Sen przyszedł bardzo szybko, był dobry, ale tylko przez pierwszą godzinę. Kiedy mój organizm zyskał już nieco wypoczynku, powróciły obrazy, zaczęło się wiercenie, powracanie do świadomości i ponowne zatapianie się w nicość. Raz było mi chłodno, innym razem niemal czułam na skórze żar ognia, jaki zdławił świątynię. Wracało sięcej obrazów, niż pamiętałam w środku dnia, kiedy było jeszcze ciemno, nie wytrzymałam i musiałam wybiec przed namiot, co spłoszyło straż, ale nie powstrzymywali mnie, widząc, że zwróciłam to, co dano mi niedawno na kolację. Po wszystkim na tyle, na ile moje zmęczenie pozwalało, wróciłam z dość szczupłą dozą godności do namiotu, czując jak wszystko się kołysze. Zasnęłam ponownie i ciągnęłam już tak do samego rana, aż nie obudził mnie znajomy głos i nawet znany nieco dotyk silnych palców. Otworzyłam oczy w jednej chwili i wlepiłam wzrok w Febiasza.
- Wybacz, moja droga, nakazano mi dokończyć badania - powiedział, kiedy w jednej chwili podkurczyłam pod siebie nogi, okrywając się szczelnie nieprzyjemnym w dotyku kocem.
- Chyba powiedziałam już, że nie będzie to konieczne. Możesz to przekazać waszemu dowódcy - odpowiedziałam szybko, przy czym przez porę i okoliczności plątał mi się język. Mimo to przekaz wydawał mi się dość jasny. Mężczyzna nie chciał od razu odpuścić, ale ja także nie zamierzałam ulegać. Mimo wszystko jestem kapłanką, mam swoje prawa w tym świecie i nie muszę się zgadzać na takie traktowanie. Czemu miałabym ich oszukiwać? Moje słowo powinno być wystarczające, a już na pewno nie rozumiem, dlaczego tutejszy dowódca miałby decydować o tym, jakim badaniom będę poddawana.
Kiedy zostałam sama, uniosłam się na nogi i sięgnęłam po spodnie, jakie wczoraj odłożyłam na szafkę. Nigdy nie nosiłam takiego ubioru, ale wciągniecie ich okazało się prostszym zajęciem, niż mogłam się spodziewać. Były jednak niezbyt wygodne, krępowały ruchy. Musiałam się do tego przyzwyczaić, chociaż nie planowałam też długo paradować w tym stroju. Żeby czymś się zająć postanowiłam uprać swoją szatę, a kiedy wyschnie, poprosić o jakąś igłę, by zszyć tkaninę. Mimo przeżyć, w jakich brała udział, wcale nie była w złym stanie. Kiedy wykręcałam suknię, usłyszałam pukanie, dość ciche, ale wystarczające. Pozwoliłam przybyszowi wejść i o dziwo, był to Eliah ze śniadaniem.
- Dzień dobry, przyniosłem ci posiłek - powiedział spoglądając na mnie, a ja skrzywiłam się nieco.
- Przepraszam, moja prośba była chyba dość samolubna. Nie chciałam dawać ci panie kolejnych obowiązków - oznajmiłam i poczęłam się rozglądać za miejscem, gdzie mogłabym wywiesić swoją szatę.
- Powinnaś odpoczywać. Oddaj mi to proszę - nie skomentował w żaden sposób moich słów, a ja czując, że nie powinnam odmawiać oddałam mu mokrą tkaninę, czując się z tym nieco niezręcznie. Jego wzrok dał mi też jasno do zrozumienia, że mam wrócić na posłanie, co po chwili również uczyniłam. Podał mi tacę i wydawał się być czymś strapiony. Oczywistym było dla mnie, że ten powód ściśle jest ze mną związany. - Był u ciebie dziś nasz medyk... wiesz, że raport z waszych spotkań trafia do oficera Tealvasha? To nasz dowódca, rozmawiałaś z nim wczoraj - pokiwałam głową na znak, że wiem i rozumiem jego słowa. - Nie będzie on zadowolony, jeśli będziesz sprawiała problemy, Esjo - dodał w końcu, a ja przełknęłam kęs bułki. Więc o to mu chodziło.
- Siedzę tutaj grzecznie, więc nie uważam, abym sprawiał problemy - przyznałam, jak gdyby nigdy nic. Chyba wyczuł, że wiem doskonale co ma na myśli. Westchnęłam pod nosem i podniosłam na niego swoje spojrzenie. - Mogłabym się spotkać z twoim dowódcą? Chcę wiedzieć, co ze mną będzie, czego mam się spodziewać i oczekiwać - poprosiłam, uznając, że tak będzie najrozsądniej. Blondyn obiecał, że przekaże moją prośbę i na odchodnym zabronił mi moczyć dłoń z opatrunkiem.
Nie czekałam na spotkanie wcale tak długo. Zdążyłam na spokojnie zjeść i mimo wszystko pospacerować po swojej ciekawej, jak dla mnie kwaterze. Kiedy po raz kolejny tego dnia opuścił mnie blondyn, zaraz w mym namiocie znalazł się oficer i ten bynajmniej nie próbował pukać. Spojrzałam na niego, nieco zaskoczona, przypominając sobie wczorajszy strach. Nie dało się ukryć, że jego oczy potrafiły mnie przerazić i teraz, mimo, że byłam na to gotowa, wcale nie czułam się pewniej, niż wczoraj. Mimo to, jego zachowanie uległo zmianie. Nie traktował mnie aż tak oschle i rzeczowo, jak wczoraj, nawet zapytał, czy może usiąść. Byłam w takim szoku, że skinęłam jedynie głową.
Chyba popełniłam ten błąd, że nie przemyślałam sobie, co właściwie chciałabym usłyszeć i teraz, kiedy mężczyzna od razu przeszedł do rzeczy, czułam się dziwnie skołowana. Czy to była dobra, czy zła opcja. Nie chcę być żadnym symbolem, nie chcę być wybraną. Całe życie byłam kapłanką, marzył mi się mąż, który da mi poczucie wolności, a teraz co? Nawet jeśli mój narzeczony miał być takim, jakim go sobie wyśniłam, to fakt, że przeżyłam narzuci na mnie kolejne pęta? To według Tealvasha był dobry scenariusz? Starałam się coś wyczytać z jego twarz, czy tonu, ale było to dla mnie zbyt trudne. Zrobiło mi się dość nieprzyjemnie, ale jak się okazało, nie był to koniec rewelacji. To co powiedział... byłam zwyczajnie oburzona! Nie szukał delikatnych słów, mówił suchymi faktami, podkreślając słowa, które dla mnie miały być niewygodnymi. W pierwszej chwili nie miałam pojęcia jak mam się zachować, co może było dobrym rozwiązaniem, bo dodał zaraz następne słowa, już znacznie milsze moim uszom.
Widocznie nie zależało mu na ciepłych stosunkach między nami. Miałam nawet wrażenie, że mój los mało go interesuje, ale możliwe, że kierowała mną gorycz, jaką sam mnie napełnił. Strach odszedł na drugie miejsce, ale był nadal we mnie obecny. Po prostu nie odgrywał już pierwszych skrzypiec.
- Przypominam, że jestem kapłanką, panie. W dodatku przyrzeczoną... grożąc mi, a bez wątpienia to robisz, niewiele różnisz się od ludzi, przed którymi zostałam uratowana - powiedziałam niezbyt głośno, ale pewnie. Długo z sobą walczyłam, ale ostatecznie zajrzałam w te jego czerwone ślepia. Nie mogę przywiązywać ich barwie jakiś złych cech, nawet jeśli nigdy wcześniej podobnych nie widziałam. - Jak sam to ująłeś, zaręczam, że nikt z nich mnie nie miał. Jeśli jednak me słowo w oczach tak znamienitego woja nie znaczy nic, to przyślij panie swoją medyczkę. Pozwolę się jej zbadać, ale tylko jej i bez niczyjej obecności. Przypominam, że póki co nadal jestem uświęcona, nie pragnę sławy, wytykania mnie palcami z okrzykiem "to ta, która przeżyła", pragnę jedynie bezpieczeństwa. Myślałam, że to oczywiste, jak i oczywisty będzie fakt, że nietknięta dziewczyna nie da się oglądać nieznajomemu mężczyźnie, tylko dlatego, że dowódca jego stawia suche fakty poza słowami boskiej służebnicy - zakończyłam dość długą wypowiedź i sama się sobie dziwiłam. Musiała siedzieć we mnie jakaś frustracja, której teraz dałam upust. Wcale tego nie planowałam, ale sam rozpalił we mnie to uczucie, a potem nie potrafiłam się już powstrzymać.
Opuściłam w końcu głowę, ściągając brwi, bawiąc się przy tym opatrunkiem przy jednej z moich dłoni. Przyznaję, że poczułam się pewniej, wiedząc, że w obozie są kobiety. Naprawdę się tego nie spodziewałam, co pokazuje, jak mało wiem o życiu. Niezbyt przyjemne spostrzeżenie.
- Powiedziałeś wczoraj, że mojego boga z nami nie ma - przypomniało mi się nagle. No tak, właśnie te słowa nie dawały mi spokoju. - Mylisz się, panie. Gdyby nie mój bóg, nie było by mnie tutaj. To on mnie obronił, to on uchował mnie w bezpieczeństwie i może za jego sprawą tutaj trafiłam. Tak długo, jak ja tutaj jestem, nie masz prawa mówić, że mój bóg was opuścił, właśnie w chwili mroku trafiła do was jego kapłanka, nie wydaje ci się być to znakiem od losy? - przechyliłam głowę zastanawiając się nad sensem własnych słów. Czemu wcześniej o tym nie pomyślałam? Czemu nie spojrzałam na to, jak na zadanie, które mi zesłano? Aż zakręciło mi się w głowie, a oddech przyspieszył mi nieco. - Coś mi mówi, że nie powinnam wracać do stolicy - zakończyłam, ale oprócz natchnienia poczułam też wyrzuty sumienia.
Czy ja kłamałam? Przecież to śmieszne... ale on nie musiał wiedzieć, że wizja zamknięcia na kolejne lata w nowym miejscu mi nie po drodze. Nie musiał widzieć mojej fascynacji każdą, nawet najdrobniejszą rzeczą, jaka znalazła się w moim otoczeniu. Niech widzi tylko przerażoną kapłankę, bo i nią jestem w istocie, poza tym widać jak na dłoni, że więcej we mnie nie chce dostrzec. Z drugiej strony mogło być to normalne, ale z kolei pan Eliah nie pozwalał mi czuć się, jak całkowity intruz. Może dowódca był po prostu człowiekiem chłodnym z natury?
- Macie jakieś podejrzenia, kto napadł świątynie? - wymsknęło mi się, nim pomyślałam, ale w zasadzie chciałam wiedzieć, poza tym czułam, że mam do tego prawo. Ja bez wahania powiedziałam wszystko, co wiedziałam, chyba coś mi się za to należało.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz