Złapałem się na tym, że staram się
podchodzić optymistyczne do tego, co mówiła. Starała się nawet pomóc, odnaleźć
sposób, żeby złapać sprawców masakry. Niestety; to, czego nie udało się
wywnioskować strategom wojennym i dowódcom setek ludzi nie uda się też jednej
dziewczynie, która na dodatek całe życie zamknięta była w świątyni. Z
uprzejmości skinąłem tylko głową. Sprawdziwliśmy wszystko, co mieliśmy. Każdy
trop, każdą myśl. Nic nie zadziałało. Brakowało ciągle czegoś, czego moglibyśmy
się uczepić, jakiegoś fragmentu układanki, który rzuciłby jaśniejsze światło na
ten obraz.
Dziewczyna miała rację. Istniały setki
miejsc, w których wolałbym teraz wyjść. Nauczony jednak jej przesadną
drażliwością nie potwierdziłem niczym ty słów. Skłoniłem się, jak wypadało to
zawsze robić przed kapłankami i opuściłem namiot.
Po wyjściu natrafiłem na dwóch
strażników. Nie stali przy drzwiach, siedzieli na swoich tarczach nieopodal.
Zmarszczyłem brwi, ten gest sam wystarczył. A może po prostu wystarczyło, że na
mnie spojrzeli. Jak młodziki przyłapane na gorącym uczynku podskoczyli, dopadli
swoich pozycji przy wejściu do namiotu.
–
To, że wewnątrz jest ktoś wysoki rangą nie zwalnia was z obowiązków – fuknąłem.
Oni zasalutowali. Czuli, że wpadli w kłopoty. – Nawet, jeśli sam król
przyszedłby tu z nią rozmawiać i nie padłby wyrażny rozkaz, żebyście odeszli,
macie tu stać. Jakby nogi wam wrosły w ziemię.
Zasalutowali ponownie.
W powietrzu uniosła się nieprzyjemna
woń zgnilizny, przyniesiona z wiatrem z północnej części obozu, gdzie za jego
murami składano ciała poległych czekających na spalenie. Skrzywiłem się, po
czym szybkim krokiem odszedłem w stronę swojego namiotu. Zostało niewiele
czasu, zeby przygotować się na wyprawę, a dzień robił się teraz już wręcz
gorący. W tych krainach najcieplej robiło się po południu i temperatura nie
ustępowała aż do zmroku. Najgorszy czas, żeby wydawać się na patrol i
polowanie. Już wcześniej ubrałem swoją lekką zbroję przystosowaną do jazdy
konnej oraz walki w razie potrzeby. Ludzie schodzili mi z drogi, kiedy
przemierzałem obóz.
Po wejściu do Puszczy powietrze robiło
się ciężkie, zatęchłe. Rzadko kiedy tu wiał wiatr – korony rosły gęsto,
przeplatały się, czasami zostawiając jedynie wąski przesmyk, którym można było
dostać się na większą polanę. Konie moje i moich ludzi były niespokojne.
Zwierzęta nie lubiły wchodzić do dziczy, jakby przeczuwały, kto w niej mieszka
i wiedziały, że należy trzymać się z daleka.
My, ludzie, nie mieliśmy wyboru. Ani
nasze instynkty nie były tak silne, żeby prowokować irracjonalny strach. Lance
jechał obok mnie, a za nami jeszcze trzech ludzi. Była też Xia, która zamykała
pochód. W mojej Gwardii Honorowej miała najkrótszy staż i pomimo przeszło
miesiąca służby nadal była uważana za nową. Nikt nie odzywał się do niej z
należnym szacunkiem, ale znosiła to lepiej, niż większość mężczyzn. Samym tym
faktem zaskarbiła sobie moje uznanie. O którym, naturalnie, nie będzie miała
pojęcia jeszcze długo.
– Ale gryzą, paskudne bestie – rzucił
Lance, krzywiąc się. Nie miał na sobie hełmu.
Dpiero wjechaliśmy na teren Puszczy, a małe owady już
uznały nas za dobry posiłek. Nie chciało mi się od nich odganiać, więc
przyłbicę miałem założoną cały czas.
Mężczyzna obok klął, odganiał się
rękami od nachalnych intruzów.
Za naszymi plecami prowadzono
przyciszoną rozmowę. Nikt nie był do niej zbyt chętny po przekroczeniu progów
puszczy, ale sam dobrze wiedziałem, że lepiej jest mówić niż dać się ponieść
wyobraźni. Zobaczyć tu coś, czego nie ma. Odchrząknąłem, potrząstnowszy głową.
– Oficerze, jak to jest więc z tą
kapłanką? Czy już wiadomo coś, no...
– W końcu udało się przeprowadzić
badania. Po powrocie skieruję list do stolicy. Musimy się przygotować też na
specjalną obradę, na której przedstawimy wszystkie fakty.
Lance zasępił się na chwilę. Jego
zbroja brzęczała, koń parskał. Ten był narowisty, ale pasował do niego.
– Może zmyślać – skrzywił się.
Powstrzymałem konia przed dalszym
marszem. Ściągnąłem wodz, przez co młody żołnierz musiał reagować szybko, żeby
nie wpaść na mnie. Wiedział, że powiedział coś nieodpowiedniego, ale miał zaciety
wyraz twarzy, jakby wcale nie chciał cofać swoich słów ani podejrzeń. Zadarł
głowę lekko do góry, jego klacz stanęła na suchej gałęzi i ją złapała. Sama
przestraszyła sę tego dźwięku, więc zerwała się i uskoczyła w bok.
Wyrównali się z nami pozostali
członkowie eskapady. Szli pieszo, więc zostawiali odrobinę z tyłu. Gdybym sie
odwrócił, mógłbym zobaczyć, jak Xia uśmiecha się pod nosem. Ona też nie miała
założonego hełmu.
– Uważaj na język – syknąłem. Lance
tylko się wyprostował dumnie w siodle, łapiąc równowagę. Ze wszystkich ludzi to
on miał najmniej szacunku do mnie i do wszystkiego właściwie, co go otaczało i
co nie wiązało się z religią. Mimo wszystko wiedziałem, ze mogę mu ufać. Był po
prostu obudowany skorupą własnego wielkiego ego. – Gyby przyszło ci na myśl
mówić takie rzeczy w obecności nieodpowiednich osób, to pewnie nie miałbyś już
go w ustach.
Mężczyzna prychnął. Wznowiliśmy podróż,
tym razem Lance podążył moimi śladami i ubrał przyłbicę. Może chciał pokazać,
że nie ma ochoty ze mną więcej rozmawiać.
Gdybym wiedział, co nastąpiło później,
cieszyłbym się z jego ignoracji.
Poderwałem się z posłania
bezszelestnie, odrzuciłem gruby koc na bok. Bose stopy nie wydawały żadnego
dźwięku na drewnianej posadzce. Nasłuchiwałem, ale po dziewczęcym głosie nie
nastąpiło już nic więcej. Przesadzam.
Zrobiłem się zbyt nerwowy, to tylko kapłanka. Powoli wypuściłem powietrze z
płuc, a razem z nim całe napięcie. Odłożyłem na stół chwycone bez namysłu ostrze
do rozdrabniania tuszu w kałamarzu. Niby co mógłbym zrobić zdobionym,
naostrzonym patykiem? Ciało działało samo, szukało czegoś, czym mógłbym się
bronić.
Przetarłem twarz. Od dawna już nie
zdarzało mi się zachowywać równie nerwowo.
– Możesz wejść – zawahałem się. Czy
straż była z nią? Czy szła sama przez cały obóz? – Jeśli ktoś z tobą jest,
niech odejdzie – dodałem w końcu. Mój głos był zmęczony, a wcześniejszy sen
nierówny.
Bolał mnie bark, obojczyk i całe ramię.
Moje ciało zakrywała luźna, bawełniana koszula, którą zawsze używałem do snu.
Chwyciłem spodnie, które wisiały na oparciu krzesła i wciągnąłem na siebie.
Żeby nie było widać siniaków i licznych blizn. Starałem się wyprostować. I pozbierać
myśli. Co mogło być tak ważne, żeby budzić mnie w środku nocy i w dodatku
domagać się spotkania? Ta kapłanka nie powinna nawet chcieć mnie już widzieć
teraz, kiedy wszystko stało się oficjalnie jasne. Była już niemal w rękach
państwa.
– Co też tak ważnego nie może poczekać
do świt... – mruknąłem, obracając się przodem do wejścia, ale słowa zostały
ucięte jak ostrzem. Zmrużyłem oczy. W namiocie było ciemno, zapaliłem więc
lampę oliwną, stojącą na biurku. Dziewczyna chwyciła pióro, nawet nie
zastanawiając się nad tym, jak prywatna to jest rzecz, której nie powinno się
dotykać.
Przed moimi oczami powstawał znak.
Kilka pierwszych kresek sprawiło, że przejął mnie dreszcz. Znak, który widnieje
często na sztandarach naszego wroga, którego znaczenia do tej pory nie udało
się nam odkryć. Wszystkie przykre wspomnienia z tego dnia nagle przygasły.
Zrobiło mi się zimno, chociaż dzisiejsza noc była wyjątkowo ciepła. Co to miało
znaczyć? Poczekałem, aż skończy rysować. Nie było tu jednak mowy o pomyłce.
Starałem się być sceptyczny. Może
zobaczyła go w jakiejś księdze albo pokazał jej któryś z żołnierzy? Może
przyszła zapytać, co oznacza?
– Skąd znasz ten znak? – odsunąłem się
o krok. Ton mojego głosu był wręcz karcący. Może to wszytko jakaś sztuczka?
Nie, Nevan. Jesteś nerwowy. Jesteś pełen emocji, drżysz. Uspokój się. – Wiesz,
co on oznacza? – zapytałem, tym razem zdecydowanie cieplej. Założyłem dłonie na
klatce piersiowej i wbiłem spojrzenie w znak.
Karrad. Znak Karradu. Można go w ogóle
znaleźć w księgach? Tylko ludzie na froncie wiedzą, jak on wygląda.
.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz