwał ją Esja. Zgodziłem się bez zastanowienia. Wiedziałem, że nie zawiedzie innych swoich obowiązków, jeśli dołożę mu kolejny. Nie wszyscy byli tak lojalni jak on.
        Medyk przeprowadzić miał kolejną próbę zbadania kapłanki – zgodnie z moim wczorajszym rozkazem – i kolejnym razem nie odniósł sukcesu. Zaczęła mnie drażnić jego delikatność.
        Przed namiotem kapłanki spotkałem blondyna, którego spodziewałem się zobaczyć. Minąłem go i wszedłem do środka.
        Dziewczyna wyglądała teraz już dużo lepiej. Przede wszystkim była wykąpana, miała zabandażowane rany i ktoś zajął się zorganizowaniem ubrań. Skłoniłem się sztywno. Czy chciałem, czy nie, teraz już obowiązywała mnie ta chora hierarchiczna uprzejmość. Moja spojrzenie zmiękło odrobinę. Była chuda, wyglądała na zmęczoną. Znałem coś tak samo, jak ona w tym momencie. Bezsenne noce, w których nie sposób odpędzić się od przeżytych koszmarów i tego, czego sami najbardziej się boimy. Oczywiście nie pokazałem po sobie troski.
        – Chciałaś mnie widzieć. Chcesz widzieć, co z tobą? – zapytałem, ale jedynie retorycznie. Jej prośba została przekazana słowo w słowo. – Mogę usiąść?
        Wbrew wszelkim chęciom, żeby nie czekać na jej odpowiedź zmusiłem się do odrobiny współpracy. Chciała czy nie, nadal była kluczem do rozpoczęcia krwawej rzezi na naszych wrogach. Bardzo chciałem, żeby okazało się, że to wojownicy z Karradu stali za tą napaścią. Kiedy kiwnęła głową zająłem jedno z miejsc siedzących. Jej namiot był odrobinę bardziej bogato wyposażony niż mój. Przeszkadzało mi się to skoncentrować na ważnych rzeczach. Dlatego właśnie wojsko powinno być proste i nieudziwnione. Żeby ludzie wiedzieli, że nie są w domu i że nie są bezpieczni. Że ich życie leży pod znakiem zapytania o kolejny dzień.
        – To zależy po części od ciebie, kapłanko. Możesz sobie pomóc, a nic się nie stanie. Zostaniesz przetransportowana do stolicy, władze uczynią z ciebie wzór, okrzykną tą, która przeżyła. Będziesz wybraną wśród innych – powiedziałem, siląc się na spokój.
        Mój głos nie wyrażał emocji. Ani obrzydzenia tym, o czym mówiłem ani radości, że będzie kimś wspaniałym. Chciałem dać jej do zrozumienia coś znacznie ważniejszego. Dlatego przyszedłem tu we własnej osobie, zamiast wysłać Eliaha. Mężczyzna otwarcie powiedział mi, że dziewczyna mu ufa. Ale w ostateczności to adrenalina i strach popychały nas do heroizmu, do podejmowania działań, które nas przerażały. Badanie jej dziewictwa po tym, co zobaczyła w świątyni z pewnością napawało ją silnym przerażeniem. Nawet, jeśli Eliah będzie grał miłego starszego brata lub ojca, nie ma argumentów, żeby ją przekonać. Ale na pewno przyda się w innych okolicznościach.
        – Musimy mieć dowód, że nadal jesteś uświęcona. Rozumiesz? Prawdziwy dowód, nie słowa. Badanie medyczne. Jeśli któryś z nich cię miał, nie wiem co będzie z tobą – nacisnąłem akcent na zakończenie zdania – i z twoim losem. Jeśli zaś cię nie tknęli jak mówisz i jeśli jesteś czysta, zachowasz swoją dotychczasową funkcję.
        Wyprostowałem się, po czym wstałem ze swojego miejsca. Całość ponad jednostką. Dobro ogółu ponad dobrem innych. Nienawidź mnie, jeśli masz potrzebę. Ale nie postawię twojego komfortu ponad znalezienie prawdy.
        – Ktoś to w końcu zrobi. Siłą, jeśli będzie trzeba. Rozkażę Febiaszowi na następne badania sprowadzić jedną z jego uczennic. Czy medyczka przeprowadzająca badanie zapewni ci wystarczający komfort, żeby zrobić to po dobroci? – Zmarszczyłem czoło, patrząc na jej twarz, na urodę. Cholera, może naprawdę była wybrana, bo kobiet o tak idealnych rysach nie spotyka się na codzień. Zbyt piękna, żeby była wieśniaczką. Z jakiej rodziny pochodziła? To pytanie zadawałem sobie, ilekrotnie miałem styczność z jakąkolwiek kapłanką.
        Pod pachą ściskałem swój hełm. Po południu planowaliśmy polowanie na pobliskie lasy, sprawdzenie terenów, które uważaliśmy za swoje i wybicie dzikusów, którzy nieopatrznie się na nie zechcą zapuścić.

.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/